• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[2/10/72] Look around, look around, look around | Benjy, Prudence

[2/10/72] Look around, look around, look around | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
19.11.2025, 21:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:04 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz spędziłem ranek w taki sposób, ale na Horyzontalnej wszystko wydawało się wywrócone do góry nogami jeszcze zanim Prudence weszła do mieszkania. Wcześniej, przed jej powrotem z dyżuru w kostnicy, znalazłem zupełnie inne zajęcie, niż z początku sobie założyłem - prowizoryczne zabezpieczenie okien. Kartony, deski, płachty, taśmy… Wszystko, co wpadło mi w ręce, aby chociaż trochę zatrzymać zimne powietrze i hałas ulicy, zanim Elias wstawi nowe szyby. Po godzinie z kawałkiem wyglądało to tak, jakby mieszkanie zamieniło się w kryjówkę dla bardzo nieudolnej bandy przemytników, a ja, wykończony, przysnąłem na kanapie, próbując wmówić sobie, że jeszcze tylko pięć minut i wstanę, żeby założyć te cholernie ważne pieczęci.

Oczywiście, że nic z tego nie wyszło, wystarczyło, że usłyszałem jej kroki, zanim usiadła obok mnie - ten miękki dźwięk, który nosiła ze sobą wszędzie, nawet kiedy wracała po kilkunastu godzinach pracy. Ocknąłem się, jakby ktoś wylał mi wiadro zimnej wody na głowę, przeciągnąłem się, starając się wyglądać na bardziej ogarniętego, niż byłem.

Zaczęło się niewinnie - zawsze zaczynało się niewinnie - kilka zdań, jej uniesiona brew, moje marne próby wyglądania na odpowiedzialnego, a potem to spojrzenie, które znałem aż za dobrze. To, które mówiło, że plan wziął w łeb. Nim dotarliśmy do sypialni, ława już była świadkiem wszystkiego, czego nie powinien widzieć żaden mebel tego typu. Nie było mowy o powrocie do racjonalności, kiedy Prue zaplatała palce na moich włosach tak, jakby wiedziała dokładnie, gdzie trzymać mnie w ryzach, bym spełnił każde jej eksperymentalno-naukowe życzenie. Skończyliśmy w łóżku, a potem w wannie, bo - oczywiście - żadne z nas nie potrafiło zachowywać się jak cywilizowany człowiek. Woda była gorąca, pachniała jak sól morska i truskawki, a ja ledwo się w niej mieściłem - kiedy opadłem do wanny, połowa zawartości poszła falą w górę, lądując na kafelkach, w korytarzu i chyba nawet na drzwiach od sypialni, czy gdzieś jeszcze dalej, wyciskając przez szparę.

Prudence wyglądała pięknie z mokrymi włosami przyklejonymi do karku, z rumieńcem na policzkach, który udawała, że jest od gorąca, nawet jeśli mógłbym przysiąc, że zaczerwieniła się jeszcze bardziej, kiedy usiadła mi na kolanach. Moment później zachowywaliśmy się jak dwójka ludzi, którzy zapomnieli, że mają po trzydzieści parę lat i dość traum, żeby obdzielić kilka żyć. Ona chlapała na mnie, ja na nią, przerywając wyłącznie na pocałunki, ale wciąż tocząc batalię, bo skoro łazienka i tak była mokra, odrobinę szczeniackiej zabawy nie mogło tego pogorszyć. Siedzieliśmy w tej wannie, śmiejąc się jak para idiotów, jej kolano przy moim biodrze, moje dłonie na jej talii, jej włosy przyozdobione kroplami pary, moje sklejone od wody. Przylgnęła do mnie na chwilę, cieplejsza niż cała ta parująca łazienka. Byłem szczęśliwy w sposób, którego nigdy nie próbowałem nazwać,  mogłem tak zostać, na zawsze, albo przynajmniej na tyle, by udawać, że świat za drzwiami nie istnieje. Czując, jak woda przelewa się bokami, wiedziałem, że to popołudnie pójdzie jeszcze w gorszą - albo lepszą - stronę, jeśli natychmiast nie wrócę do pracy.

Przypomniałem sobie o pieczęciach dopiero, kiedy znów zobaczyłem te deski w oknach - to mnie otrzeźwiło, tylko trochę, ale zawsze coś.
Byliśmy na ostatnim piętrze, nie było sąsiadów, więc nawet nie chciałem się ubierać. Mokre włosy ściekały mi po karku, związane byle jak, byłem praktycznie półnagi, w samych dresach, metodycznie przemieszczając się z punktu w punkt - aż do drzwi wejściowych, prowadzących na klatkę schodową, gdzie przyklęknąłem, dłonie zajęte nakładaniem pieczęci, które powinny chronić nas przed wszystkim, co mogło się włamać zarówno z zewnątrz, jak i z wnętrza tego świata, który nas nieustannie testował. Klęczałem przy drzwiach, szukając odpowiednich symboli, chłonąc ciszę mieszkania.

Skupiałem się, naprawdę próbowałem, ale oczywiście, że ona musiała wyjść z łazienki z tym cholernym mopem, jakby wzięła sobie za punkt honoru sprzątanie powodzi właśnie wtedy, kiedy znajdowałem się pod tym kątem. Pochyliła się, przesuwając mokre kosmyki na bok, a jej piersi… Cóż, nie były wcale zainteresowane pozostaniem na miejscu. Bujały się przy każdym ruchu, jakby celowo - prawdopodobnie celowo, czułem, jak głupio buzuje się we mnie krew, wędrując tam, gdzie nie powinna. Nie, kiedy próbowałem odprawić rytuały, nałożyć skomplikowane zaklęcia ochronne. Byłem zawodowcem - jasne, tyle że moje myśli i oczy miały zupełnie inne plany. Wiedziałem, że muszę być skupiony, to było bardzo istotne zadanie - ochrona, obowiązek - ale jak tu nie odwrócić wzroku, nie stracić kontroli, gdy każda jej drobna gestykulacja wciągała mnie głębiej w ten wir? Oddychałem głęboko, próbując utrzymać koncentrację, ignorując, że część mnie już dawno odpłynęła w zupełnie innym kierunku - widok jej pochylonego ciała, piersi wychylających się spod cienkiej koszulki wprost w moją stronę, uderzyła mnie jak kolejne kopnięcia prądu, krótkie, niekontrolowane wrażenia, które natychmiast poczułem w dolnej części brzucha - były wyraźne i natychmiast przypominały mi, dlaczego koncentracja to luksus, na który dzisiaj po prostu byłem w stanie sobie pozwolić. Wbiłem zęby we własną wargę, licząc w głowie runy, które mi pozostały, próbując zachować profesjonalizm. Próba powrotu do roli profesjonalisty była jednak śmiesznie krótkotrwała - pieczęcie, zabezpieczenia - wszystko legło w gruzach w momencie, kiedy rozproszenie wzięło górę. Byłem rozbawiony, żywy, zbyt żywy, by myśleć racjonalnie. Odetchnąłem głęboko, jeszcze raz przejechałem kciukiem po wyrysowanej linii, wstałem powoli - wolno, ale z energią, która nie należała już do rzemieślnika od zabezpieczeń.

- Jesteś oklopnie losplaszająsa. - Powiedziałem jej do ucha, zanim zdążyła się obrócić, wyprostować i zauważyć, że doskoczyłem do niej jednym krokiem, bez dalszego ostrzeżenia, obejmując ją w talii i unosząc, jakby była najlżejszą rzeczą w pokoju - jej zaskoczony dźwięk był wart każdych konsekwencji. Podniosłem ją, zarzuciłem na ramię jak barbarzyńca, który właśnie wracał z udanego polowania, ignorując wszystko inne - noszenie jej tak było skandalicznie przyjemne. Czułem jej dłonie uderzające lekko w mój bok, mokre włosy spadające wzdłuż mojego kręgosłupa. Zatrzasnąłem drzwi nogą, odcinając nas od reszty klatki schodowej i zewnętrznego świata. Wszedłem z nią do sypialni, lekko pochylając głowę, żeby nie walnąć nią o framugę, i po prostu rzuciłem ją na łóżko, w pościel, która jeszcze wciąż pachniała świeżością prania, a jednocześnie nosiła ślady naszego wcześniejszego chaosu.

Nie miałem pojęcia, że coś właśnie spieprzyłem - zabezpieczenia, pieczęcie, moje własne głupie rozkojarzenie - nie wiedziałem, że popełniam błąd. Moje myśli były zupełnie gdzie indziej, rozproszone przez jej śmiech, drobne gesty, przez to, jak jej włosy spadały na ramiona, gdy przewracała się w pościeli, próbując odciągnąć mnie od siebie. Popełniłem błąd, bo nie potrafiłem myśleć o niczym innym niż o niej, o tym, że jej dotyk pobudzał każdy nerw w moim ciele - to było zbyt absurdalne, cudownie niekontrolowane, by chcieć to zmieniać. Nie miałem pojęcia, że tym jednym pochopnym ruchem spartoliłem coś, co nakładałem przez pół wieczoru, przez pół życia, będąc tak żenująco pewnym własnych umiejętności. Nie wiedziałem, że pieczęci przerwały się tam, gdzie powinny spajać całą barierę, bo zachowałem się, jak szesnastoletni szczeniak, wywalając język na widok kobiety, która robiła mi kisiel z mózgu. To był mój błąd, moja nieuwaga, moje rozproszenie w postaci najpiękniejszego zamieszania, jakiego doznałem w życiu, ale wciąż zamieszania, chaosu, który mógł nas wiele kosztować - ją wiele kosztować. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że popełniłem kardynalny błąd, który kiedyś miał dać o sobie znać. Wiedziałem tylko, że kiedy ruszyłem na nią, rozbawiony, żywy, pełen tej jej cholernie dobrej energii, wszystko inne przestało mieć znaczenie.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
19.11.2025, 21:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.11.2025, 21:52 przez Benjy Fenwick.)  

Nadszedł październik - miesiąc zadumy, początek jesieni, czas przemijania. Dni września były inne - ciepłe, pełne życia, muzyki i śmiechu, lekko teatralnego, przekornego szurania nóg po drewnianej podłodze - „Widzisz? Nie chodzę za cicho!” - zapachu świeżo parzonej kawy w kuchni, ciepła słońca wpadającego przez szerokie okna. W mieszkaniu było wszystko, co sprawiało, że czułaś się bezpiecznie, byłaś w swoim miejscu, ale już nie sama, nie samotna, powoli obudowując się jakimś innym rodzajem kokonu - tego, w który mogłaś zwinąć się wieczorem na kanapie, z książką, mając pewność, że na noc, nawet bez proszenia, trafisz do jedynego łóżka, w którym potrafiłaś przespać pełne osiem godzin, budząc się wyspana, szczęśliwsza z dnia na dzień. Było ciepło, jakby ściany odetchnęły z ulgą po zbyt długiej samotności. Teraz jednak czułaś tylko pustkę i obcość - coś, co kłuło cię w piersi od pierwszego kroku.

Na zewnątrz mżyło tak cicho, że deszcz wydawał się szeptem, złudzeniem, a jednak każde uderzenie kropli o barierkę niosło tę głuchą, wilgotną tonację, która zwiastowała coś niedobrego. „Uważaj, uważaj, uważaj.” Pierwszy powiew, ten, który poczułaś już na półpiętrze, wślizgnął ci się pod kołnierz bez pozwolenia. Był zimny - zbyt zimny, jak na wnętrze budynku, nawet przy otwartym oknie, a każde kolejne piętro było jeszcze zimniejsze. Wiatr zawodził pomiędzy ścianami klatki schodowej, a echo twoich kroków w pustym korytarzu odbijało się jak sygnał ostrzegawczy. Było to uczucie ostrzejsze niż zwykła chłodna noc - czułaś, że wkraczasz w coś, czego nie da się cofnąć.

Światło na ostatnim piętrze nie świeciło, twoje oczy dopiero po chwili zaczęły przyzwyczajać się do ciemności, ale to, co zobaczyłaś, sparaliżowało cię od pierwszej sekundy. Wystarczyło jedno spojrzenie, by poczuć ucisk w klatce piersiowej. Drzwi - twoje drzwi, bujające się na zawiasach - cicho, powoli, jakby ktoś właśnie puścił klamkę, chociaż nikogo tam nie było. Wycieraczka leżała szurnięta kilka kroków dalej,  odwrócona, wygięta, porzucona. Ten drobny obrazek zadziałał jak igła wbita w kark - drobna rzecz, a jednak zwiastowała coś, czego nie chciałaś jeszcze dopuścić do świadomości. Już wiedziałaś, zanim postawiłaś stopę nad progiem. Podskórnie, instynktownie, jak zwierzę wracające do rozkopanej nory.

Mrok w środku wydawał się gęsty, jak sadza, nie było światła z kuchni, nie było charakterystycznego mrugania lampek, nie było nawet tego miękkiego blasku lampy podłogowej. Nic, tylko pustka, czerń. W tym momencie dom, który jeszcze kilka dni wcześniej był ciepły i miękki, stał się zimną jamą, zniszczoną, zbrukaną czyjąś obecnością, która wisiała w powietrzu, jak ciężka mgła. Mieszkanie było twoje, zawsze było twoje, ale teraz było przede wszystkim zimne, ciche. Właściwie wiedziałaś, podskórnie  wyczuwałaś, że nikogo tu nie ma, a jednak serce waliło ci w piersi, gotowe do skoku.

Twój dom wyglądał jak po przejściu huraganu. Wszystko, co wcześniej dawało ci poczucie spokoju, zostało odwrócone do góry nogami, a ty już od progu znalazłaś pośrodku tego chaosu, sama, lecz świadoma każdej krzywdy, którą ktoś odważył się wyrządzić na twojej przestrzeni.

Z kredensu dobiegł cię cichy, zduszony pisk, ledwo słyszalny, ale zawodzący żałośnie - zamknięty tam czarny kot wyskoczył jak cień, mokry od kocich łez, przerażony, zjeżony, tak bardzo, że aż niemal nie przypominał siebie. Drżał, wciskał się pod twoją rękę, jakby chciał zniknąć. Na przesuniętej, chociaż stojącej stabilnie, szczurzej klatce leżała męska kurtka ze skóry, którą pamiętałaś z garażu w Exmoor - „Jest twoja, jeśli chcesz. Lepiej na tobie leży.” - była tam, zupełnie oderwana od swojego naturalnego miejsca, jakby ktoś chciał ci przypomnieć o jego obecności - albo jej braku. Strony twojego prywatnego dziennika zostały porwane, wepchnięte do środka, przez pręty, jakby ktoś chciał zagłuszyć przerażonego Necro, kiedy piszczał. Szczur trząsł się, skulony w kącie, oczy miał wielkie i ciemne. Wszystko to wydawało się jednocześnie nielogiczne i przerażająco wymyślne, jakby ktoś układał chaos z premedytacją. To nie była tylko złość - to była manifestacja czyjejś obecności, jej brutalnej pewności siebie, jakby ktoś chciał ci pokazać, że świadomie naruszył twoją przestrzeń i zostawił w niej znak, który miał boleśnie utkwić ci w pamięci. Twoje oczy wędrowały po przedmiotach, oceniając ich stan, odkrywając kolejne ślady obcego wpływu. Patrzyłaś na wszystko, notując w myślach każdy detal, próbując zrozumieć, jak doszło do tego, co się stało, dlaczego.

Okna były pootwierane szeroko - wszystkie - deszcz i mżawka wślizgiwały się do środka, ochlapując drewnianą podłogę i meble. Zimny, jesienny wiatr wdzierał się do wnętrza, poruszając resztkami papierów, unosząc ubrania, kartki, zdjęcia, nawet notatki, które leżały na parapecie, teraz były rozwiane po podłodze. Zapach wilgoci, mokrego papieru i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłaś od razu zidentyfikować, wypełnił mieszkanie, mieszając się z przytłaczającą ciszą. Szuflady zostały wyrwane, szafki przewrócone, wszystko przetrzepano, jakby ktoś szukał czegoś szczególnego lub po prostu chciał zostawić za sobą ślad zniszczenia. Zostało tylko echo dawnego ciepła, przeszłość zamknięta w strzępach rzeczy i wspomnieniach.

W kuchni połyskujące fragmenty pobitych szklanek, kieliszków i talerzy odbijały nikłe światło z zewnątrz, tworząc dziwną mozaikę cieni na podłodze. Nie mogłaś nie zauważyć tego, że każdy element tej sceny został starannie przemyślany, każdy przedmiot, wyrwana kartka z książki, rozbite naczynie, wywleczona biżuteria, zbity flakon perfum - to wszystko było manifestacją czyjejś intencji, której nie mogłaś odgadnąć.

Twoje oczy wędrowały po całym mieszkaniu, zatrzymując się na każdym szczególe - od podartej tapety, przez pobite naczynia, po napis wypalony różdżką na ścianie w salonie, który zdawał się pulsować w półmroku, jakby żył własnym życiem.


„ᛋᛚᚢᛏ”
[+]Spoiler
„DZIWKA”

To nie była przypadkowa złośliwość - to był celowy znak, coś, co miało cię zmusić do reakcji, sprawić, że poczujesz się bezsilna i narażona. W tej ciszy, w tej ciemności, otoczona chłodem i śladami czyjejś złości, stałaś pośrodku swojego mieszkania, nie rozpoznając go ani trochę. Nie było już nic, co mogłoby dać ci poczucie bezpieczeństwa.

Twoje spojrzenie w końcu zatrzymało się na dzienniku w kącie. Kartek było niewiele, o wiele mniej niż wtedy, w tamtej chatce, niektóre porozrywane, inne zgięte. Karteczki z runami leżały rozsypane po podłodze, pozostawione jakby dla ciebie, byś mogła zrozumieć przesłanie. To nie był przypadek - ktoś chciał, byś poczuła gniew, strach, dezorientację.

To nie była twoja oaza - to był ślad czyjejś obecności, czyjejś nienawiści. Każdy krok, który stawiałaś, wydawał się echem przeszłości, której teraz nie mogłaś już przywołać. Nie tutaj - tu już nie było bezpiecznie.


Leżałem obok niej, serce waliło mi w piersi szybciej niż powinno, a oddech mieszał się z jej własnym, szybki i nierówny. Moje usta wędrowały po jej szyi, zostawiając drobne ślady, podczas gdy palce zaciskały się na ramionach i talii, próbując jednocześnie trzymać dystans i nie puszczać jej ani na moment. Ta bliskość była jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem - cholernie mnie rozpraszała, tak bardzo, że trudno było mi się skupić na czymkolwiek innym. Cały mój umysł krzyczał, że powinniśmy się ruszyć, że obowiązki czekają, że… A cholera z tym, wszystko było dobrze. Przecież zdążyliśmy zrobić wszystko, co mieliśmy zaplanowane, teraz mogliśmy odpocząć.

- Naplawdę, Sun… - Wysapałem wreszcie, unosząc rękę, by przesunąć włosy z jej policzka. - Za kaszdym lasem, gdy patszę na ciebie, kompletnie tlacę wątek.




[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
22.11.2025, 23:25  ✶  

Świat się nie zatrzymał. Nie stanął w miejscu, nie czekał na nią. Nie mogła przystanąć chociaż na chwilę. Musiała żyć, ale miała wrażenie, że zaczynała się rozpadać. Nie mogła jednak sobie pozwolić na momenty słabości. Wiedziała, że do tego dojdzie, spodziewała się tego, a jednak ból i tak trawił jej serce. Zbyt łatwo przyzwyczaiła się do tej nowej rzeczywistości, która skończyła się równie szybko, co się pojawiła. Miała uważać, miała się nie przywiązywać, łatwo było jednak powiedzieć, dużo gorzej zrealizować. Do dobrego szybko można się przyzwyczaić, zbyt szybko. Dni wydawały się jej być puste, nie miała na co czekać, nie czuła tej ekscytacji, która towarzyszyła jej jeszcze zupełnie niedawno. Przyspieszonego bicia serca, tych mitycznych motyli, a może w jej przypadku bardziej ciem? Teraz został narząd, do pompowania krwi, nie więcej. Wszystko przepadło. Powroty do domu, kiedy ktoś w nim na nim czekał były dla niej zupełnie nowym doświadczeniem, przestała przesiadywać w kostnicy, bo wreszcie miała do kogo wracać, miała z kim rozmawiać, miała dla kogo istnieć. To była miła odmiana.

Starała się to zrozumieć, nagłe wyjście, porzucenie jej bez słowa. Nie mogła przestać tego analizować, zapętlała się i miała dziwne poczucie, że chodziło o coś więcej niż pilne zlecenie daleko stąd. Gdyby tylko miała okazję na pewno zapytałaby o to, dlaczego postąpił tak podle, dlaczego nie zrobił tej jednej rzeczy, o którą go prosiła. Chciała mieć szansę się pożegnać kiedy miała nadejść pora, nie dostała jej. Jasne, przyszedł list, ten jakże wylewny list, który tak właściwie niczego nie mówił, nie do końca umiała sobie poradzić z tym, że to wszystko skończyło się w taki sposób. Zbyt wiele sobie wyobrażała, powinna podchodzić do tego chłodniej, ale nie potrafiła, sama ściągnęła na siebie taki los, bo ludzie się nie zmieniali, powinna o tym pamiętać. Czuła żal, nie wiedziała tylko czy większy do siebie, czy do niego, chyba do siebie, bo pozwoliła sobie odrzucić zwyczajność przyzwyczaić się do niezwykłości. Upadek był bolesny, bardziej bolesny niż mogła się spodziewać.

Starała się przetrwać, czas miał ukoić rany, póki co jednak nie czuła, żeby było choć odrobinę lepiej. Nie dało się tak łatwo zapomnieć o tym czasie, który razem spędzili, zwłaszcza, że wspomnienia wspólnych dni, nocy wracały do niej poprzez te pieprzone obrazy. Pewnie nigdy nie miały przestać, może kiedyś ta rana się zabliźni, jednak czuła, że nie stanie się to zbyt szybko, musiała się z tym pogodzić, bo co innego miała niby zrobić?

Próbowała zatracić się w pracy, kiedyś to była dla niej najprostsza opcja. Nadgodziny w biurze koronera, prywatne usługi na Nokturnie, tyle, że nadal wydawało się jej, że miała za dużo czasu, aby myśleć, by wracać do tego co było, co mogło być, co jednak nie doszło do skutku. Okropne to były myśli. Nie szukała wsparcia, to nigdy nie była jej droga. Nie znosiła litości, współczucia, nawet ze strony tych, którym na niej zależało, sama w to weszła, sama musiała sobie ze wszystkim poradzić, bardzo proste. Starała się nie pokazywać, że coś jest nie tak, że coś nie gra, że nie jest sobą, nie wydawało jej się też, by faktycznie ktoś mógł zwrócić na to uwagę, nie bez powodu od lat unikała zbliżania się do kogokolwiek zbyt blisko.

Wracała do domu. Nie spieszyła się wcale do tego miejsca, wydawało się być puste bez niego, zupełnie inne, nieswoje, jednak ciągle to był jej dom, to tam powinna wracać do pracy. Deszcz siąpił, nie była to najgorsza pogoda z możliwych, zdecydowanie mogła wrócić do siebie bardziej przemoczona, ba, miała wrażenie, że było wręcz przyzwoicie, mżawka nie była niczym strasznym. Tyle, że przynosiła niepokój, gdy tylko wyszła z kostnicy towarzyszyło jej to dziwne uczucie, wiedziała, że coś jest nie tak, tylko jeszcze nie miała pojęcia co. Liczyła na to, że szybko połączy kropki, nie znosiła bowiem niepewności.

Trafiła do swojej kamienicy. Pokonywała schodek za schodkiem, aż w końcu znalazła się na ostatnim - swoim piętrze, gdzie przywitał ją mrok. To nie było typowe. Trudno było jej się przyzwyczaić do mroku, który ogarnął okolicę, zajęło jej to dłuższą chwilę, już teraz jednak wiedziała, że coś było nie tak. Takie rzeczy po prostu się czuło.

Mimo otaczającej jej ciemności była w stanie dostrzec drzwi, które huśtały się na zawiasach. Zamykała je, kiedy opuszczała rano mieszkanie, było to potwierdzeniem, że coś na pewno nie poszło po jej myśli, coś było nie tak. Nie zamierzała jednak stać przed drzwiami, musiała wejść do środka, zobaczyć to co było nieuniknione.

Dreszcz przeszedł jej po plecach, kiedy pokonywała drzwi wejściowe, po prostu wiedziała, że zdarzyło się coś, co jej się nie spodoba. Żadne światło w mieszkaniu nie chciało się zapalić, wokół panowała ciemność zwiastująca coś złego. Ktoś tutaj był, wcześniej, teraz nie czuła już jego obecności, jednak zdążył namieszać, zdążył wejść w jej świat i wszystko popsuć.

Gdy tylko przekroczyła próg upewniła się w tym, że ktoś postanowił zniszczyć jej bezpieczne miejsce. Wyglądało niczym po przejściu huraganu, nic nie znajdowało się w swoim stałym porządku, wszystkie rzeczy zostały przemieszane, istniały teraz w jakimś dziwnym chaosie na który nie była przygotowana. To było za dużo, jak na jej ułożone zasady.

Salon, tam powinna się znaleźć, żeby szukać szczura i kota, jedynych stałych elementów w jej życiu. Ambitne, tak nie miała co do tego najmniejszej wątpliwości, ale musiała się upewnić, że nikt nie zrobił krzywdy temu, co było najbliższe jej sercu. Póki co nie zastanawiała się nad tym, co mogło się wydarzyć, dlaczego ktoś postanowił zburzyć jej porządek, zniszczyć jej dom. Najpierw zwierzęta.

Kredens, odruchowo spojrzała w jego stronę, prowokował ją do tego pisk. Nie patrząc na nic ruszyła przed siebie, tak, aby jak najszybciej znaleźć się przy przedmiocie. Otworzyła szafkę, a kot po prostu z niej wyskoczył. Szukał jej dłoni, płakał, jakby stała mu się ogromna krzywda, nie, jakby, tylko stała mu się przecież krzywda, kto normalny zrobiłby coś takiego. Kto był w stanie wepchnąć do szafki to małe, słodkie, kocie dziecię? No nikt. Nikt normalny. Jakiś pojeb zamknął jej kota w szafce, kota, któremu nadal nie dała jeszcze imienia, nie potrafiła, był po prostu kotem od kiedy znalazł się w jej mieszkaniu. Była na siebie zła, że pozwoliła, aby stała mu się krzywda, od razu wzięła go na ręce i przytuliła, miała nadzieję, że jej dotyk przyniesie mu odrobinę ukojenia. Razem powinno być im łatwiej przetrwać to wszystko. - Przepraszam skarbie. - Wyszeptała jeszcze mu do ucha, powątpiewając w to, że w ogóle zrozumie jej słowa.

Skoro kota miała w ramionach, przyszedł czas na Necro, jej szczura, ruszyła w stronę jego klatki, na której dostrzegła kurtkę, jego kurtkę. Nie powinna się tutaj znajdować, ktoś chciał jej coś przekazać, tylko co? Przecież nie było go już w jej życiu, postanowił ją zostawić, odejść, najwyraźniej nie była dla niego wystarczająca. Nie ruszyła kurtki, otworzyła za to klatkę, aby wyciągnąć zwierzę, musiało znaleźć się na jej ramieniu. Nie umknęło jej to, że ktoś miał szansę przeczytać jej dzienniki, nie tylko przeczytać, a przy okazji zniszczyć wszystko, co kiedykolwiek postanowiła zapisać. Wepchnął to w pręty klatki. Zabolało ją to, ktoś wyjątkowo mocno starał się, by uderzyć tam, gdzie faktycznie miało ją to ruszyć. Niszczył jej cały świat, tylko dlaczego? Przecież nie zrobiła nic złego.

Szczur był wystraszony, nie dziwiło jej to, kto wie, czego właściwie był świadkiem. Wolała nie myśleć o tym, co działo się tutaj kilkadziesiąt minut temu. Przerażało ją to, wyglądało na to, że każdy krok był przemyślany, było to działanie z premedytacją, ale nie wydawało jej się, aby znalazł się jakiś powód, dlaczego spotkało to właśnie ją.

Doskonale pamiętała, jak wyglądało to miejsce przed katastrofą, Prue znała lokalizację każdego przedmiotu, który się tutaj znajdował, no przynajmniej wtedy, kiedy stąd wychodziła, teraz? Teraz próbowała oszacować szkody, okna były pootwierane, przedmioty, które kolekcjonowała przez całe życie zniszczone, ktoś postanowił zniszczyć jej spokój, jej dom, jej azyl. Nie czuła się tu już bezpiecznie. Miejsce wyglądało na opuszczone, jakby nikt tu nie mieszkał, a przecież to był jej dom, chyba już nie, chyba musiała stąd uciec.

Nie miała pojęcia co mogło spowodować taki gniew, nie wydawało jej się, aby jakieś inne emocje mogły spowodować takie zniszczenie, szafki zostały powyrywane z zawiasów, talerze, kubki potłuczone. Chaos, wokół panował chaos, a Prue przecież uwielbiała porządek. Czuła się tu nieswojo, traciła grunt pod nogami, nie wiedziała, jak niby miała się tutaj odnaleźć, czy w ogóle powinna to robić? Ten ktoś mógł tutaj wrócić, mógł pojawić się, kiedy będzie w środku, czy potrafiłaby sobie z nim poradzić. Do jej nozdrzy docierał zapach wilgoci, wymieszany z wonią mokrego papieru. Wszystko co miała, co znała zostało zniszczone, nadal nie wiedziała jednak dlaczego.

Napis wypalony na ścianie rzucił jej się w oczy, trudno byłoby go nie zauważyć. Dziwka. Przełknęła głośno ślinę, kiedy go analizowała. Runy, to sugerowało, że ktoś choć odrobinę ją znał, wiedział, że będzie to w stanie przeczytać, miał jej do przekazania coś konkretnego. Miała ochotę wyć, krzyczeć, jednak milczała. Próbowała jakoś to przetrawić.

Dziwka... sugerowało swoje, nie dało się odebrać go w żaden inny sposób. Ktoś miał jej coś do zarzucenia, coś bardzo konkretnego, tyle, że nie wydawało jej się, aby zrobiła coś złego.

Nie zamierzała tutaj zostać, nie kiedy ktoś zrujnował wszystko, co miała. Zniszczył jej świat. Musiała wyjść, zaczerpnąć świeżego powietrza, bo jeszcze chwila, a zapomni o tym, że musiała oddychać. To, co się tutaj wydarzyło bardzo mocno w nią uderzyło, była roztrzęsiona, nie wiedziała jak się zachować, czy powinna komuś to zgłosić, poprosić o pomoc? Nie, sama sobie z tym poradzi, zawsze sobie ze wszystkim radziła sama.

Nie miała jednak innego wyjścia, musiała się wynieść, wyszła tak jak stała, z kotem i szczurem na rękach, nogi same ją prowadziły, nie przemyślała tego specjalnie, ale zmierzała do rodziców, którym nie zamierzała mówić wszystkiego, nie chciała ich martwić, musiała ułożyć w głowie jakąś historyjkę.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2350), Prudence Fenwick (1604)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa