Owszem - miała rację, to było wkurwiające, ale ją miała. Nie wyglądałem jak ktoś, kto był w stanie dotrzymać jakiejkolwiek obietnicy. Pieprzone nogi lekko mi drżały, świat falował jak pokład statku, który nigdy nie istniał, a ja próbowałem zachować resztki godności, które i tak dawno gdzieś wyparowały. Gdybym teraz spróbował stanąć prosto bez jej ręki, to pewnie naprawdę rozpłaszczyłbym się na chodniku. Czułem, jak się wszystko we mnie przelewało - treści żołądkowe, myśli, słowa, których zwykle nigdy nie wypuszczałem, też. Nie wiedziałem, dlaczego mówiłem jej tyle - może dlatego, że przestałem być w stanie trzymać cokolwiek w środku. Wiedziałem, że będę tego żałował - wiedziałem, że już żałuję. Zachciało mi się zaśmiać, ale wyszedł z tego tylko głuchy, urwany dźwięk, coś między „khh” a „fffh” - gdybym miał trochę dumy, obraziłbym się, ale teraz ta cała duma wyciekła ze mnie razem z ostatnią falą rzygów.
Pokiwałem głową, chociaż sam nie wiedziałem, czy ona to w ogóle zauważyła - miałem wrażenie, że moje ciało reagowało z opóźnieniem, jakby sygnały z mózgu musiały przebijać się przez gęstą warstwę alkoholu, wstydu i tego całego cholernego bałaganu, który dziś we mnie siedział. Jej słowa… Może i były ostrzejsze niż zwykle, ale brzmiały inaczej. Mniej od niej oczekiwałem współczucia, a bardziej solidnego kopniaka w tyłek, tymczasem okazało się, że Geraldine potrafiła też złagodzić ton. Nigdy bym nie pomyślał, że akurat do mnie. A jednak stała przede mną i, cholera, troszczyła się o mnie bardziej, niż miałem prawo oczekiwać.
Oczywiście, że mi nie wierzyła, patrząc na mnie z przymrużeniem oka - sam sobie w tej chwili bym nie zaufał. Ledwo stałem na nogach, świat falował mi przed oczami, a moje gardło było w połowie ściśnięte od alkoholu, w połowie od tego, co próbowałem powiedzieć, a czego mówić nie powinienem był wcale. A jednak mówiłem - dużo, za dużo, im bardziej próbowałem to zatrzymać, tym bardziej leciało. Słowa, wyznania, słabości, których nie pozwalałem sobie nikomu pokazywać, wyciekały spomiędzy moich zębów jak trucizna. Przejechałem językiem po zębach, czując okropny posmak alkoholu i żółci. Na jej słowa o liście wydałem z siebie coś w rodzaju śmiechu, bardziej charczenia niż czegokolwiek normalnego. Śmieszne, że bałem się brzmienia pieprzonego listu, podczas gdy brzmienie mojego głosu w tej chwili nadawało się najwyżej do odstraszania dzieci.
Moment, w którym związała mi włosy, był jednym z tych, których nie chciałem analizować, nie lubiłem, kiedy ktoś dotykał mi głowy, odkąd pamiętam, wzdrygałem się na takie rzeczy - może poza jedną czy dwiema osobami, ale to było dawno i nie miało już żadnego znaczenia. Jednak teraz… Pozwoliłem jej. Może dlatego, że nie miałem siły protestować - może dlatego, że próbowałem się skupić na czymkolwiek innym niż to, że żołądek próbował przewrócić się na lewą stronę. Poczułem, jak drgnąłem, kiedy jej palce wsunęły się w moje włosy, ale nie odepchnąłem jej. Cóż, serio próbowała mi pomóc, a ja byłem po prostu żałosny. Zacisnąłem palce na jej ramieniu, żeby nie odjechać w bok. Napiąłem się, odruchowo, ale nie odepchnąłem jej ręki - pozwoliłem jej to zrobić, ktokolwiek inny dostałby ode mnie łokciem w żebra, ona nie. Mogła tego nie wiedzieć, ale to był zupełnie inny poziom zaufania. Nie miałem siły się sprzeczać, ledwo miałem siłę oddychać. Byłem najebany tak, że aż mnie nosiło. Każde moje słowo waliło prawdą, której nigdy nie zamierzałem powiedzieć na głos, nie jej, nie nikomu, a jednak wszystko się ze mnie wylewało - niestety nie tylko werbalnie.
Ruszyliśmy dalej. „Szliśmy” to byłoby nadużycie - raczej turlaliśmy się, jak dwa niesynchronizowane głazy. Ewentualnie, jak żuk gnojarz i kilka z gówna - wiadomo, kto był kim. Trzymałem się jej, ale nie tak mocno, jak powinnienem, wciąż starałem się udowodnić, że stoję sam - bzdura, bez niej dawno leżałbym twarzą w chodniku. Zatrzymaliśmy się przed sklepem, a ja ledwo rejestrowałem, co mówiła - miałem wrażenie, że przeszliśmy całe cholerne hrabstwo - patrzyłem na drzwi, jakby były ostatnią przeszkodą w maratonie, na który nikt mnie nie zapisywał. Westchnąłem ciężko, chociaż bardziej to brzmiało jak sapnięcie. Brzmiała pewnie, ale coś mówiło mi, że w środku mogą nas wyjebać szybciej, niż zdążę mrugnąć.
- Mhm. Wypieldolą mnie dopiero, jak się odezwę, na pewno… Dobla stlategia, dowódco. - Powiedziałem, próbując jakoś to obrócić w żart. Zerknąłem na stojącą obok ławeczkę - wyglądała jak tron króla żuli, ale na dziś była idealna. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek - przez chwilę, kiedy nie musiałem walczyć o równowagę, potrafiłem na moment skupić wzrok. Zamrugałem ciężko, czując, że świat zaczynał mi lekko odpływać na boki, i zanim zrobiłem coś naprawdę głupiego, wymusiłem z siebie słowa - wolniejsze, cięższe, niż powinny być:
- Posaś mnie. Na tej… - Kiwnąłem głową w stronę wąskiej ławki przy wejściu. - Usiądę tu… I zaczekam. Obiecuję. Mogłabyś… Kupiś mi… Długopis i papiel? - Zawiesiłem głos. - Musę to napisaś, zanim…
Skoro nie mogłem tego zatrzymać w sobie, tych wszystkich słów, to przynajmniej mogłem to zapisać. Własną ręką, choćby krzywo, pijacko, choćby miało mnie to dobić.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)