Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz spędziłem ranek w taki sposób, ale na Horyzontalnej wszystko wydawało się wywrócone do góry nogami jeszcze zanim Prudence weszła do mieszkania. Wcześniej, przed jej powrotem z dyżuru w kostnicy, znalazłem zupełnie inne zajęcie, niż z początku sobie założyłem - prowizoryczne zabezpieczenie okien. Kartony, deski, płachty, taśmy… Wszystko, co wpadło mi w ręce, aby chociaż trochę zatrzymać zimne powietrze i hałas ulicy, zanim Elias wstawi nowe szyby. Po godzinie z kawałkiem wyglądało to tak, jakby mieszkanie zamieniło się w kryjówkę dla bardzo nieudolnej bandy przemytników, a ja, wykończony, przysnąłem na kanapie, próbując wmówić sobie, że jeszcze tylko pięć minut i wstanę, żeby założyć te cholernie ważne pieczęci.
Oczywiście, że nic z tego nie wyszło, wystarczyło, że usłyszałem jej kroki, zanim usiadła obok mnie - ten miękki dźwięk, który nosiła ze sobą wszędzie, nawet kiedy wracała po kilkunastu godzinach pracy. Ocknąłem się, jakby ktoś wylał mi wiadro zimnej wody na głowę, przeciągnąłem się, starając się wyglądać na bardziej ogarniętego, niż byłem.
Zaczęło się niewinnie - zawsze zaczynało się niewinnie - kilka zdań, jej uniesiona brew, moje marne próby wyglądania na odpowiedzialnego, a potem to spojrzenie, które znałem aż za dobrze. To, które mówiło, że plan wziął w łeb. Nim dotarliśmy do sypialni, ława już była świadkiem wszystkiego, czego nie powinien widzieć żaden mebel tego typu. Nie było mowy o powrocie do racjonalności, kiedy Prue zaplatała palce na moich włosach tak, jakby wiedziała dokładnie, gdzie trzymać mnie w ryzach, bym spełnił każde jej eksperymentalno-naukowe życzenie. Skończyliśmy w łóżku, a potem w wannie, bo - oczywiście - żadne z nas nie potrafiło zachowywać się jak cywilizowany człowiek. Woda była gorąca, pachniała jak sól morska i truskawki, a ja ledwo się w niej mieściłem - kiedy opadłem do wanny, połowa zawartości poszła falą w górę, lądując na kafelkach, w korytarzu i chyba nawet na drzwiach od sypialni, czy gdzieś jeszcze dalej, wyciskając przez szparę.
Prudence wyglądała pięknie z mokrymi włosami przyklejonymi do karku, z rumieńcem na policzkach, który udawała, że jest od gorąca, nawet jeśli mógłbym przysiąc, że zaczerwieniła się jeszcze bardziej, kiedy usiadła mi na kolanach. Moment później zachowywaliśmy się jak dwójka ludzi, którzy zapomnieli, że mają po trzydzieści parę lat i dość traum, żeby obdzielić kilka żyć. Ona chlapała na mnie, ja na nią, przerywając wyłącznie na pocałunki, ale wciąż tocząc batalię, bo skoro łazienka i tak była mokra, odrobinę szczeniackiej zabawy nie mogło tego pogorszyć. Siedzieliśmy w tej wannie, śmiejąc się jak para idiotów, jej kolano przy moim biodrze, moje dłonie na jej talii, jej włosy przyozdobione kroplami pary, moje sklejone od wody. Przylgnęła do mnie na chwilę, cieplejsza niż cała ta parująca łazienka. Byłem szczęśliwy w sposób, którego nigdy nie próbowałem nazwać, mogłem tak zostać, na zawsze, albo przynajmniej na tyle, by udawać, że świat za drzwiami nie istnieje. Czując, jak woda przelewa się bokami, wiedziałem, że to popołudnie pójdzie jeszcze w gorszą - albo lepszą - stronę, jeśli natychmiast nie wrócę do pracy.
Przypomniałem sobie o pieczęciach dopiero, kiedy znów zobaczyłem te deski w oknach - to mnie otrzeźwiło, tylko trochę, ale zawsze coś.
Byliśmy na ostatnim piętrze, nie było sąsiadów, więc nawet nie chciałem się ubierać. Mokre włosy ściekały mi po karku, związane byle jak, byłem praktycznie półnagi, w samych dresach, metodycznie przemieszczając się z punktu w punkt - aż do drzwi wejściowych, prowadzących na klatkę schodową, gdzie przyklęknąłem, dłonie zajęte nakładaniem pieczęci, które powinny chronić nas przed wszystkim, co mogło się włamać zarówno z zewnątrz, jak i z wnętrza tego świata, który nas nieustannie testował. Klęczałem przy drzwiach, szukając odpowiednich symboli, chłonąc ciszę mieszkania.
Skupiałem się, naprawdę próbowałem, ale oczywiście, że ona musiała wyjść z łazienki z tym cholernym mopem, jakby wzięła sobie za punkt honoru sprzątanie powodzi właśnie wtedy, kiedy znajdowałem się pod tym kątem. Pochyliła się, przesuwając mokre kosmyki na bok, a jej piersi… Cóż, nie były wcale zainteresowane pozostaniem na miejscu. Bujały się przy każdym ruchu, jakby celowo - prawdopodobnie celowo, czułem, jak głupio buzuje się we mnie krew, wędrując tam, gdzie nie powinna. Nie, kiedy próbowałem odprawić rytuały, nałożyć skomplikowane zaklęcia ochronne. Byłem zawodowcem - jasne, tyle że moje myśli i oczy miały zupełnie inne plany. Wiedziałem, że muszę być skupiony, to było bardzo istotne zadanie - ochrona, obowiązek - ale jak tu nie odwrócić wzroku, nie stracić kontroli, gdy każda jej drobna gestykulacja wciągała mnie głębiej w ten wir? Oddychałem głęboko, próbując utrzymać koncentrację, ignorując, że część mnie już dawno odpłynęła w zupełnie innym kierunku - widok jej pochylonego ciała, piersi wychylających się spod cienkiej koszulki wprost w moją stronę, uderzyła mnie jak kolejne kopnięcia prądu, krótkie, niekontrolowane wrażenia, które natychmiast poczułem w dolnej części brzucha - były wyraźne i natychmiast przypominały mi, dlaczego koncentracja to luksus, na który dzisiaj po prostu byłem w stanie sobie pozwolić. Wbiłem zęby we własną wargę, licząc w głowie runy, które mi pozostały, próbując zachować profesjonalizm. Próba powrotu do roli profesjonalisty była jednak śmiesznie krótkotrwała - pieczęcie, zabezpieczenia - wszystko legło w gruzach w momencie, kiedy rozproszenie wzięło górę. Byłem rozbawiony, żywy, zbyt żywy, by myśleć racjonalnie. Odetchnąłem głęboko, jeszcze raz przejechałem kciukiem po wyrysowanej linii, wstałem powoli - wolno, ale z energią, która nie należała już do rzemieślnika od zabezpieczeń.
- Jesteś oklopnie losplaszająsa. - Powiedziałem jej do ucha, zanim zdążyła się obrócić, wyprostować i zauważyć, że doskoczyłem do niej jednym krokiem, bez dalszego ostrzeżenia, obejmując ją w talii i unosząc, jakby była najlżejszą rzeczą w pokoju - jej zaskoczony dźwięk był wart każdych konsekwencji. Podniosłem ją, zarzuciłem na ramię jak barbarzyńca, który właśnie wracał z udanego polowania, ignorując wszystko inne - noszenie jej tak było skandalicznie przyjemne. Czułem jej dłonie uderzające lekko w mój bok, mokre włosy spadające wzdłuż mojego kręgosłupa. Zatrzasnąłem drzwi nogą, odcinając nas od reszty klatki schodowej i zewnętrznego świata. Wszedłem z nią do sypialni, lekko pochylając głowę, żeby nie walnąć nią o framugę, i po prostu rzuciłem ją na łóżko, w pościel, która jeszcze wciąż pachniała świeżością prania, a jednocześnie nosiła ślady naszego wcześniejszego chaosu.
Nie miałem pojęcia, że coś właśnie spieprzyłem - zabezpieczenia, pieczęcie, moje własne głupie rozkojarzenie - nie wiedziałem, że popełniam błąd. Moje myśli były zupełnie gdzie indziej, rozproszone przez jej śmiech, drobne gesty, przez to, jak jej włosy spadały na ramiona, gdy przewracała się w pościeli, próbując odciągnąć mnie od siebie. Popełniłem błąd, bo nie potrafiłem myśleć o niczym innym niż o niej, o tym, że jej dotyk pobudzał każdy nerw w moim ciele - to było zbyt absurdalne, cudownie niekontrolowane, by chcieć to zmieniać. Nie miałem pojęcia, że tym jednym pochopnym ruchem spartoliłem coś, co nakładałem przez pół wieczoru, przez pół życia, będąc tak żenująco pewnym własnych umiejętności. Nie wiedziałem, że pieczęci przerwały się tam, gdzie powinny spajać całą barierę, bo zachowałem się, jak szesnastoletni szczeniak, wywalając język na widok kobiety, która robiła mi kisiel z mózgu. To był mój błąd, moja nieuwaga, moje rozproszenie w postaci najpiękniejszego zamieszania, jakiego doznałem w życiu, ale wciąż zamieszania, chaosu, który mógł nas wiele kosztować - ją wiele kosztować. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że popełniłem kardynalny błąd, który kiedyś miał dać o sobie znać. Wiedziałem tylko, że kiedy ruszyłem na nią, rozbawiony, żywy, pełen tej jej cholernie dobrej energii, wszystko inne przestało mieć znaczenie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)
Spoiler