• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda

[5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
18.11.2025, 14:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:51 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Rumunia, noc
Zebrałem w płuca tyle powietrza, ile pozwalały połamane wrażenia pod skórą, i splunąłem krwią na bruk, a potem zaciągnąłem się tak mocno, że aż zakręciło mi się w głowie - smak był gorzki, lepki, ale znajomy. Uśmiech nie schodził mi z gęby, chociaż każdy nerw podpowiadał, że powinienem wyć. Po prostu zacząłem schodzić po mokrych, krzywych schodkach w dół wzgórza, powoli, jak ktoś, kto musiał sprawdzić, czy któraś kość nie wyszła mu przez skórę. Każdy ruch czułem aż w potylicy, deszcz przyklejał mi koszulkę do pleców, a mokry bruk odbijał światła miasteczka. W centrum miasteczka paliło się kilka lamp, liczyłem, że chociaż jeden bar będzie otwarty - potrzebowałem czegoś na wstrząśnięcie mózgu z powrotem w miejsce. Szło się ciężko, wlokłem nogi jak ktoś, kto dopiero uczył się, że grawitacja to skurwiel. W głowie brzęczało mi jej „będę czekać”, a ja parłem przed siebie, jakbym mógł to zgubić po drodze, zostawić na chodniku obok peta. Ignorowałem jej obecność, przynajmniej przez dłuższą chwilę. Nie dlatego, że miałem jej cokolwiek za złe - musiałem zająć czymś myśli, zanim zrobię coś głupszego niż spadnięcie z balkonu.
- Ty to, kurwa, masz plosty świat. - Mruknąłem pod nosem, nisko, tak jakbym musiał dociążyć każdą głoskę, żeby przebić się dźwiękiem przez narastający deszcz. - Ale ja nie jestem łowcą, nie jestem Yaxleyem, nie mam palasola tatusia nad głową, nikt nie wyśle dla mnie ludzi na dlugi koniec kontynentu. - Zmrużyłem oczy, patrząc na nią spod byka - tak, jakbyśmy byli dwoma różnymi gatunkami tej samej choroby. - Nie mam nazwiska, któle otwiela dszwi do stałej siateczki zleceń ani lodu, któly lobi kolytasz bezpieczeństwa, czy zasłuszyłem, czy nie. - Przesunąłem filtrem papierosa po ranie na języku i poczułem kolejny impuls bólu przebijający skronie, nie zareagowałem jednak, nie miałem na to przestrzeni. Miałem tylko tę cholerną świadomość, że jeśli teraz nie powiem, co mi siedzi w głowie, to za godzinę będę tego żałować, za to, jeśli powiem - cóż - pewnie też pojawi się złość na siebie, bo lubiłem Astarotha, którego teraz mieszałem w całą sprawę. Tolerowałem też Geraldine, to nie tak, że chciałem ją obrazić - w mojej głowie robiłem dokładnie to, co ona wcześniej - mówiłem wprost, by przekaz był jasny. Tu nie było dobrych rozwiązań. Wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby i to chyba zabolało bardziej niż upadek.
- Będę tam, gdzie będzie lobota. Tam, gdzie mnie potszebują, a nie tam, gdzie mi wygodnie. Nie tam, gdzie ktoś mnie „mosze znaleźć”. Najlepiej tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie. I tam, gdzie nie lysykuję, sze ktoś, na kim mi zaleszy, wyleci w powietsze, bo Fenwick…Rookwood pojawił się w nieodpowiednim miejscu. - Słowa wyszły ciężkie, ale spokojne, prawie neutralne. To nie było wyrzutem - to był fakt - brutalny, codzienny, wkurwiająco prosty. Wyprostowałem się, tyle ile dało się przy rozwalonym kręgosłupie moralnym i poobijanym ciele. - Ja nie mam tej waszej… Instytucjonalnej zajebistości. Ja mam byś wszędzie i nigdzie nalas, bo jeśli ktoś kiedyś połączy fakty i splóbuje kogoś dosięgnąś pszez to, sze ja istnieję, to ja to pszeszyję. - Dodałem ciszej, bez jadu, bardziej stwierdzając fakt. To była faktologia mojego życia, ona miała swoje demony, ja swoje - tylko moje były bardziej ruchome, jak cholerny ogień, który nigdy nie chciał stać w miejscu. Zamiast wyglądać imponująco, wyglądałem jak ktoś, kogo właśnie ciągnięto po bruku przez kilkadziesiąt metrów, albo wypierdolono przez balkon, jedno z dwóch było całkiem prawdziwe. Wzruszyłem ramieniem, krzywiąc się, bo najwyraźniej bark też oberwał przy lądowaniu.
- Ty moszesz planowaś pół loku napszód. Ja planuję na jutlo, jak dobsze pójdzie. - Na mojej twarzy pojawił się ten krzywy, krwawy półuśmiech, jakby cały ten burdel był jedynie kolejną anegdotą, którą opowiem komuś, kto nie powinien jej słyszeć. - Ale jak mówię, sze się losczymy, to się losliczymy. - Rzuciłem tak, jakby to było coś nieuchronnego, coś zapisanego w jakiejś pieprzonej księdze rachunkowej, której nie widziała.
Opuściłem wzrok na swoje zakrwawione dłonie, stawiając kolejny krok, i dopiero wtedy poczułem, jak piekielnie zimny jest jesienny, rumuński deszcz, gdy nie weźmie się kurtki.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
18.11.2025, 14:53  ✶  

Musiała się wrócić po buty, na szczęście zostawiła je w drzwiach, wsunęła je na nogi, co nie było najlepszym pomysłem, te jej trepy nie były stworzone do tego, aby stopa znajdowała się w nich boso. Jakoś jednak musiała sobie z tym poradzić, nie było to przyjemne uczucie, miała wrażenie, że rano będzie tego żałowała, bo zdecydowanie miała nabawić się odcisków na piętach.

Szła za nim jednak dzielnie, maszerowała równym tempem, co nie było, aż tak problematyczne mimo tego drobnego dyskomfortu. Nie mogła pozwolić Benjy'emu samemu wyruszyć do miasteczka, znaczy niby mogła, ale trochę się bała, że zbyt mocno uderzył głową w beton i gdzieś po drodze, przypadkiem przez to znowu by się potknął i już nie wstał. Nie chciała mieć go na sumieniu, wolała nie musieć później tłumaczyć się mężowi z tego nocnego zajścia, zresztą tak, czy siak wiedziała, że ją to nie ominie. Nawet w mroku i deszczu zdołała dostrzec, że zgubił kawałek zęba.

Przewróciła oczami, kiedy zaczął te swoje wywody. No jasne, miała prosty świat, bardzo prosty. W tym momencie, nie miał jednak pojęcia, jak to wyglądało wcześniej. Uwielbiała ludzi, którzy sugerowali jej, że wszystko było zasługą jej rodziny. Nikt nie widział, ile sama włożyła w to pracy. Zwłaszcza, że była kobietą, jasne mógł o tym zapomnieć... to wcale nie byłoby niczym dziwnym. Tyle, że jednak nawet w przypadku ich rodziny wybór którym było wchodzenie w rodzinną profesję nie należał do tak oczywistych. Miała farta, że jej ojciec był całkiem wyrozumiały, nie zmieniało to jednak tego, że poświęciła sporo czasu, by inni mężczyźni w jej rodzinie zaczęli ją szanować. Od zawsze musiała udowadniać, że stać ją na wiele. Tak właściwie nie mogła być równa facetom, musiała być lepsza od nich, wystarczyło drobne potknięcie, by ludzie zaczęli gadać, że znajduje się w tym miejscu tylko przez wzgląd na swojego ojca.

- Teraz mam prosty świat, kiedyś tak nie było. - Postanowiła nieco sprostować jego tezę, bo skoro już rozmawiali całkiem szczerze, to nie miała zamiaru zupełnie się powstrzymywać, rzadko kiedy o tym wspominała, nie lubiła się nad tym rozwodzić i opowiadać, jak jej było ciężko, ale w tym przypadku wolała to nieco wyjaśnić.

- Nie masz pojęcia ile razy słyszałam o tym, że to moje durne fanaberie, że chuja się znam i do niczego się nie nadaję, tylko przez to, że nie miałam kutasa. - To był główny powód przez który obcy ludzie próbowali zarzucać jej brak profesjonalizmu.

- Przez lata musiałam udowadniać swoją wartość, nie mogłam być po prostu dobra, musiałam być najlepsza. - W końcu doszło do tego, że mało kto w tej chwili był w stanie dorównać jej umiejętnościom, bo Geraldine była kurewsko zawzięta, kosztowało ją to sporo siły, samozaparcia i czasu, ale nie żałowała tych poświęceń i wyrzeczeń, które napotkały ją po drodze do celu.

- Nazwisko to nie wszystko, jasne, sporo ułatwia, ale nie tylko ono się liczy. - Nie miała wątpliwości co do tego, że sporo zleceń trafiało do niej tylko przez to, że należała do rodziny, która od pokoleń zajmowała się tym, czym się zajmowała, ale to nie było wszystko. Sama zaczęła nawiązywać relacje, dłuższe kontrakty, w sumie całkiem nieźle kręcił jej się biznes przez to, że nie miała najmniejszych oporów przed tym, by szukać kolejnych zleceniodawców.

- To żaden problem znaleźć kilku pierwszych klientów, szczególnie teraz, wiesz ile ludzi ma problemy z klątwami? Nie mogłeś trafić lepiej. - Pożary niosły ze sobą różne konsekwencje, słyszała o tym, że ludzie nie potrafili sobie z nimi radzić, potrzebowali specjalistów, nie sądziła, aby było ich wystarczająco wielu, dostępnych od ręki. - Jeśli teraz byś im pomógł, to miałbyś szansę rozwinąć skrzydła. - Nie była może jakąś specjalistką od interesów, jednak to wydawało jej się całkiem proste, wręcz banalne, no nie mógł kurwa lepiej trafić z usługami, które świadczył.

- Gwarantuję Ci, że masz wokół siebie ludzi, którzy są w stanie od siebie zadbać i to raczej Ci, którzy będą próbowali wysadzić ich w powietrze powinny się bać. - Nie wydawało jej się, że mógło być inaczej.

- Zresztą aktualnie nie trzeba być Tobą, żeby dostać przypadkiem zaklęciem i umrzeć na ulicy, nie jesteś aż tak wyjątkowy. - Sama prawie wyzionęła ducha, po trafiło ją zaklęcie czarnomagiczne na samym początku wojny, Amanda zginęła, Florence zginęła, tak samo jak wielu niewinnych ludzi, którzy nie zrobili nic kontrowersyjnego.

- Myślę, że doszliśmy do takiego etapu, że mało kto pozwala sobie na planowanie pół roku do przodu. - Nie był przecież jedynym, nikt nie wiedział, co przyniesie jutro. Mógł pierdolić te swoje farmazony, ale miała wrażenie, że trochę zbyt mocno się na tym zafiksował. Jasne, miał swoje powody, ale teraz? Teraz każdy miał jakieś powody.

- Gówno prawda, chuja, a nie się rozliczymy, przecież nie możesz planować nic pół roku do przodu. - Sam sobie zaprzeczał, nie omieszkała mu tego wypomnieć.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
18.11.2025, 17:10  ✶  
Szliśmy tym mokrym, rumuńskim poboczem, a jej głos niósł się za mną jak strzęp pary znad gorącej wody, który nie chciał zniknąć, mimo że deszcz robił wszystko, żeby go rozwiać. Trzymałem dłoń przy ustach - nie dlatego, że bolała mnie szczęka, tylko dlatego, że smak krwi wciąż był zbyt wyraźny, a przegryziony język pulsował, więc próbowałem przydusić to wrażenie dymem papierosowym, co w deszczu było niełatwe. Mokry bruk chlupał pod butami, a krople rozpryskiwały się na moich ramionach i włosach, ale nie zwracałem na to uwagi. Odwróciłem głowę dopiero po chwili, fajka moich w ustach pulsowała lekko ciepłem, dym owinął moją twarz jak zasłona, kiedy wtedy wreszcie odezwałem się, głos mając spokojny, oschły, bez cienia gniewu, ale nie do końca neutralny.
- To nie ma nic do szeszy. - Mruknąłem dopiero, kiedy skończyła, głos miałem surowy, ale nie chamski. - Kutas, blak kutasa, kompletnie mnie to nie intelesuje. Plofesjonalizm nie siedzi między nogami, nigdy nie siedział. Jedni lobią doblą lobotę, dludzy pieldolą głupoty, bo czują się zagloszeni. Cała filozofia. - Przesunąłem językiem po ostrym brzegu złamanego zęba, czując tę głupią, prymitywną irytację - fajka zgasła od deszczu, zakląłem pod nosem, znowu ją podpalając, wsunąłem zapalniczkę z powrotem do kieszeni. Mokre włosy przykleiły mi się do karku, a język pulsował bólem przy każdym ruchu szczęki, ale mówiłem dalej, równym tonem, nieco niższym. Słuchałem jej dalej, tego o zleceniach, o pożarach, o problemach, które nagle spadły na świat jak deszcz gorącego popiołu. Miała rację - było tego pełno. Ludzie błagali o cokolwiek - zdjęcie klątwy, zdjęcie uroku, zdjęcie odpowiedzialności za własne błędy.
Tylko że…
- Zleceń po poszalach jest pełno. Klątwy się mnoszą jak gszyby, ludzie nie wiedzą, co lobiś, jasne, są zdespelowani i zapłacą kaszdemu, kto potlafi odlószniś lunę od własnej dupy. - Wzruszyłem ramieniem, spokojnie, bez drwiny. - Ale s całym szaszunkiem… Czy chciałabyś całymi dniami zajmowaś się polowaniem na sasabonsamy? - To słowo zawisło między nami jak coś kulawego i absurdalnego, chociaż prawdziwego. - Chciałabyś się pszekwalifikowaś na łowcę sasabonsamów, Gelaldine? - Nie oczekiwałem odpowiedzi - wiedziałem, jaka ona będzie. Rzuciłem to zdanie jak kamień w studnię, nie oczekując, że usłyszę plusk odbity od dna. - Jak klysys minie, jak klątwy pszestaną się wykluwaś jak kalaluchy w piwnicy, to co mi zostanie, skolo wszystkie lepsze zlecenia na Wyspach naleszą do was albo Ministelstwa, ewentualnie Munga? Miałbym łamaś te same tszy uloki do końca szycia? Kolejną selię sasabonsamów, co tydzień? - Zapytałem cicho, prawie w tonie, który mógłby uchodzić za przemęczenie. Przeczesałem włosy jedną ręką, czując wilgoć wymieszaną z krwią - miałem mieć tam guza, już miałem rozcięcie, na sto procent. Wszystko pulsowało, jakby upływający czas próbował mi powiedzieć, że jestem większym idiotą, niż sądziłem. Westchnąłem pod nosem, czując znajomy puls bólu za lewą skronią.
- W wieku czteldziestu lat nie zamieszam siedzieś w małym lokalu, s duszą na lamieniu, dziadziejąc i odklątwiając pieldolone polcelanowe słoniki. Mam zająś się czyszczeniem naszyjników ukladzionych s globów? Albo oczyszczaś zestawy helbasiane po ciotce, któla nie lubiła losiny? - Wyrzuciłem spokojnie, bez szyderstwa, raczej opisując nieunikniony, żałosny scenariusz. - Ja tesz mam swoje kompetencje. Mam odejść od tego, w czym jestem najlepszy? Od adlenaliny, któla mnie napędza? - Uniosłem brew z tą zimną, cichą szczerością, która nigdy nie przychodziła łatwo. - To niedoszeszne.
Byłem przyzwyczajony do bólu - potrafił być całkiem wiernym towarzyszem, ale monotonia? Nie byłbym w stanie tego przeżyć, musiała to wiedzieć, a i tak postanowiła mi zaproponować rozszerzanie wpływów tam, gdzie rynek na moje zajęcia był już wysycony, zablokowany przez jej własnych znajomków. To nie były Stany, Wyspy Brytyjskie miały dużo mniejszą powierzchnię i bardziej uregulowane wpływy i układy. Przeszedłem przez kałużę tak, że prysnęła na oboje. Nie przeprosiłem.
Fajka wypaliła się niemal do końca, a ja wciągnąłem ostatni oddech dymu, który wypełnił moje płuca i pozwolił mi jako tako uspokoić puls. Nie zatrzymywałem się, nie czekałem na reakcję, szedłem w dół wzgórza w stronę centrum, licząc na jakiś otwarty bar, a ona maszerowała obok - dalej, uparcie, za cholerę nie wiedziałem, po co, ale ja szedłem, nie czekając na reakcję, nie oglądając się, pozwalając deszczowi obmywać zmęczone ciało. Przekraczane przez nas kałuże wypełniały ciszę rytmicznym chlupotem pod butami, a ja próbowałem ogarnąć własny ból głowy i smak krwi w ustach, który jeszcze się utrzymywał.
A potem padło to o dbaniu o siebie - że nie jestem wyjątkowy, każdy może dostać zaklęciem na ulicy, ona potrafi, oni potrafią, nie muszę nosić świata na plecach. Zamilkłem na kilka kroków, powietrze zdążyło się zagęścić, a potem, bardzo cicho i bardzo spokojnie, wyrównałem oddech. Zatrzymałem się - nie gwałtownie, nie teatralnie, po prostu stanąłem i odwróciłem głowę w jej stronę. Deszcz spływał mi z włosów po policzku, wzdłuż szczęki, po ustach. Głos miałem spokojny, ale z tą nutą czegoś niskiego, ciemnego, co można pomylić z goryczą.
- Mówisz, sze ludzie wokół mnie potlafią o siebie zadbaś, mają się czego baś tylko ci, któszy splóbują coś im zrobiś. - Nie było we mnie ani złości, ani zaczepki, tylko spokojny, prawie ciężki ton.
- To powiedz mi jedno, Gelaldine. Skolo potlafisz o siebie zadbaś…
Opuściłem dłoń z fajką, pozwalając, żeby deszcz zgasił żar.
- Zabiłabyś Ambloise’a, gdybyś musiała?
Ruszyłem dalej, ale spowolniłem, jakby ciężar wiszący między nami zmieniał bieg powietrza.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
18.11.2025, 20:46  ✶  

- Dla Ciebie to cała filozofia, bo masz kutasa. - Nie sądziła, że jakikolwiek facet mógłby ją zrozumieć, zresztą mało było kobiet, które potrafiły. Rzadko kiedy kobiety odnajdywały się bowiem w takim męskim zawodzie, sama nie znała praktycznie żadnej łowczyni, przynajmniej nie na miejscu, no, może niektóre z jej kuzynek zajmowały się podobną profesją, jednak nie tak spektakularnie jak ona. Można było to uznać za pychę, ale cóż, wiedziała, że jest najlepsza i chuj, nie bała się o sobie myśleć w ten sposób, pracowała na to całe życie. Ta jasne, wiedziała, że płeć nie ma najmniejszego znaczenia, bo niby co to za różnica, co masz między nogami... jednak wiele osób, szczególnie tych zajmujących się tym zawodem od lat na początku spoglądało na nią z prześmiewczym uśmiechem na twarzy.

Nie sądziła jednak, aby Benjy zrozumiał jej rozterki, każdy miał jakieś swoje kamienie milowe do pokonania. Dobrze jednak było wiedzieć, że nie lekceważy płci przeciwnej, zresztą miał przyjemność już zobaczyć, że akurat ona potrafi przypierdolić.

Deszcz nie przestawał padać, czuła, że woda wlewa jej się do butów, bo nie zdążyła ich zbyt dobrze zaszunrować, jutro będzie tego żałowała, jednak teraz nie poddawała się tylko szła z nim równym krokiem. Wyciągnęła dłoń, aby poprawić grzywkę, która powoli zamieniała się w mokre strąki i opadała jej na oczy. Było chłodno, nawet jeśli temperatura nie należała do najniższych to jednak deszcz powodował, że ciało odczuwało zimno bardziej niż powinno.

Słuchała tego, co miał jej do powiedzenia, nie wchodziła mu w słowo. W zasadzie to nawet potrafiła zrozumieć te jego obawy o to, że dostawałby te same zlecenia, osoby takie jak oni monotonia potrafiła zniszczyć. Coś o tym wiedziała, potrzebowała kolejnych bodźców, by czuć, że żyje. Nie potrafiłaby ciągle zajmować się tym samym. Docierały więc do niej te jego argumenty. - Nie wątpię w to, że masz swoje kompetencje. - Wiedziała, że był zajebistym klątwołamaczem, zresztą widział więcej niż pewnie większość tych, którzy pracowali w kraju, nigdy nie negowała jego wiedzy. Zmrużyła na moment oczy, myślała, bardzo intensywnie myślała, aż w końcu coś wymyśliła, oby to co zamierzała zaproponować nie doprowadziło jej do grobu.

- Coś mi mówi, że będę tego żałować. - Wyburczała pod nosem, sama do siebie. Nie wiedziała, czy to usłyszał, czy nie, nie obchodziło jej to szczególnie. Zamierzała o to zapytać, nie było już odwrotu, zresztą podejmowanie decyzji zawsze przychodziło jej bardzo szybko. Zatrzymała się na chwilę i spojrzała na niego.

- To współpracuj ze mną. - W końcu wyrzuciła to z siebie.

- Jak sam zauważyłeś, mam swoje dojścia, jeśli nie ja, to Gerard, nikt w tym kraju nie trafia na lepsze przypadki. - Nie dało się temu zaprzeczyć, od lat byli przecież cenionymi specjalistami. - Nie będziesz się nudził. Potrzebuję kogoś kto będzie mi towarzyszył, jak widzisz moi bracia nie podołali. - Nie było sensu ukrywać, że nie miała nikogo zaufanego u swojego boku. - Chuja się na tym znam, możemy założyć spółkę, jakoś to zalegalizować, ale pewnie ktoś może w tym pomóc. Nie wychujam Cię na hajs, bo mam go jak lodu. - Dodała jeszcze, bo to też powinno być oczywiste.

Czekała na jego reakcję, propozycja była być może dość spontaniczna, ale całkiem szczera. Bardzo trudno było znaleźć sobie zaufanych kompanów, którzy potrafili zadbać o siebie i innych. Z jego i jej doświadczeniem, cóż - czuła, że mogliby wiele zdziałać, właśnie dlatego postanowiła mu to zaproponować i cóż teraz jego argument o powtarzalności był inwalidą, co również nieco ją usatysfakcjonowało.

Nie przestawała z nim iść. Nie do końca wiedziała, czego szukał, ale szedł dalej, to by oznaczało, że jeszcze tego nie znalazł. Nie zamierzała go zostawić, wolała mieć Benjy'ego na oku z racji na to, że to ona była odpowiedzialna za jego aktualny nie do końca najlepszy stan fizyczny.

Zmarszczyła nieco nos, gdy usłyszała kolejne pytanie z jego ust. Było dość brutalne, nieco filozoficzne, jednak odpowiedź, która miała paść z jej ust nie powinna go zaskoczyć. Może nie był to najlepszy przykład, jednak jej brat stał się bestią, a walczyła o niego nadal, próbowała mu pomóc, zrobić coś, żeby nie najgorzej mu się nie żyło. Zawsze było jakieś wyjście, zresztą nie rzuciła swojej typowej odpowiedzi, że ona nic nie musiała, nigdy.

- Nie. - Była to może dość enigmatyczna odpowiedź, ale nie było co się nad nią rozwodzić, nie nie zabiłaby Ambroise'a, jak mogłaby zabić najważniejszą osobę w swoim życiu?

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
19.11.2025, 02:03  ✶  
W jej słowach było to znajome napięcie, które zwykle wywoływało we mnie odruchowe przewrócenie oczami, ale tym razem odpuściłem. Deszcz robił za chłodny kompres, chodnik kołysał się gdzieś pod stopami, a język bolał mnie tak, jakby ktoś wsadził mi do ust rozżarzony gwóźdź, mimo to byłem skupiony - no, względnie. Wyciągnąłem fajkę spomiędzy zębów, tylko po to, żeby parsknąć krótkim, wypranym z emocji śmiechem. Nie było w nim kpiny, bardziej brzmiał jak pęknięcie w lodzie.
- W moim pszypadku kutas niczego nie ułatwił. - Mruknąłem, przesuwając językiem po ostrym brzegu nadłamanego zęba. - Posiadanie chuja nic nie dało, poza większym wpieldolem na wejściu. Od początku musiałem byś twaldy. Musiałem udawaś, że jestem kimś, kim nie byłem. - Burcząc, kolejny raz wsunąłem papierosa między wargi, by się zaciągnąć, i poczułem ukłucie w miejscu, gdzie szkliwo było pęknięte - dobry bodziec, trzymał mnie w teraźniejszości. Nie byłem klątwołamaczem, nie byłem najemnikiem. Nie byłem nawet nikim wartościowym, kiedy zaczynałem. Musiałem się wspinać, drapać o skały, jak zwierzę, żeby w ogóle ktokolwiek mnie zauważył. Nie miałem ojca-łowcy, zaplecza, nie miałem nazwiska, tradycji, koneksji, kogoś, kto mógłby napisać list polecający, wstawić się za mną, popchnąć mnie w odpowiednią stronę, więc kiedy zacząłem robić to, co robiłem do teraz… Sam musiałem z siebie ulepić dostatecznie dobrego człowieka, którego ktokolwiek traktowałby inaczej, niż jak śmiecia, szczura i jednocześnie zarazę. - Ty walczyłaś o to, szeby cię traktowali poważnie. Ja walczyłem o to, szeby w ogóle mnie widzieli. - Spojrzałem na nią bokiem - z tą dziwną, ponurą, prześmiewczą rezygnacją kogoś, kto nie próbował nikogo do niczego przekonywać. Nie był to wyrzut, nie był to nawet kontrargument, to była informacja - surowa, ale neutralna, jak zapis w aktach. W milczeniu szedłem dalej, jakby nic nie padło, chociaż każde słowo ciągnęło się za nami jak cień, którego nie da się zgubić nawet w najtęższym deszczu. Zaciągnąłem się raz jeszcze, aż żar zapulsował żywo.
Dopiero, gdy padła jej propozycja współpracy, zatrzymałem się dosłownie na pół kroku, zaraz wznawiając marsz, ale jakby ciężej. Cała ulica zapachniała krwią, dymem, wodą, mokrym tynkiem i czymś cięższym, co wisiało między nami. Fajka żarzyła się uparcie mimo deszczu.
- Współplacowaś. - Powtórzyłem, nie dlatego, że nie rozumiałem, tylko dlatego, że musiałem wyczuć smak tego słowa. - S tobą. - Spojrzałem na nią bokiem, jakby próbował ocenić, czy to żart, czy prowokacja, czy autentyczność podszyta dziwną nicią porozumienia, której oboje nie lubiliśmy nazywać po imieniu. Brzmiało to jak kuszenie od losu, nagłe rozwiązanie moich wszystkich problemów, które powinno mnie uradować, wprowadzić w euforię albo zmieszać, wzbudzić podejrzliwość, przerazić, ale nie zrobiło niczego z tego - nie, bo przytłoczyło mnie coś zupełnie innego - myśl, że być może kolejny raz wszystko przedwcześnie spierdoliłem, znajdując rozwiązanie już po fakcie, wtedy, gdy było za późno. Nie - zdecydowanie nie, nie mogło tak być, bo przecież nie wycofałem się przez brak zleceń, to nie było aż tak banalne.
Powiedziała “nie”, a ja cicho wciągnąłem powietrze przez zęby - nie dlatego, że mnie to zaskoczyło, to było oczywiste, tylko dlatego, że dotknęliśmy właśnie tej granicy, której ludzie zwykle nie tykali. Deszcz spływał po mojej twarzy, ale nie osłabiał głosu, nie patrząc na Geraldine, wyrzuciłem z siebie słowa, które paliły mnie od środka. Wyszły chropowate, zupełnie pozbawione ozdobników - gdyby były namacalne, pewnie przecięłyby skórę.
- Naplawdę chcesz mi tak zaufaś? Nie moszesz mówiś, sze jesteś pszygotowana na wszystko, jeśli to „wszystko” mosze nadejść od ślodka, a nie s zewnątsz.
Ambroise był dla niej wszystkim i vice versa - nawet idiota by to widział, ale nie o to chodziło w tym pytaniu. Nie o Roise’a, nie o teoretyczne gówno. Chodziło o to, że świat robił się coraz bardziej porąbany, a ludzie, których kochaliśmy, nagle stawali się kimś innym - czymś innym, mogli być wykorzystani, nadpisani, złamani w środku tak, że nie było czego ratować.
- Nie zadałem tego pytania, szeby cię splowokowaś. - Powiedziałem cicho, patrząc na mokry bruk, nie na nią. - To nie jest hipotetyczna bajeczka o wilkach i balankach. To świat, w któlym żyjemy. Widziałem to, ty tesz, wiem, jak wygląda spojszenie kogoś, kto nie jest tym, za kogo się podaje. - Patrzyłem przed siebie, na mokrą ulicę, po której woda spływała małymi strumykami. - Miałaś to s doppelgangelem, mentalnym wpływem, całym tym syfem. I mówisz telas, sze ktoś mose byś pszygotowany, kaszdy s nas potlafi o siebie zadbaś, jasne, ale jeśli ploblem siedzi w ślodku, losdziela ciebie albo bliską ci osobę od wewnątsz… - Urwałem, mój głos na moment stracił suchą, ostrą barwę. - Wtedy nie ma pszygotowania. Nie ma doblych, lekkich wybolów. - Zabrzmiało to ostatecznie, ale prawdziwie - i to było najgorsze.
Wciągnąłem powietrze przez nos - było zimne, nieprzyjemne. Kawałek we mnie chciał stąd odejść, szybkim krokiem, drugi kazał mówić dalej.
- Śmieszny fakt, skolo jusz wymieniamy doświadczenia. Okazuje się, sze mimo całego mojego pszygotowania, ja tesz jestem podatny na to gówno. Nie mam pojęcia, czy to Lomulus coś mi wtedy wpieldolił, czy to było coś innego, ale… - Przerwałem, bo język odmówił posłuszeństwa na sekundę. - Ale coś mi zlobiło w głowie syf. Na zbyt wiele czasu. Słyszałem dźwięki, któlych nie było. Mówiłem słowa, któle nie były moje. I… Odszedłem od kobiety, s któlą chciałem byś szczęśliwy. Któlą chyba... - Pokręciłem głową, ucinając resztę. Przez moment wyglądałem tak, jakbym się uśmiechnął, ale to było złudzenie. Coś jak odbłysk w szybie, nie intencja.
Przerwa. Dłuższa niż powinna być.
- Byłem szczęśliwy. - Poprawiłem sam siebie. - Pielwszy las od, kulwa, lat. - Mój głos nie drżał. Nie należał do człowieka, który się łamał. Bardziej do tego, który wyciągał z siebie odłamek szkła i oglądał go pod światło. - A potem coś we mnie pękło i wiedziałem, sze lepiej ją zostawiś, nisz pozwoliś, szeby to, co siedziało we mnie, kazało mi zrobiś coś, czego ja bym nigdy nie zrobił. - Moje dłonie drgnęły, jakby zimno dopiero teraz mnie dogoniło. - Sun by mnie nie zabiła. Tak sądzę. Odpowiedziałaby w ten sam sposób. - Dopiero po paru krokach powiedziałem rzecz, która paliła mnie najbardziej. - Tylko widzisz… Ploblem polega na tym, sze ja... Nie ja... Mógłbym zabiś ją. - Stwierdziłem, tym razem już bezbarwnie, i zacisnąłem palce na papierosie, chociaż już wygasł, po czym puściłem niedopałek wprost w kałużę, przygniatając go obcasem buta. To nie było ckliwe wyznanie, bardziej odsłonięcie kawałka pękniętej ściany, za którą i tak nie było nic poza ciemnością. Nie rozglądałem się, nigdzie nie patrzyłem, tylko przed siebie, w rozmyte światła miasteczka, jakbym właśnie tam szukał jakiegoś punktu odniesienia - baru, najlepiej baru. Nie rozwijałem, nie w tym momencie, nie tłumaczyłem, skąd płynęły te słowa - sam nie miałem pojęcia, dlaczego tego wieczoru postanowiło mi się ulać, ale najwyraźniej wylewało się wszystko, nawet te najbardziej drażniące fragmenty - o hipnozie, wpływie, o tamtym incydencie, kiedy przestałem być sobą, zdaniach, które nie należały do mnie, dźwiękach, które były halucynacjami albo nie... A przede wszystkim o tym, że odszedłem od kobiety, której nigdy nie chciałem skrzywdzić, bo nagle nie wiedziałem, czy jestem jeszcze sobą. Byłem szczęśliwy, a to uczucie było tak absurdalnie silne, iż miało w sobie coś, czego bałem się nazwać. Ale nic nie było proste, nie w tym świecie, a niektórzy ludzie, tacy jak ja, sami z siebie przyciągali syf i kłopoty.
- Las to pszypadek, dwa lasy to nie statystyka, nie schemat, ale nie powiesz mi, sze nie losumiesz, dlaczego czasami s góly wiadomo, gdy coś asz się plosi o znak ostszegawczy. - Uśmiechnąłem się krzywo, nie było w tym nic z radości. Wobec siebie zwykłem ignorować czerwone flagi, ale tu już nie chodziło wyłącznie o mnie - wbrew wszystkiemu, co insynuowała mi Geraldine, nie traktowałem tego, jako mój własny egoizm. Nie chciałem być altruistą, jedynie odwracałem bieg losu.
Przetarłem mokrą twarz dłonią, tak jakby dało się zetrzeć z niej to, co niewidzialne. To nie był dramat - nie była to spowiedź, nie było to wyznanie, tylko był fakt. Zwyczajny, chropowaty fakt, a jednak wypowiedzenie tego na głos było jak wyłamanie własnego żebra. Świat, który aktualnie mieliśmy, to nie było bronienie tego, co jest na zewnątrz. To było bronienie się przed tym, co mogło wleźć do środka. Deszcz spływał po mojej twarzy, jakby chciał coś zmyć, ale nie miał czego - ja już byłem wypłukany. Szedłem dalej, krok za krokiem, jakby nic się nie wydarzyło, a mokry bruk odbijał blask, który nie należał do żadnego słońca.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
19.11.2025, 12:23  ✶  

Mogli się tak przerzucać nawzajem argumentami, czy łatwiej jest mieć kutasa, czy go nie mieć. Każde miało swoje doświadczenia z tym związane. Trudno było stwierdzić, co było gorsze nie mogąc wejść w buty danej osoby. Nie było jednak sensu lekceważyć tego, co przeżywali, tyle, że to chyba nie były zawody w tym kto miał gorzej, a trochę tak to brzmiało.

- Niech Ci będzie, miałeś gorzej. - Chyba chciał to usłyszeć? Właściwie to nie była pewna, ale wyciągał kolejne argumenty, burczał je niezadowolony pod nosem. Postanowiła więc mu to przyznać, miał trudniejszą ścieżkę do przejścia, aby znaleźć się w tym miejscu w którym był obecnie. Nie, żeby uważała, że jej należała do najbardziej prostych, bo zdawała sobie sprawę, że wielu ludzi miało jeszcze łatwiej. Nie mogła jednak umniejszać zasługom swojego ojca, który od maleńkości wsadzał jej łuk w rękę i zachęcał do tego, aby zobaczyła jak to jest. Od dziecka wiedziała, czym się będzie zajmowała, od najmłodszych lat ją do tego ciągnęło, nie dało się walczyć z genami. Nie miała więc tych problemów związanych z wyborem swojej drogi, poszukiwaniem swojego miejsca na świecie, wiedziała do czego jest stworzona, wręcz nie potrafiła sobie wyobrazić siebie jako kogoś innego, nigdy nawet nie próbowała zmienić postanowień z dzieciństwa.

Powtórzył jej słowa. Kiwnęła jeszcze twierdząco głową. Współpracować z nią, tak. Była to może dosyć spontaniczna propozycja, jednak wydawała jej się naprawdę zajebistym pomysłem. On i ona byliby zadowoleni, no może pomijając to, że czasem trudno im się było ze sobą dogadać, to nie można było im zarzucić braku doświadczenia, czy profesjonalizmu. Wiedziała, że nie mogłaby znaleźć nikogo lepszego, zresztą nie szukała sobie towarzysza jakoś intensywnie. Trafiła się okazja, więc postanowiła ją wykorzystać. Teraz było to tylko i wyłącznie jego wyborem. Dała mu rozwiązanie na jeden z problemów, o którym wspomniał, mogła mu zapewnić adrenalinę i przygodę, wystarczyło, żeby tylko powiedział tak, żeby zgodził się na jej propozycję.

- Tak, wiem, nie jestem wymarzonym kompanem, mam paskudny charakter, ale Ty też jesteś trudny. - Dodała jeszcze. Jeśli ktoś miałby z nimi wytrzymać podczas współpracy to chyba faktycznie byli tylko i wyłącznie oni, nie wydawało się ich ruszać zbyt wiele, byli do siebie podobni, czy tego chcieli, czy nie.

- Czemu nie? Chcę Ci zaufać. - Zresztą nie wydawało jej się, aby jej najbliżsi ufali mu bez powodu, a to powodowało, że poniekąd łatwiej było jej to zrobić w tym przypadku, z zupełnie obcą osobą wyglądałoby to zupełnie inaczej.

- Tak się składa, że przeżyłam też próbę wtargnięcia od środka. - Dosyć brutalną, która mocno wpłynęła na jej poczucie własnej wartości, ale jakoś sobie z tym poradziła, jakoś udało jej się z tego wyjść, chociaż były momenty, w których myślała, że nie dożyje do początku jesieni.

- Nie ma przygotowania, ale zawsze są różne opcje. Nie można przewidzieć, jaka sytuacja się przytrafi, co się wydarzy, fakt. Myślisz, że ja spodziewałam się tego, że ktoś będzie mieszał mi w głowie? Myślałam, że mam pierdolonego brata bliźniaka, rozmawiałam z nim miesiącami, a on próbował zająć moje miejsce, przejąć moje życie. - Przy okazji mieszał, mieszał w jej codzienności, trafiał do jej przyjaciół, rodziny, mógł ich skrzywdzić. Dobrze wiedziała, że to była tylko i wyłącznie jej wina, że to ona sprowadziła na siebie tę istotę.

- Gdyby nie to, że dopuściłam do siebie ludzi, poprosiłam ich o pomoc, to najprawdopodobniej by mnie tu nie było. - I nie miała najmniejszego problemu, by powiedzieć to na głos. Wiedziała, że sama mogła sobie nie poradzić z tym, co ją spotkało, z wsparciem wyglądało to zupełnie inaczej.

Słuchała uważnie tego, co mówił. Miał jakiś problem, coś mieszało mu w głowie, to trochę pozwalało jej zrozumieć dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Typowy odruch, odsunięcie się na bok, dystansowanie się, by nie skrzywdzić nikogo ze swojego otoczenia. Rozumiała to bardzo dobrze, ale wiedziała, że nie było to najlepszym wyborem. Radzenie sobie ze wszystkim samemu.

- Mówiłeś o tym komuś? Rozmawiałeś z Roisem? Corio? Kimkolwiek, czy postanowiłeś to przemilczeć? - Nie słyszała nic o tym, żeby mu coś dolegało, Ambroise mógł jej o tym nie powiedzieć, oczywiście. - Czy poszedłeś do kogoś po pomoc? - Musiała o to zapytać, i raczej była w stanie przewidzieć odpowiedź jaka padnie z jego ust, bo byli ulepieni z jednej gliny. - To nie jest słabość. - Dodała jeszcze, nieco ciszej niż wcześniej, wiedziała bowiem, jak mógł odczytać jej słowa, znała te wszystkie mechanizmy obronne, aż za dobrze.

- To, że zostawiłeś ją w najbardziej chujowy sposób z możliwych to jedna sprawa. - Nie mogła mu tego nie wypomnieć, bo postąpił naprawdę debilnie, nie była w stanie nawet tego nazwać. Zresztą dość mocno już pokazała mu, co sądzi na temat tego, w jaki sposób to zrobił. - Myślę, że przyznanie się do tego, że coś się z Tobą dzieje byłoby zdecydowanie lepszą opcją, niby rozumiem dlaczego chciałeś to zrobić tak, a nie inaczej, ale każdy zasługuje na szczerość, szczególnie, jeśli mówisz, że naprawdę wam na sobie zależało. - Próbowała formuować swoje wszystkie myśli w słowa, ale szło jej to jak zawsze - bardzo topornie.

- Zabicie kogoś jest ostatnią możliwością, oczywiście, że są momenty, w którym nie ma innej opcji, jednak rzadko kiedy faktycznie trzeba sięgać po ostateczność. Wolę nie rozważać takich przypadków i raczej nastawiać się na to, że zawsze jest inne rozwiązanie. - Póki co przynajmniej tak to wyglądało w jej życiu, szukała rozwiązań, które były jak najmniej drastyczne, chociaż wiedziała, że gdyby musiała, gdyby od tego zależało życie innych to pewnie by to rozważyła.

- Mało kto jest w stanie to zrobić. - Czy uważała to za coś złego? Sama nie wiedziała, trudno jej było wydać opinię, przecież nie było w tym żadnego kotekstu, wiele zależało od sytuacji w której by do tego doszło, nie czuła się jednak na tyle kompetentną osobą, by oceniać jego podejście.

- Ty mówisz, że się prosi o znak ostrzegawczy, ja uważam, że powinieneś pozwolić sobie na szczęście, wiesz, nie analizować tego, tylko spróbować i zobaczyć do czego Cię to doprowadzi. - Jeśli po drodze coś się spierdoli? To trudno, przynajmniej nie będzie żałował, że nie spróbował.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
19.11.2025, 16:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.11.2025, 16:03 przez Benjy Fenwick.)  
Zamrugałem, próbując przepędzić spod powiek resztki piachu, który ktoś wsypał mi tam złośliwie parę dni temu, razem z całym tym syfem, który od tamtej decyzji chodził za mną krok w krok. Parsknąłem pod nosem, kiedy rzuciła to swoje „niech ci będzie, miałeś gorzej”. Brzmiało to tak, jakby wręczała mi medal za jakąś potyczkę, w której wcale nie chciałem brać udziału. Skrzywiłem się prawie niezauważalnie, bo to rzeczywiście brzmiało jak licytacja na blizny, a ja już dawno przestałem je kolekcjonować ze szczeniacką, bezzasadną dumą - nie miałem już na nie miejsca na twardej, zgrubiałej, wielokrotnie poprzecinanej, dźgniętej, naruszonej, podrapanej skórze, a jakimś cudem i tak zawsze znajdowało się miejsce na jeszcze jedną. Tym razem tam, gdzie nigdy nie miało jej być - na sercu.
- Nie chciałem usłysześ, sze miałem goszej. - Przetarłem ręką brodę - gdybym mógł znaleźć w sobie mniej gównianą wersję samego siebie, spróbowałbym nią być, ale życie na ogół nie dawało takiej szansy - im gorszą personą się stawałeś, tym niżej potem upadałeś, opcje bycia lepszym człowiekiem praktycznie przestawały istnieć, zostawało już tylko złe albo gorsze. Powinna to wiedzieć, jak mało kto. Jeśli doświadczyłem czegokolwiek, to co było związane z posiadaniem kutasa, to było to raczej „chuj ci w dupę” od życia, nie jakakolwiek nierówna, „męska” przewaga - naprawdę nie kwestionowałem trudności jej doświadczeń, baby na ogół miały gorzej w „męskich” zawodach, ale w tym wypadku oboje dostaliśmy w dupę. Nie musiała uważać się za bardziej poszkodowaną, świat próbował ruchać nas oboje.
- Wiem, że masz tludny chalaktel. Wciąsz zastanawiam się, czemu Loise to sobie lobi. - Mruknąłem z odrobiną tego mojego starego, bezczelnego tonu. - A potem pszypominam sobie, co potlafi. I co ja potlafię. Mosze szeczywiście jakoś byśmy się nie pozabijali. - Podrapałem się po karku, patrząc na nią spod brwi. Jej propozycja współpracy wracała w mojej głowie jak moneta odbijana o ścianę. Nie dlatego, że wyczuwałem w tym zyski, galeony, brzmiała tak, bo brzmiała sensownie, prawie aż za dobrze, odbijała mi się dźwiękiem w głowie - brzdęk za brzdękiem. Czy to dlatego, że miałem tam teraz pustkę? Być może. Niczego nie rozładowało to natychmiast, ale poczułem to małe pchnięcie, które mówiło, że jednak nie muszę się cały czas ustawiać w kontrze - to było dziwne. Przetarłem kciukiem bliznę na knykciu, biorąc głęboki wdech. Zaciągnąłem się mocniej, smak dymu przeszedł mi przez gardło, aż poczułem, że muszę zapalić jeszcze jednego - tego, którego nie miałem, więc oczywiście, że byłem niezadowolony, już praktycznie parząc sobie palce. Dym uniósł się w powietrze, jak mgła nad uliczkami miasteczka, a ja wciąż milczałem. Nie mogłem powiedzieć, co sądziłem o propozycji współpracy. W głowie miałem chaos. Bycie z kimś, z kim naprawdę chciałem być, w miejscu, w którym być mnie nie powinno, oznaczało ryzyko, które nie dawało zbyt wiele możliwości. Wiedziałem, że mogłaby sobie poradzić z tym, co przychodziło z zewnątrz, ale gdyby coś wydarzyło się wewnątrz, tak jak to zrobiło już parokrotnie… Legilimencja, wpływy mentalne, hipnoza, wszystko to wracało jak echo. Ja… Ja też byłem podatny, chociaż nie powinienem - to było najgorsze. Tamtego wieczoru pierwszy raz od wielu lat poczułem prawdziwy strach, otumaniający i złowrogi, nie o siebie, nie o jej reakcję, tylko o to, co mógłbym zrobić. Mogłem kogoś zabić. Mogłem ją skrzywdzić. Tak, jak wtedy mimowolnie ścisnąłem kota, upuszczając go na podłogę.
A potem przyszła ta historia - ciężka, ostra, wślizgiwała się pod skórę, aż za niepokojąco łatwo - to, co Geraldine przeszła, było czymś innym niż moje pieprzone załamania, nawet jeśli oboje mieliśmy swoje doświadczenia z tym, co niematerialne, nie tylko z hipnozą, również z bytami, rzeczami udającymi to, czym nie były. Patrzyłem na nią chwilę za długo, próbując pojąć, czy znam odpowiednie słowa. Nie znałem. Każde z nas doświadczyło swojego „wtargnięcia od środka”, na samo wspomnienie poczułem, jak coś we mnie napięło się w brzydkim, głębokim miejscu. To nie były historie, przez które przechodziło się obojętnie.
Nie, nie poszedłem po pomoc - ani do Roise’a, nawet jeśli wiedział, że coś było ze mną nie tak, oferując mi wyciągniętą rękę, ani Corio, którego nie chciałem w to mieszać, ze względu na dziecko, ani nikogo. Gdy Geraldine zapytała, czy z kimkolwiek porozmawiałem, poczułem znajome ukłucie w żołądku - to było jak przyłapanie na gorącym uczynku, jej słowa odbijały się we mnie jak monety wrzucone do pustej puszki, brzdękliwie, głośno, trochę irytująco, chociaż nie mogłem jej odmówić racji - czasem miała taką precyzję w trafianiu w sedno, że czułem to pod żebrami.
- Nie. - Odpowiedziałem od razu, bez kombinowania. - Wiem, co powiesz, i będziesz mieś lasję, ale… - Patrzcie, drodzy państwo, piekło zamarzło. - Wiesz, jak to jest. - Człowiek miał wrażenie, że jak powie na głos, to już naprawdę jest z nim coś nie tak. Słyszenie dźwięków, które nie istniały, nie było normalne, nawet w naszym świecie. - Widzisz, tu właśnie zaczyna się moja… Specjalność. - Parsknąłem bez śmiechu. Wszystko trzymałem we łbie, aż zaczynało gnić, nie potrafiłem inaczej, nawet ta nasza rozmowa - to było coś, co nie zdarzało się często, a nawet prawie nigdy. Mi się nie ulewało. Zazwyczaj.
Skrzywiłem się, ale nie próbowałem się bronić, zasłużyłem - wziąłem to na siebie, bez mrugnięcia.
- Wiem. - Pod brzuchem, w okolicach przepony, czułem to znajome, ciężkie szarpnięcie. - To było… - Zabrakło mi słowa, ale nie potrzebowałem go, obnażenie robiło swoje. - Wiem, sze było to najgolsze, co mogłem zlobiś. Wiem to kaszdego dnia baldziej, nisz popszedniego. Spieldoliłem to, jak ostatni kretyn, miałem wlaszenie, sze jak jej powiem, co się dzieje, to… Utopię ją razem ze sobą, a ja nie tonę ładnie, Gelaldine, ciągnę wszystko, co jest obok. - Potarłem kark, jakbym chciał zetrzeć z siebie to zdanie, którego nie wypowiedziałem na głos - że bałem się, że wszystko w niej złamię. Zasługiwała na kogoś lepszego. Na kogoś, kto nie chował się za żartami i nie odsuwał ludzi, kiedy zaczynało mu być trudno. Kogoś, kto nie ucieknie przy pierwszym sygnale, że coś w nim zaczynało się psuć. Nie byłem i nie miałem być łatwym człowiekiem, nie byłbym dobrym partnerem - nie po tym wszystkim. Zasługiwała na kogoś, kto nie odsuwał się jak pies, który kiedyś dostał kijem po łbie i teraz reagował odruchem, nawet gdy nie było zagrożenia.
Cholera, nawet nie wiedziałem, że można tak tęsknić za kimś, kto przez pół życia był zakazanym terytorium, nieosiągalnym punktem na niebie, za grubą taflą szyby ciasnego pokoju, a potem nagle pojawiła się, wślizgnęła się w szczelinę między murami, tam, gdzie nic nie powinno się przedostać, i zaczęła wlewać ciepło, światło, coś, co co nawet nie miało nazwy, zanim jej nie spotkałem, ale było prawdziwe. Zbyt prawdziwe - tak prawdziwe, że mógłbym się do tego przyzwyczaić.
Gerda rzuciła to o „pozwolić sobie na szczęście”, jakby wyczuwając moje zawahanie - była dobra, zajebiście dobra w trafianiu w miejsce, gdzie bolało najbardziej. Przesunąłem palcami po zaroście, próbując wypchnąć powietrze z płuc. Nie zamierzałem karmić ani siebie, ani Geraldine, łatwą bajką, bo nie łudziłem się, że jestem kimś, przy kim życie stawało się prostsze. Chciałem wierzyć, że szczęście było kwestią decyzji - chciałbym, tylko że to nigdy nie jest tak łatwe jak skok z klifu. Przynajmniej nie dla mnie. Bycie szczęśliwym nie miało z tym nic wspólnego.
- Pszeszła swoje. - Odchrząknąłem. - Chcę, szeby była szczęśliwa, s kimkolwiek będzie, nawet jeśli to nie będę ja, a… Uwiesz mi… Nie powinienem. Potszebuje kogoś balsiej pszewidywalnego. Nie powinna przechodziś dlugi las tego samego, tylko dlatego, sze ja plóbuję byś kimś, kim nie jestem. - Głos miałem niższy, surowszy niż zwykle, ale niczego nie cofałem, nie potrafiłbym. - Wy, kobiety, widzicie potencjał. „Mógłby”, ale… - Uniosłem ramię i pozwoliłem mu opaść. Po co było sięgać po coś zepsutego, płacąc za to większą cenę, niż za coś, co od samego początku działało?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
19.11.2025, 18:53  ✶  

Trochę czuła się tak, jakby się między sobą licytowali. Kto miał gorzej, któremu wiatr silniej wiał w oczy, czy coś. Jasne, nie mogła nie zauważyć tego, że od początku miała fundusze na swoje fanaberie, czy wsparcie ojca. Mierzyli się z zupełnie innymi przeciwnościami losu, zupełnie inne problemy ich dotyczyły, ale udało im się jakoś sobie z tym poradzić. Nie wątpiła w to, że Benjy musiał włożyć w to sporo pracy, potrafiła sobie wyobrazić jak to jest zaczynać od zera, chociaż sama nigdy nie musiała tego robić. W przeciwieństwie jednak do sporej części czystokrwistych miała świadomość, jak wyglądał świat poza ich bańką, sporo w swoim życiu widziała.

- Sorry, brzmiałeś tak, jakbyś chciał. - Nie, żeby mówiła ludziom to, co właśnie chcieli usłyszeć, ale w tym przypadku stwierdziła po prostu fakt, bo właśnie tę drogę dzisiaj wybrali. Szczerości i faktów, co było dosyć dziwne, ale jednak miała wrażenie, że całkiem przydatne.

- Wiesz, sama się czasem nad tym zastanawiam. - Dodała lekko, wiedziała przecież, że nie jest łatwym człowiekiem, życie z nią mogło być naprawdę ciężkie, a jednak znalazł się ktoś, kto nie miał problemu z tym, by ją zaakceptować. Jasne, zdarzało im się spierać, czy zionąć w siebie ogniem, bo Geraldine dość często podejmowała głupie i irracjonalne decyzje, ale tak już miała. Najważniejsze, że po tych kłótniach zawsze potrafili się pogodzić. - Najważniejsze, żebyśmy nie pozwolili, aby coś innego nas zabiło. - Nie miała wątpliwości co do tego, że potrafiliby zachować profesjonalizm i całkiem nieźle dopełniać się podczas pracy. Posiadali szereg różnych umiejętności, dzięki czemu razem mogliby naprawdę sporo osiągnąć. Naprawdę uważała to za całkiem niezły plan, może dosyć późno na niego wpadła... ale lepiej późno niż wcale. Roise byłby spokojniejszy, gdyby miała kogoś godnego zaufania u swojego boku, a aktualnie musiała zacząć myśleć nieco o wsparciu, bo przecież niedługo miała być odpowiedzialna za dziecko, nie powinna sama pchać się w te wszystkie niebezpieczne zlecenia, dobrze było mieć ze sobą, kto mógłby jej pomóc, gdy zacznie się robić chujowo. Nie mogła już ryzykować jak dawniej, jej sposób myślenia powinien się nieco zmienić. Nieco ją to przerażało, ale miała jeszcze sporo czasu, by to przetrawić. Wiedziała, że trudno jej się będzie wyzbyć pewnych nawyków.

- Przemyśl to, jeśli teraz, czy kiedykolwiek będziesz chciał skorzystać z tej propozycji to mi powiedz. - Mógł jej odmówić, chociaż dała mu idealne rozwiązanie, podsunęła je praktycznie na srebrnej tacy, wystarczyło tylko po nią sięgnąć. Wiedziała jednak, że to nie zlecenia powodowały jego ucieczkę. To byłoby zbyt błahym powodem, aby zostawić wszystko za sobą po raz kolejny. Tak, czy siak była w stanie rozwiązać chociaż jeden z jego problemów, z tym kolejnym mogło być dużo gorzej, ale skoro już zaczął mówić, to zamierzała wyciągnąć kilka logicznych argumentów, które mogły, ale nie musiały dać mu do myślenia.

Geraldine nie opowiedziała całej historii. Nie wspomniała o tym najgorszym momencie, gdy obudziła się w swoim własnym łóżku, nie mogła się ruszyć, a coś siedziało nad nią. Nie była w stanie zareagować, jej ciało odmawiało posłuszeństwa, nie potrafiła ruszyć nawet palcem, a byt siedział nad nią i mówił, opowiadał o tym, co zrobi z jej życiem. Znajdowała się między jawą, a snem, nic nie mogła zrobić, musiała tego słuchać i pogodzić się z tym, że koniec może być bliski. Z początku nie zamierzała się z nikim dzielić tym, co się działo. To był odruch - zawsze przecież pokonywała wszystkie trudności w pojedynkę, nie miała w zwyczaju angażować innych w swoje kłopoty. Bywały jednak momenty, w których nie dało się inaczej, i chociaż nie czuła się z tym dobrze, to ten pierwszy raz poprosiła, przyznała się, że sobie nie radzi. Świat się nie zawalił, a ona przeżyła, miała się wyjątkowo dobrze, jak na to, że minęło ledwie kilka tygodni od momentu, w którym czuła, że wariuje. Stanęła na nogi.

Jego odpowiedź wcale jej nie zaskoczyła. Oczywiście, że nie poprosił nikogo o pomoc, nie mogło być inaczej. Tacy, jak oni tego nie robili, czasem jednak nie było innego wyjścia, warto było kogoś do siebie dopuścić, w pojedynkę dużo trudniej było radzić sobie z niektórymi problemami. - Wiem jak to jest, ale czasem trzeba pozwolić sobie pomóc, szczególnie, że są osoby, którym na Tobie zależy. - Miał przyjaciół, którzy go nie porzucili, przyjęli go z otwartymi rękoma, kiedy wrócił do Wielkiej Brytanii, mijający czas, odległość nie miało wpływu na ich relację. To mówiło samo za siebie. - I pierdolisz, przywykłeś do tego, że musisz radzić sobie sam, to nie jest specjalność, to też można zmienić. - Oczywiście, że nie było to łatwe, ale dało się to zrobić.

Prawda bywała bolesna, ale nie miała oporów przed tym, żeby nią w niego rzucać. Niby nie była odpowiednią osobą, ale jakoś tak się złożyło, że to jej o tym wszystkim mówił, a Geraldine z nikim nie obchodziła się delikatnie. - Miała prawo wiedzieć, miała prawo zadecydować, to nie powinna być tylko i wyłącznie Twoja decyzja. - Za dobrze wiedziała jak to jest znaleźć się w tym miejscu, w którym ktoś znika bez konkretnego wytłumaczenia. Szuka winy w sobie, zaczyna analizować wszystkie wypowiedziane, lub niewypowiedziane słowa, zarzucać sobie, że to wszystko stało się z jego winy. Miała w tym doświadczenie i nie należało to do najprzyjemniejszych rzeczy, jakie ją w życiu spotkały.

- A kto niby topi się ładnie? Znasz takie przypadki? To zawsze ciągnie ze sobą ludzi, tyle, że oni potrafią zatrzymać proces, każdy potrzebuje swojej kotwicy, kogoś kto będzie potrafił go utrzymać nad powierzchnią, gdy zacznie robić się naprawdę chujowo. - Była również tego żywym przykładem.

Nie do końca przemawiała do niej ta śpiewka z zostawieniem kogoś dla jego własnego dobra. Każdy miał prawo do podejmowania własnych decyzji, jeśli chciał się sparzyć, zaryzykować, to nie powinno się mu tego zabraniać, a porzucenie kogoś w ten sposób uważała za czyste skurwysyństwo. Wiedziała do czego może to doprowadzić.

- Ty uważasz, że wiesz czego potrzebuje. Nie widzisz, że to jest pojebane, odbierasz jej prawo wyboru, podejmowania decyzji, bo się boisz tego, że coś może pójść nie tak. Myślę, że ona wie najlepiej czego jej trzeba. - Naprawdę nie mogła się nadziwić, jak łatwo mu to przychodziło. - Skąd możesz wiedzieć, że to właśnie Ty nie dajesz jej szczęścia? Może nie zaznać go u boku kogoś innego. Przeszło Ci to w ogóle przez myśl, że może potrzebuje do szczęścia właśnie kogoś takiego jak Ty. - Nie znała tej kobiety, nie miała pojęcia jaka jest i czego potrzebuje, było to tylko gdybanie, ale nie do końca akceptowała podejście Benjy'ego. - Czy kazała Ci się zmienić? Wymagała od Ciebie, żebyś był kim innym? - Nie mogła powstrzymać się od zadaniem tych pytań, bo może one mogły otworzyć mu oczy. Nie skomentowała tego ostatniego zdania, bo uderzył w to, czego nie znosiła, wy kobiety... jakby płeć miała jakiekolwiek znaczenie.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
20.11.2025, 00:23  ✶  

Nie lubiłem Rumunii. Mówiłem to już kiedyś? Ach, tak - jakieś pierdylion razy wcześniej, otwarcie nazywając ją turystyczną namiastką prawdziwego mrocznego miejsca, ezoterycznym lunaparkiem, naprawdę syfiastym miejscem, które najwyraźniej, mimo tej całej nekroturystyki, nie stawiało na rozwój gastronomii. Baru nie było widać, pubu też nie, nawet cienia zajazdu, gdyby to była Polska w 2025 roku, nie mieliby tu nawet Żabki, a Żabki, jak wiadomo, były wszędzie. Wszędzie, tylko nie tutaj. Mżawka kleiła mi się do karku jak lepka pajęczyna, a rozmowa z Geraldine otwierała na oścież to, co wolałem trzymać zamknięte na wszystkie zasuwy. Wsunąłem dłonie pod pachy, idiotycznie wierząc, że to miało powstrzymać chłód, który nie miał nic wspólnego z rumuńską nocą. Deszcz robił z ulic potoki, a ja miałem wrażenie, że stoję w miejscu, które samo z siebie nigdy mnie nie chciało. Wampirza Stolica Europy zawsze brzmiała jak zła decyzja, nie bez powodu krytykowałem ją przy Prue, a teraz dodatkowo odbijała mi moje najgorsze myśli w twarz. Przewróciłem oczami, kiedy Geraldine rzuciła tym swoim „sorry, brzmiałeś tak, jakbyś chciał”. No pewnie, że brzmiałem - nie dlatego, że miałem potrzebę wygrać zawody na dramaty, tylko dlatego, że czasem człowiekowi puszczały hamulce i sypał z siebie to, co leżało w środku.

Słowa o pracy razem wślizgnęły mi się pod skórę - zie z zaskoczenia, chociaż tak - byłem zaskoczony, raczej z tym cichym, uporczywym instynktem, który mówił, że faktycznie pasowaliśmy do siebie, jak dwie strony tej samej, poobijanej monety. Dwa temperamenty, które albo mogły stworzyć coś skutecznego, albo wybuchnąć, ale przynajmniej w terenie, nie w ciasnym korytarzu z hebanową podłogą za miliard galeonów.

- Wiem, sze nie połoszyłabyś mi loboty. Ale i tak wiesz, sze połowa planu polegałaby na tym, szebyśmy się nie pozaszynali o metodę działania, plawda? - Kącik ust mi drgnął, pierwszy raz tego wieczoru, naprawdę szczerze. Tak, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie pociągała mnie ta wizja - mogła być sposobem na rozwiązanie części moich problemów, tego ich fragmentu, który jednak stanowił zasłonę dymną dla czegoś znacznie większego, gorszego.

- Ofelta do pszemyślenia… Dobla, pszyjmuję to. Pszemyślę. - Nie było sensu udawać, że mnie to nie ruszyło - ruszyło, praca w duecie z kimś, kto faktycznie ogarniał, a nie z desperatem, który chciał zrobić szybki zarobek i umrzeć głupio… To byłby luksus. Brzmiało to jak żart, ale nie do końca nim było.

A potem padło to, czego się spodziewałem - nie powiedziałem nikomu, nie dałem im szansy zobaczyć, że coś się ze mną dzieje, pierdoliłem głupoty. Zwyczajnie skinąłem głową. Oboje wiedzieliśmy, że zmiana nawyków to nie przychodziła łatwo - to nie jest tak, że nagle powiem któremuś z chłopaków „hej, chyba mi się psuje głowa, naprawcie mnie.”

- Wiem, sze pieldolę. - Mruknąłem, tonem człowieka przyłapanego na fakcie. Ramiona mi opadły, zmęczone tą całą nocą, Rumunią, własną głową. - Ale tak mnie nauczono szyś, a to nie pszechodzi ot tak, s dnia na dzień.

To uderzało najmocniej - to, że odebrałem komuś, komu obiecywałem coś innego, możliwość wyboru. Nie zamierzenie, nie z okrucieństwa, tylko z panicznego przeświadczenia, że zrobię jej krzywdę, jeśli zostanę. Paradoks gorszy niż każda klątwa. Ale Geraldine miała rację w jednym punkcie - tym, który gryzł mnie najbardziej - spytała, czy Sunny kazała mi się zmieniać, czy czegoś wymagała, a ja parsknąłem czymś, co nie było śmiechem, ale miało jego cień. Fakty - dziś od nich nie uciekaliśmy.

- Nie. - Prychnąłem gorzko, przyznając jej rację w najgorszy sposób, jaki można było komuś przyznać rację.

W tym właśnie był problem - nie wymagała niczego, po prostu była, a ja cały czas patrzyłem, ile jeszcze mogę jej zabrać, zanim zacznie mnie o coś prosić - nie zaczęła, prócz tej jednej obietnicy, którą złamałem, porzucając ją z dnia na dzień. Potarłem palcami zmokłą brodę, ta myśl była jak świeca w pustym pokoju - płonęła jasno, ale niczego nie oświetlała. Powinienem, tak - powinienem pozwolić jej zdecydować, czy chce zostać przy czymś tak niepewnym, jak moje jutro, przy kimś, kto gryzł, warczał i szarpał w najbardziej nieoczekiwanych momentach, wcale tego nie chcąc, z osobą z „potencjałem, by kiedyś umieć dać jej to, na co zawsze zasługiwała”. Ale nie pozwoliłem - zrobiłem to po swojemu, po staremu, po omacku. Zniknąłem na własnych warunkach, jak kutas. Nie tylko dla jej dobra, a dlatego, że byłem przerażony, jak rzadko kiedy. Geraldine mówiła, a ja miałem wrażenie, że im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej rozbierała mnie z tych wszystkich warstw, którymi przykrywałem się od lat, nie miałem nawet niczego, po co mógłbym sięgnąć, żeby wrócić do starego stylu obrony - przeklęta trzeźwość. Spojrzałem w bok, w ciemność, która była bardziej znajoma niż ludzie, którzy próbowali mnie z niej wyciągnąć. Dla takich jak my ziemia zawsze była trochę za miękka, za grząska, trochę zbyt łatwa do zawalenia się pod stopami.

- Wiesz, sze nie chodzi o to, sze uwaszam się za jakiegoś pieldolonego bohatera tlagisznego. - Zacząłem, zgarniając mokre włosy z czoła. Chciałem się uśmiechnąć, ale wyszedł mi tylko krótki, szorstki wydech. - To… Statystyka. Chodzi o to, sze jusz las stlaciła naszeszonego, widziała, jak to jest. Jak człowiek idzie do placy i wlaca w dlewnianej skszyni. Ja znam statystyki. Tym znasz statystyki. My wszyscy je znamy. To się kończy w ziemi. To jest plosta dloga, wydeptana przez setki takich jak ja. - Skrzywiłem się, bo nie lubiłem tych wyznań, nie lubiłem czuć, że one są prawdziwe. - A nie chcę, szeby płaciła dlugi las za to, sze wzięła sobie niestabilnego faceta s klótką datą waszności. Dopielo co zaczęła znowu szyś, a minęły lata, odkąd zginął.

A ja? Ja byłem statystycznie gorszym pomysłem niż tamten auror. Ujmując z równania bycie na celowniku popleczników Voldemorta, nadal miałem swój pakiet - łamałem klątwy, grzebałem w rzeczach, które już z definicji chciały zabić, pieczętowałem różne gówna, byłem chodzącym eksperymentem, który próbował robić rzeczy dokładnie odwrotnie do instrukcji obsługi. Wątpliwa inwestycja na przyszłość.

Okolica pachniała dymem i przemokniętą ziemią, westchnąłem i wbiłem wzrok w mokry chodnik przed nami. Spojrzałem na deszczową ulicę - w ciemną, gęstą, obcą noc, bez wątpienia kolejną pełną bezsennych godzin. Rumunia dusiła mnie swoją martwą ciszą, bez baru, bez hałasu, bez niczego, czym mógłbym przepłukać gardło i myśli.

- Jak miałbym spojsześ jej w oczy i powiedzieś „zalysykuj jeszcze las. Zalysykuj ze mną. Zalysykuj dla mnie. Jak mi odpieldoli albo umlę, to trudno, przynajmniej splóbowaliśmy.” Jak. Mam. To. Powiedzieś? - Odetchnąłem, jakbym ciął powietrze nożem. - Wiesz, ilu moich znajomych zostało tylko pszypisami w alchiwach? Na pewno wiesz.

Miałem tysiące powodów, by nie wracać, nie próbować tego spierdolić moim naprawianiem popełnionych błędów - to nie było tylko „zostawiam ją dla jej dobra”, to było również „nie zabieram jej kolejnych kilku lat życia” i setki czegoś, co teraz, przy Geraldine, brzmiało, jak wymówki.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
20.11.2025, 01:17  ✶  

Wyjątkowo Geraldine wcale nie przeszkadzał brak baru, czy pubu - i tak nie mogła się napić niczego, co miałaby ochotę, chociaż w sumie po tym jakże uroczym spacerze to nie pogardziłaby nawet ciepłą herbatą. Nie zastanawiała się już nad tym ile wody miała w butach, jak bardzo mokre były jej włosy, ani nad tym, że jej ubrania były doszczętnie przemoczone. Nie byli przecież z cukru, tak, jasne, chociaż nawet ona uważała za głupie łażenie podczas ulewy bez większego celu. Póki co bowiem go nie poznała, wiedziała, że Benjy wypatruje czegoś w ciemnościach, tyle, że w okolicy w żadnym budynku nie paliło się światło, no przynajmniej poza tymi prywatnymi, w paru kamienicach można było bowiem dostrzec jego blask.

Nie myślała o tym wcześniej, nasunęło jej się dopiero teraz to, że Benjy mógł być idealnym partnerem do współpracy, jak zawsze od razu podzieliła się tym, co siedziało w jej głowie. Nie mogła założyć jak zareaguje, bo przecież mógł ją wyśmiać, uznać to za głupie, jednak widziała, że faktycznie się nad tym zastanawiał, co uważała już za spory sukces. Jednak czasem miewała całkiem bystre pomysły, to był jeden z tych momentów.

- Na to też znajdzie się sposób, moglibyśmy zagrać w kamień, papier, czy coś, los by o tym decydował. Mniejsze prawdopodobieństwo tego, że się pozarzynamy zanim w ogóle zajmiemy się problemem. - Żartowała. Tak próbowała wnieść do tej rozmowy chociaż odrobinę lekkości, bo od jakiegoś czasu była wyjątkowo ciężka, a ona nie do końca przywykła do takich konwersacji. Ludzie nie mieli w zwyczaju się przed nią otwierać, to nie było dla niej typowe, bo raczej emanowała chłodem, pomimo ognistego temperamentu. Tym razem jednak było inaczej, cóż, wydawało jej się, że po prostu trafiła na dobry moment, ale też nie mogła ignorować faktu, że sporo ich łączyło, przez co może też łatwiej było mu się podzielić tym, co myślał, pewnie zdawał sobie sprawę, że choć odrobinę zrozumie jego podejście z racji na to, że ona również wiodła podobne życie, tak, w niektórych aspektach, ale jednak można było zauważyć swego rodzaju porównywalność.

- Doskonale. - Nie odrzucił jej od razu, co uznawała za spory sukces. Oczywiście mógł już podjąć decyzję i udawać, że będzie się nad tym zastanawiał, aczkolwiek Ger nie wydawało się, że był takim typem człowieka. Miała wrażenie, że faktycznie mogła spowodować u niego pewnego rodzaju zawahanie, co było całkiem dobre, bo będzie musiał wszystko dokładnie przeanalizować, znaleźć ewentualne wady i zalety takiego rozwiązania.

- Przecież nie mówię Ci, że od razu masz się im spowiadać ze wszystkiego. - Wiedziała, że do tego potrzebny był czas, zmiana przyzwyczajeń, to musiało potrwać, nie dało się zmienić nawyków od ręki, jak przy pomocy zaklęcia. To wymagało czasu i pracy. - ale powoli, małymi krokami mógłbyś się zacząć otwierać na te możliwości. - Być może sytuacja w której się znalazł wymagała nieco bardziej drastycznych kroków, ale mógł podzielić się chociażby tym, że coś mu dolegało. To wcale nie było tak wiele.

- A, czyli sam to sobie ujebałeś, ekstra. - Przewróciła oczami, chociaż czy było to dla niej zaskakujące, no nie. Spodziewała się, że właśnie tak było. Ubzdurał sobie, że ta na której mu zależało potrzebowała czegoś innego, nie zapytał jej o zdanie, tak sobie po prostu założył. Kurwa mać, dlaczego oni myśleli w ten sposób, dlaczego nie potrafili się komunikować? Nie miała zielonego pojęcia, ale to tylko zupełnie niepotrzebnie komplikowało ich życia (Roise miał przecież tak samo), i nie tylko ich.

Wcale nie tak trudno było jej go rozgryźć. Po pierwsze potrafiła zrozumieć jego tok myślenia, bo sama była do niego podobna, kiedyś podejmowała decyzje korzystając z tych samych argumentów, po drugie przeszła przez te wszystkie rozmowy z Roisem, który w końcu wyjaśnił jej dlaczego postąpił tak, a nie inaczej (nie do końca zrobił to z własnej woli, dolała mu do herbaty tej magicznej mikstury ze Szczyrku, co okazało się być ogromnym ułatwieniem).

[a] - Czy zastanawiałeś się nad tym, dlaczego dopiero znowu zaczęła żyć?[/b] - Miała wrażenie, że był ślepy, a może nie chciał tego widzieć? Nie miała pojęcia, ktoś musiał mu otworzyć oczy i to uświadomić i padło na nią. Biedny Benjy, na pewno mógł trafić na kogoś delikatniejszego w obyciu. - Otwórz oczy, głupku. - Nie mogła powstrzymać się przed tym komentarzem, ale naprawdę powinien spojrzeć na to wszystko nieco szerzej, zamiast skupiać się na tym, że jego los był przesądzony.

- Myślę, że wie na co się pisze i jest gotowa na ryzyko, nie ukrywasz przecież tego czym się zajmujesz, to jasne, jakie może to nieść ze sobą konsekwencje. - Niektóre zawody były bardziej ryzykowne od innych, jednak przecież to nie było tak, że każdy kto zajmował się podobnymi rzeczami kończył w trumnie.

- Tak naprawdę to myślę, że nie musiałbyś nawet tego mówić, bo ona już podjęła decyzję, zadecydowała, że chce zaryzykować, tylko spierdoliłeś, więc teraz pewnie będzie trochę gorzej, o ile w ogóle pozwoli Ci wrócić. - To wcale nie było takie proste, bo zjebał, najbardziej jak tylko mógł zjebać. - a jeśli pozwoli Ci wrócić, to będzie znaczyło wszystko Benjy, jeśli postanowisz znowu kiedyś coś takiego odjebać, to ja Ci nakopię do dupy, bo nie mogę na to patrzeć. - Tak, była to groźba, bardzo szczera groźba, najłatwiej przecież przychodziło jej argumentowanie swoich racji siłą.

- Wiem, ale to nie oznacza, że Ty powtórzysz ich los, przecież nie wszyscy umierają, bądź nieco ostrożny, a powinieneś przetrwać, tak, jasne wiem, że nie zawsze się da, ale kurwa mać, statystyki wcale nie niosą ze sobą stuprocentowej umieralności, zobacz na mojego starego, nadal ma się dobrze. - Ojciec był całkiem niezłym przykładem, bo przecież większość swojego życia ryzykował, a jednak nic mu się nie stało.

- Wydaje mi się, że usilnie próbujesz znaleźć dla siebie argumenty, tłumaczysz to jej dobrem, zamiast skupić się na tym, że to wcale nie musi się tak skończyć, Ty decydujesz o swoim życiu. Brakuje Ci optymizmu, tak właściwie to nawet realizmu, widzisz wszystko w czerni. - Ona przecież też prowadziła dosyć ryzykowne życie, mogła umrzeć, ale jakoś nie spowodowało to tego, że postanowiła nie pozwalać sobie na szczęście.

- Zresztą ten czas z Tobą, może dać jej więcej niż egzystowanie do usranej śmierci bez Ciebie. - Pamiętała, jak ona się czuła, kiedy Ambroise ją opuścił i nie było to przyjemnym uczuciem, miała wrażenie, ze wtedy zupełnie zgubiła gdzieś siebie, starała się przetrwać, jednak co to właściwie było za życie?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10524), Geraldine Greengrass-Yaxley (7846)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa