Szliśmy wolniej, niż tu przyszliśmy - nie dlatego, że coś w nas ostygło, wręcz przeciwnie, nadal byłem rozbudzony, nawet mimo późnej godziny, nadal czułem w sobie przypływ witalności, ożywienia - już nie jako ktoś, kto spróbował rozerwać się na dwie strony, tylko jako ktoś, odkrył, że jego historia i tak kończy w jednym punkcie, bo musi, inaczej wszystko się spierdoli. Weszliśmy tu zagubieni we własnym gniewie, rozpieprzeni, bez sensu uparci, prawie się rozeszliśmy, chociaż nawet nie byliśmy już razem, ja sam prawie pozwoliłem, żeby jedno słowo za dużo przecięło resztę na pół. Wtedy niemal wbiegliśmy po tych schodach, ja z sercem w gardle, z gniewem palącym mi trzewia, ona z tym swoim spojrzeniem, które potrafiło mi przerżnąć kręgosłup na pół. Teraz wszystko było inne, napięcie dalej wisiało między nami, ale nie to złe, nie to, które paliło od środka. Jej palce były chłodniejsze od moich, moje pewnie nadal były gorące po wszystkim, po tej kłótni, po tym, co mogło się skończyć naprawdę źle, a skończyło się czymś, czego nawet nie wiedziałem, że chcę tak bardzo. Było w tym coś absolutnie popierdolonego i absolutnie właściwego.
Nie miałem pierścionka. Jasne, że nie miałem, nie planowałem tego aż do chwili, gdy po prostu wiedziałem, ale miałem nóż - mój nóż - athamé, grawerowany, stary, ciężki, z historią. Był lepszy niż jakiekolwiek teatralne, bazarowe błyskotki - to było coś, co naprawdę powinno trafić wprost do rąk czarnoksiężnicy, która potrafiła go używać. To było więcej niż pierścionek, to było złamanie konwenansów, tradycji, w pewnym sensie profanacja, środkowy palec pokazany w kierunku ludzi z fachu, w którym takie rzeczy trafiały wyłącznie od mistrza do ucznia - nie do kogoś, kogo się kochało, oboje to wiedzieliśmy, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał na głos.
Puściłem jej rękę na sekundę, tylko tyle, ile potrzebowałem, żeby wsunąć palce do kieszeni. Sakiewka nadal tam była - ciężka, nietknięta, żaden skurwiel jej nie zabrał, więc od razu poczułem ulgę.
- Dobla. - Wypuściłem powietrze. - Nie zajebał. - Mruknąłem bardziej do siebie, niż do niej, mimo to kierując do niej wzrok i wyszczerzając zęby w uśmiechu.
Latarnia naprzeciwko nas zamigotała, potem zrobiła to kolejna, tak jak to tylko Nokturn potrafił - mignięcia światła były krótkie, niestabilne, jakby sam klimat tego miejsca miał coś przeciwko oświetlaniu kątów i zaułków, które po prostu musiały być mroczne. Zamknąłem dłoń na sakiewce jeszcze na sekundę, a potem znów sięgnąłem po rękę Prue, bo jakoś głupio było iść bez niej, to była przerwa, której nie chciałem przeciągać. Noc pachniała dymem, mokrym brukiem i czymś, co mogłem spokojnie nazwać naszym nowym początkiem, chociaż brzmiało to zbyt ckliwie jak na Nokturn, ale pieprzyć to - tak właśnie było.
- Jest tu jubilel. - Wyjaśniłem, schodząc kolejny stopień, by wreszcie opuścić wewnętrzne podwórko między kamienicami. - Szemlany, ale… - Uśmiechnąłem się krzywo. - Kogo ja oszukuję, tu kaszdy jest szemlany. Chcę nam kupiś oblączki. Pielścionka mose nie miałem, ale to… To chcę zlobiś. Dziś. - Powiedziałem to spokojnie, jakby to było coś normalnego na Nokturnie o tej porze nocy, kiedy latarnie migoczą, a ciemność ma kły.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)