• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[5/10/1972] All that I want is to see all the things that I could be | Benjy, Gerda

[5/10/1972] All that I want is to see all the things that I could be | Benjy, Gerda
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
14.11.2025, 23:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:51 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Rumunia
Stałem na zadaszonym balkonie, jakbym utknął w pół kroku między światem wewnątrz a tym, którego nie potrafiłem już nazwać do końca swoim, nie po tych kilku tygodniach czegoś zupełnie innego, jakiegoś złudzenia normalności. Deszcz tłukł o dach z jednostajnym uporem, niosąc w powietrzu ten znajomy zapach mokrej ziemi, liści i czegoś lekko metalicznego. Zaciągnąłem się skrętem, czując, jak dym miesza się z wilgocią wiszącą w powietrzu. Miałem na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawem i krótkie spodenki, ale zimno było… Odpowiednie, sprawiedliwe wręcz, poza tym trochę łagodziło ból siniaków na skórze. Przede mną rysowały się góry, ciemne, posępne, prawie niewidoczne w tej deszczowej zasłonie, znikały we mgle.
Deszcz bębnił w blaszany dach nade mną miarowo, jednostajnie, a ja wciągałem w płuca chłodne, jesienne powietrze, które drażniło mi skórę na ramionach, bez sensu, wiedziałem to, ale jakoś nie chciało mi się wracać do środka po coś cieplejszego. Tam było duszno, tu mogłem przynajmniej oddychać. Ostatnio i tak nie mogłem spać. Nawet gdy zamykałem oczy, czułem, jak coś w środku we mnie wciąż kiwa się niespokojnie, jakby nerwowy oddech nie potrafił znaleźć właściwego rytmu.
Patrzyłem na linię horyzontu, na ciemne szczyty ledwo odcinające się od nieba. Czasem pojawiała się tam pojedyncza, nikła plamka światła z jakiegoś domu, ale znikała od razu. Wiedziałem, że jeśli wrócę do środka, tylko usiądę na kanapie i będę patrzył w ścianę, aż znów minie godzina, może dwie, a potem jeszcze jedna, dlatego zwlekałem, stojąc tu jak uparty pień, pozwalając, żeby chłód wpełzał mi pod skórę. Może liczyłem na to, że coś drgnie, jakaś myśl w końcu się wyklaruje - nic takiego nie nastąpiło.
Skręt tlił się powoli, a ja obserwowałem, jak dym rozwiewa się na wietrze, ginąc po chwili między kroplami deszczu. Wydawało mi się, że wygląda to jak coś, co próbowało zaistnieć, lecz nie starczyło mu siły, by zostać. Brzmi znajomo? Zaciągnąłem się lekko, dym był gęsty i miał w sobie tę lepką, słodkawą nutę, która zawsze zostawała na języku.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
15.11.2025, 00:55  ✶  

Ostatni czas był dla niej naprawdę dziwny. Jej przyzwyczajenia przestawały istnieć. Opuściła ich dość wcześnie, co było dla niej zupełną nowością i położyła się spać, tak właściwie to prawie zasnęła przy tamtym stole, bo nie przywykła zupełnie do tego, że sen przychodził do niej znienacka.

Przebudziło ją głośne uderzanie kropel deszczu o parapet. Roise znajdował się tuż obok, właściwie to obudziła się wtulona w niego, wpatrywała się w mężczyznę przez dłuższą chwilę, wydawał się być bardzo spokojny, dobrze, pamiętała o tym, że on również miewał problemy ze snem, jeszcze całkiem niedawno.

Musiała odetchnąć świeżym powietrzem, jakoś udało jej się wyjść z tego niezbyt dużego łóżka bez obudzenia go, uważała to za spory sukces. Później wymknęła się z tego pomieszczenia, zależało jej na tym, aby znaleźć się na zewnątrz, musiała odetchnąć świeżym powietrzem.

Nie zwróciła uwagi na kanapę, mimo, że musiała ją minąć, kroki stawiała bardzo cicho, umiała się skradać, nawet jeśli nie znajdowała się w lesie.

W końcu wyszła za drzwi i wtedy zobaczyła znajomą sylwetkę. Poczuła się trochę jak intruz, zrozumiała, że on również nie znalazł się tutaj bez powodu. Coś go gryzło, nie dało się tego nie zauważyć, wiedziała też, że nie ma sensu o to wypytywać, bo nie byli ze sobą blisko, ostatnio udawało im się tolerować co uważała za spory sukces.

Zimne powietrze całkiem przyjemnie muskało jej twarz, nie zrobiła jednak jeszcze kroku w przód, nadal stała w drzwiach, wiedziała, że wyczuł jej obecność, głupio więc było wycofać się bez słowa.

Normalnie pewnie wyciągnęłaby fajkę i wsadziła ją w sobie usta, właściwie to trzymała już nawet papierosa w dłoni, zamiast jednak go zapalić to rolowała go w rękach, wiedziała, że nie powinna tego robić, chociaż ogromnie ja to kusiło. Praktycznie zupełnie je odrzuciła, odruch jednak wracał, zamiast więc go spalić to zajmowała nim ręce, jakby miało to jakiś większy sens.

Podjęła decyzję, zrobiła krok w przód, poczuła chłód, kiedy jej stopy dotknęły zimnych kafelek, ale powinna sobie z tym poradzić. Znalazła się wreszcie obok niego, milczała przez chwilę, aż postanowiła się odezwać.

- Powinieneś się wyspać. - Czekał ich w końcu długi marsz, podejrzewała, że nawet jeszcze się nie położył, co mówiło samo za siebie. - Co nie pozwala Ci zasnąć? - Nie powinna o to pytać, ale była noc, a nocą ludzie byli kimś innym niż zazwyczaj, więc spróbowała dowiedzieć się czegoś więcej.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
15.11.2025, 07:10  ✶  
Usłyszałem skrzypnięcie drzwi, zanim jeszcze cokolwiek powiedziała. Nie musiałem się odwracać - znałem jej sposób stawiania kroków, tę ostrożność podszytą niechęcią, której nigdy specjalnie nie ukrywała. Zaciągnąłem się jeszcze raz, dłużej niż trzeba, jakbym liczył, że dym zasłoni cokolwiek, co można by ze mnie odczytać. Czułem jej spojrzenie, to charakterystyczne „nie wiem, co z tobą zrobić, ale chyba nie mogę cię zignorować”, jej słowa też brzmiały w ten sposób. Wyspać się. Jasne. Parsknąłem krótkim, pustym śmiechem, nie odwracając głowy - to było niemal miłe, niemal. Wypuściłem powoli dym. Miała rację, ale nic z tego nie wynikało. Wiedziałem, że to nie była zaczepka, po prostu stwierdzenie faktu, a jednak zabolało dokładnie tak, jakby ktoś wbił mi palec w świeży siniak.
- Pewnie. - Mruknąłem, nie patrząc na nią. - Powinienem wiele szeczy. - Wzruszyłem ramionami, dopiero wtedy zerknąłem na nią kątem oka. Stała obok, boso na zimnych kafelkach, trzymając tego nieszczęsnego papierosa jak talizman, którego nie powinna dotykać, ale bez którego nie wiedziała, co zrobić z rękami. Westchnąłem, odwróciłem wzrok, pozwalając, żeby noc pochłonęła moje milczenie. Przez chwilę nic nie mówiłem, patrząc w ciemne góry, które wyglądały jak ogromne plecy świata, odwrócone do mnie z premedytacją. Zaciągnąłem się skrętem, czując gorycz bliżej gardła, niż powinna być. Zamknąłem oczy na krótką chwilę - to było pytanie, którego nie powinna zadawać, a ja byłem facetem, który nie powinien na nie odpowiadać, zwłaszcza jej, a jednak musnąłem językiem zęby, zanim odpowiedziałem.
- Co nie pozwala mi zasnąś… - Powtórzyłem wolniej, jakbym próbował ułożyć słowa w gardle, a może kupić sobie trochę czasu. Przesunąłem językiem po zębach, próbując poskładać w głowie jakąkolwiek sensowną odpowiedź, ale nic sensownego mi się nie składało. - Blak snu, jak na ilonię. - Opuszkiem palca strzepnąłem popiół, obserwując jak zniknął w deszczu. Właściwie to od początku wiedziałem, że tak będzie - nie dziś, nie tu, ale od momentu, gdy się jej to przytrafiło, wszystko szło na opak, widziałem w lustrze własny grymas i nie mogłem sobie wmówić, że jest w nim coś, czym można by się pochwalić. - Watelloo. - Milczałem chwilę, bo odpowiedź wymagałaby więcej słów, a ja nie miałem siły na wyjaśnienia, które i tak niczego nie naprawią. W końcu westchnąłem. - Ten jeden zaslany wyból, któlego nie da się odklęciś. Nic szczególnego. - Coś bardzo szczególnego. Każdy miał jakiś moment, jakieś miejsce, które zawsze miało powracać, jako symbol osobistej klęski, co nie?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
15.11.2025, 08:16  ✶  

Raczej nie miała powodu, żeby to ukrywać. ich początek był trudny, starała się nieco zmienić nastawienie, ale to wcale nie oznaczało, że nagle go polubi. Przywykła do niego, tolerowała go w swoim otoczeniu, wiedziała, że był bliski jej bliskim, ale to by było na tyle, nie sądziła, że kiedykolwiek miałam ich połączyć przyjaźń, ale wiedziała też, że życie bywa bardzo przewrotne. Nie miała w zwyczaju udawać, że jest inaczej niż w rzeczywistości, podchodziła więc do niego z drobnym dystansem, ale nie udawała, że go nie widzi, to już był dość spory sukces.

- Sen to jednak taka podstawa, dzięki której nie będziesz dawał dupy, jak coś stanie nam na drodze. - To był obaj troski, bardzo pokraczny, ubrany w takie słowa, a nie inne, ale jednak. Odpoczynek był bardzo istotny, skądś musiał brać energię. Podeszła do tego dość prosto, odezwała się w sposób, który wiedział, że uderzyłby w nią chociaż odrobinę. Nie przejmowała się sobą, nie przejmowała się gadaniem o tym, że coś mogłoby jej szkodzić, zupełnie inaczej wyglądało to, jeśli mówiono o tym, że może zawieść swoich bliskich. Byli do siebie podobni, czy tego chciała, czy nie widziała w nich wiele wspólnych cech. Zastanawiała się czy wpływ na to miały geny, czy po prostu podobny styl życia, który wiedli. Nie miała pojęcia.

Przeniosła wzrok na horyzont, całkiem niezły mieli widok z tego tarasu, szkoda tylko, że deszcz nadal nie przestawał zacinać, nie mieli szczęścia z tą pogodą. Dużo przynajmniej się wędrowało, kiedy wiatr nie wiała mordę, a ubrania pozostawały suche, ale nie zawsze tak się dało.

- Brak snu nie pozwala Ci zasnąć. - Powtórzyła za nim. Nieźle. Nie brzmiało to szczególnie optymistycznie. Obserwowała go kątem oka. Miała wrażenie, że ostatnio wyglądał gorzej, trochę jak zbity pies, ale nic o tym nie mówił, więc to ignorowała, udawała, że nie widzi, bo nie był to jej zasrany interes. Tyle, że poniekąd był blisko, przez tych wszystkich ludzi, którzy ich łączyli, co powodowało, że nie umiała być do końca obojętna.

Zmrużyła na moment oczy. Chciała powiedzieć, że wszystko da się odkręcić, ale skłamałaby, wiedziała, że życie to nie bajka, niektóre wybory niosły ze sobą ciężkie konsekwencje, których nie dało się odwrócić, ciągnęły się za ludźmi przez całe życia.

- Nie da się go odkręcić, ale być może jest jakieś inne wyjście, niekoniecznie odkręcanie jest jedynym. - Zawsze można było nieco złagodzić skutki, być może nie wszystko odwrócić, ale jednak jakoś reagować. Na każde gówno była jakaś metoda.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
15.11.2025, 13:57  ✶  
Patrzyłem na linię horyzontu, chociaż nie widziałem tam kompletnie nic poza mgłą i czarniejącymi drzewami. Nasz początek to był jeden wielki cyrk, z mojej winy i z jej zresztą też, bo oboje mieliśmy twarde łby i kompletnie zero cierpliwości do siebie nawzajem. Teraz… Teraz przynajmniej nie warczeliśmy, może to faktycznie był jakiś postęp. Jej słowa o spaniu uderzyły mnie dokładnie tam, gdzie celowała - nie w dumę, nie w honor, tylko w to, w czym byłem najbardziej przewidywalny, nawet jeśli nie tak dawno zarzuciła mi inaczej - w odpowiedzialność za innych. Nawet jeśli ona uważała mnie za idiotę, nie pozwoliłbym sobie na to, by komuś coś się stało przez moje potknięcie. Skrzywiłem się, bo miała rację, a ja nienawidziłem, kiedy ktoś miał rację bardziej niż ja sam.
- Jasne, nie będę dawał dupy. Nie dziś. Postalam się, pszynajmniej. - Mruknąłem, ale bez kpiny, bo akurat to, co mówiła, miało sens. Wyprostowałem się, przetarłem twarz dłonią, jakbym chciał zetrzeć z niej te zasrane ostatnie dni. Nie musiała mi mówić, że wyglądam gorzej, rzeczywiście mogąc sprawiać wrażenie kogoś, kto zaraz da dupy przez bycie zbyt rozproszonym. Czułem to po sobie, po kilku dniach człowiek zaczyna wyglądać tak, jak się czuje - jak kiepsko sklejona wersja samego siebie.
Parsknąłem cicho, bez wesołości.
- No. Coś w ten deseń. Gówno logiczne, wiem. - Odpowiedziałem. Co było pierwsze - kura czy jajko? - Ale tak to działa. Człowiek nie śpi, bo myśli. Myśli, bo nie śpi.
Kiedy wspomniała o „innym wyjściu”, poczułem, jak coś we mnie napięło się jeszcze bardziej, bo to nie była abstrakcja, to nie była fantazja, to było rozwiązanie, które chodziło mi po głowie od kilku dni. To jedno, konkretne, które naprawiało wszystko nie przez odkręcenie, tylko przez przerwanie.
- Jest wyjście. - Przytaknąłem, wciąż patrząc na linię górskich szczytów skrytą za ulewnym deszczem. Przetarłem dłonią twarz, jak człowiek, który próbował zebrać resztki sił, żeby dokończyć zdanie. Tak, było wyjście, jedno, dokładnie takie, którego nikt by nie chciał na głos powiedzieć, ale które leżało przede mną od samego początku, czekając. Po załatwieniu spraw tutaj - nie wracać, nie pakować tego całego syfu z powrotem do torby, nie wciągać wszystkich w odpowiedzialność za moje decyzje, nie dźwigać przez granicę problemu, który mógłby spokojnie zdechnąć gdzieś indziej, razem ze mną. Przez chwilę patrzyłem na ten cholerny horyzont, jakby tam miała się kryć odpowiedź, cokolwiek, co by mnie usprawiedliwiło. Nic tam nie było, tylko deszcz tłukący o balustradę i wiatr, który przewiewał mnie na wskroś.
Odwróciłem głowę w bok, żeby nie widzieć jej twarzy, by nie zobaczyć tej maleńkiej satysfakcji, której by się pewnie nie wstydziła.
- Jak skończymy to, po co tu pszyjechaliśmy… Nie wlasam s wami do UK. - Słowa wyszły ze mnie spokojnie, zupełnie inaczej niż powinny. Żadnego dramatu, żadnego obracania w żart. Po prostu fakt. To właśnie było to - jedyne, co mogłem zrobić, żeby odciąć konsekwencje, które zaczęły się wtedy, w tamten pierdolony dzień. Jedyne, co mogło dać jej spokój, Ambroise’owi spokój, wszystkim wokół spokój. Odejść z pola widzenia, zniknąć, odciągnąć za sobą burdel, który sam rozpętałem. Powiedzenie tego na głos nie przyniosło ulgi, ale przynajmniej nie było kłamstwem.
- To loswiązuje ploblem, plawda? - Dodałem, nie oczekując odpowiedzi, wiedząc, że właśnie to chciała usłyszeć. Od dawna. Od pierwszego dnia, kiedy spojrzała na mnie i uznała, że moja obecność jest przeszkodą, a nie wsparciem. W Rumunii mieliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - Astaroth był jedną z nich, ja - drugą.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
15.11.2025, 21:04  ✶  

- Powiedzmy, że Ci wierzę. - Mimo wszystko wolałaby jednak, żeby faktycznie się wyspał. Nawet kilka godzin snu potrafiło postawić na nogi. Wiedziała po sobie. Tak naprawdę nie sądziła, że mogło się jutro wydarzyć coś niespodziewanego, co będzie wymagało ich pełnego zaangażowania, ale był to dobry argument do tego, aby zasugerować mu by o siebie zadbał. Geraldine nie do końca umiała inaczej, nie należała do tych ciepłych osób, które potrafiły rozmawiać z każdym, nie była dobra w gadaniu o emocjach. Została wychowana w domu w którym tego nie robiono, raczej po prostu zachęcało się do tego, aby się ich pozbyć najlepiej wyładowując się na czymś fizycznie.

- A mówią, że warto myśleć. - Zapętlał się najwyraźniej. Miała świadomość, że nie zawsze dało się tak po prostu ignorować myśli, które potrafiły być bardzo głośne. Też kiedyś była w takim miejscu, wolała do tego nie wracać. Każdy miewał czasem gorsze momenty, nie do końca jednak umiała stwierdzić, co Benjy'ego do tego doprowadziło, bo jeszcze kilka dni temu wyglądał całkiem normalnie, dość szybko jednak się to zmieniło.

Nie zamierzała oczywiście go o to wypytywać, bo nie byli przyjaciółmi, nie chciała być wścibska, ale martwiło ją to, że się męczył. Miała w sobie odrobinę empatii wbrew temu, co mogło wydawać się na pierwszy rzut oka.

Uniosła pytająco brew, gdy usłyszała jego kolejne słowa. Pewnie nawet tego nie zauważył, bo było ciemno, niby stali obok siebie, ale na siebie nie patrzyli, tak całkiem łatwo prowadziło się rozmowę, nie musząc patrzeć w oczy, nie można było bowiem próbować odczytać, co się w nich czai. Jest wyjście, nie zabrzmiało to szczególnie entuzjastycznie.

Deszcz nie przestawał padać, daszek jednak skutecznie chronił ich przed przemoknięciem, mogli więc tutaj jeszcze chwilę postać. Wsadziła sobie za ucho tego papierosa, którego jeszcze chwilę wcześniej rolowała, był dosyć mocno przez nią sponiewierany, ale już nie potrzebowała niczym zajmować rąk.

- Znowu wybierasz ucieczkę? Nie miałam Cię za tchórza. - Nie mogła powstrzymać się przed tym komentarzem, nie umiała ugryźć się w język. Ledwie tutaj wrócił i znowu zamierzał spierdolić? Wydawało jej się, że dość szybko się tu odnalazł. Spotykała go przecież, widziała, że jakoś układał sobie to wszystko. Mógł być jedną z tych osób, które nie potrafiły zakotwiczyć nigdzie na dłużej, tylko, że średnio w to wierzyła. Wbrew temu co sobie myślał, nie odczuła satysfakcji. Wiedziała, że jest blisko Z Roisem, a jego zniknięcie uderzy także w jej męża.

- Udawanie, że problem nie istnieje nie jest rozwiązaniem. - W jej oczach to poniekąd właśnie było to, miał zamiar się stąd zwinąć, uciec, i tyle. To nie powinno być rozwiązaniem.

- Wydawałeś się być całkiem zadowolony przez te ostatnie kilka tygodni. - Dodała jeszcze, nie wiedziała, czy powinna to robić, było to zwykłe stwierdzenie faktu, coś nieszkodliwego. - Chcesz tak po prostu znowu wszystko rzucić i spierdolić? Na pewno da się coś zrobić. - Nie sądziła zresztą, aby to było najlepszym wyjściem.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
15.11.2025, 22:01  ✶  
Zaciąłem zęby, kiedy padł ten komentarz. To było w jej stylu - pół kroku w moją stronę, pół w stronę zimnej rezerwy, może dobrze, gdyby była łagodna, nie wiedziałbym, co z tym zrobić. Wypuściłem powietrze powoli, aż nazbyt powoli, jakbym musiał ręcznie sterować oddechem, żeby nie wkurwić się bardziej. Jej komentarze trafiały celnie, może aż za bardzo - nie próbowała mnie pocieszać, i chociaż normalnie pewnie bym to docenił, dziś każde słowo odbijało się ode mnie ostrzej niż powinno.
- Walto myśleś? - Powtórzyłem cicho, jak gorzki żart. - No, widaś nie zawsze.
Myśli mnie zapętlały, to prawda. Człowiek sobie coś obiecuje, że nie wróci do tego, co go kiedyś niszczyło, a później wystarczy jeden parszywy wybór i stoi znowu w punkcie wyjścia jak idiota. Jeśli ona sądziła, że kilka dni temu byłem normalny, to dobrze - to znaczy, że wtedy jeszcze byłem w stanie udawać. Teraz już nie. Patrzyłem w ciemność przed nami, nie na nią, bo z nią to zawsze działało jak tarcie dwóch kamieni. To było łatwiejsze, kiedy nie musiałem się liczyć z jej spojrzeniem, a jednocześnie chore było to, jak dużo z jej słów trafiało mi prosto pod żebra. Nie dlatego, że były raniące - dlatego, że były bezpardonowo trzeźwe. Takie ludzie pamiętają na długo.
Kiedy wsunęła papierosa za ucho, prawie parsknąłem, ale brakło mi siły. A potem dowaliła - walnęła w punkt, prosto, bez rozbiegu.
„Znowu wybierasz ucieczkę? Nie miałam cię za tchórza.”
W pierwszej sekundzie aż mnie zatkało. Patrzyłem przed siebie, na ten cholerny deszcz, jakby miał mi dać odpowiedź, której szukałem wiele dni, a której nie znalazłem nawet wtedy, gdy podjąłem decyzję i poczułem, jak wszystko się pode mną wali. Wiedziałem, że wyglądałem jak zbity pies. Nie trzeba było luster, żeby to zauważyć.
- Naplawdę? - Mruknąłem, teatralnie próbując sprawdzić, czy dobrze usłyszałem. Wypuściłem powietrze powoli, z rozdrażnioną, krótką nutą śmiechu. Obróciłem głowę na tyle, by ją zobaczyć kątem oka. - Nie miałaś mnie za tchósza? To były pielwsze piepszone słowa, jakie kiedykolwiek do mnie powiedziałaś.
Nie odwróciłem się całkowicie w jej stronę - nie chciałem widzieć, jak unosi brew, jak zaciska usta, jak już układa w głowie kolejną logicznie zgrabną odpowiedź.
- Udawanie, sze ploblem nie istnieje? - Powtórzyłem po niej, krótko. - Gdybym chciał udawaś, po plostu bym wlósił i lobił doblą minę do złej gly. To dopielo byłoby odwlacanie wzloku. - Mój głos był matowy. - To nie jest udawanie, sze ploblem nie istnieje. - Burknąłem po chwili. -To jest jedyne loswiązanie, jakie zostało na stole. Pszyznanie, sze ja jestem ploblemem. Więc mosze najlepiej… Usunąś problem. „Lecz pszyczynę, nie objaw”, jako pani doktolowa, powinnaś byś s tym obeznana. - Nie był to dramatyczny tekst, raczej zwykła logika. Przez moment miałem ochotę dodać coś jeszcze, jakąś obronę własnej decyzji, choćby lichą, ale nie miało to sensu. Może faktycznie dałoby się coś zrobić, może, ale nie każde gówno da się naprawić rozmową albo przeprosinami. Czasem jedyne, co można zrobić, to przestać bruździć ludziom, którzy i tak mają wystarczająco dużo na głowie.
- Gówno wiesz, co mną kieluje. Nie jesteś Isobel. Ani Letą. - Dodałem równie spokojnie. - Nie jesteśmy blisko, nie opowiadałem ci szadnych histolii na doblanoc, gdy byliśmy dziećmi, więc nawet nie plóbuj udawaś, sze masz pełen oblas. Masz tylko tyle, ile widzisz.
A widziała niewiele.
Skrzywiłem się lekko, kiedy wspomniała, że byłem zadowolony - tak, przez chwilę było normalnie. Zbyt normalnie, jak na coś, co wisiało nade mną od dawna. Owszem, wyglądałem na spokojnego, bo umiałem to robić. Potrafiłem wejść w to, co rodzinne, czego kiedyś nie miałem, potrafiłem grać normalność, nawet zacząłem ją prawie czuć, ale to było przed tamtą decyzją.
Pauza zawisła ciężko, nie po to, by dramatyzować, tylko dlatego, że tak właśnie brzmiała prawda.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
15.11.2025, 22:57  ✶  

Geraldine była konkretna, tego nigdy nie można było jej odmówić. Brakowało jej delikatności, z czego zdawała sobie sprawę, ale jakoś nigdy nie umiała owijać w bawełnę, wybierała szczerość, nawet jeśli mogła ona być odebrana jako wbijanie gwoździ. Tym razem nie mogło być inaczej. Nie robiło jej różnicy to, czy ktoś był jej bliski, czy obcy, wybierała prawdę, przez co dość często ludzie odbierali ją jako niezbyt przyjemną. Nie wszyscy bowiem rozumieli ten sposób bycia.

Wzruszyła jedynie ramionami. Z tym myśleniem... zależy jak na to patrzeć. Jedni byli całkiem nieźli w analizowaniu, potrafili odnaleźć się we własnych myślach, dochodzili do jakichś konkretnych wniosków. Inni? Skupiali się na tym, co było niepotrzebne, przeżywali ciągle swoje niepowodzenia. Niestety miała dziwne wrażenie, że Benjy, tak jak i ona był w tej drugiej grupie ludzi. Sama całkiem niedawno miała dość trudny okres, nie pomagało jej myślenie, wracanie do dnia, kiedy dość mocno spierdoliła, przeżywała to przez ponad pół roku i nie przyniosło to jej żadnych pozytywów, wiedziała więc, że było to zupełnie niepotrzebne. On pewnie też kiedyś to zrozumie, oby nie było zbyt późno.

- Wkurwiłeś mnie wtedy. - Powiedziała lekko, właściwie to stwierdziła fakt. Pamiętała ich pierwsze spotkanie, ciekawe, jakby on zareagował, jakby ktoś nagle próbował zupełnie z dupy odprawiać na nim jakieś rytuały. No, nie do końca z dupy, powód niby istniał, ale ich nie uprzedził, a ona nie znosiła takich sytuacji, co zresztą również mógł zobaczyć.

- Powiedzmy, że miałam nieco ograniczony punkt widzenia. Jak widzisz zmieniłam zdanie. - Czy to były przeprosiny za tamto niefortunne, pierwsze spotkanie? Być może, no na nic innego nie było jej stać. Geraldine nie była w tym najlepsza.

- Nie, to nie byłoby odwracanie wzroku tylko stawienie czoła rzeczywistości. - Również odwróciła się nieco. Nie podnosiła głosu, starała się mówić cicho, by nie obudzić Ambroise'a, chociaż on jako jedyny z nich wszystkich mógł się porządnie wyspać, nie zamierzała mu w tym przeszkadzać.

Prychnęła, nie mogła się przed tym powstrzymać, nie lekceważyła go, nie, ale to jestem problemem było całkiem dramatycznym stwierdzeniem. - Zastanów się chwilę nad faktyczną przyczyną, zanim uznasz siebie za problem, jako pani doktorowa dobrze Ci radzę. Nieodpowiednia diagnoza może okazać się zabójcza. - Najłatwiej było podejść do tego właśnie w ten sposób, uciec. Nie wydawało jej się, jednak aby to było odpowiednim rozwiązaniem, bo co dalej, ciągle będzie uciekał. - Naprawdę przez resztę życia chcesz spierdalać? Tak właściwie to przed sobą samym? Serio? - Nie wydawało jej się to najlepszą z możliwych opcji.

Nie mogła powstrzymać się od przewrócenia oczami. Nie uderzyło w nią wcale to, że mówił o tym, że gówno o nim wie, to była prawda. Zwyczajne stwierdzenie faktu. - Być może gówno o Tobie wiem, nie da się tego ukryć, jak widać nawet ja dostrzegam, że właśnie rozpierdalasz sobie życie. - Jak zawsze sięgała po proste słowa. - Nie jesteś pierwszym, który chciał być takim altruistą, tylko nie widzisz tego, że innych też to dotyka, to kurewsko egoistyczne. - Bardzo dobrze o tym wiedziała, już ona znała to całe ja jestem problemem, irytowała się na samo brzmienie tych słów, bo przez to na prawie dwa lata rozsypało się jej własne życie. Nie zamierzała gryźć się w język, wręcz przeciwnie, wydawało jej się, że akurat w tym przypadku ma prawo mówić, co o tym myśli, bo przez podobne zachowanie sama dość mocno została poturbowana.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
16.11.2025, 00:09  ✶  
Zmrużyłem na moment oczy, nie ze złości, tylko dlatego, że każde jej słowo trafiało we mnie jak w coś, co już i tak było popękane. Może dlatego nie musiałem niczego udawać - nie była jedną z tych osób, przed którymi człowiek instynktownie naciąga maskę. Miała za duży radar na fałsz, albo to ja byłem zbyt zmęczony, by próbować jej coś wciskać. Poza tym - jej niby-przeprosiny były toporne jak cholera, ale szczere, a szczerość była walutą, którą respektowałem bardziej niż większość innych. Nie potrzebowałem od niej kajania się. To, co powiedziała, brzmiało jak Geraldine, więc było wystarczająco prawdziwe, żebym nie musiał tego drążyć.
- Wkulwianie ludzi wychodziło mi zawsze dość natulalnie. - Mruknąłem, nie jako żart, tylko zwykły fakt. - A tamtego dnia… Tak, wiem. Mogłem to loseglaś inaczej. Mogłem loseglaś inaczej wszystko. - To były zarówno przeprosiny - w pewnym sensie - jak i była cześć problemu, objaw do diagnozy.  Ja swoją postawiłem sobie dawno temu - to nie była poza, nie było w tym dramatyczne uderzenie pięścią w pierś, to było czyste, zimne stwierdzenie faktu. Cegła, która wpadła do wody i poszła na dno.
- Nie muszę się zastanawiaś nad pszyczyną. - Powiedziałem w końcu, wolniej, niż planowałem. - Ona jest tak kulwa pszejszysta, sze balsiej się nie da.
Odsunąłem się o pół kroku od balustrady, żeby zebrać myśl, chociaż wiedziałem, że nie ma jej co zbierać - była tam cały czas.
- Nie patszyłem, w kogo ładuję kutasa. Okej? Chcesz autodiagnozy? To ją masz. - Słowa wyszły ze mnie chropowato, ostro, ale bez agresji. - A potem, jak kaszdy debil s jakimś lesztkowym pojęciem o honosze, oszeniłem się, bo tak było „słusznie”. Bo sytuacja, bo konsekwencje, bo tszeba blaś odpowiedzialność za czyjeś szycie, nawet jeśli własne jusz dawno lozjebałeś. - Wzruszyłem ramionami, ciężko, jakby to była tylko statystyka, a nie moje własne piekło. Przez chwilę było dobrze - jasne, oczywiście, ale stosunkowo szybko okazało się, jak to miało wyglądać. - Więc nie, nie spieldalam pszed sobą samym. Stoję dokładnie tam, gdzie mnie postawiono, i pszyjmuję to, jak wygląda bilans. - Powiedziałem spokojnie, bez emocji, które mógłbym ukrywać. Nie miałem w głosie żalu, ani rozpaczy, tylko stwierdzenie faktu, tak obojętne, jakbym mówił o pogodzie. Vonnegut by to pewnie lepiej ujął, ale nie miałem w sobie poetyki. Ciemność wokół nas zgęstniała, deszcz dudnił, a w uszach brzmiało mi echo czegoś, czego nie chciałem wypowiadać, ale i tak wypowiedziałem. - To nie jest altluizm. Nie plóbuję tesz glaś męczennika. Po plostu… Dotalłem do mulu, wiem, sze jak zostanę, to losjebię więcej szeszy, nisz jusz losjebałem. Bo wiem, jak to się skończy. Wiesz, co jest zabawne? - Zapytałem, chociaż to nie było pytanie. - Ta sama osoba, ta, któlą wziąłem za szonę. Ta, ktola zachowywała się tak, jakbyśmy mieli daś ladę ze wszystkim - nie miałem potrzeby dodawać, że była szonem, nie żoną, zakładając, że to chyba wszyscy już wiedzieli - powiedziała mi kiedyś, sze wszyscy mieliby łatwiej, gdybym się po plostu kiedyś zabił, to by rozwiązało problem szybciej, czyściej, kompletnie. - Nie uniosłem głosu, nie musiałem, to zdanie samo niosło cały ciężar. - Więc nie mów mi, sze dlamatyzuję. Znam lealną cenę. Wypowiedzianą, podpisaną, dostalczoną osobiście. A mimo tego upalłem się być doblym chłopcem i wszystko latowaś, udowadniaś, naplawiaś, sklejaś. I wiesz, gdzie mnie to doplowadziło? Do tego momentu. - Powoli podniosłem wzrok, chociaż nadal nie patrzyłem jej prosto w oczy. Przeciągnąłem dłonią po karku, jakbym chciał wyrzucić z siebie napięcie, które siedziało tam od tygodni.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
16.11.2025, 22:08  ✶  

Geraldine wcale nie chciała w niego uderzać. Po prostu dzieliła się swoimi spostrzeżeniami, które przedstawiała w całkiem prosty sposób. Nigdy nie była dobrym mówcą, ale na pewno nie można jej było odmówić szczerości. Nie szukała głębszego dna, patrzyła na problem z boku, nie mając też wszystkich informacji, może nie powinna bez nich wydawać żadnej opinii, ale też nie należała do osób, które potrafiły zamilknąć. Nie przechodziła obojętnie wokół kogoś, po kim widać było, że coś go męczy, nawet jeśli nie był jej szczególnie bliski, zresztą był istotny dla jej najbliższych, co poniekąd czyniło go trochę ważnego i dla niej. Tak to chyba zazwyczaj działało.

- Myślę, że każde z nas mogło to rozegrać inaczej. - Nie miała problemu z tym, żeby przyznać, że sama trochę zjebała. Niestety taki już miała charakter, najpierw działała, później myślała, przez co często to się kończyło w podobny sposób. Umiała przyznać się do błędu, może w nieco pokraczny sposób, jednak liczył się gest, czyż nie?

- Nie oszukujmy się, ile Ty właściwie miałeś lat? Siedemnaście? Nie sądzę, aby w tym wieku ktokolwiek przejmował się tym, gdzie wsadza kutasa, albo kto mu go wsadza. - Młodość rządziła się swoimi prawami, nastolatkowie rzadko kiedy myśleli racjonalnie, wystarczyła chwila, aby dali się ponieść emocjom. Benjy nie był ani pierwszy, ani ostatni. Miał trochę mniej szczęścia, że przy włożeniu udało mu się stworzyć nowe życie. Mogło to jednak spotkać każdego, kto w tym wieku postanowił nieco popłynąć. To nie było nic wielkiego. - Jeśli mam być szczera, nie sądzę, aby wielu postąpiło, jak Ty. - Ba, była święcie przekonana, że większość jemu podobnych, czystokrwistych po prostu odwróciłaby się na pięcie i spierdoliła zostawiając brzemienną pannę samą sobie. On wziął na siebie tę odpowiedzialność. - To, że kiedyś ktoś wymyślił, że jesteśmy lepsi od wszystkich, ważniejsi to powoduje problem. Jasne, my z Roisem mieliśmy farta, bo tak się złożyło, że pochodzimy z tego samego świata, ale problemem jest to, że ktoś uważa coś takiego za problem. - Nie wiedziała, czy ją zrozumie, bo trochę plątała się w tym co mówiła, jak zawsze zresztą, nie do końca potrafiła złożyć myśli w słowa, ale istotne było to, że nadal podążali za jakimiś pojebanymi tradycjami, które już dawno powinny ich nie dotyczyć.

- Będziesz płacił przez całe życie za jedną durną decyzję podjętą jako gówniarz. - Stwierdziła fakt, jej zdaniem to było zupełnie bez sensu. Każdy miał prawo popełniać błędy, faktycznie ten jego należał do takich, które mogły powodować poważne konsekwencje, w końcu spierdolił od rodziny, dość specyficznej rodziny, ale co z tego. Nie radził sobie jakoś najgorzej jako Benjy, nie sądziła zresztą, aby ktoś zauważył jego powiązanie z Rookwoodem, który przecież ponoć dawno temu wyjechał do Australii, mógł zaznać tutaj spokoju, przynajmniej miał kilka osób, którym na nim zależało.

- To nie jest zabawne, to pojebane. - Tym razem odwróciła się w jego kierunku, żeby na niego spojrzeć. Mówił to z takim spokojem... straszne, że kiedyś ktoś go tak skrzywdził, Ger nie do końca potrafiła sobie wyobrazić, jakie to mogło spowodować szkody. - Rzeczywiście nie miałeś gustu. - Nie miała pojęcia, jakim trzeba być człowiekiem, aby powiedzieć komuś, kto poświęcił dla ciebie wszystko takie słowa, czy w ogóle ktoś taki mógł zostać uznany za człowieka, jakaś durna baba mu się trafiła. - Cóż, nie ma sensu wierzyć w słowa jakiejś głupiej pizdy. - Może nie powinna obrażać jego byłej żony, nie wydawało jej się jednak, aby powinno go to ruszyć.

- Wiesz, że nie jesteś z tym sam. Masz tutaj ludzi, którzy teraz mogą zrobić więcej niż wtedy, mogą Ci realnie pomóc, może warto jednak spróbować. - Kiedy był młodszy jego najbliżsi byli dzieciakami, które nie do końca miały wiele do zaoferowania, teraz? Geraldine była pewna, że potrafiliby sobie poradzić ze wszystkim.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6494), Geraldine Greengrass-Yaxley (5149)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa