13.11.2025, 23:01 ✶
26.09.1972, wieczór
Szkocja
Szkocja
Niewielka rezydencja rodziny Urquart stała ukryta na obrzeżach lasu, niedaleko Aberdeenshire. Nie była to imponująca, rozległa posiadłość, a raczej solidny, niski budynek z szarego granitu, doskonale wtapiający się w surowy, ale piękny krajobraz Szkocji. Ogród był odzwierciedleniem szkockiej natury i minimalnej ingerencji właścicieli. Nie było tu równo przystrzyżonych trawników i fantazyjnych, równiutkich drzew, lecz dzika łąka usiana kępami wrzosu i kaskadami paproci, które sięgały do kostek. Żywopłoty z twardego, ciemnozielonego cisowca otaczały posiadłość, zapewniając intymność i osłonę przed porywistym wiatrem. Przy tylnej ścianie domu, na kamiennej pergoli, agresywnie wspinały się dzikie róże i bluszcz, których pędy wdzierały się w każdą szczelinę. W rogu ogrodu, pod starym, rozłożystym dębem, znajdowała się mała, okrągła studnia z omszałego kamienia, nad którą wisiał zardzewiały żelazny czerpak. Zapach wilgotnej ziemi i świeżej sosnowej żywicy unosił się w powietrzu. Przez ogród prowadziła kamienna ścieżka, po bokach której wetknięto długie pochodnie. Wiła się między trawą i wrzosami, które zachwycały swoją barwą nawet wieczorem. Prowadziła do masywnych drzwi, które otwierały się gdy tylko kolejni goście zbliżali się do domostwa.
Wnętrze rezydencji było ciepłe i przytulne, witało przybyłych surową elegancją i czerwonymi, długimi dywanami. Wchodząc do środka, goście natychmiast czuli ciepło bijące od dużego kominka w salonie, gdzie stale palił się torf. Ściany były wyłożone boazerią z ciemnego, postarzałego dębu, a w przestronnym salonie brakowało kanapy i foteli - została zastąpiona kilkoma okrągłymi stolikami, przykrytymi obrusami, oraz pojedynczymi krzesłami, ustawionymi w kątach pokoju. Fotele znajdowały się w bibliotece, w której ustawiono także stół do ruletki.
Dla gości pozostał otwarty także jeden pokój - bardziej kameralny, będący przedsionkiem salonu. Meble były ciężkie i solidne: skórzana sofa o głębokich siedziskach, masywny stół z rzeźbionymi nogami oraz barek, na którym postawiono różne butelki z alkoholami. Aczkolwiek alkohol można było znaleźć nie tylko tam: stoliki uginały się pod nim, a służba uwijała się, podając na tacach kolejne kieliszki wina, szampana, whisky i kolorowych koktajli. Nie było tu skrzatów, te pracowały w kuchni, przyrządzając wykwitne przekąski, które potem ludzka służba roznosiła wśród gości.
Co on właściwie tu robił? Nie miał pojęcia, ale zadawał sobie w kółko to samo pytanie, gdy tylko przekroczył próg posiadłości, a jeden z mężczyzn natychmiast odebrał jego płaszcz. Z reguły unikał tego typu spotkań towarzyskich, ale dzisiaj... Dzisiaj nie mógł. Ojciec wyraził się jasno - to było kameralne przyjęcie, ale musiał w nim wziąć udział. Jako dodatek do prezentu, który Reynard posłał wcześniej. Bo tym właśnie był młody Lestrange: dodatkiem, który uśmiechnie się do gospodarza, pokiwa kilka razy głową i po dwóch godzinach wróci do siebie. Przybył trochę spóźniony ze względu na pewne problemy po drodze, lecz gdy tylko dostrzegł Arthura Urquart, wiedział że ten nie będzie mu miał tego za złe. Nie dlatego, że był uprzejmy: ale dlatego, że był kompletnie pijany.
- Młody Lestrange, jak miło cię widzieć! - mimo iż był nie pierwszej świeżości, mówił jeszcze całkiem wyraźnie, chociaż nie tylko przeciągał kolejne sylaby, ale i źle je akcentował. - Masz, napij się.
Niemal od razu w dłoni Rodolphusa znalazł się kieliszek szampana. Nie chcąc urazić gospodarza umoczył w trunku usta, powstrzymując się przed skrętem żołądka. Jeżeli ktokolwiek jeszcze zastanawiał się, czy warto było pić alkohol - mieli przed sobą żywy dowód w postaci Artura, że absolutnie kurwa nie warto.