Wysunąłem się za nią, próbując wyglądać jak człowiek, który miał mocną głowę i nie wypił prawie nic. Niestety - już pierwszy krok, postawiony na zewnątrz na podejrzanie falującej ziemi, złapał mnie na kłamstwie, zatoczyłem się tak, że omal nie walnąłem ramieniem w framugę. Nie upiłem się aż tak, naprawdę nie, moja głowa zwykle wytrzymywała więcej niż wieczór spędzony w towarzystwie lokalnych, rumuńskich specjalistów od rakiji. A jednak chwiało mną tak, jakby mój mózg właśnie wyszedł z wirówki.
Może wina leżała w tym, że przez chwilę naprawdę wierzyłem, że nie mam wstrząśnienia mózgu, zupełnie nic mi nie jest, nawet z tą pękniętą, ułamaną jedynką nie jest tak fatalnie. Po wszystkim, co wydarzyło się na balkonie - a właściwie po tym, jak Geraldine wypchnęła mnie z niego z wprawą kogoś, kto robił to przynajmniej raz w kwartale - powinienem był się tego spodziewać. Nie stało się nic poważnego, teoretycznie, ale biorąc pod uwagę, że widziałem podwójnie każdą witrynę sklepową, zaczynałem się zastanawiać nad własnym stanem. Idąc za nią na chłodne powietrze, czułem się jak ktoś, przez kogo przejechał powoli, uprzejmie i metodycznie cały konwój.
Sam nie wiedziałem, czemu właściwie została ze mną w barze. Ludzie normalni mają instynkt samozachowawczy, a ona zamiast tego siedziała, rozmawiała z lokalsami i udawała, że nie widzi, jak powoli odpływam. Próbowałem przypomnieć sobie, jakim cudem wieczór minął tak szybko. Pamiętałem śmiech, kilku miejscowych, którzy mówili rzeczy, których pewnie nie powinni mówić obcym, i Gerdę, która kiwała głową, jakby wszystko od dawna wiedziała - to było to dobre zakończenie, ta część, którą mogłem uznać za względnie pozytywną.
Ale potem…
No, właśnie. Potem otworzyłem ryj - znowu.
Doskonale pamiętałem ten moment, gdy byłem już na wpół przytomny, a jednak udało mi się wypowiedzieć słowa, które normalny, trzeźwy ja wsadziłby sobie z powrotem do gardła. Coś w rodzaju:
- Gel… Ge’e… Ge’aldine… Kulwa… Ej… To… To ws’ysko. To… pfffhlkkk Ge’e… Ge’ald’n… Ja nie chcę… ghrrk… Nie chcę byś s-samotny i szało…ghrk…Szałosny… Śmieciem… Ja Sun… Ja ją koch—hluuugh… bleeehghhh…
A potem zdążyłem jedynie wywalić głowę przez okno i zwrócić barowi połowę tego, co od niego dostałem.
Powietrze było rześkie, takie, które normalnie bym docenił, ale teraz wwiercało mi się w zęby - a właściwie w jedynkę, tę złamaną, pękniętą na pół, wystawioną na światło dzienne i błysk witryny sklepu, w której odbiciu wyglądała zdecydowanie gorzej niż zakładałem.
- O-ohoho… Kulwa… - Wymknęło mi się, kiedy świat mi zrobił jeden z tych powolnych piruetów. Brzmiałem, jakbym był co najmniej po czterech butelkach, a nie po… Co to właściwie piłem? Rakija? Bimber? Cokolwiek to było, paliło jak benzyna. Zatrzymałem się na środku uliczki, bo kolejny krok groził upadkiem, zacisnąłem palce na zimnym murku obok i syknąłem, kiedy drgnęła mi ręka - pewnie też poobijana po tym, jak Geraldine uprzejmie wypchnęła mnie z balkonu.
- Uuugh… Ja pie…p-pld… - Syknąłem, łapiąc równowagę.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)