28.10.2025, 23:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.11.2025, 16:29 przez Gabriel Montbel.)
02.10.1972
późny wieczór
późny wieczór
Walenie do drzwi było nieustępliwe.
Dzikie.
Nieokrzesane.
Domagające się natychmiastowej uwagi.
Moment w którym drzwi się otworzyły, stał się momentem zainaugurowania prawdziwego chaosu w domu. Niektórzy mieszkańcy Wysp wierzyli przed laty, że podczas burzy należy właśnie otworzyć drzwi, aby nawałnica nie została w domostwie na dłużej.
W tym konkretnym przypadku, może jednak opłacało się bardziej zagasić światło i udawać, że nikogo nie ma w środku?
- Nie jest to absolutnie ich zasługa ale dzięki bogom, że jesteś w domu! - powitał go od progu Gabriel, którego włosy zlane były deszczem. Pachniał ozonem burzy, na jego ustach wciąz pozostawał krwawy ślad, a w oczach czaiło się wyraźnie... zdezorientowanie?
Wyminął Jonathana uznając swój okrzyk za wystarczające powitanie, dłońmi niedbale przetarł wilgotne kosmyki, wprawiając włosy w jeszcze większy nieład.
- Cóż się podziało! Ty byś nigdy nie zgdł! Potrzebuję twoje rady! Natychmiat! Bezwzględnie! Nie jestem w stanie objąć tej sytuacji...! To się wydarzyło tak nagle! - pokrzykiwał, zatrzymując się na moment przed lustrem w sieni. Włosy pozostawały w nieładzie i póki nie wyschły, próżno było szukać w nich nadziei na dobre wyglądanie. Ubranie przemoczone do suchej nitki lepiło się doń niemiłosiernie czyniąc z niego bardziej utopca niż żywego trupa z wyżyn hierarchii tychże. Jakiekolwiek próby prezentowania się dobrze spełzły na niczym.
Nawet pogada była przeciwko niemu!
Nie żeby tak sobie wyobrażał kolejne spotkanie ze swoim byłym, ale teraz jakże nowym znajomym. Kątem jasnego błękitnego oka dostrzegł jednak jego minę i od razu wystrzelił jak grom przetaczający się po niebie.
- A na co taka mina? Na co te dąsy? Czy nie tak powiedziałeś? Zostańmy przyjaciółmi! Przyjaciele sobie radzą, więc proszę bardzo masz i swoją okazję do przyjacielowania teraz, gdy jestem w naglącej potrzebie wymagającej Twojej natychmiastowej konsultacji! - Nienawidził tej sieni, bardzo był niezadowolony, że Jonathana nie było w Brighton, tam gdzie próbował go znaleźć za pierwszym razem. Zawsze złe mieszkanie! Powinien od razu zakładać, że niesforny człowieczek jest w tym drugim miejscu niż mu się zdawało. Gabriel więc pozostawiając mokre plamy na podłodze i kłapiąc butami dość głośno, rezolutnie (jak na nieumarłego) poszedł do saloniku, którego również nienawidzł, ale trochę mniej. Nie przestawał przy tym mówić, a jakże! - I tak nie spałeś, więc z łaski swojej naparz mi herbatę, a ja opowiem Ci jak... - wparował do pokoju i w sumie od razu dotrzegł więcej osób. Nie zatrzymał się w swojej mowie, choć ona mało subtelnie momentalnie zmieniła swój ton. - ... niezmiernie mi miło poznać Twoich wspaniałych, zacnych gości. - Chłopiec Jonathana z koncertu i... tak. Młody Selwyn. Jak się Gabrielowi zdawało - przez pewne nieporozumienie i nadmiar wampirów wysysających krew z młodych i nieco starszych anglików - jego chrześniak.- Jakże szalenie mi miło, to jest jakaś okazja...? Chyba nie masz dzisiaj imienin? - zwrócił się pytająco do gospodarza - Nigdy nie rozumiałem tej głupiutkiej tradycji małych urodzin. Z resztą same urodziny są li tylko po to, by... wysyłać sobie miłe listy. Czyż nie? - wampir bardzo skutecznie starał się pozostać w tonie lekkim, koktajlowym, by nie patrzeć zbyt długo w oczy chłopca, którego przed miesiącem prawie zabił i drugiego, którego bardzo chciał zabić... mniej więcej w tym samym okresie. Zamiast tego więc opadł na sofkę przez nikogo obecnie nie zajmowaną (pewnie miejsce w którym Jonathan siedział i prowadził z nimi rozmowę?) i nie dbając na stan tapicerki rozwalił się na niej ostentacyjnie choć nic przecież jeszcze nie pił. Poza krwią, o czym mówiły ślady wokół warg.
- Ja jednak chcę coś mocniejszego. - przyznał w końcu dłoń ściągając do czoła w dramatycznym geście. Może powinien wyjść i nie prowadzić tego typu dyskusji w takim gronie, ale sporo się natrudził by tu dotrzeć oraz zdecydowanie był w potrzebie, więc nie pozostało nic innego jak pozostać. Tyle dobrego, że w końcu umilkł na moment, zastanawiając się ile z jego krzyków na korytarzu mogło dotrzeć do wnętrza salonu. Drzwi chyba jednak nie były zamknięte, więc pewnie wszystko...
Ciężki żywot wampira.
Westchnął ciążko, choć już zapewne każdy w tym pomieszczeniu wiedział po swoich poprzednich doświadczeniach z wampirami, że nie musiał wcale tego robić. Nogę przewiesił przez oparcie sofy, a druga ręka którą akurat nie przesłaniał oczu (dramaptycznie) zwisła mu (nieco mniej dramatycznie, ale równie poetycko) na ziemię.
Miękki był to dywan. Trochę mokry ale przyjemnie miękki. Zdawało mu się pod opuszkami palców, że rozpoznał wełnę.
- Latający? - zapytał nieoczekiwanie.