Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Słońce jeszcze nie wzeszło, a żar w palenisku prawie wygasł, pachniało dymem, wilgotnym drewnem i tym ledwie uchwytnym chłodem nadciągającej brytyjskiej jesieni - takim, który wciskał się głęboko pod skórę, jeśli mu się na to pozwoliło. Nie zrobiliśmy tego, tej chaotycznej nocy świat zewnętrzny nie miał tu wstępu - wydarzyło się dostatecznie wiele, abyśmy chcieli chociaż na chwilę o nim zapomnieć. Wszystkie koce, poduszki, narzuty - wszystko, co tylko można było zrzucić na podłogę, wylądowało na dywaniku przed kominkiem. Zrobiliśmy sobie gniazdo, posłanie, leże - jak zwał, tak zwał - bo kanapa była dobra tylko do tego, żeby na nią spojrzeć i stwierdzić, że absolutnie się na niej nie zmieścimy. Nie to, byśmy nie próbowali, w końcu nie można było mówić o „naukowej ciekawości” i poprzestać na jednym wyborze, nawet jeśli okazał się najwygodniejszy.
W półmroku jej włosy były ciemne, ale o cieplejszym odcieniu niż zazwyczaj, podszytym radościami, które mgliście pamiętałem z ich widoku w słońcu szkolnych błoni, splątane, rozsypane po mojej skórze i kocach pod nami. Miała ciepłą, miękką skórę, tak gładką w kontraście do mojej własnej, że mogłem bez końca rysować po niej jakieś niewidzialne wzory, pozwalając sobie na tę rozciągającą się w klatce piersiowej satysfakcję, na spokój, który zwykle mi nie towarzyszył. Tym razem było inaczej - nie byłem do tego przyzwyczajony, ale nie miałem najmniejszego zamiaru kwestionować błogości tej ciszy. A było cicho - tak cholernie cicho, że słyszałem własne serce, jej oddech, jakby zsynchronizowany z moim, i ten miękki, ciepły dźwięk koca, który przesunął się odrobinę, kiedy przyciągnąłem ją bliżej. Nie gadałem, to była chyba największa anomalia całego poranka - to, że milczałem, nie próbując niczego obrócić w żart ani nie komentując mgły, ognia czy faktu, że miejsce na podłodze było nieporównywalnie wygodniejsze niż jakikolwiek mebel w tej chatce. Po prostu patrzyłem w sufit i w półki pod nim, na których stały trzy kubki, kremowa świeca, w połowie spalona, trzy całe świeczki i jakieś książki, których tytułów nie pamiętałem z przeszłości. Mgła za oknem mieszała się z parą na szybach, brzeg jeziora był niewidoczny, dając złudzenie, jakby świat się kończył dokładnie na drewnianej ramie okiennej - tutaj, w tej chatce, w półmroku, gdzie ciepło naszych ciał było ważniejsze niż wszystko, co czekało poza tymi drzwiami.
Nie mówiłem nic. Rzadko mi się to zdarzało, ale teraz cisza była lepsza niż słowa. Patrzyłem na sufit, na półki nad nim, zastanawiając się, czy którykolwiek z leżących tam przedmiotów był świadkiem tak pięknego chaosu, jak ten, który zostawiliśmy tu tej nocy. Przez dłuższą chwilę nie robiłem niczego - tylko oddychałem, słuchałem, chłonąłem to, że była dokładnie tu, a nie gdziekolwiek indziej. Ja też. Pierwszy raz od dawna nie było mi śpieszno do powrotu do rytmu dnia, gwałtownych ruchów i błyskotliwych odżywek, ale Prue nie była przecież moją kochanką, nie mieliśmy tego przelotnego romansu, o którym mówiliśmy kiedyś żartem, próbując zamienić poważne sprawy w coś lżejszego. Była moją dziewczyną, ja byłem jej, choć z początku w żartach, udowodniliśmy to sobie, i to, co działo się między nami, miało przez to ten specyficzny, inny ciężar, który czułem teraz w każdym jej oddechu i w każdym swoim. Nawet jeśli to miało datę ważności, a coś mi podpowiadało, że oboje się z tym liczyliśmy, nie obchodziło mnie to w tej chwili. Dawno już nie czułem czegoś tak po prostu dobrego - bez podtekstów, bez ucieczek, bez tego, że zaraz wszystko się posypie.
Milczałem, a jednak uśmiechałem się pod nosem, tak idiotycznie, że wolałem, żeby nikt tego nie widział - no, może poza nią, ale ona akurat miała policzek wtulony w moją klatkę piersiową, więc wątpiłem, że analizowała moje wyrazy twarzy. Jeszcze przez dłuższą chwilę moje ramię spoczywało pod głową Prudence, a palce rysowały po jej skórze bez żadnego planu, jakby samo ciało pamiętało, co robić, a myśli były tylko dodatkiem. Dopiero później uniosłem się nieco na łokciach i spojrzałem na nią w tym półmroku, w którym jej włosy miały kolor czegoś pomiędzy brązem a ciemną miedzią, rozświetlone nierównymi, dogasającymi językami ognia. Uśmiechnąłem się szerzej, tym razem nie próbując tego ukrywać, przesunąłem palcami po jej ramieniu, nie przestając się uśmiechać. Leżała spokojnie, z tym lekkim zmarszczeniem między brwiami, które - co przyszło niepostrzeżenie, a jednak już stało się prawdą - uwielbiałem prostować pocałunkiem.
- Wyglałem. - To słowo pojawiło się w mojej głowie, jak dziecinny triumf, kiedy spojrzałem na jej-moją koszulę leżącą na podłodze, tuż koło stosu koców, więc musiałem mruknąć to także na głos. Oczywiście nikt niczego nie przegrywał, ale fakt, że koszula tam wylądowała, a ona wylądowała na mnie, dawał mi to słodkie, absurdalne poczucie zwycięstwa. Za oknem mgła podchodziła pod sam parapet, mleczna i powolna, jakby wcale nie chciała ustąpić przed świtem. Szyby były zaparowane, a powietrze pachniało jesienią, mokrym drewnem i ciepłem, które wciąż trzymało się wnętrza po całej nocy - nie tylko w chacie, ale i we mnie - to dopiero było idealne.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)
Spoiler