- Siedemnaście. - Potwierdziłem. Chwilę patrzyłem przed siebie, w ciemność, która wyglądała jak dobre tło dla wszystkiego, czego nie mówiłem głośno przez lata. - Szesnaście. - Poprawiłem się po chwili, bo tak - mniej więcej wtedy zaczęliśmy to, czymkolwiek to było, z początku nieformalnie, bez zobowiązań, później coraz bardziej chaotycznie. - Tak, wiem, jak to bszmi. Gówniasz, holmony, impulsy, cały ten syf, któly splawia, sze człowiek działa, zanim w ogóle pomyśli. To nie jest wymówka, nie dla mnie. - Przetarłem kciukiem bliznę na dłoni, odruchowo. - To był, wiesz, ten lodzaj zafiksowania, któly człowiek ma tylko las w szyciu, kiedy nie ma jeszcze pełnej świadomości, jaki jest naplawdę i pszed czym nigdy nie mosze spieldoliś. - Mówiłem spokojnie, bez goryczy, raczej jak człowiek, który patrzył na dawno zatopiony wrak. Nie patrzyłem na nią, kiedy mówiła o czystej krwi - o tradycjach, tej całej wyhodowanej od pokoleń iluzji wartości. Znałem to, wyrastałem w tym. Kiedy wspomniała, że większość uciekłaby od ciężarnej, ledwie drgnąłem. Przez chwilę milczałem, słuchając jej uzewnętrznionego toku myśli, poplątanego, ale uderzająco szczerego, i może dlatego pozwoliłem sobie odpowiedzieć równie otwarcie.
Zwilżyłem usta językiem, chcąc zebrać z nich ten metaliczny posmak, który zawsze wracał, kiedy ktoś próbował nazwać to wszystko „błędem młodości”. Błąd to było wziąć za cienką kurtkę na mróz, a nie wdepnąć w czyjeś życie po kostki i potem ugrzęznąć tam na lata.
- Ja ją wtedy kochałem. Wiesz? Powiedziałem cicho, prawie do mnie samego. Nie wiedziała, zapewne nie, bo inaczej to, dlaczego nie porzuciłem brzemiennej nastolatki, nie byłoby żadnym zaskoczeniem, szczególnym wyróżnieniem na tle reszty. - Na swój pojebany, plymitywny, gówniany, sposób, ale kochałem. Nie zostawia się kogoś, kogo się kocha, zwłaszcza s waszym dzieckiem. - To była oczywistość, powinna to być oczywistość, ale Geraldine miała rację, nie wszyscy tak na to patrzyli - mimo to, wydawało mi się, że szczególnie teraz, powinna zrozumieć, że nie było we mnie za knut heroizmu, to nie było poświęcenie. Nie miałem tego za nie, nawet teraz, bo za każdym razem zrobiłbym dokładnie tak samo. - Oboje byliśmy toksyczni, ale byłem tak skończonym debilem, sze uwaszałem, sze skolo oboje glysiemy, to się nie zaglysiemy na śmielś. Logika siedemnastolatka.
Mój charakter, mój sposób bycia… On nigdy nie był łatwy, oczywiście, że dopuszczałem możliwość, że może ją do tego doprowadziłem - może byłem wystarczająco zjebany, żeby mnie znienawidziła, zanim zrobiła to, co zrobiła. Geraldine nazwała to „pojebaniem”, a ja uniosłem kącik ust, ledwie - najbliżej uśmiechu, jak mogłem być tej nocy. To, że byłem zepsuty od środka, nie dawało Alice prawa, żeby robić to, co zrobiła, ale nie zamierzałem udawać, że byłem łatwy do kochania. Byliśmy dla siebie idealnie źli i idealnie dobrani, toksyna i antidotum w jednym połączeniu, w zestawie, tuż obok siebie, tyle że nikt nie wiedział, która fiolka jest którą.
- Gust? Ech. Nie zaskocz się, ale kiedy facet ma kilkanaście lat, nie wybiela selcem ani losądkiem. Wybiela tym, co w nim kszyczy najgłośniej. - Uniosłem kącik ust w krótkim, beznamiętnym grymasie - zabawne, że właśnie to mnie wjebało w bagno tak głęboko, że do dziś czułem muł pod paznokciami. Kiedy nazwała moją byłą głupią pizdą, parsknąłem krótko, sucho, moje gardło samo wyrzuciło ten dźwięk. Te słowa nie ciążyły mi już jak kiedyś, były bardziej jak stara blizna.
- Moje popieldolone leakcje, mój temperament, moja zdolność do bycia wszystkim nalas i niczym w tym samym czasie. Ona miała swoje demony, ja swoje. Tyle sze jej zdlada i te słowa… - Wypuściłem wolno powietrze. - Nie losgszesza mnie s leszty. Po plostu była tym klinczem, po któlym jusz nic nie miało plawa działaś.
A potem, przez chwilę, nie mówiłem nic. Dopiero jej ostatnie słowa zmusiły mnie do podniesienia wzroku.
- Wiem, sze nie jestem sam. Wiem, sze macie doble intencje. - Odwróciłem wzrok na ciemną linię górskich szczytów, która w nocy wyglądała jak krawędź czegoś, czego nie da się przejść. - Ale ja mam bardzo plosty bilans, i za kaszdym lasem, kiedy myślę, sze wyszedłem na plostą, dzieje się coś, co pszypomina mi, dlaczego jestem taki, jaki jestem. Sam. Nie chodzi o to, sze wam nie ufam. - Milczałem chwilę, zanim dokończyłem. - Doplowadziłem do nienawiści jedyne dwie kobiety, na któlych mi kiedykolwiek zaleszało. Jedną wtedy, dlugą telas. Jedyna kobieta przed nią i jedyna po niej, któla naplawdę się liczyła… Zjebałem, zawsze zjebię, takie fakty. - Wdawanie się w szczegóły nigdy nie miało sensu, tym bardziej, że ta rozmowa i tak nie powinna zaistnieć - prawda? Ale była noc, było deszczowo, ponuro, do tego te wszystkie wydarzenia, mieszanie w głowie, hipnozy, problemy z wampirami, a skoro nie mieliśmy się bardziej poznawać, po załatwieniu spraw w Rumunii, znacznie lepiej było samemu przedstawić fakty, niż czekać, aż zirytowany Ambroise to zrobi. - Wiem, sze chcę się stalaś, sze powinienem, sze ludzie tutaj mogą pomóc, ale zawsze kończy się tak samo, to jest pewien wzól. Powtaszalność w statystyce. - Przeciąłem powietrze krótkim, tępym parsknięciem. Coś było ze mną fundamentalnie nie tak i nie chciałem prowadzić tabeli występowania kolejnych powtarzalności jebania relacji z bliskimi mi ludźmi.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)
Spoiler