• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine

[06/10/72] Bună dimineața, Vietnam! | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
22.11.2025, 23:19  ✶  
„Obiecanki cacanki.”
Owszem - miała rację, to było wkurwiające, ale ją miała. Nie wyglądałem jak ktoś, kto był w stanie dotrzymać jakiejkolwiek obietnicy. Pieprzone nogi lekko mi drżały, świat falował jak pokład statku, który nigdy nie istniał, a ja próbowałem zachować resztki godności, które i tak dawno gdzieś wyparowały. Gdybym teraz spróbował stanąć prosto bez jej ręki, to pewnie naprawdę rozpłaszczyłbym się na chodniku. Czułem, jak się wszystko we mnie przelewało - treści żołądkowe, myśli, słowa, których zwykle nigdy nie wypuszczałem, też. Nie wiedziałem, dlaczego mówiłem jej tyle - może dlatego, że przestałem być w stanie trzymać cokolwiek w środku. Wiedziałem, że będę tego żałował - wiedziałem, że już żałuję. Zachciało mi się zaśmiać, ale wyszedł z tego tylko głuchy, urwany dźwięk, coś między „khh” a „fffh” - gdybym miał trochę dumy, obraziłbym się, ale teraz ta cała duma wyciekła ze mnie razem z ostatnią falą rzygów.
Pokiwałem głową, chociaż sam nie wiedziałem, czy ona to w ogóle zauważyła - miałem wrażenie, że moje ciało reagowało z opóźnieniem, jakby sygnały z mózgu musiały przebijać się przez gęstą warstwę alkoholu, wstydu i tego całego cholernego bałaganu, który dziś we mnie siedział. Jej słowa… Może i były ostrzejsze niż zwykle, ale brzmiały inaczej. Mniej od niej oczekiwałem współczucia, a bardziej solidnego kopniaka w tyłek, tymczasem okazało się, że Geraldine potrafiła też złagodzić ton. Nigdy bym nie pomyślał, że akurat do mnie. A jednak stała przede mną i, cholera, troszczyła się o mnie bardziej, niż miałem prawo oczekiwać.
Oczywiście, że mi nie wierzyła, patrząc na mnie z przymrużeniem oka - sam sobie w tej chwili bym nie zaufał. Ledwo stałem na nogach, świat falował mi przed oczami, a moje gardło było w połowie ściśnięte od alkoholu, w połowie od tego, co próbowałem powiedzieć, a czego mówić nie powinienem był wcale. A jednak mówiłem - dużo, za dużo, im bardziej próbowałem to zatrzymać, tym bardziej leciało. Słowa, wyznania, słabości, których nie pozwalałem sobie nikomu pokazywać, wyciekały spomiędzy moich zębów jak trucizna. Przejechałem językiem po zębach, czując okropny posmak alkoholu i żółci. Na jej słowa o liście wydałem z siebie coś w rodzaju śmiechu, bardziej charczenia niż czegokolwiek normalnego. Śmieszne, że bałem się brzmienia pieprzonego listu, podczas gdy brzmienie mojego głosu w tej chwili nadawało się najwyżej do odstraszania dzieci.
Moment, w którym związała mi włosy, był jednym z tych, których nie chciałem analizować, nie lubiłem, kiedy ktoś dotykał mi głowy, odkąd pamiętam, wzdrygałem się na takie rzeczy - może poza jedną czy dwiema osobami, ale to było dawno i nie miało już żadnego znaczenia. Jednak teraz… Pozwoliłem jej. Może dlatego, że nie miałem siły protestować - może dlatego, że próbowałem się skupić na czymkolwiek innym niż to, że żołądek próbował przewrócić się na lewą stronę. Poczułem, jak drgnąłem, kiedy jej palce wsunęły się w moje włosy, ale nie odepchnąłem jej. Cóż, serio próbowała mi pomóc, a ja byłem po prostu żałosny. Zacisnąłem palce na jej ramieniu, żeby nie odjechać w bok. Napiąłem się, odruchowo, ale nie odepchnąłem jej ręki - pozwoliłem jej to zrobić, ktokolwiek inny dostałby ode mnie łokciem w żebra, ona nie. Mogła tego nie wiedzieć, ale to był zupełnie inny poziom zaufania. Nie miałem siły się sprzeczać, ledwo miałem siłę oddychać. Byłem najebany tak, że aż mnie nosiło. Każde moje słowo waliło prawdą, której nigdy nie zamierzałem powiedzieć na głos, nie jej, nie nikomu, a jednak wszystko się ze mnie wylewało - niestety nie tylko werbalnie.
Ruszyliśmy dalej. „Szliśmy” to byłoby nadużycie - raczej turlaliśmy się, jak dwa niesynchronizowane głazy. Ewentualnie, jak żuk gnojarz i kilka z gówna - wiadomo, kto był kim. Trzymałem się jej, ale nie tak mocno, jak powinnienem, wciąż starałem się udowodnić, że stoję sam - bzdura, bez niej dawno leżałbym twarzą w chodniku. Zatrzymaliśmy się przed sklepem, a ja ledwo rejestrowałem, co mówiła - miałem wrażenie, że przeszliśmy całe cholerne hrabstwo - patrzyłem na drzwi, jakby były ostatnią przeszkodą w maratonie, na który nikt mnie nie zapisywał. Westchnąłem ciężko, chociaż bardziej to brzmiało jak sapnięcie. Brzmiała pewnie, ale coś mówiło mi, że w środku mogą nas wyjebać szybciej, niż zdążę mrugnąć.
- Mhm. Wypieldolą mnie dopiero, jak się odezwę, na pewno… Dobla stlategia, dowódco. - Powiedziałem, próbując jakoś to obrócić w żart. Zerknąłem na stojącą obok ławeczkę - wyglądała jak tron króla żuli, ale na dziś była idealna. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek - przez chwilę, kiedy nie musiałem walczyć o równowagę, potrafiłem na moment skupić wzrok. Zamrugałem ciężko, czując, że świat zaczynał mi lekko odpływać na boki, i zanim zrobiłem coś naprawdę głupiego, wymusiłem z siebie słowa - wolniejsze, cięższe, niż powinny być:
- Posaś mnie. Na tej… - Kiwnąłem głową w stronę wąskiej ławki przy wejściu. - Usiądę tu… I zaczekam. Obiecuję. Mogłabyś… Kupiś mi… Długopis i papiel? - Zawiesiłem głos. - Musę to napisaś, zanim…
Skoro nie mogłem tego zatrzymać w sobie, tych wszystkich słów, to przynajmniej mogłem to zapisać. Własną ręką, choćby krzywo, pijacko, choćby miało mnie to dobić.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
23.11.2025, 00:03  ✶  

Wiedziała, że ma rację, ale wyjątkowo nie czerpała z tego, jakiejś ogromnej satysfakcji. Nie do końca podobało jej się to, co widziała, nie cieszyła się z tego, że miał chujowy moment, tydzień, czy jeszcze więcej. Nie życzyła mu źle, wręcz przeciwnie, po tym, co jej powiedział, tak po prostu uważała, że zasługuje na szczęście. Mogła go nie lubić, ale kurwa, przeżył tak wiele, mało kto by sobie z tym poradzić, a on dalej walczył, dalej próbował znaleźć na tym świecie dla siebie miejsce, to było godne podziwu. Zadecydowała więc o tym, że będzie jego podporą, przynajmniej dzisiaj, fizycznie i psychicznie, fizycznie nie miała mieć z tym najmniejszego problemu, nawet z jego masą, jednak psychicznie... cóż, wiedziała, że nie jest w tym najlepsza, więc starała się skupiać przede wszystkim na tym, nie chciała pogorszyć sytuacji. Znalazła w sobie więc całą masę cierpliwości i człowieczeństwa, chociaż na pewno znalazłyby się osoby, które stwierdziłyby, że w ogóle tego w sobie nie ma.

Postępowała intuicyjnie, starała się mu dać to, czego potrzebował. Oparcie, słowa, czy pójść z nim po ten papier i długopis. Nic więcej nie mogła mu w tej chwili zaoferować. Nie odrzuciły ją jego bełty, jego słowa, wydawała się być niewzruszona, chociaż jej żołądek prosił się o to, aby się odezwać, jednak dzielnie walczyła z tym odruchem. Naprawdę nie chciała polec, nie dzisiaj, to miał być jej sukces.

Przetrwali te kilka jego kolejnych bełtów, kilka prób utrzymania się, musieli ruszać. Jasne, niby się nigdzie nie spieszyli, jednak spodziewała się tego, że Roise zdziwi się, kiedy obudzi się i zastanie pustą kwaterę. Nie zostawili mu żadnej informacji, po prostu wyszli w ciemną noc, oczywiście, że miało to swoje przyczyny, ale wiedziała, że takie zniknięcie może powodować pytania, a nie chciała, żeby się o nich niepotrzebnie martwił. Mieli dzisiaj iść na zamek... nie sądziła, aby ta wędrówka miała dojść do skutku, Benjy był najebany, a ona zmęczona, musieli to odespać, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

- Tak, właśnie dlatego lepiej, żebyś nic nie mówił. - Było to działanie zapobiegawcze, nie mieli rzucać się w oczy, tylko wejść do sklepu, kupić to, co było im potrzebne i zniknąć stamtąd. Całkiem prosty plan, który oczywiście mógł nie pójść po ich myśli, bo nawet te najprostsze założenia mogły się zjebać.

Przeniosła wzrok na ławkę, którą wskazał jej Benjy. Wyglądała nie najgorzej, pewnie jakby się uprzeć, to mógłby się na niej ułożyć i zasnąć, miała nadzieję, że nie wpadnie na taki złoty pomysł, bo wiedziała, że nie uda jej się go dobudzić. Była to kolejna rzecz, której musiała pilnować - nie mógł jej nigdzie zasnąć, bo to również skończy się tym, że nie będzie w stanie go ruszyć. - Dobra, ale nie możesz zasnąć, jasne? - Wolała podzielić się z nim tą myślą, może dzięki temu faktycznie powstrzyma się przed zamknięciem oczu, nie, żeby wydawało jej się, że gdy dojdzie co do czego to w ogóle uda mu się z tym walczyć, naprawdę wierzyła w to, że uda im się niedługo jakoś wrócić do miejsca, z którego rozpoczęli swój wspólny spacer.

- Kupię wszystko, czego potrzebujesz. - Powiedziała jeszcze, gdy znaleźli się przy tej ławce, która wyglądała jak wymarzony tron każdego z meneli. Wysunęła swoje ramię spod jego ręki, dzięki czemu mógł legnąć na ławce. Spojrzała jeszcze na niego, by ocenić sytuację. Chyba się nie wypierdoli i nie skończy pod ławką, oby.

Dość szybko ruszyła w stronę drzwi wejściowych do niewielkiego sklepiku. Przywitała się grzecznie z podstarzałą ekspedientką, która przywitała ją uśmiechem. Cóż, całkiem miły to był gest, jak na to, że prezentowała się naprawdę chujowo, musiała też pachnieć nie najlepiej. Od razu skierowała się do lady, trudno jej było się dogadać z kobietą, ale po chwili tłumaczenia udało jej się wyjść ze sklepu z papierem, długopisem, dwoma jabłkami, wodą i chlebem. Liczyła na to, że jak coś zje, to może zrobi mu się lepiej.

Zostawiła kobiecie więcej pieniędzy niż powinna, ale wydawało jej się to całkiem słusznym posunięciem zważając na to, że nie zadawała pytań, a jeszcze podchodziła do niej z sympatią.

Wróciła do Benjy'ego, pozwoliła sobie usiąść tuż obok niego, właściwie to po prostu zaległa na tej nieszczęsnej ławce, dopiero wtedy poczuła, że była naprawdę zmęczona, a czekała ich jeszcze taka długa droga...

- Mam wszystko. - a przynajmniej tak się jej wydawało. - Trzymaj. - Wręczyła mu długopis i kartkę, za chwilę pewnie zrobi to samo z chlebem i wodą, musiała to w niego wmusić. Sama zaś sięgnęła po zielone jabłko, miała na nie wyjątkową ochotę. Wyciągnęła niewielki nóż, który zawsze miała przy sobie i zaczęła obierać skórkę, wiedziała, że gdyby stanęła jej w tej chwili na żołądku to mogło zakończyć się źle.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
23.11.2025, 00:36  ✶  
Przetrwaliśmy moje kolejne bełty - każdy bardziej żałosny od poprzedniego - i kilka prób utrzymania pionu, które kończyły się tym, że lądowałem ciężarem na jej barku. Wiedziałem, że powinniśmy ruszać, Roise się w końcu obudzi, zobaczy pustą kwaterę i zacznie sobie dopowiadać scenariusze, których nie chcieliśmy mu fundować, zwłaszcza na widok krwi pod otwartym balkonem, ale w tym stanie nie byłem w stanie zmartwić się nawet o siebie, a co dopiero o to, jak wyglądaliśmy z boku. Mieliśmy iść na zamek - ha, w tym momencie ledwo mogłem iść prosto.
Miała absolutną rację - mój głos był w tej chwili bronią masowego rażenia, mógłbym jedną pijacką frazą załatwić nam zakaz wstępu do miasta, nie mówiąc o sklepie. Całe szczęście, gdy mój wzrok na ławkę, od razu poczułem lekką ulgę. Nie wyglądała tragicznie, nie była też jakimś luksusem, ale stała, a ja chciałem po prostu usiąść.
- Nie zasnę… - Wymruczałem, chociaż nie byłem pewien, czy to prawda, czy życzenie, pozwalając sobie opaść na ławkę. Nie aż tak gwałtownie, żebym się wyjebał, ale jednak na tyle wyraźnie, że wiedziałem, iż teraz byłem zdany na ten kawałek drewna i metalowych nóg. Oparłem łokcie na kolanach i zamknąłem na moment oczy - tylko na moment, żeby uspokoić błędnik. Słyszałem, jak odchodziła - kroki, drzwi, cichy głos - zostałem sam. Zimne powietrze osiadało mi na karku, pachniało mokrym chodnikiem i porannym zmęczeniem. Robiło mi się niedobrze, ale nie na tyle, by kolejna fala nadejść miała natychmiast. Po prostu tkwiłem tam, starając się nie myśleć o tym, co będzie, kiedy to wszystko do mnie wróci. Równie szybko, co Geraldine, która powróciła w ułamku sekundy. Albo ja straciłem poczucie czasu - ciężko było stwierdzić. Usiadła obok mnie, a ławka ugieła się lekko pod naszym wspólnym ciężarem. Poczułem, jak grawitacja próbuje mnie przyciągnąć do jej ramienia, ale powstrzymałem to - ledwo, ale powstrzymałem.
Podniosłem wzrok, nie umiałem do końca zrozumieć, co „wszystko” oznacza, ale długopis i kartka znalazły się w moich dłoniach, zanim zdążyłem o to zapytać. Geraldine zaczęła obierać jabłko swoim małym nożykiem - skórka schodziła elegancką spiralką, a zapach świeżego jabłka mieszał się z chłodnym powietrzem. Szarpałem się przez chwilę z czubkiem długopisu, z koncentracją pijaka, który próbował przypomnieć sobie, gdzie miał nos.
- Dzięki… - Wymamrotałem, nie byłem pewien, czy słowo wyszło poprawnie, czy brzmiało bardziej jak „dńks”, ale liczyłem, że zrozumie intencję. Zgiąłem się lekko nad kolanami, oparłem kartkę na udzie, długopis przyłożyłem do papieru, wymusiłem pierwszy ruch. I… I nagle nie wiedziałem, jak pisać. Nie chodziło o treść - treść we mnie wrzała, paliła mnie od środka, ale te wszystkie litery… Przez chwilę gapiłem się w pustą kartkę, jakby miała odpowiedzieć na wszystkie moje problemy. A potem zmusiłem rękę do ruchu - do pierwszej kreski. Długopis dotknął kartki i zamiast liter zacząłem kreślić coś, do czego odruchowo wracałem w najgorszych momentach - runy - stare znaki, surowe, ostre, opisujące więcej emocji niż całe zdania. „ᚺᛖᛃ ᛏᛟ ᛃᚨ…” Palce ruszały się same - kąt, kreska, przełamanie, kolejny symbol, splątanie, złączenie, cała sekwencja. Poczułem nagłe gorąco pod powiekami, ale udało mi się przełknąć to, zanim zrobiło się czymkolwiek więcej. Odwróciłem głowę w jej stronę, mrużąc oczy, bo świat trochę za bardzo drgał.
- Powiedz mi, sz… Ee to chociasz wygląda… Na pismo, a nie… Szygi na papiesze. - Mruknąłem, wpatrzony w linię znaków, które już pokryły pół kartki. Zacisnąłem palce na długopisie, patrząc na runy, które drżały lekko na papierze razem z moją dłonią, po czym spojrzałem na nią jeszcze raz, bardziej błagalnie, niż chciałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
23.11.2025, 00:54  ✶  

Kiwnęła jeszcze głową, gdy powiedział, że nie zaśnie. Brała na to poprawkę, wiedziała, że może nawet nie zauważyć, że przymknie oczy i odpłynie, mógł mówić jedno, ale ciało mogło go zdradzić. Doskonale wiedziała, jak to jest, a nie było co się oszukiwać, w tej chwili nie miał żadnej władzy nad tym, co się z nim działo, alkohol go pochłonął, czy się z tym godził, czy nie, zbyt późno było na walkę, teraz mogła zakończyć się wyłącznie klęską.

Poszła więc do tego sklepu, licząc na to, że faktycznie uda mu się tam po prostu siedzieć, nie zwracając na siebie zbytniej uwagi (jakby było to możliwe wyglądając tak jak on), na szczęście jeszcze praktycznie nikt nie przechadzał się ulicami miasteczka, tak właściwie to ono jeszcze spało, to było ich przewagą. Starała się zrobić zakupy jak najszybciej, zależało jej na tym, by znaleźć się koło niego, gdy była obok chociaż odrobinę mogła panować nad sytuacją, doglądać go, a czuła, że powinna to robić, by nie sprowadził na siebie jakichś kłopotów, niby nie szukał zaczepki, ale kto wiedział, co mogło go wyprowadzić z równowagi, czasem wystarczyło nieodpowiednio oddychać, i to mogło doprowadzić do bójki.

Wróciła, wręczyła mu kartkę i długopis, co najważniejsze - nadal siedział tam gdzie go zostawiła, nic się praktycznie nie zmieniło, cud - nawet nie zbełtał się po raz kolejny, być może faktycznie nie miał już czym.

Zajęła się obieraniem swojego jabłka, chciała zrobić to jednym, sprawnym ruchem, pozbyć się całej skórki nie odrywając ręki od owocu, często zdarzało jej się to robić, na szczęście nożyk był na tyle ostry, że miało jej się to udać.

- Spoko. - Odpowiedziała całkiem lakonicznie. To nie było nic wielkiego, tylko kartka i długopis, spoglądała na niego kątem oka, była ciekawa, jak szybko ubierze myśli w słowa. Powinna się spodziewać, że napisanie poważnego listu zajmie mu dłuższą chwilę, zastanawiał się naprawdę długo nim napisał pierwsze słowo. Nie miała zamiaru go jednak popędzać, ławka była całkiem wygodna, mógł więc pozwolić sobie na przemyślenia, zresztą to na pewno nie było takie łatwe, wyrzucić z siebie na papier wszystkie, głęboko skrywane przez siebie myśli.

To nie tak, że zamierzała czytać jego prywatną korespondencję, jednak gdy zaczął pisać próbowała zerknąć na papier, było to jednak zbyt trudne, trzymał tę kartkę tak kurczowo, nie mogła więc zobaczyć, co tam tworzył, nie, żeby zobaczenie tego przez nią miało coś zmienić, to był jego list, ona miała to tylko odrobinę nadzorować.

- Mhm. - Sam ją o to poprosił, spojrzała więc na kartkę, zaintrygowana, co się na niej znajdzie, i co? i chuj. Mrugnęła kilka razy, zmarszczyła nos, nic z tego nie rozumiała. Tak, wiedziała, że były to runy, kto normalny korzystał z run przy pisaniu listu do dziewczyny? Nie była w stanie rozszyfrować nawet jednego słowa.

- To runy, co nie? - Zapytała jeszcze, chociaż wydawało jej się, że ma rację, ale no nie była specjalistką, chuja się znała na runach. - Ładne szlaczki, ale nie umiem ich czytać. - Nie zamierzała udawać, że jest inaczej, może nie świadczyło to o niej zbyt dobrze... ale było to tylko stwierdzenie faktu.

- Nie wiem, co tam piszesz, nie jestem w stanie tego przeczytać. - Jedyną opcją było to, że sam jej powie, co napisał, nie sądziła jednak, że postanowi się tym z nią podzielić. - Całkiem ładne pismo, rzygów nie ma. - Dodała jeszcze, aby odpowiedzieć na zadane pytanie.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
23.11.2025, 02:50  ✶  
To, że nadal siedziałem tam, gdzie mnie zostawiła, faktycznie było jakimś cudem - w moim stanie każdy ruch groził katastrofą. Nie rzygnąłem ponownie, chociaż żołądek nadal robił mi różne świństwa, ale już nic nie miałem w sobie, tylko ten posmak żółci i pieprzonego wstydu. Zerknąłem na nią, kiedy zaczęła obierać jabłko tym swoim perfekcyjnym, jednym długim cięciem - żałowałem, że moja ręka pracowała teraz jak zepsuty metronom.
- No. - Przyznałem, bo przecież nie mogłem udawać, że to alfabet łaciński po przejściach, zwłaszcza wtedy, kiedy powiedziała to swoje „ładne szlaczki”. Zachciało mi się parsknąć śmiechem, ale wyszedł z tego tylko krótki, urwany dźwięk, bo gardło nadal miałem jak papier ścierny. Zerknąłem na kartkę, na te runy, które wyglądały, jakbym usiłował zakląć coś między liniami, choć przecież… próbowałem tylko napisać zwykłe, ludzkie zdanie. - Ta, szszlszki. - Mruknąłem. Jak z zeszytu nienormalnego dzieciaka, którego zostawi się samemu sobie za długo. - To luny. - Powtórzyłem, już ciut pewniej, chociaż wciąż trochę jak ktoś, kto tłumaczył się z własnego bełkotu. Brzmiało to bardziej jak „luuyny” - przeciągnięte, rozmazane, jakbym mówił przez tę cholerną watę, która od rana zalegała mi w języku. - Stalszy Futhalk, jeśli… Jak… Mam byś dołachny. Tak mnie… Wychowali. Wbijali do… Głowy od… Dzieciacha. - Zacząłem i od razu poczułem, jak język plącze mi się bardziej niż wcześniej, ale miałem już rozpęd, którego nie dało się zatrzymać. Przesunąłem dłonią po twarzy. - Kiedy jestem… Tachi, no… - Stuknąłem się palcem w skroń, jakby to miało coś wyjaśnić - To piesze, po co mózg sięga.
Przetarłem dłonią twarz, jakbym próbował zetrzeć zmęczenie, alkohol i wszystko inne, co się do mnie przyczepiło - nic to nie dało, dalej byłem sobą, w najgorszej wersji. Kartka drgnęła mi w dłoniach, a ja uniosłem na Gerdę wzrok dopiero wtedy, kiedy usłyszałem jej „nie wiem, co tam piszesz”. Trochę mnie to uspokoiło, trochę zdołowało.
- Spooko, nie, no… Niespodziewałemsię. - Mruknąłem. - To nie jest… Populalna specjalisasja. - Zawiesiłem głos i coś mi zaświtało, jakiś niepotrzebnie ostrzejszy błysk świadomości, tak jakby alkohol na moment puścił i odsłonił środek czegoś, czego wolałbym nie wyciągać. - Mój ojcies… - Słowo wyleciało automatycznie, na tyle automatycznie, że skrzywiłem się na jego brzmienie, od razu poczułem to jak kłucie w przełyku. - Oj— Ojczym. - Wypowiedzenie tego na głos… Było dziwnie trudne, jakbym pierwszy raz od dawna postawił tę granicę przed kimś innym niż sobą. Rzadko go używałem, właściwie - nigdy, nie wiedziałem czemu. Może… Może nie chciałem robić z siebie melodramatu. Może to było to jedno słowo, które zawsze zostawiałem na dnie, a teraz się samo wylało. - Ojczym, kulwa. Nie ojcies. - Poprawiłem się, pierwszy raz od… Zawsze. - Był… Jest… Jednym s… Więszyk specjalistów. - Zmrużyłem oczy, pokręciłem głową, zacisnąłem usta i wziąłem głęboki oddech, stukając długopisem o papier. Mówiłem powoli, bełkotliwie, ale uparcie. Rozparłem się na oparciu ławki i westchnąłem, ciężko, z gardłowym jękiem. - Wielki, piepszony autolytet medysny. - Splunąłem obok, bardziej z odruchu niż w złości. - Od zdejmowania klątw. Od nakładania tesz. Chyba. Zalesznie… - Zerknąłem na runy na kartce, przecierając palcem jedną z krawędzi, przesunąłem palcem po jednym ze znaczków, jakbym chciał go poprawić, ale tylko ją rozmazałem. Wciągnąłem powietrze, bo nagle zrobiło mi się klarowniej w głowie, ale w ten nieprzyjemny, zimny sposób. - To jakoś… - Wykonałem niejasny gest dłonią, który mógł znaczyć „wypływa”, „wychodzi”, „przejmuje”, albo „pierdolę, nie wiem, jak to powiedzieć”. Spojrzałem na nią, mrużąc oczy, bo świat lekko się rozmazywał. - Tak… Sze to nie szlaczki. Uśmiechnąłem się zbyt szeroko jak na człowieka, który ledwo siedział. - Tylko… Wies. Dziedzictwo po pojebach. Jedyne… Doble. - Uśmiechnąłem się głupkowato, trochę do siebie, trochę do niej, z tym rodzajem błędnego zerknięcia, które mieli ludzie na skraju zmęczenia i wyrzygania ostatnich tajemnic.
- Na samym początku. S nią. - Chciałem zrobić gest ręką, ale zamiast tego musiałem przytrzymać się ławki, więc machnąłem tylko lekko długopisem. -Jak chciałem… Wiesz… No… Po tym pie… Pielwszym… Pisałem jej… Liściki. To ona zaczęła, ale… My… No, tak. Mogliśmy nie… Nie gadaś, ale gadaliśmy… - Zacisnąłem wargi, jakby to było coś najbardziej żenującego, co mogłem przyznać. - Lunami. - Wskazałem papier. - Usnałem to… Za lukę w systemie… Bo mało kto… To odczyta. No, kulwa, genialny pomysł, nie? - Zachichotałem pod nosem, cichym, zmęczonym śmiechem, który bardziej służył temu, żeby nie zacząć gryźć własnych warg. - Taki ze mnie lomantyk. - Pokręciłem głową, jakbym sam siebie chciał zbesztać i przejechałem dłonią po twarzy jeszcze raz. - Luniczny kochaś, kuwa maś. - Ostatnie słowa wypowiedziałem tonem człowieka, który miał pełną świadomość, jak absurdalnie to brzmiało, ale nie miał już mocy, żeby je odwołać.
Spojrzałem na Geraldine, na to jabłko, na jej spokojne ruchy nożykiem, tak dokładne w kontrze do mojej pełnej rozsypki. Na jej ostatnie słowa - o braku rzygów - parsknąłem krótkim, zmęczonym śmiechem, drżał, ale był prawdziwy.
- Pszynajmniej pismo mam balsiej stabilne nisz szołądek.
Przesunąłem długopis po kartce, jakbym chciał zaczynać od nowa, ale ręka sama wróciła do run, kreśląc powoli, upierdliwie. Przytrzymałem ją przez moment na kolanie, wpatrując się w znaki - w ich ostre krawędzie, te niefortunne krzywizny,  to, co mówiły, chociaż Gerda nie mogła ich przeczytać.
- Kulwa, bełkoczę, co nie? - Spojrzałem na nią z lekkim rozbitym uśmiechem, za to już z trochę bardziej zrozumiałym głosem. Nachyliłem się do niej minimalnie, bardziej przez osunięcie niż świadomy ruch, ciężko wzdychając.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
23.11.2025, 11:55  ✶  

Całkiem zgrabnie szło jej obieranie jabłka, cóż owoc jak owoc, zdarzało jej się oskórowywać zwierzynę, więc robienie czegoś podobnego z owocem nie było dla Geraldine szczególnym osiągnięciem. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy w jej dłoni znalazł się jeden, długi obierek, był to drobny sukces, ale na tle tych wszystkich ostatnich wydarzeń i taka mała rzecz mogła ją cieszyć. Słyszała kiedyś o pewnym zwyczaju, nie był to może czas na wróżby, byli zajęci, mieli różne rzeczy od ogarnięcia, jednak póki siedziała na tej ławce, on siedział obok, nic mu nie groziło, bo aktualnie przelewał myśli na papier to postanowiła skorzystać z możliwości. Rzuciła za siebie skórkę od jabłka, odwróciła się po chwili, żeby zobaczyć, czy ułożyła się w jakiś sposób, wyglądała jak odwrócone V, brakowało tylko kreseczki, heh, nie mogło być inaczej, było bardzo bliskie A, wszystkie znaki mówiły o tym, że to co łączylo z Roisem to była miłość, inaczej pewnie nie byłaby w stanie zobaczyć pierwszej litery jego imienia w skórce od jabłka.

Wgryzła się w owoc, był bardzo soczysty, mhm nie miała pojęcia, że była taka głodna, dobrze, że wzięła ten chleb dla swojego towarzysza, trochę żałowała, że nie zaopatrzyła się w mięso, wiedziała, że jeśli nie znajdzie się ono w jej posiłku to nie będzie w stanie się najeść.

- Ładne są. - Odpowiedziała mu jeszcze, jeśli zależało mu na tym, aby to co pisał wyglądało poważnie, to chyba nie dało się tego lepiej zrobić. Runy wyglądały na cholernie poważne, nawet jeśli jego ręka drżała kiedy nią pisał.

- Nic mi to nie mówi, nigdy specjalnie nie interesowały mnie te szlaczki, ale wyglądają profesjonalnie. - Dodała jeszcze, była laikiem, czego nie dało się nie zauważyć. Nigdy nie przywiązywała wagi do run, nie wydawały jej się istotne kiedy chodziła do Hogwartu, zresztą wiele przedmiotów traktowała po macoszemu twierdząc, że nie przydadzą jej się w dorosłym życiu. Teraz wiedziała, że to był błąd, ale czasu nie dało się cofnąć, musiała sobie radzić więc z brakami w wiedzy.

Kiwnęła głową, kiedy zaczął mówić, no jasne, że mógł się tego spodziewać. On jako specjalista od klątw musiał mieć szerszą wiedzę, jej wystarczała głównie siła, sprawność fizyczna przy polowaniach na magiczne zwierzęta. Mówił, nie wchodziła mu w słowa, chciał się z nią podzielić tym, skąd się to u niego wzięło. Jak widać nie tylko ona miała w sobie coś ze swojego ojca. Nie dało się tego uniknąć, jeśli od najmłodszych lat wpajano w niego tę wiedzę, to musiało w nim pozostać, tak właściwie dobrze, że to było tylko to. Nie wydawało jej się bowiem, żeby poza podobnym zawodowym doświadczeniem łączyło go coś jeszcze z tym człowiekiem. Kojarzyła mężczyznę, który go wychował, wzbudzał w niej niezbyt przyjemne uczucia, zresztą mówiło się u nich w domu mało na jego temat, więcej o jego matce, która przestała utrzymywać kontakt z Gerardem, chyba nigdy do końca nie pogodził się z tym, że jego siostra trafiła do takiej rodziny, ale nie mógł nic z tym zrobić, szczególnie, że sama go o to nie poprosiła.

- Dobrze, że wyciągnąłeś z tego to, co najlepsze. - Powiedziała cicho. W końcu przydawało mu się to teraz, dzięki temu mógł zajmować się tym, czym się zajmował. Jakoś sobie radził, te runy, klątwy, chociaż tyle miał, wiedzy nikt nie mógł mu odebrać, nazwisko tak, ale nie umiejętności, które wyniósł z domu, jaki by to nie był dom.

- Pisaliście do siebie liściki? W tajemnicy? - Powtórzyła za nim, to było całkiem urocze, przynajmniej tak się jej wydawało, nie mogli ze sobą rozmawiać, znaleźli sposób, żeby to robić. Nie podejrzewałaby Benjy'ego o takie postępowanie, ciągle ją zaskakiwał.

- To brzmi jak treść jakiejś książki, wiesz, z tych, co czyta macocha Ambroise'a. - Mąż opowiadał jej o upodobaniach swojej przyszywanej matki, ponoć zaczytywała się w te romansidła godzinami, kiedyś nawet wcisnęła jej parę sztuk, nikomu o tym nie powiedziała, ale przeczytała je w tydzień.

- Fakt, ręce trochę ci drżą, ale nie, aż tak. - Jak na to, w jakim znajdował się stanie, to pisanie nie szło mu najgorzej, sama pewnie miałaby problem, aby napisać chociaż jedno zdanie, a jego znaki układały się całkiem prosto na tym papierze.

- Trochę, ale wcześniej było gorzej. Chcesz wody? - Wyciągnęła w jego kierunku butelkę, którą przyniosła ze sklepu, być może się przyjmie i nie pozbędzie jej się od razu ze swojego żołądka.

- Chcesz to wysłać? - Nie miała pojęcia, czy już skończył pisać, czy miał jeszcze coś do dodania, jeśli tak to wypadałoby się rozejrzeć za jego ptakiem.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
23.11.2025, 16:22  ✶  
Wróżby ze skórek jabłka - Merlin mi świadkiem, gdybym był trzeźwy, to bym to skomentował, ale teraz… Teraz tylko patrzyłem, jak skórka leci za ławkę, jak ona odwraca się, patrzy… I coś w jej twarzy mięknie. Parsknąłem cicho - nieśmiesznie, bardziej zmęczonym powietrzem niż śmiechem - nie widziałem, co jej tam wyszło, ale widziałem jej minę, ten cień samozadowolenia, lekki błysk w oku, niby nic wielkiego, a jakby coś dobrego się pojawiło na horyzoncie. To mi się akurat spodobało, nawet jeśli mój żołądek przewrócił się w tym samym momencie jak śnięta ryba.
To „ładne szlaczki” siedziało mi w głowie bardziej, niż chciałem, zawsze miałem wrażenie, że runy wyglądały jak coś poważnego, starożytnego, mocnego, a teraz siedziałem tu, pijany jak bela, i wypisywałem nimi uczuciowe sraczki - piękny obrazek. Spojrzałem na runy na kartce, przechyliłem głowę, jakbym pierwszy raz je widział. Drżące, nierówne, ale… „Wyciągnąłem z tego, co najlepsze”, skrzywiłem się, ale nie zaprzeczyłem. Może dlatego, że nie miałem siły się kłócić, pijany mózg przestał przeprowadzać te swoje wieczne kontrataki, a może dlatego, że… Miała rację, umiejętności mi zostały, nazwiska nie potrzebowałem. A potem przyszedł ten fragment o liścikach - ten jej głos, to, jak to powtarzała - spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, i przez moment bałem się, że ujrzę w jej twarzy coś, czego nie chciałem, ale ona tylko jadła jabłko. Wgryzała się w nie, jakby było czymś absolutnie naturalnym, że ja tu siedziałem, bełkotałem, wylewałem z siebie kawałki historii, normalny dzień - przewróciłem oczami tak ostentacyjnie, że aż mnie zabolało. „Pisaliście do siebie liściki? W tajemnicy?” Merlinie, gdybym był trzeźwy, to bym tego nie zdzierżył, ale teraz… teraz tylko westchnąłem, opierając łokcie o kolana, jęknąłem, potarłem twarz dłonią, jakby to miało mi pomóc przetrwać własne wyznanie.
- Mhm, „liściki”… - Słowo zabrzmiało ode mnie jak obelga wobec samego siebie. - Bszmi, jakbym jej zostawiał selduszka na malginesach, no weś mnie nie dobiaj. - Westchnąłem, krzywiąc usta tak, jakby samo to słowo było za słodkie, żeby przejść mi przez gardło.
Oparłem głowę o oparcie ławki, zamknąłem na moment oczy - nie zasnąć, Benjy, nie zasnąć - i wypuściłem z siebie powolny, zmęczony wydech. Jej obieranie jabłka, ten chrup, kiedy w nie wgryzła - to wszystko brzmiało jak coś z innego świata, normalność, coś, czego nie dotykały klątwy, rozstania i rzygowiny.
- Co, myślałaś, sze od zawsze byłem takim bezuczuciowym skulwielem? - Mruknąłem, kręcąc głową, chociaż z mojej perspektywy wyglądało to dużo mniej jak romantyzm, a dużo bardziej jak desperackie chwytanie czegokolwiek, co nie bolało. - Nie, nie byłem… Zawse… Taki… A telas… Telas piszę to gówno, bo mózg mi się cofa do ustawień fablysznych. - Prychnąłem i odchyliłem głowę do tyłu. Geraldine coś tam mruknęła o książkach, o romansidłach macochy Ambroise’a, i aż mnie skręciło na myśl, że moje dawne życie mogłoby się znaleźć między okładkami takich pierdół.
- No, ploszę cię… - Zawiesiłem głos, próbując wycelować końcówką długopisu w jedną z run, co zajęło mi trzy podejścia. - Nie lób ze mnie… Bohatela jakiejś… Ckliwej historii, w której ktoś jęczy pszez sto stlon o tym, jak mu na jej widok… Dlga… - Przesunąłem językiem po spierzchniętych wargach, marszcząc brwi. - Selce. - Prawda była taka, że tak właśnie było, robiłem to, pisałem, układałem te pieprzone runy z przesadną precyzją, jakby to miało coś załatwić - jakby magia starego alfabetu mogła przykryć to, że byłem wtedy zbyt młody, zbyt posrany, zbyt… Niedorobiony, żeby powiedzieć normalnie, co chciałem powiedzieć. Brakowało tylko, żebym tu teraz napisał „moja ukochana, gwiazdo północy, mój cmentarny słoneczniku”.
Woda pojawiła się przy mojej dłoni, przez chwilę patrzyłem na butelkę, jakby to była jakaś skomplikowana zagadka logiczna, po czym jednak zacisnąłem na niej palce, wzdychając tak, jakby to miało być lekarstwo na wszystkie nieszczęścia tego świata. Odkręciłem, powąchałem - złych doświadczeń człowiek nie zapominał - i upiłem odrobinę, tylko tyle, żeby nie sprowokować przewodu pokarmowego do buntu.
Na wzmiankę o wysyłaniu listu spojrzałem na kartkę raz jeszcze - runy, krzywe, ale wyraźne, świeciły na białym papierze jak coś, co wcale nie powinno zostać stworzone w moim stanie. Przez moment patrzyłem tak, jakbym rozważał, czy nie podrzeć tego w drobny mak, ale nie, coś we mnie się uparło.
- Wyślę to. - Powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to najgorszy pomysł na świecie, i tak nie załatwi to niczego, nie zmieni… Niczego. Zawiesiłem głos, bo gardło mi zadrżało, jak zawsze, gdy człowiek próbował być dzielny, a kończył brzmiąc jak złamany dzieciak. Przeniosłem spojrzenie na kartkę - linie run wydały mi się nagle ciężkie, zbyt szczere, zbyt otwarte. Nie do końca moje, ale jednak… Kurwa, aż nazbyt moje. - Wyślę. - Powtórzyłem już spokojniej, pogodnie w ten paskudny, pijacki sposób. - Bo czemu nie, jak jusz się kompromitowaś, to na pełnej kulwie.
Przechyliłem butelkę i upiłem z niej ledwie dwa łyki, bo więcej by mnie wyeliminowało z tej ławki szybciej niż Avada.
- Jak tylko pszestanie mi się świat kołysaś, zawołam ptaka. - Parsknąłem, chyba pijackim śmiechem, chociaż zabrzmiało to bardziej jak kaszel. Zamknąłem oczy, oddychając przez nos, czekając, aż fala przejdzie. - Chyba sze sama go… Gwizdniesz. Bo ja mogę… - Zamknąłem jedno oko, jakbym chciał ustawić ostrość. Oparłem łokcie o kolana, pozwalając głowie opaść o kilka centymetrów. - Nie tlafiś w odpowiedni gwizd i… Splowadziś nam jakąś… Kulwa… Wlonę, co zacznie dsześ lyja.
Wsunąłem kartkę bliżej siebie, jakby była czymś cennym.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
23.11.2025, 18:50  ✶  

Geraldine skorzystała z okazji, zazwyczaj nie robiła takich rzeczy, ale ten dzień sam w sobie był dziwny, więc postanowiła uczynić go jeszcze dziwniejszym. Wróżby ze skórek jabłka... nie do końca były w jej stylu, przez bardzo długi czas w ogóle gardziła wróżbiarstwem jako dziedziną magii, z czasem zaczęła podchodzić do niej nieco inaczej, to nigdy jednak nie było coś, czemu potrafiła ufać. Wydawało jej się, iż większość wróżbitów robi hajs na biednych ludziach, którzy szukali drogowskazów, próbowali ogarnąć swoje życie i byli w stanie sięgnąć w tym po każdą, możliwą pomoc. Tymczasem dzisiaj, rzucała obierką przez ramię, bo mogła, nawet dostrzegła w tej wróżbie to co chciała, no dziwny dzień.

Nie liczyło się pismo, a treść, czuła, że Benjy wypluwał z siebie przez te runy naprawdę wiele, i mimo, że nie widziała, co tam tworzył, to wydawało jej się, że było to dla niego ważne. Alkohol pozwolił mu sięgnąć po słowa, których nie chciał wypowiedzieć, przed którymi się bronił. Trochę namówiła go do tego, uważała, że to jest mu potrzebne, zrzucenie z siebie tego ciężaru, podzielenie się nim z kimś, a przede wszystkim poinformowanie o tym, co w nim siedziało tę osobę, kobietę, której to dotyczyło. Powinna wiedzieć. Być może dzięki temu ominą tę część z bardzo długim dystansem i unikaniem siebie nawzajem, ona z Ambroisem nie mieli tyle szczęścia, umierali sobie powoli, każde gdzieś indziej, chociaż to wcale nie było konieczne.

Uniosła spojrzenie znad jabłka, spojrzała na Fenwicka, nie mogła powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Wyobraziła sobie jego rysującego drobne, urocze serduszka... nie mogła z tym walczyć, parsknęła śmiechem. - Nie mów, że nie chciałeś narysować chociaż jednego, malutkiego? - Podpuszczała go, ale bawiła ją ta wizja. - Może na tym, co teraz piszesz dorysuj? - Pociągnęła temat, ale gdy to mówiła odchyliła się nieco w bok, obawiając się, że za sam ten pomysł może trzepnąć ją w ramię.

- Z tego co pamiętam, kiedyś byłeś bardziej zabawny, mniej poważny, i nie miałeś tego wzroku mordercy. - Ich drogi przecięły się w Hogwarcie, stamtąd wspominała go całkiem przyjemnie, grali razem w drużynie qudditcha, lubiła jego towarzystwo, chociaż była dużo młodsza i nie spędzali ze sobą wiele czasu. - Nie spodziewałam się jednak tego, że wtedy miałeś w sobie tak wiele uczuć, i że sięgałeś po takie romantyczne gesty. - Nabijała się z niego, ale tylko odrobinę, musiał jej to wybaczyć, ale ta cała sytuacja, niewyspanie powodowało, że i Geraldine miała dzisiaj dziwny nastrój, śmiała się, chociaż nie powinna, dostała jakiejś głupawki.

- Czekaj, czekaj, to by było jakoś tak, wysoki, groźny nieznajomy wyłonił się z mroku. - Zdecydowanie nadawał się na głównego bohatera powieści, nie widział w tym potencjału, a szkoda, gdyby ktoś to dobrze napisał, to ta historia mogłaby mieć naprawdę wielu odbiorców. - Och, oczywiście, że serce. - Zmrużyła oczy, próbowała się nieco uspokoić, ale trudno jej było to zrobić. Śmiała się jak pojebana, zakryła sobie usta dłonią, aby nieco stłumić ten dźwięk, wolałaby nie zwracać na nich uwagi, ludzie mogli jeszcze chcieć pospać, godzina przecież była wczesna.

Wręczyła mu wreszcie butelkę, wydawało jej się, że dobrze mu zrobi nawet głupie przepłukanie ust wodą, po tym, co przeżył tej nocy... to mogło mu się przydać. Nie pił łapczywie, upił tylko odrobinę wody, co było całkiem rozsądnym podejściem, gdyby źle to ugryzł to mógłby po raz sama nie wiedziała który rzygnąć.

- Przynajmniej będziesz miał czyste sumienie. - Przestała się śmiać, teraz zrobiła się poważniejsza. Wydawało jej się, że naprawdę dobrze postępował, wylał z siebie wszystko, co siedziało mu na sercu, był szczery, a to mogło oczyścić atmosferę, może ta kobieta zrozumie jego podejście, jeśli nie to przynajmniej będzie wiedzieć, co nim kierowało, każdy zasługiwał na prawdę.

- No jasne, na przypale, albo wcale. - Pokiwała jeszcze głową, wierzyła, że skoro tak powiedział, to faktycznie to zrobi, nie po to szukała mu papieru i długopisu, nie po to z nim tutaj siedziała, żeby schował to co napisał gdzieś w kieszeni i udał, że tego nie zrobił.

- Obawiam się, że umiem gwizdać tylko na jastrzębie. - Od lat miała jednego, wspaniałego ptaka, którego sobie wytresowała, nie dość, że dostarczał listy, to jeszcze z nią polował, nie do końca wiedziała jak gwizdnąć na sowę. - Jakiego masz ptaka? - Zapytała, a po chwili dotarło do niej, że zabrzmiało to bardzo źle, ale skoro już to powiedziała to cóż... udawała, że wcale tak nie było.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#19
24.11.2025, 02:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2025, 02:19 przez Benjy Fenwick.)  
Uśmiech miała taki szeroki, że przez chwilę pomyślałem, że jednak to jabłko miało w sobie coś więcej niż witaminę C. Zerknąłem na jej owoc, na tę długą, perfekcyjnie ściętą skórkę, i przewróciłem oczami tak teatralnie, jak pozwalały mi na to zawroty głowy. Wytykała mi hipotetycznie istniejące serduszka, a tymczasem sama wróżyła sobie inicjały własnego męża. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, kiedy wspomniała o serduszku.
- Ej. - Wymamrotałem ostrzegawczo, ale w moim tonie była bardziej bezradna rezygnacja niż groźba. - Nie lysowałem.
Przerwa.
Pauza.
- Jedno selduszko, tylko las, i to niechcący. Zawinęła mi się luna. Nie liczy się. - Podrapałem się po karku, mrużąc oczy, bo słońce zaczęło wychodzić znad dachu sklepu i raziło mnie jak cholerne zaklęcie lumos rzucone prosto w twarz. Nie przestawała się śmiać, więc pacnąłem ją delikatnie końcówką długopisu w udo - na tyle lekko, że bardziej to przypominało dotknięcie niż szturchnięcie, ale nie delikatnie do przesady. - Malutkiego selduszka, tak? - Mruknąłem, zerkając na nią jak na kogoś, kto właśnie wymyślił najgorszą możliwą rzecz do zasugerowania człowiekowi na nadchodzącym kacu gigancie. - Jedno… Maleńkie. Takie, szeby… Szię zmieściło między „kocham cię” a „zawse twój”. No, cudownie. - Pokręciłem głową, i o dziwo nie zrobiło mi się od tego gorzej, może mózg zaczynał się poddawać. Zamknąłem jedno oko, bo zdawało się, że świat kręci się odrobinkę wolniej, kiedy patrzyłem tylko jednym, a potem zrobiłem gest długopisem, jakbym naprawdę planował zaznaczyć gdzieś mikroskopijny symbol. Nie zaznaczyłem.
Komentarz o tym, jak wyglądałem w Hogwarcie, zmusił mnie do mruknięcia:
- Noooo, tak, wtedy byłem zabawny, bo jeszcze nie miałem powodów wyglądaś, jakbym komuś chciał wbiś… Sztylet w oko. - Przetarłem twarz dłonią, bo oczywiście że pamiętałem tamte czasy. Byłem młodszy, lżejszy, głupszy. Quidditch, durne żarty, bójki po meczach… Popatrzyłem na nią kątem oka, kiedy zaczęła się nabijać z mojego dawnego romantyzmu - a niech to, powinienem się obrazić, albo odgryźć, ale prawda była taka, że sam uważałem tamte liściki za… Idiotyczne. I cholernie miękkie.
- Tak, no co. Miałem uczucia. Kulwa, sejio.
A potem zaczęła opowiadać tę pierdoloną scenę jak z taniej książki - tutaj, tutaj naprawdę dałem się sobie ponieść. Nie mogłem się powstrzymać - prychnąłem śmiechem, który szybko przeszedł w chrząknięcie, bo gardło bolało mnie po rzyganiu.
- Wysoki, glośny nieznajomy… - Powtórzyłem, głęboko, powoli, modulując głos bardziej niż powinienem. - Wyłonił się s mloku… Niosąc w lękach… Yyyy… List. List zapisany lunami pasji i zakasanych plagnień. - Odetchnąłem, znów chwytając długopis między palce. - W jego selcu… - Kontynuowałem z tą pijacką powagą człowieka, który nie powinien zaczynać żadnego zdania. - By… Biły dwie emocje. Dwie. Nie trzy. Nie cztery. Dwie. - Zawiesiłem się, mrużąc oczy, jakbym właśnie próbował policzyć do trzech. - Desepa… Dese-pela… Despelasja, dobla, to pamiętam… - Machnąłem długopisem, prawie trafiając się w policzek - zamachnąłem się ręką z nim, prawie tracąc równowagę. - I… Muskulalna tęsknota. - „MUSKULARNA” - ten termin nie powinien istnieć, a jednak. Mrugnąłem do niej powoli, trochę pijacko, trochę zbyt zadowolony z siebie, jak na faceta, który pół godziny temu rzygał jak kot z przejedzenia.
- Czytałem kiedyś… - Wypowiedziałem to bezwstydnie. - No… Te od… Tej… - Uniosłem długopis, próbując trafić nim w powietrze przed jej twarzą. - Balbla Caltland. - Stałem się wręcz dumny z samego siebie, że pamiętałem to nazwisko w tym stanie. - Znam ją. Pisała te wsystkie pikantne… Bsdety w latach sześćdziesiątych. Lomansidła, w któlych kaszda… Kobieta jest dziewisą, a kaszdy facet ma sześciopak, nawet jak jest bibliotekaszem. Nie udawaj… - Zerknąłem na nią z pobłażliwym półuśmiechem, parsknąłem krótko, a moja głowa poleciała lekko w bok, więc musiałem się oprzeć o oparcie ławki, zanim zwaliłbym się jej na kolana. - Pszyłapałem cię. - Zanim zdążyła zaprotestować, dodałem:
- Mas tę minę osoby, któla zna lósznicę między „uwodzicielskim potalsem dłoni” a „śmiałym, acz niewłaściwym dotykiem”.
Zsunąłem spojrzenie na kartkę - runy układały się w coś, co wyglądało jak wyznanie, lepsze słowo niż „spowiedź” - było w tym coś z innego człowieka, tego, którego już dawno zakopałem pod warstwą cynizmu, whisky i klątw. Wzdrygnąłem się, mimowolnie, gdy powiedziała „przynajmniej będziesz miał czyste sumienie”, skrzywiłem się minimalnie.
- Czyste sumienie to luksus, którego nie mam od lat, ale mose… - Odchyliłem głowę, żeby oprzeć ją o plecy ławki, ale zgubiłem równowagę, więc usiadłem jednak z powrotem, mordując spojrzeniem własne kolana. Splunąłem na chodnik, bo coś stało mi w gardle, nie miałem siły na wielkie reakcje, ale brew uniosła mi się sama. Popatrzyłem na kartkę, na runy. To było… Dziecinne, głupie, sentymentalne, a mimo to - jednocześnie cholernie potrzebne.
Kiedy powiedziałem, że wyślę to na przypale, uśmiechnęła się tak pewnie, jakby naprawdę nie wątpiła, że to zrobię, i to coś we mnie znów dziwnie poruszyło, ale zanim zdążyłem coś z tym zrobić, padło pytanie o ptaka. Kurwa, nawet w stanie w którym byłem, nie mogłem tego puścić. Zerknąłem na nią powoli, a w kącikach ust pojawił mi się bardzo podejrzany uśmieszek.
- Ge’ealdine… - Zacząłem teatralnie, zawiesiłem głos, nabrałem powietrza, a potem odwzajemniłem jej zaczepny ton - może nawet ciut zbyt pewnie jak na pijaka na granicy przytomności, ale cóż, alkohol robił swoje, padło to nieszczęsne pytanie o ptaka - to, jak to powiedziała, jak zmodulowała głos, jak sama zorientowała się, jak to zabrzmiało… No, nie mogłem tego przepuścić, nawet jakbym chciał - nie dałbym rady. Uśmiechnąłem się do niej wolno, teatralnie wręcz, z miną człowieka, który właśnie usłyszał najbardziej dwuznaczne zdanie poranka.
- Mam takiego ptaka… Na któlego widok mało któla nie gwiszsze.
Pauza.
Krótka.
Sakramencko znacząca.
A potem dodałem:
- Myszołowa. - Uśmiechnąłem się pod nosem, zrobiłem najpoważniejszą minę, jaką mógł zrobić pijany człowiek, który ledwo utrzymuje głowę prosto, a potem parsknąłem.
Oparłem głowę o ścianę za ławką, tym razem skuteczniej, zamykając na chwilę oczy, ale nie na tyle długo, żeby zasnąć - obiecałem jej to - kartkę umieściłem na kolanie i przytrzymałem ją dłonią.
- Ge’el… Dzięki. Selio. - Głos miałem chrypliwy, miękki, rozpity, ale prawdziwy - taki, który rzadko komukolwiek pokazywałem. Przechyliłem głowę do boku, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek. - Ja, mój stan… I myszołów pszylatujący nad lanem, szeby zablaś list o złamanym selcu? - Pokręciłem głową. - Kulwa, faktycznie, ktoś powinien to kiedyś spisaś… Ale nie ja, ja jestem od… Pisania lunami w pijackim amoku, heh…
A potem zacząłem pochrapywać…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
24.11.2025, 12:56  ✶  

Jak na to, że ta ność była pełna dość trudnych rozmów, tematów, które nie należały do przyjemnych, to nie brakowało im teraz lekkości. Cóż, nie musieli przecież mieć posępnych min, jakby doszło do jakiejś tragedii, bo przecież nie doszło. Udało im się ustalić kilka faktów, zdobyć papier i długopis, tak właściwie to mogłaby to wszystko uznać nawet za sukces, może nieco przy tym ucierpieli (no, nie do końca ona), ale chyba było warto?

Parsknęła śmiechem, gdy się odezwał. A nie mówiła? Geraldine była pewna, że napatoczyło się tam jakieś serduszko, nie wierzyła w przypadki! Ta zawinięta runa na pewno nie była zupełnie przypadkowa.

- Jasne, jasne, przypadkiem, no i oczywiście, że się liczy, ja ustalam zasady co się liczy, a co się nie liczy. - Tak, rościła sobie do tego prawo, nie wiedzieć czemu.

- Takie wiesz, tyci tyci, żeby nie było zbyt wielkie, bo to oderwie uwagę od treści listu, drobne, malutkie serduszko, gdzieś na samym dole kartki. - Już miała wyciągnąć paluch, by pokazać mu dokładnie, w którym miejscu powinien umieścić malunek, ale w tym czasie pacnął ją długopisem w udo. Chyba nie do końca akceptował ten pomysł, cóż, szkoda, naprawdę liczyła na to, że jej ulegnie. Mimo wszystko i tak okazywał się być dzisiaj całkiem współpracujący jak na niego. Nie spodziewała się, że tak łatwo przyjdzie im rozmawianie ze sobą, mieli trudny start, ale jednak w tej chwili wydawało jej się, że tworzyła się między nimi jakaś dziwna więź, która kojarzyła się Geraldine z tą, którą miała ze swoim starszym bratem. Oni również traktowali się w podobny sposób, często sobie dogryzali, ale jednak też byli w stanie o siebie zawalczyć.

Spoglądała z nadzieją na kartkę, licząc na to, że faktycznie jednak dorysuje tam serduszko, jednak tego nie zrobił. Była nieco rozczarowana, westchnęła nawet teatralnie, gdy zobaczyła, że nie wykonał tego rysunku.

- Zawsze jest powód, żeby wyglądać, jakbyś chciał komuś wbić w sztylet w oko, pewnie wtedy jeszcze tego nie rozumiałeś. - Ona sama wyglądała w tamtych czasach jakby była wiecznie wkurzona i chciała komuś zajść za skórę. Uwielbiała prosić się o kłopoty, szczególnie z uczniami, którym wydawało się, że mogą wszystko, udowadniała im, że wcale tak nie było, przy pomocy pięści. Śmieszne, była wtedy wyższa od większości chłopaków, dopiero pod koniec edukacji niektórzy z nich zaczęli dorównywać jej wzrostem.

- No dobra, wierzę, przecież teraz też je masz, wtedy mogłeś mieć bardziej. - Nie musiał używać czasu przeszłego, bo pokazał jej dzisiaj, że nadal miał jakieś uczucia, rozkleił się tutaj dość mocno.

Zmrużyła oczy, kiedy zaczął swoją opowieść. Nieźle mu to szło, nie spodziewała się, że podłapie tę jej paplaninę, a radził sobie w tym całkiem nieźle. Może miał jakiś ukryty talent? Jakby coś poszło nie tak z klątwołamaniem powinien pomyśleć o przebranżowieniu się, na pewno znalazłyby się osoby, które chciałyby go słuchać. Starała się nie parsknąć śmiechem, ale nie wytrzymała kiedy padło słowo muskularny trudno jej było utrzymać powagę.

- Jeszcze się okaże, że wzorowała na Tobie, któregoś głównego bohatera, powiedziałbyś mi o tym, prawda? - Skoro znał autorkę romansów, a wyglądał, jak wyglądał to miałaby nie najgorszy wzór, którym mogła się kierować przy opisie jednego z bohaterów. Na pewno by jej wspomniał, gdyby coś takiego się wydarzyło, prawda? Nie ominąłby takiej istotnej informacji/

- No dobra, znam tę różnicę, ale to przez te książki Evelyn... - Nie mogła zaprzeczyć, bo przecież widział, że wie, co się święcić, spróbowała to jednak zwalić na macochę Ambroise'a, przecież sama Geraldine nigdy nie sięgnęłaby po podobne powieści.

- Może to będzie ten pierwszy raz, gdy go zaznasz. - Nie miała pojęcia, co tam napisał, czym chciał się podzielić z tą kobietą o której to opowiadał jej w nocy, grunt, że nie miał zamiaru trzymać tego w sobie, powinno mu to przynieść jakieś oczyszczenie, czy coś. Nie znała się na sprawach duchowych, aż tak...

Oczywiście, że to wyczuł. Zachowywali się jak gówniarze kiedy temat przeszedł na ptaki, w sumie byli trochę wyrośniętymi dzieciakami, to nie powinno zaskakiwać.

- Wolałabym, żebyś jednak ominął te szczegóły, nie powinnam chyba tego wiedzieć. - Skrzywiła się odrobinę, bo jej myśli, jej myśli zdecydowanie nie powinny zmierzać w tym kierunku, był jej kuzynem... FUUUUJ.

Wzięła głęboki oddech, wypuściła powietrze, po czym dodała zupełnie niewinnie, jakby nic się nie stało. - Myszołowy to poczciwe ptaki. - Może nie tak wspaniałe, jak jastrzębie, które sobie upodobała, ale też nie były najgorsze, lepsze to niż sowa, sowy były nudne.

- Polecam się. - Jak widać idealnie odnajdywała się w fatalnych sytuacjach, oczywiście miała nadzieję, że kolejna taka go nie spotka, ale jeśli jednak... to na pewno będzie gdzieś obok, gotowa do wsparcia.

- Tak, Ty jesteś głównym bohaterem, znajdziemy kogoś, kto to spisze. - Wystarczyło tylko słowo, a była gotowa zapłacić komuś za zapisanie tej historii.

Wtedy do jej uszu dotarło ciche pochrapiwanie... o nie. Jednak zasnął, co teraz?



Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7941), Geraldine Greengrass-Yaxley (7235)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa