• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy

[06.10.1972] You wouldn't say boo to a goose | Geraldine & Benjy
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
24.11.2025, 10:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:52 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

06.10.1972, Rumunia

Benjy zasnął, kurwa przysnął jej na ławce. Obawiała się, że to będzie ich wspólny koniec, sięgnęła więc po jakichś piętnastu minutach (ten czas wydawał jej się całkiem optymalny jak na krótką drzemkę) po butelkę z wodą i wylała mu na twarz część jej zawartości. Miała nadzieję, że jej to wybaczy, ale nie miała innego wyboru. Musieli iść. O ósmej przecież umówili się na wyjście, a ta zbliżała się coraz bardziej. Słońce już wzeszło, nowy dzień się zaczął. Musieli ruszyć do tego nieszczęsnego mieszkania, w którym czekał na nich Ambroise.

Sama podniosła się z ławki, była gotowa do drogi, na tyle na ile dało się być gotowym do czegokolwiek po nieprzespanej nocy, pełnej przygód.

Walczyła ze snem, ale musiała go pilnować, nie mogli sobie pozwolić na brak czujności, wyglądając w ten sposób. Miała wrażenie, że ktoś mógłby ich uznać za bezdomnych i gdzieś zgłosić, ona przynajmniej nie śmierdziała, co mogło ją uratować przed zagładą, z Fenwickiem było zdecydowanie gorzej. Nie komentowała jednak tego. Musieli tylko dojść do kwatery, gdzie będą mogli się ogarnąć. Miała wrażenie, że będą musieli przełożyć ustalone wyjście z racji na swój stan. Wolała sobie nie wyobrażać miny Ambroise'a kiedy pojawią się przed drzwiami, nie do końca wiedziała bowiem jak mu się z tego wytłumaczą.

- Musimy iść Benjy, wiem, że nie jest dobrze, ale nie powinniśmy tu zostać. - Jeśli zalegliby na tej ławce, to zapewne do jakiejś dwunastej by się stąd nie ruszyli.

- To dłuższy spacer, ale jakoś sobie z tym poradzimy. - Naprawdę w to wierzyła, chociaż wszystkie znaki na niebie sugerowały, że będzie trudno. Liczyła na to, że ten krótki sen nie spowodował jego wytrzeźwienia, przez moment nawet przeszło jej przez myśl, że powinna nieco upoić go jeszcze alkoholem, bo wtedy przynajmniej nie skupiał się na bólu, był znieczulony, a przecież w nocy wyjebała go przez balkon, co na pewno spowodowało szkody, które prędzej, czy później musiały dać o sobie znać. Ambroise powinien na niego spojrzeć swoim fachowym okiem, z tego też będzie musiała się jakoś wytłumaczyć. Jej optymizm powoli zaczynał gasnąć, ale starała się mieć dobrą minę do chujowej gry. Musiała jakoś zaciągnąć go do ich tymczasowego mieszkania, była pewna, że nie mogli tu zostać.

- Chodźmy. - Uniosła się z miejsca, wyciągnęła ku niemu rękę, bo nie miała pojęcia, czy będzie w stanie sam się podnieść, a wolała nie doprowadzać do tego, żeby pierdolnął jak kłoda.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
24.11.2025, 15:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2025, 17:49 przez Benjy Fenwick.)  
Obudziła mnie zimna jak skurwysyn ściana wody spływająca mi po twarzy. Lodowata fala walnęła mnie w twarz tak nagle, że przez ułamek sekundy byłem przekonany, że ktoś mnie topi. Zaciągnąłem się powietrzem, jak zadławiony kot, i poderwałem głowę, co natychmiast zemściło się jakimś ostrym, kłującym bólem z tyłu czaszki.
- O żesz kurwa mać ja pierdolę. - Wycharczałem idealną tonacją i dykcją, która na pewno musiała niedługo się na mnie za to zemścić, mrużąc oczy przed słońcem, które najwyraźniej postanowiło mnie tego ranka dobić. Próbowałem na stałe otworzyć oczy, ale powieki przykleiły mi się do worków pod oczami, jak połamane żaluzje, a w środku głowy coś rozpychało się łokciami, wyraźnie niezadowolone, że je obudziłem.
- O szesz… - Wydusiłem, tym razem już normalniejszym dla mnie tonem, wycierając twarz dłonią, która drżała tak, jakby należała do kogoś, kogo dopiero co wyciągnięto za fraki z zamarzniętego jeziora. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to była jej butelka, to ona mnie oblała, że zasnąłem jej na ławce. Kurwa, naprawdę zasnąłem na ławce.
- Jusz, jusz… - Burknąłem, chociaż nawet półtora litra dobrej woli nie pomogłoby mi teraz brzmieć na kogokolwiek, kto mógł „już” cokolwiek - no, chyba że „już” miałoby być spierdoleniem się z ławki. Kac wchodził we mnie jak nieproszony lokator, rozkładając swoje jebane walizki pod czaszką. Alkohol trzymał się jeszcze resztkami, ale ból… Ból już ostrzył noże. Przekręciłem głowę i zobaczyłem ją stojącą nade mną - zmęczoną, niewyspaną, ale jakoś dziwnie czujną, jakby tylko ona trzymała nas jeszcze w pionie i w rzeczywistości. Ja byłem raczej czymś na kształt zużytej dekoracji - jebanej, mokrej piñaty.
- Wiem… Wiem, sze musimy. - Mruknąłem, choć wcale nie wiedziałem, jakim cudem miałem w ogóle pozostać w pionie. - Tylko pszestań mówić tak… Nolmalnie. To boli. - Chciałem jeszcze coś dodać, coś błyskotliwego, ale ból w kolanach dokładnie w tej sekundzie przypomniał mi, że naprawdę spadłem z balkonu - nie wymyśliłem sobie tego w pijackim delirium.
Wyciągnęła do mnie rękę, musiałem chwilę na nią popatrzeć, czując, jak bardzo moje ciało nie życzyło sobie pionu.
- Dobla… - Mruknąłem i złapałem jej dłoń, nie dlatego że to było mądre, tylko dlatego że alternatywą było jebnięcie o bruk z impetem godnym sterty mokrego śniegu spadającej z dachu, a mieliśmy dopiero październik, i to żenująco pogodny. Świat dookoła był zbyt jasny, zbyt poranny i zbyt prawdziwy. Słońce wzeszło jakby specjalnie, żeby nam dopierdolić. Kac zaczynał się podnosić we mnie jak fala - ta, którą widzisz z daleka i wiesz, że zaraz cię pierdolnie, ale nie możesz już zrobić nic poza przyjęciem jej na klatę. Czoło mi pulsowało, gardło paliło, łydki drżały - całe ciało przypominało mi o każdym możliwym grzechu z ostatnich dwunastu godzin.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
24.11.2025, 18:41  ✶  

Skrzywiła się nieco, gdy usłyszała jego słowa. Nie chciała wyjść na bardzo drastyczną, niby mogła skorzystać z bardziej cywilizowanych metod, tyle, że obawiała się, iż mogą być one niewystarczające, zresztą Geraldine nie należała do zbytnio delikatnych osób.

- Sorry. - Powiedziała chyba nieco zbyt głośno, wiedziała, że jego słuch może być wyczulony w tej sytuacji, musiała zebrać się w sobie i spróbować być nieco bardziej ludzka, ale miewała z tym drobne problemy, naprawdę się starała. Nie zostawiła go, pilnowała, robiła wszystko, żeby być dobrym człowiekiem, a że nie do końca w każdym momencie jej to wychodziło... cóż, początki bywają trudne.

Widziała, że powoli zaczynało docierać do niego co się dzieje, to dobry znak, przynajmniej nie postanowił kontynuować swojej drzemki, obawiała się tego bardzo, nie chciała spędzić na tej ławce całego dnia, a wiedziała, że sen po takiej nocy może być wyjątkowo atrakcyjną opcją.

- Nie wiem, czy umiem mówić nienormalnie. - Rzuciła jeszcze, mogłaby spróbować, tylko, w jaki to niby miałoby być sposób? - Benjy, słoneczko czas najwyższy wstawać, szkoda marnować więcej tego uroczego dnia. - Skrzywiła się, kiedy te słowa wyszły z jej ust, zupełnie to do Gerladine nie pasowało. - Benjy, kurwa, musimy zapierdalać, bo jesteśmy w czarnej dupie. - O, tak było zdecydowanie lepiej, teraz się nawet do siebie uśmiechnęła, to dużo bardziej do niej pasowało.

Wydawało jej się, że jeśli nie wyciągnie ręki w jego kierunku, to może nawet nie spróbować wstać, to był więc odruch, zamierzała go podciągnąć na nogi i ocenić, jak bardzo jeszcze się chwiał. Czy znowu będzie odbijał się od jednej strony do drugiej? Pewnie tak. Piętnaście minut snu nie było w stanie zdziałać cudów, oby jednak chociaż trochę pomogło, bo jeśli tylko zaszkodziło... to mogła mieć pretensje tylko do siebie, że postanowiła nie przerywać mu tej uroczej drzemki.

Wspólnymi siłami, jakoś udało im się go postawić na nogi, kolejny sukces tego pięknego dnia, mogło być tylko lepiej.

- Spróbujesz iść sam, czy mam Cię podtrzymywać? - Wolała zapytać, próbowała też przyjrzeć mu się uważnie, by jak najlepiej oszacować sytuację, tak właściwie nie byłoby dla niej żadnym problemem ponownie wsunąć mu rękę pod ramię, przynajmniej miałaby pewność, że nie zaliczy gleby, co w tej chwili było dość istotne.

- Powoli ruszymy przed siebie, jak będzie Ci się kręcić w głowie to mów, będziemy robić przystanki. - To miała być bardzo długa i kręta droga, musieli więc zaliczać jakieś punkty kontrolne.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
24.11.2025, 21:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2025, 21:02 przez Benjy Fenwick.)  
Skrzywiłem się od odruchu - nie dlatego, że mnie przepraszała, tylko dlatego, że mój mózg protestował przeciwko jakimkolwiek dźwiękom powyżej szeptu. Jej głos odbijał mi się pod czaszką jak metalowy kubek o ścianę. A potem zaczęła… próbować być miła - to było… Kurwa, dziwaczne, kiedy usłyszałem jej „Benjy, słoneczko…”, spojrzałem na nią z takim powolnym, bolesnym zdziwieniem, jakby właśnie zaczęła przemawiać głosem jakiejś prezenterki telewizji śniadaniowej. Autentycznie przeszedł mnie dreszcz, taki nieprzyjemny, jak przy dotykaniu ciepłej deski w toalecie dworcowej.
- Nie… Nie lób tak. - Wydukałem, unosząc lekko rękę w obronnym geście. Jej twarz też natychmiast wygięła się w obrzydzeniu, więc chociaż tyle było normalne. - To jest stlaszniejsze nisz woda. - Skrzywiłem się, zacisnąłem powieki, a potem je otworzyłem, bo zamknięte bolały tak samo jak otwarte. Na szczęście szybko wróciła do swojej naturalnej, soczystej wersji, którą znałem - tej od słownika składającego się z ośmiu czasowników i czterech przekleństw - do „Benjy, kurwa”, które pasowało do niej idealnie, jak butelka whiskey do mojej dłoni w lepszych czasach. „Musimy zapierdalać” - o, to było znajome, to było bezpieczne, to nie kłuło mnie w mózg, to miało sens. Aż parsknąłem czymś, co miało być śmiechem, a wyszło bardziej jak kaszel po dwóch paczkach papierosów.
Podciągnęła mnie na nogi, a ja przez sekundę byłem pewien, że grawitacja miała do mnie osobisty żal - utrzymanie równowagi okazało się bardziej zaawansowane niż cała ta magia, którą czasem musiałem odczyniać. Zamiast odpowiedzieć od razu, poczułem jak gardło samo składa mi się w gorzki, prosty wniosek - ten ból głowy, te kolana, te plecy, to jebane słońce… I ta świadomość, że zaraz będziemy musieli stanąć przed Ambroise’em, a ja będę wyglądał jakbym spał w śmietniku i bił się z lisem. Zawahałem się, popatrzyłem na jej rękę, wciąż gotową mnie złapać, a potem westchnąłem.
- Sam…? - Powtórzyłem po niej, przechylając się odrobinę w lewo, zanim odruchowo odbiłem się w prawo i wróciłem mniej więcej do pionu. Dwa kroki w prawo, dwa w lewo, jakbym tańczył z nią jakiś pierdolony walczyk. Złapałem równowagę dopiero po trzech podejściach. Wzrok mi się ustabilizował… Mniej więcej - to "mniej więcej" oznaczało, że nadal widziałem dwa jej nosy, ale przynajmniej tylko jedną głowę. - Nie wiem, czy jestem gotów na to, szeby Loise zobaczył, jak mnie niesiesz, jak świeżo złowionego jelenia. - Rzuciłem, zrobiłem kolejny krok sam. Drugi. Trzeci… Świat lekko odpłynął, ale stałem. - Okej, dobrze, dotlę. Jakoś. Mose. Pomyślmy posytywnie. - Chociaż brzmiało to tak, jakby ktoś kazał mi wierzyć, że cierpienie uszlachetnia. Właściwie… Zerknąłem na nią z ukosa, gdy zrozumiałem, że mój organizm miał w tym momencie jedno, absolutnie priorytetowe żądanie - i nie było to „odpocznij, Benjy”, „napij się wody, Benjy”, ani „zastanów się nad swoim życiem, Benjy”, „dotknij trawy, Benjy, dotknij trawy”.
- I… - Spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, lekko przechylony, jakbym sam siebie próbował przekonać, że to, co powiem, jest w pełni racjonalne. Zawahałem się, bo brzmiało to idiotycznie serio, ale trudno, życie było już wystarczająco żenujące. - Wiesz, że to… Eee… Tak naplawdę goszej będzie, jak kompletnie wytsześwieję. Potszebuję… - Uprzedziłem ją, z tym rodzajem powagi, jaką ma człowiek, którego decyzje od lat uzależniały się od jednego magicznego czynnika - alkoholu - tego, który naprawdę zastanawiał się, czy spirytus techniczny dałby mu jakąkolwiek ulgę. - Czegokolwiek, co ma plocenty. Cokolwiek. Wóda, bimbel, lakija, spilyt, denatulat, płyn do szyb i bułka… - Wymieniłem, licząc na palcach, chociaż palce mi się myliły. - Czaisz nie?
Małe, malutkie. Tylko na drogę pod górę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
24.11.2025, 23:04  ✶  

- Sam mówiłeś, że mam coś zrobić z normalnym mówieniem. - Próbowała po prostu wpasować się jakoś w jego oczekiwania. Fakt, brzmiała dziwnie, na pewno nie dało się uwierzyć, że te słowa padły z jej ust bez większego problemu, ale starała się. Ogólnie cała ta sytuacja w której się znaleźli bawiła ją dużo bardziej niż powinna, ale kiedy tak na niego spoglądała, a później docierało do niej, że też prezentowała się nie najlepiej nie mogła powstrzymać śmiechu. Nie dało się nie zauważyć, że sporo przeszli, oczywiście, że Benjy wyglądał gorzej, dziękowała Morganie, że nie mogła pić, bo przynajmniej uniknęła większej części jego dolegliwości. Kac nie wydawał się dzisiaj mieć ani odrobiny litości.

- Próbuje sprawdzać możliwości. -  Wzruszyła jedynie ramionami, a później przeszła na typowy dla siebie język, ten dużo prostszy, bardziej wyraźny i chyba jednak jego właśnie powinna się trzymać, albo jej się wydawało, albo się zaśmiał, chociaż brzmiało to raczej jak kaszel gruźlika, odsunęła się nieco, bo obawiała się, że może przynieść ze sobą niespodziankę w postaci soczystego bełta. To nie tak, że mu nie ufała... nie, to właściwie było tak, jeśli o to chodzi to przestała mu ufać jakieś dwa rzygnięcia wcześniej.

Obserwowała go uważnie, gdy stanął. Stanął to może było trochę za dużo powiedziane, podniósł się i bujał, to w lewo, to w prawo, nie potrafił utrzymać równowagi, co nie było dziwne, nadal był całkiem nieźle napierdolony, trudno, aby otrzeźwiał w piętnaście minut, ale chciał spróbować sam, jasne, to nie zmieniało faktu, że zamierzała trzymać się tuż obok, w gotowości do łapania go w locie - najważniejsze, by nie wypierdolił się na ziemię, to był w tej chwili jej główny cel w tej walce o przetrwanie.

- Dobra, sam. - Skoro tak chciał... ugryzła się w język i nie powiedziała, że zajmie to im jakieś trzy razy dłużej, bo będzie chodził całą szerokością drogi.

- Bardziej dzika Benjy. - Nie chciała mu umniejszać, ale jej zdaniem gabarytami to mu było bliżej do dzika, a tego pewnie nie dałaby rady przerzucić sobie przez ramię i donieść do domu.

Poruszył się, jeden, drugi, trzeci krok. Wspaniale, nie jebnął, potrafił chociaż trochę się przemieszczać - kamień z serca, była to dobra wiadomość, istniała nadzieja na to, że jakoś dojdą do kwatery. - Kurwa, kto by się spodziewał, że z Ciebie taki optymista. - Pomyślmy pozytywnie, jak wiele się mogło zmienić przez jedną noc, niesamowite. Co alkohol robił z ludźmi.

Widziała, że próbuje jej coś przekazać, jakoś dziwnie się przy tym marszczył, jakby sam nie do końca wierzył w to, że jego pomysł miał sens. Geraldine spoglądała na niego, czekając, aż podzieli się z nią tym, co wymyślił tym razem, była gotowa na wszystko, wiedziała, że stoi przed nią naprawdę niesamowity zawodnik. Był w tym taki poważny, a skończyło się na tym, że chciał, żeby przyniosła mu kolejną dawkę alkoholu. No jasne, oczywiście, doskonały pomysł. Powinna mu odmówić, powiedzieć, że lepiej będzie, jeśli w końcu otrzeźwieje, ale zgadzała się z nim, na pewno łatwiej mu będzie przemierzać drogę, jeśli będzie utrzymywał ten stan, gdy alkohol zacznie go puszczać... pewnie zalegnie po drodze.

- Mam chleb. - Machnęła mu przed oczami wielkim bochenkiem wiejskiego wypieku, na pewno nada się do tego, żeby pić przez niego denaturat... stop, nie, nie mogła pozwolić na to, żeby wlewał w siebie denaturat, jeszcze kurwa tego brakowało, żeby na jej warcie oślepł, coś czuła, że wtedy Roise nie wykazał by się w stosunku do niej ogromną cierpliwością, musiała być mózgiem tej operacji. To była naprawdę duża odpowiedzialność, jak na kogoś z jej podejściem.

- Tak, wiem. Ogarnę Ci coś. - Sama nie wierzyła w to, co mówiła, ale to było najlepszą możliwością.

- Wrócę się do sklepu, oprzyj się o parapet, i pójdziemy dalej. - Nie proponowała ławki, bo wiedziała, że może się to skończyć, jak jeszcze przed chwilą, parapet był mniej przyjemny do ucinania sobie drzemek... co nie oznaczało, że było to niemożliwe.

Geraldine wróciła się do sklepu, ponownie zaczęła rozmowę na migi z ekspedientką, która wyciągnęła coś spod lady, nie miało to żadnej etykiety, najwyraźniej ktoś z lokalsów dzielił się z nią swoimi wyrobami. Pokazywała gestami, jakie to jest wspaniałe, jak doskonale wchodzi, przekonała więc Yaxley-Greengrass do zakupu. Po krótkiej chwili wyszła do Benjy'ego, wręczyła mu butelkę w dłoń, miała nadzieję, że tego nie pożałuje.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
25.11.2025, 19:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2025, 19:31 przez Benjy Fenwick.)  
Słońce łupało mnie w czaszkę, jakby miało wobec mnie osobistą wendettę, a ona stała nade mną i próbowała mówić „normalnie” - to było jak oglądanie kota, która stara się zachowywać jak królik - fascynujące, przerażające i absolutnie nie na miejscu. Kiedy wypłynęło z jej ust to nieszczęsne „Benjy, słoneczko…”, aż mi coś w czaszce chrupnęło.
- Bsmis, jakbyś mi miała zalas pszynieść naleśniki s konfitulą i powiedzieś, szebym się szybciutko ogalnął do szkoły. - Wymamrotałem, wykrzywiając się jak dziecko z muchami w nosie. - Zapleciesz mi walkoszyki? Nie chcę kucycka. - Wymamrotałem, bardzo mocno akcentując seplenienie przy tym ostatnim słowie. Nie wiedziałem, czy bardziej rozśmieszałem ją moim stanem, czy zażenowałem, ale to, jak się skrzywiła na własne słowa, utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiła wracając do swojego naturalnego, pięknego i brutalnie szczerego repertuaru wulgaryzmów.
- Widaś. - Mruknąłem. - I, kulwa, słychaś. - Burknąłem, kiedy rzuciła mi tę swoją ironiczną uwagę. Z jednej strony doceniałem gest, z drugiej… Morgana mi świadkiem, brzmiała jak aktorka-amatorka grająca matkę w podrzędnym przedstawieniu.
Wreszcie podniosłem się, a raczej podniosła mnie siła Geraldine w połączeniu z jej determinacją i moim pragnieniem, by nie rozpłaszczyć się na chodniku jak naleśnik bez konfitury. Bujało mną jak wahadłem, z tą różnicą, że wahadło zwykle trzymało jakiś rytm, ja nie trzymałem nic - może poza jej ramieniem, żeby nie pocałować betonu.
- Dzik to komplement w twojej kulturze rodzinnej? - Chciałem zapytać, ale nie zdążyłem, bo zrobiłem trzy kroki. Trzy. Kroki.
Kurwa, czułem się, jakbym zrobił kilkadziesiąt mil morskich. Prychnąłem z udawanym oburzeniem, ale miała rację - dzika bardziej niż człowieka można było we mnie znaleźć, jeśli chodziło o gabaryty, zapach i stopień kurwa nieprzewidywalności.
Widziałem, jak się we mnie wpatrywała - Geraldine patrzyła na mnie nie jak na partnera podróży, nie jak na znajomego, nie jak w człowieka, tylko jak w bombę, która za chwilę pierdolnie, i pewnie miała rację. Bez niej dawno już pocałowałbym chodnik, a nie byłby to mój pierwszy romans tego typu. Próbowałem udawać, że idę sam, próbowałem też udawać, że nie widzę, jak ona co chwilę gotowa jest mnie złapać. Próbowałem nawet wyglądać dumnie - żadne z tych podejść nie przyniosło skutku. Patrzyła na mnie z tą swoją miną, która mówiła: „No dalej, Benjy, zaskocz mnie”. A ja, zamiast zaskoczyć, zrobiłem to, co umiałem najlepiej - zawiodłem w spektakularny sposób. Chciałem jej powiedzieć coś mądrego - coś, co wzbudziłoby w niej chociaż odrobinę szacunku, ale wyszło ze mnie tylko:
- Ja? Optymista? Vai de pula mea, kochanie, ja tylko plóbuję nie umsześ. - Prawda była taka, że im mocniej alkohol ze mnie ulatywał, tym bardziej świat stawał się agresywnie rzeczywisty, każdy krok mnie kosztował, ruch wywoływał protest gdzieś pod skórą, w mięśniach, o których nawet nie wiedziałem, że je mam.
I wtedy przyszło to olśnienie, które uderzyło mnie w głowę jak mokra szmata - bez alkoholu zrobi się gorzej, więc gdy obiecała, że „ogarnie coś”, przysięgam, poczułem się jak przedszkolak, któremu oddano jego ulubiony kocyk, a za chwilę dostanie butelkę z ciepłym mlekiem. Z tym że moja wersja mleka mogła prawnie zostać sklasyfikowana jako broń chemiczna.
„Mam chleb.”
Zamachała mi bochenkiem przed oczami jak ksiądz kropidłem. Popatrzyłem - na chleb - na nią - na chleb - na nią. Stanąłem bardziej prosto, wyciągając rękę, chociaż „stanąłem” to za dużo powiedziane - ja się jedynie wyprostowałem i zacząłem falować na boki jak kurwa meduza na lądzie.
- Cudownie - powiedziałbym, gdyby nie zakręciło mi się w głowie - będę pił jak menel na cmentarzu, przez kromkę, błogosławiony niech będzie ten bochen. - Chleb oznaczał, że mogłem wypić absolutnie każdy trunek, nawet coś, co teoretycznie powinno czyścić podłogi - nic nie było niemożliwe.
Kazała mi oprzeć się przed wejściem do sklepu, miałem ochotę powiedzieć „nie każ mi, bo zasnę”, ale zrobiłem to - oparłem się o parapet - zimny, chropowaty, nieprzyjemny, idealny, żeby nie zasnąć, zdecydowanie mniej stabilny, niż powinien być, ale jednocześnie dość stabilny, by utrzymywać przy życiu kogoś o moim stopniu napierdolenia. Bez niego moje ciało pracowało w systemie „idę tam, gdzie mnie rzuci wiatr”. Słyszałem jeszcze jej oddalające się kroki, a potem tylko własny puls dudniący mi w głowie.
Kiedy wróciła, już z butelką - bez etykiety, bez jakiejkolwiek pieprzonej pewności, że nie było to coś, co powstało w garażu podzielonym z kurnikiem, czyli klasyka małomiasteczkowej alchemii - popatrzyłem na nią jak na zbawienie. Zbawienie niekoniecznie higieniczne, niekoniecznie legalne, ale jednak zbawienie.
- Melsi, micuța mea… - Znałem wiele sposobów na powiedzenie „maleńka” i jeszcze więcej słów na „kurwa”, ale „micuța mea” brzmiało najłagodniej, najczulej, jakkolwiek idiotycznie to wyglądało w ustach kolesia, który nadal zataczał się jak wójt po dożynkach. - Jesteś… - Zacząłem, potem zawahałem się, bo słowo „cudowna” to nie był mój styl, a „kurwa niezła” brzmiało jeszcze gorzej, w głowie miałem tylko słowa, które albo brzmiały zbyt ckliwie, albo zbyt obraźliwie. A Geraldine zasługiwała na coś pomiędzy. Próbowałem jej powiedzieć coś przyzwoitego, coś między „jesteś fantastyczna” a „jesteś moim zbawieniem”, ale żadne słowo nie pasowało.
Otworzyłem butelkę, odkorkowałem ją zębami, od razu tego żałując z powodu tej przeklętej jedynki - zapach walnął mnie w twarz jak otwarte drzwi stodoły w lipcu, w nozdrza uderzyło mnie charakterystyczne pierdolnięcie woltażu, który mógłby służyć do odrdzewiania lokomotyw - domowy specjał, brak etykiety nie kłamał - to mogło mnie albo postawić na nogi, albo wysłać do Morgany szybciej niż upadek z balkonu, ale miałem to absolutnie gdzieś.
- To jest… - Powąchałem jeszcze raz, ostrożniej. - To jest nielegalne w sześciu klajach, pszysięgam. - Zawyrokowałem, ale czy to miało mnie powstrzymać przed degustacją - no, niekoniecznie. - Dobla. Jak oślepnę, to powiem Ambloise’owi, sze to twoja wina. - Mruknąłem, po czym pociągnąłem solidny łyk. Duży, zbyt duży. W pierwszej sekundzie poczułem, jakby mi spaliło język. W drugiej - jakby spaliło mi przełyk. W trzeciej próbowałem oddychać. Zakrztusiłem się, złapałem powietrze, potem drugi raz, łzy zalały mi oczy, a głos wyszedł ze mnie jak przez papier ścierny:
- KUUUUUU– ekhm ekhm ekhm –WA.
Kaszlałem jeszcze chwilę, aż w końcu oparłem się z powrotem o parapet, sapiąc jak zmaltretowany osioł, ale po chwili, kiedy przełknąłem ogień, gdy mi się odkasłało i oczy przestały łzawić, poczułem to - to ciepło, ten spokój, błogi, alkoholowy całun rozlany po trzewiach. Westchnąłem przeciągle.
- Pyszniutkie. - Zawahałem się, spojrzałem na jej brzuch, potem na nią. - Pyszniutkie, naplawdę. - Wygiąłem usta w coś, co mogło uchodzić za uśmiech. - Szkoda, sze zachciało ci się pszedłuszaś linię lodową, bo byś sobie tesz walnęła. Idealne na polanek jak ten. - Mruknąłem i odchrząknąłem, co zabrzmiało jak kaszel gruźlika.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
25.11.2025, 23:47  ✶  

- U mnie, jak naleśniki to tylko z mięsem, do tego zrobione przez skrzata, ale pewnie dałoby się coś załatwić. - Nie była sobie nawet w stanie wyobrazić siebie stojącą przy patelni... to było zbyt wiele. Szkoła, brrr, dzieci same nie ogarniają się do szkoły? Coś jej umknęło. - Warkoczyki mogłabym Ci zapleść, ale teraz nie mamy na to czasu, kiedyś to zrobię. - Zapamięta to sobie i na pewno wróci do tej prośby, co pewnie będzie całkiem zabawne, bo nie sądziła, aby Benjy miał pamiętać każdy szczegół ich dzisiejszej rozmowy.

Ten poranek był naprawdę dziwny, nie spodziewała się, że dane jej będzie przeżyć coś takiego, serię przygód w Rumunii z Fenwickiem walczącym o życie, jak widać los lubił być bardzo przewrotny.

- Następnym razem postaram się bardziej. - Najwyraźniej do niego też nie do końca docierał ten występ i ta wersja jej, w której starała się być wyjątkowo miła, nie da się ukryć, że pasowało to do Ger jak pięść do nosa, ale starała się! Liczyły się przecież chęci.

Zareagowała z entuzjazmem na te jego trzy kroki, zawsze to więcej niż nic. Nie, żeby przewidywała, że szybko pokonają drogę, raczej wydawało się jej, iż zajmie im to kilka razy więcej niż w nocy, gdzie przecież warunki do spacerowania były nieco gorsze - przynajmniej te powodowane przez otoczenie, teraz czynnik ludzki nieco zawodziły i nie wydawało jej się, aby dało się to szybko wyklepać. Benjy był w rozsypce, był wrakiem człowieka, ale walczył, nie poddawał się, w sumie podziwiała tę determinację, bo widziała, że jest z nim ciężko.

- Zawsze mogłeś zalec na tej ławce, a jednak tego nie zrobiłeś. - Może faktycznie to nie do końca był optymizm... ale cóż, mogło być gorzej, nie było dobrze, ale źle też nie. Coś pomiędzy, no bliżej źle niż pomiędzy, ale jeszcze mieli jakiś margines.

Zaczęła wymachiwać mu chlebem przed oczami, chcąc pochwalić się tym, że była przygotowana na wszystko. Nie do końca wiedziała, jaki trunek uda jej się dla niego zorganizować, bo była wczesna godzina, a miejsca jak to... pełne lokalnych trunków, które mogły nie do końca spełniać jakiekolwiek normy, tak naprawdę wolałaby nie wiedzieć w jaki sposób zostały stworzone.

Zostawiła go więc na parapecie, z nadzieją, że ani na nim nie zaśnie, ani się z niego nie spierdoli i mimo, że wiedziała, że dalsze wlewanie w siebie alkoholu mogło przynieść więcej szkód niż pożytku, to jednak dostrzegała ten najważniejszy argument - nie zacznie trzeźwieć, co być może pozwoli im pokonać drogę, będzie miał paliwo może nawet dosłownie, aby ruszyć dalej. Głupie, ale nic co głupie i miało działać nie było tak do końca głupie.

Wręczyła mu tę butelkę, niczym jakiś artefakt i wydawało jej się, że dostrzegła jakiś błysk w jego oczach, spojrzał na szkło z czułością? Otrząsnęła się z tego szybko. Nie wiedziała, co do niej powiedział, nie brzmiało to jednak jak obraza, ba, miała wrażenie, że wręcz przeciwnie. - No, jestem, przez chwilę jeszcze będę. - Póki co była tu i nigdzie się nie wybierała i chociaż miała ochotę znaleźć się w łóżku - jakimkolwiek, nawet nie swoim to nie zamierzała tam trafić dopóki nie będzie miała pewności, że Benjy nie będzie w pokoju obok.

Obserwowała go, kiedy otwierał butelkę, skrzywiła się widząc, że robi to zębami, kurwa przecież miał ułamaną jedynkę. To musiało go zaboleć, czy był nadal tak znieczulony, że tego nie czuł?

Geraldine zrobiła krok w tył, obawiała się tego, że jeśli uderzy ją w nozdrza zapach alkoholu, to na niego zwymiotuje, tym bardziej, że spodziewała się, iż to może pachnieć bardzo intensywnie, nie wydawało jej się, aby lokalsi częstowali ich byle czym. - Myślę, że sześć to mało, na pewno liczby są większe. - Nie miała pojęcia, ile to miało procent, na butelce nie znajdowała się żadna etykieta, to, co było w środku zdecydowanie było loterią, a Benjy zamierzał tak po prostu wlać w siebie. Trochę mu w tym pomogła, ale na pewno na nią tego nie zwali, nie ma szans. - Powiedz mu jeszcze, że ja Ci to wlewałam do gardła, na pewno uwierzy. - Odwróciła głowę, gdy widziała, że podnosi butelkę, wolała na to nie patrzeć, zresztą czuła dziwny ścisk na żołądku kiedy widziała, co robi. Bleee. Kto by się spodziewał, że będzie kiedykolwiek w ten sposób reagować na alkohol.

Najwyraźniej nie myliła się w swojej opinii, jego reakcja... cóż - daleka była od delektowania się smakiem długo leżakowanej whisky, ale nadal stał, nie poległ, było więc nie najgorzej.

- Nawet nie wiesz, jak ogromnie żałuję, że nie mogę z Tobą delektować się tym smakiem. - Musiałaby być naprawdę najebana, żeby sięgnąć po coś podobnego, na szczęście szybko nie będzie w takim stanie.


W końcu udało im się wyruszyć w drogę. Szli, chociaż zdaniem Geraldine bliższe to było do czołgania się, jednak pokonywali kolejne odległości, co było sporym sukcesem. Udało im się wyjść z tego, co można było uznać za centrum miasteczka (tak naprawdę były to może dwa puby, pięć sklepów na krzyż) i zmierzali na jego obrzeża. Zabudowania się zmieniały nie było już kamienic, a niewielkie domy i gospodarstwa. Słońce wznosiło się na horyzoncie coraz wyżej, zdecydowanie minęła ósma, miała nadzieję, że Ambroise jakoś przeżyje ich spóźnienie, w sumie powinien się cieszyć, że oni przeżyli tę noc.

Mijali właśnie ogrodzenie, za którym widziała drób, jakieś kaczki, kury, chyba nawet indyk by się znalazł? Nie była pewna, bo zwierzę o którym myślała znajdowało się dość daleko, kiedy coś wyskoczyło zza ogrodzenia. Geraldine zrobiła trzy kroki do tyłu, właściwie to wskoczyła na płot, a ich oprawca obrał sobie za cel Benjy'ego - jak nic wyczuł kto w tym duecie jest słabszym ogniwem. Zastanawiające było to, że miał związane oczy. Kto kurwa wiąże oczy gąsiorowi? - Uważaj! - Krzyknęła jeszcze, ale to chyba nic nie dało, bo wkurwione zwierzę wbiegło w Fenwicka i capnęło go w rękę - tę w której nie miał flaszki, a później odskoczyło i biegło dalej.

Do ich uszu dotarł chichot, najwyraźniej to nie miał być koniec, bo zza ogrodzenia wyłoniło się stado dziewcząt, które zmierzało w ich kierunku. Co tym razem? Ten dzień zdecydowanie nie należał do najbardziej przewidywalnych.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
26.11.2025, 02:01  ✶  
Gdyby mnie ktoś zapytał, jaki typ zwierzęcia powinien mnie zaatakować o ósmej rano w rumuńskiej wiosce, gąsior z zawiązanymi oczami nie znalazłby się nawet w pierwszej dwudziestce, a jednak - życie lubi niespodzianki.

Ten poranek był tak pojebany, że nawet mój mózg - ten biedny, zmęczony, pijacki organ - poddawał się i tylko kiwał głową na wszystko, jak pracownik baru po trzech zmianach z rzędu. „U mnie naleśniki to tylko z mięsem”, kiedy to powiedziała, spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, próbując zrozumieć chociaż połowę tej rzeczywistości, w której istniała. Naleśniki ze skrzata, skrzata, zrobione przez skrzata, nie ze skrzata, ale ja i tak potrzebowałem sekundy, żeby upewnić się, że się nie przesłyszałem. Jeśli ja byłem wrakiem człowieka, ona była bliska utraty wiary w moją inteligencję, ale oboje, razem, tworzyliśmy jakiś dziwacznie funkcjonujący duet, więc kiedy rzuciła to swoje „następnym razem postaram się bardziej”, pokiwałem głową, bo nawet nie byłem pewien, czy słyszałem dobrze, ale chciałem być miły - o dziwo. Wiedziałem jedno - jej próba bycia miłą brzmiała tak sztucznie, że aż mi się zrobiło ciepło w sercu, więc postanowiłem ją odwzajemnić, zapewne równie przekonująco.
Tak, tak, słyszałem ją, ale mój mózg miał opóźnienie jak sowiecki pociąg w zimie, więc dopiero po sekundzie dotarło do mnie, co powiedziała. Chciałem jej odpowiedzieć coś błyskotliwego, coś jak „prawda, bo jestem mężczyzną czynu”, ale w mojej głowie odezwał się tylko dźwięk radia bez zasięgu, więc odchrząknąłem i udawałem, że patrzę na horyzont. Zaległbym, w sekundę, prawdę mówiąc, ale wtedy ktoś by mi ukradł buty, a ja lubiłem moje buty.
Wziąłem butelkę, która wyglądała jak obietnica zarówno zbawienia, jak i śmierci, ale w tamtym stanie to była w gruncie rzeczy jedna i ta sama rzecz, i otworzyłem ją zębami - idiotycznie, bo faktycznie brakowało mi kawałka jedynki, ale nawet nie zapytałem siebie mentalnie „czy to zaboli?” Zaskakująco - zabolało, ale nie aż tak, jak mogło, albo byłem tak pijany, że nie czułem niczego poza bólem istnienia. Alkohol zrobił swoje - ból przebił się tylko na sekundę, jak krótkie „ej, wiesz, że cierpisz?”. Po czym zniknął pod falą ognistego syfu. Wypiłem, zakaszlałem, umarłem i zmartwychwstałem. Potem wypiłem jeszcze więcej - potem prawie umarłem - potem wróciłem do żywych.
Zrobiłem krok, drugi, trzeci, trzymając butelkę przy sobie jak amulet - szliśmy, a raczej - ja się kołysałem, a ona czujna jak pies pasterski, który ma do upilnowania jednego bardzo, bardzo głupiego barana, dzika, cokolwiek. Dotarliśmy do miejsca, gdzie kończyło się miasteczko, a zaczynały pola, domki, kury… I wtedy, gdy myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy, życie pokazało mi środkowy palec - najpierw usłyszałem trzepot, potem zobaczyłem ogrodzenie, a jeszcze później… Wielki, naprawdę gigantyczny gąsior wrzasnął jak banshee, wylatując wprost na drogę, którą szliśmy moment wcześniej.
Jakim cudem ptak z opaską na oczach widział, gdzie biegnie? Nie wiedziałem - może używał echa, może węszył moją słabość. Najważniejsze, że to we mnie gąsior zobaczył cel, no, „zobaczył”, i wycelował - po prostu poczuł we mnie słabego. Poprawiłem uchwyt na flaszce, bo to była jedyna broń, jaką miałem, za późno. Zanim zdążyłem się zamachnąć albo powiedzieć cokolwiek, niekoniecznie mądrego, pierdolnął prosto we mnie i ugryzł mnie w rękę. Jednocześnie całe stadko mugolskich dziewczyn wybiegło zza płotu, śmiejąc się jak wariatki. Rumunek, jak wywnioskowałem, miały kolorowe ubrania, warkocze, miny jakby właśnie odpaliły najlepszą bekę swojego życia. Jedna wskazała na mnie palcem.
Ptak wrzasnął:
- GAAAARGH!
Ja wrzasnąłem:
- ARGH!
Dziewczyny wrzasnęły, wszystkie naraz:
- WOOOOOOO!
Kiedy ptaszysko odbiegło, jedna z nich, roześmiana jakby właśnie zobaczyła najzabawniejszą rzecz na świecie, pokazała na moje pogryzione ramię.
- Dacă te-a mușcat, o să ai noroc în dragoste! - Uśmiechnęła się jak wróżka z telezakupów. Patrzyłem na nią pustym, bezrozumnym wzrokiem. Nie wiedziałem, kto to wymyślił, kto był inicjatorem, ale absolutnie wierzyłem, że rumuńskie dzieci mają w sobie mrok. - Dragoste! Noroc! În dragoste!
Spojrzałem na Geraldine, która siedziała na płocie, jak dezerterka, nadal nie wiedziałem, o co chodzi. Bo byłem:
a) Anglikiem,
b) udającym Amerykanina,
c) pijanym jak skunks,
d) pogryzionym przez rumuńskiego ptaka.
Połączenie tych czterech rzeczy nie dawało mi zbytniego komfortu intelektualnego. Dziewczyny spojrzały po sobie, jedna westchnęła, inna parsknęła śmiechem. Zrozumiały chyba, że jestem obcokrajowcem, albo - co bardziej prawdopodobne - idiotą, bo najwyższa z nich przewróciła oczami, jakby miała do czynienia z najgłupszym wieśniakiem w promieniu dwudziestu mil, a potem przeszła na coś, co miałem zrozumieć.
- Ty, pan… Gryźć gąś… To dobrze! Znak! Ty mieć… Szczęście w miłoś. Ty teraz… Eh… Bardzo kochać… Szybko.
- Nie, nie! - Poprawiła ją inna, trochę lepszą wersją łamanego języka. - Hallo… Pan, słucha? Tak?- Ta też zrobiła minę pełną współczucia, jakby mówiła do szczególnie tępego osiłka. - Gąsior… Gryzie pana… To… Bardzo dobre. Szczęście w amóry. Miłość, tak? Love, love. - Zachichotała z koleżankami, a mnie aż zatkało. - To… Tradycja! Kiedy gąsior gryzie, ty… Mieć dobre kochanie! - Wskazała na gąsiora, który tymczasem próbował zrobić drugie podejście.
Szczęście w miłości - ja, capnięty przez ptaka, spocony, połamany, półmartwy alkoholik na rumuńskiej wsi.
- Ty szybki chłopak, tak? Możesz… Łapać? Łapać gąsior dla my? - Uśmiechnęła się znowu ta najwyższa. Dziewczyny zachichotały znowu, jedna klaskała w dłonie, druga pokazała mi gest „idź, łap!”, gąsior tymczasem zapieprzał po drodze.
- Łapać go? - Powtórzyłem, zanim dotarło do mnie, co sugerowały. Spojrzałem na swoją rękę, która nadal pulsowała od ugryzienia, na butelkę, którą wciąż trzymałem drugą dłonią, na moje buty, zakurzone i oblepione. - Wy chcecie… Szebym ja… Złapał tego… Popieldolonego ptaka?
Dziewczyny kiwnęły energicznie głowami, wszystkie naraz.
- Ty musisz łapać! On… Ptak… Robi uciekanie! Nu! Go, go! Łap go! Łap! Razvan! Raaaazvan!
Ptak rzeczywiście robił „uciekanie” - bardzo agresywne uciekanie - przebiegł obok mnie, zawadził mnie skrzydłem i omal nie wypuściłem flaszki. Gąsior - Razvan, pierdolony zabójca - zrobił gwałtowny skręt i popędził między krzakami. Spojrzałem za nim, oceniając swoje szanse - nawet z zasłoniętymi oczami biegł szybko przed siebie, zygzakiem, ale z pewniejszym krokiem niż ja, to już mówiło wszystko. Następnie przeniosłem wzrok na Geraldine - tę, która wystawiła mnie na front. Skarciłem ją wzrokiem, dobrym, profesjonalnym, „mam cię serdecznie dość” wzrokiem, ale cóż - byłem pijany, byłem nieszczęśliwy, byłem życiowo poturbowany, i najwyraźniej teraz miałem też łapać ślepego gąsiora, bo banda mugolskich nastolatek wierzyła, że to przynosi miłość.
- Dobla, kulwa, lecę. - To była szybka decyzja. Rzuciłem się do przodu, to znaczy - zrobiłem pierwszy krok, zatoczyłem się, złapałem równowagę na płocie, prawie przewróciłem wiadro, dopiero potem ruszyłem truchtem. Tymczasem gąsior z opaską na oczach biegł zygzakiem. Jebany - dawał mi tym pół procenta szansy.



Rzut PO 1d100 - 86
Sukces!

AF ◉◉◉◉○ łapanie gąsiora


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
26.11.2025, 12:50  ✶  

Widziała to jego kiwnięcie, które było równie szczere, jak jej próba bycia miłą. Cóż, nie dało się ukryć, że wyjątkowo próbowali ze sobą współpracować, wychodziło im to raczej średnio, ale się nie pozabijali podczas tej nocy, ani poranka, okazywało się, że jak pojawiała się potrzeba to całkiem nieźle odnajdywali się w swoim towarzystwie. Zabawne było to, że potrzebowali do tego takich dramatycznych przejść, jak te które ich spotkały, no może dramatyczne to trochę za dużo powiedziane... ale, ale to był bardzo intensywny czas, doprowadził ich do dziwnego stanu. Sama Geraldine była okrutnie zmęczona, nie umiała sobie wyobrazić, jak wyglądało to w przypadku Feniwcka, bo on dołączał do tych wrażeń wlanie w siebie hektolitrów rumuńskiego alkoholu, a to mogło powodować, że było u niego dużo gorzej, niż u niej. Walczył jednak z kacem poprzez najlepszy sposób z możliwych - nie dopuszczał do niego, naprawdę wyśmienity pomysł.

Wydawało się, że już są na dobrej drodze, aby znaleźć się w bezpiecznym miejscu, ten dzień jednak udowadniał im co chwilę, że nie było dla nich nadziei. Gdy zobaczyła zwierzę, które zaczęło pędzić w ich stronę zareagowało odruchowo, wskoczyła na to ogrodzenie na tyle szybko, na ile jej się to w ogóle udało po tej nieprzespanej nocy. Mogła niby pociągnąć za sobą Benjy'ego, ale znajdował się dalej, wybrała więc mniejsze zło, tak pewnie zwierzę staranowałoby ich dwójkę, a w tej chwili ona była bezpieczna, zresztą nie wydawało się Geraldine, żeby jej towarzysz odczuł ewentualne ugryzienie. Był bardzo dobrze znieczulony, jeśli dobrze pójdzie nawet nie zauważyłby tego, że ten wielki ptak postanowił zacisnąć dziób na jego dłoni...

Geraldine nie do końca wiedziała na co ma patrzeć, bo z jednej strony znajdował się Benjy tańczący z gęsiami, a z drugiej biegło w ich stronę stado mugolskich dziewuch. Yaxley nie wiedziała co jest gorsze, siedziała więc na płocie i spoglądała raz w jedną, raz w drugą stronę. Co za katastrofa.

Zmrużyła oczy, bo albo jej się wydawało, albo Benjy próbował rozmawiać z tym krwiożerczym ptakiem, tak to przynajmniej wyglądało z jej perspektywy, kurwa, czy po alkoholu budziły się w nim jakieś zdolności dzięki którym znał język zwierząt, co za pojebany dzień.

Do głosu gęsi i Fenwicka dołączyły dźwięki wydawane przez dziewczęta. Geraldine westchnęła ciężko, to było dużo za dużo, jak na nieprzespaną noc.

Panienki wydawały się być zainteresowane jej towarzyszem, wspaniale, nie mogła się doczekać na dalszą część tego co miało się wydarzyć. Nie opuszczała swojego bezpiecznego miejsca, nie było szansy na to, żeby teraz zeszła z tego płotu. Dostrzegła, że Benjy na nią patrzył, wzruszyła jedynie ramionami, bo sama nie miała pojęcia co się działo, mimo, że była trzeźwa, a on nie - dla niej ta sytuacja była tak samo abstrakcyjna.

Albo jej się wydawało, albo te dziewczęta zaczęły mu opowiadać o miłości. Ger parsknęła śmiechem, mimo, że nie wiedziała, czy dobrze usłyszała, te wyrywkowe informacje, które do niej dotarły jednak wystarczyły. Co za posrany dzień. Kiwała głową zaprzeczając, próbowała zasugerować Fenwickowi, że to był bardzo zły pomysł, dziewczęta chyba miały jednak więcej uroku od niej, bo ten w końcu powiedział to swoje kulwa, lecę, co spowodowało, że Yaxley głośno jęknęła. To nie był dobry pomysł, to był bardzo zły pomysł. Jak można było uznać biegnięcie za gęsia z zasłoniętymi oczami za dobry pomysł?  Nie wiedziała, czy nie lepiej będzie po prostu zamknąć oczy.

Benjy był napierdolony jak Messerschmitt, ledwo trzymał się na nogach, jak miał niby złapać tego rozwścieczonego ptaka? Było jednak już zbyt późno, żeby coś zrobić, bo kulwa leciał.

Nie odwróciła jednak wzroku, nie zamknęła oczu, spoglądała na to z ogromną obawą, jeśli stwór postanowi go zeżreć, to zareaguje. Była to dość ciężka gonitwa. Nie zakładała, że misja zakończy się sukcesem, ale dopadł tego ptaka, zamrugała kilka razy zszokowana, nie do końca tego się spodziewała. - KURWA PIĘKNIE. - Wygrał zawody z gęsią, które odbywały się sama nie wiedziała po co, ale mu się to udało, mimo stanu w jakim się znajdował. Teraz musiał tylko oddać zwierzę panienkom, które wpatrywały się w niego jak w swojego bohatera, najwyraźniej nie przeszkadzał im jego zapach...

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
26.11.2025, 14:31  ✶  
Dojście w tym stanie do mieszkania było teoretycznie możliwe, praktycznie graniczące z cudem, ale jakoś to szło, jakimś cudem nie pozabijaliśmy się ani w nocy, ani nad ranem, a to już było osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że ja miałem w organizmie tyle rumuńskiego alkoholu, że powinienem widzieć przyszłość. Gdybym widział, może zauważyłbym gąsiora-zamachowca wcześniej, ale nie, oczywiście, że nie.
Geraldine wskoczyła na płot z taką prędkością, jakby całe życie trenowała parkour. Ja stanąłem zdezorientowany - genialnie, perfekcyjnie, idealny cel - i gąsior mnie dopadł, jakby był moją osobistą karą za wszystkie życiowe błędy. Co gorsza, ledwo ode mnie odbiegł, odwróciłem się i zobaczyłem cały pierdolony ptasi fanklub. A potem ten festiwal dźwięków - gąsior darł się jak dziecko diabła, ja darłem się jakbym właśnie był w trakcie egzorcyzmu, dziewczyny piszczały jak na koncercie, to wszystko składało się na jeden, niekoniecznie piękny, koszmar. A potem usłyszałem słowo „miłość”. „Miłość”. Miłość, kurwa - jeśli było coś, czego nie powinienem dziś słyszeć, to było to właśnie.
Spojrzałem w kierunku mojej towarzyszki, która patrzyła na mnie z tego płotu - jak generał, który już wie, że jego oddział zginie, ale z jakiegoś powodu nadal mu kibicuje - poczułem, że muszę coś powiedzieć, coś w rodzaju „wszystko pod kontrolą”, chociaż absolutnie nic nie było pod kontrolą. Jej uwaga, to jej kiwnięcie, ten wyraz twarzy, wszystko mówiło jedno
„nie wiem, co robisz, ale proszę cię, przestań”. Więc, oczywiście, że nie mogłem przestać -  byłem już za daleko zainwestowany w rozwój sytuacji, za bardzo napierdolony, za bardzo rozpędzony, a gąsior za bardzo żywy. Nasza bieganina zajęła długie sekundy, ale wreszcie go złapałem - gąsior jazgotał wściekle, a ja stanąłem, zdyszany, trzymając go jak trofeum, którego nikt, nigdy w życiu nie powinien wygrywać. Gąsior zapiszczał i trzepnął skrzydłem, ledwo utrzymałem bestię, a wtedy jedna z dziewczyn wskazała na mnie, potem na moje serce i powiedziała:
- Cine te place pe tine? Ea? - Dziewczyny spojrzały po sobie, jedna zakryła usta, druga zrobiła oczy jak galeony, aż cmoknęły, patrząc raz na mnie, raz za mnie.
Popatrzyłem za siebie, instynktownie, zupełnie głupio, bo nie miałem pojęcia, na kogo wskazuje, ale zobaczyłem Geraldine na płocie, zbierającą się do tego, żeby zejść, ale jeszcze nie schodzącą. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, prawie parskając pod nosem.
- To… Moja familija, da? - Zacząłem, machając ręką między sobą a Geraldine, jakbym próbował narysować drzewo genealogiczne w powietrzu. Uniosłem ręce, żeby je uciszyć, bo już zaczynały trajkotać jak wiosenne wróble. - To… To moja familia, losumiecie? Familia mea. My… Spoklewnieni. Vely duszo spoklewnieni. - Machnąłem ręką, jakby to wszystko było absolutnie oczywiste. Dziewczyny zmrużyły oczy, patrząc jakby próbowały ocenić, czy pieprzę od rzeczy, czy naprawdę mam w rodzie takie egzemplarze jak Geraldine. - Męszată. - Machnąłem ręką w kierunku Geraldine, kręciły głowami, więc próbowałem dalej, gorzej. - Duszy mąsz. Foalte male. Duszy blondyn. Pszystojny, foalte flumos… Taki noldycki w chuj. Ona felicită. Feliz. Szczęśliwa s nim, da? Ei doi… Lobią miłość, wszystko, co tam ludzie lobią. Często. - Skrzywiłem się nieznacznie.
Dziewczyny otworzyły usta, jedna z nich szepnęła coś w stylu „vai, Doamne”, a ja tylko rozłożyłem ręce
Dodałem jeszcze, bo uznałem, że to najważniejszy element układanki:
- A mąsz… Zazdlośnik. Jaloux. Duszy chłop, silny, duszy jak… Jak dszewo. Jak kogoś zobaczy koło niej… To pa, pa, gata, kaput. - Pokazałem ręką wysokość, jakbym opisywał trolla, nie człowieka, a potem wskazałem na swoją szyję, pokazując, gdzie by mi ją uciął w innym wypadku. Całe szczęście, wydawało mi się, że dostatecznie dobrze podkreśliłem nasze spowinowacenie. Dziewczyny jednocześnie patrzyły na mnie jednak, jak na człowieka, który właśnie wygłosił kazanie po trzech językach naraz, każdym źle.
- Ja nie mieś szadne szczęście, micuțe. - Powiedziałem, ciężko oddychając, starając się, by to brzmiało wystarczająco szczerze, ale nie żałośnie. - Ja mieś… - Urwałem, bo dokładnie w tym momencie gąsior spróbował ugryźć mnie drugi raz, być może uświadamiając sobie błąd w kąsającym błogosławieństwie i chcąc mi je odebrać, być może razem z kciukiem. Podszedłem do dziewcząt bliżej, trzymając gąsiora, który machał skrzydłami jak rozjuszony demon.
Oddałem ptaka najwyższej z nich, chociaż z jakiegoś dziwnego powodu, one wszystkie były zapatrzone we mnie jak w bohatera telenoweli - patrzyły na mnie jak na jebanego gladiatora, nie przeszkadzał im ani zapach alkoholu, ani fakt, że jestem raczej kandydatem do wytrzeźwiałki niż do romansu. Zerknąłem na swoją pogryzioną rękę, podczas gdy stado dziewczyn patrzyło na mnie jak na postać z ich jebanej folklorystycznej legendy - miłość, szczęście, przeznaczenie - westchnąłem ciężko.
- Ty… Mieć szczęście, bo gąsior gryźć. Gąsior gryźć to miłość, ty go złapał, miłość coming. Dużo. Ty mieć serce BOOM. - Tak, „BOOM” - pokazała rękami eksplozję na wysokości klatki piersiowej, zaśmiały się wszystkie.
Stałem tam, trzymając tego ślepego potwora, i nie mogłem powstrzymać tej jednej, kurewsko szczerej myśli - miłość i ja nie graliśmy w tej samej drużynie od dawna - i to bolało znacznie bardziej niż dziobnięcie ptaka.
Wziąłem więc wdech i powiedziałem:
- Ja mieś… Selce… Kaput. - Słowa wyszły ze mnie, zanim zdążyłem je zatrzymać, może z alkoholu, może z przemęczenia.
Zrobiły wielkie oczy.
- Kaput? No, nuuuu! - Chyba jednak miały mnie w dupie, jeśli chodziło o sceptycyzm. Ta którą próbowała mówić w naszym języku, uśmiechnęła się jakby mnie w ogóle nie akceptowała mojej odpowiedzi.
- Ty nie wiedzieć! Ty być… Jak mówi?... Zamknięty w sercu! Ale być ktoś dla ty! - Klasnęła w ramię drugiej, po czym zaczęły znowu mówić coś o „dragoste”, o „inimă”, i o tym, że „vine sigur, sigur”, machając rękami jakby wypędzały duchy, ale ja już nie słuchałem. -  Tu să fii norocos… în dragoste!
Tylko podkręciłem głową.
- No, co? - Rozłożyłem ręce, patrząc w kierunku Geraldine. - Chciały, to im złapałem. Nie będę im udowadniał, sze chuja mam… - Zmrużyłem oczy, czując jak ból po dziobie w końcu przebija alkoholowe znieczulenie. Dwie z dziewczyn jeszcze do nas pomachały, chyba nawet w dalszym ciągu życzyły nam „miłość, miłość, dużo miłość”, a potem - całe szczęście - poszły w cholerę.
- Idziemy. Bo jak zalas wypuszczą tego ptaka dlugi las, to pieldolę, wlasam do Anglii wpław. - I ruszyłem w jej stronę, jeszcze chwiejny, ale trochę dumny, bo skurwysyna złapałem.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4215), Geraldine Greengrass-Yaxley (3704)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa