adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange (Pierwsze koty za płoty, Otwarty na nowe doznania).
Było ciemno. Głównie dlatego, że słońce zaszło już za horyzontem i na niebie rysowała się noc – ale ostatnimi czasy nawet dni były ciemne; zalane szarością. Jakieś takie przygnębiające. Ale może to nie tylko aura dnia, co po prostu atmosfera? Najpierw jednego dnia Lord Voldemort ogłosił wszem i wobec, że świat należeć powinien tylko do tych, którzy są godni – a więc czarodziejów czystej krwi, a drugiego dnia… zaczęło dziać się źle.
Ataki, włamania, morderstwa, klątwy. Mugole, mugolaki, półkrwi. To był ten moment, w którym Ministerstwo było dwa kroki za swoim przeciwnikiem, nie było wiadomo gdzie i kiedy. Ale można się było spodziewać kto prędzej czy później padnie ofiarą ataku.
Tego dnia chyba od świtu można było się spodziewać, że coś było nie tak. Chmury były gęste, ciemne, nisko i tylko czekało się, aż lunie deszcz. Ale ten uparcie nie chciał skapnąć z nieba, nie chciał zmoczyć ulic Londynu, nie chciał nic oczyścić. Było wręcz gęsto. Nic więc dziwnego, że większość obywateli wolała czym prędzej znaleźć się w domu, a nie na ulicach, skoro ulewa mogła się zacząć właściwie w dowolnym momencie. Ta jednak, uparcie, się nie zaczynała.
Victoria nie miała żadnego daru jasnowidzenia, jednak czuła w kościach, że coś się święci. I prawdę mówiąc – nie tylko ona to czuła, dużo osób w biurze aurorów było dzisiaj niespokojnych. Chyba dlatego została w pracy dłużej, chcąc dokładniej przejrzeć ostatnie raporty – wciąż się przecież jeszcze uczyła, nie była aurorem, był to ledwie ostatni rok jej kursu. Była akurat w trakcie analizowania jednego z ostatnich ataków, kiedy dostali wezwanie. Ona, jej opiekun, starszy auror i jeszcze jedna aurorka.
Podobno był kolejny atak.
Podobno klątwy były tak silne, że zawaliły się dwa domy. Że wszystko płonęło.
Aportowali się z cichym pyknięciem i dwójka jej starszych kolegów pobiegła przodem. Victoria miała być z tyłu.
Kiedy przybyli na miejsce było już tak naprawdę po wszystkim. Nie było śladu po tych, którzy dokonali ataku, a sądząc po wielkości szkód – nie mogła to być jedna osoba. Co najmniej dwie, a może nawet i trzy. We trójkę zajęli się zabezpieczaniem terenu, gaszeniem pożaru, by w ogóle móc się dostać do środka. Smród czarnej magii wręcz czuć było w powietrzu, wciskał się w nozdrza, elektryzował. Chwilę później dołączyli do nich kolejni – ci co mieli zająć się naprawianiem szkód i czyszczeniem pamięci tym, którzy nie powinni widzieć rzucania czarów… A w końcu weszli do budynku – całkowicie zdemolowanego, znajdującego się w mugolskiej części Londynu. Victoria cały czas była gotowa do rzucenia Protego, a może Finite – w zależności, co byłoby teraz potrzebne. We trójkę musieli rzucać zaklęcia, by pozbyć się na prędce rzuconych i pozostawionych pułapek i w końcu to znaleźli. Trzy ciała, trzy martwe osoby. Zmiażdżone, podpalone, zdecydowanie nieżywe.
I dopiero wtedy się zaczęła robota tak naprawdę. Starszy auror, jej opiekun i nauczyciel polecił, by tutaj została, by zabezpieczyła ciała i pomagała reszcie pracowników Ministerstwa, a on i ich towarzyszka mieli spróbować wytropić ślady tych, którzy dopuścili się do tego ataku. Wiedzieli, że wiele pewnie nie znajdą… Ale lepsze było nawet niewielkie cokolwiek, niż zupełnie nic. Lestrange, zgodnie z poleceniem, została i wraz z jakimś magimedykiem próbowali wydobyć te ciała spod gruzów, jak najmniej je uszkadzając. Wiedzieli już, że będzie musiał je obejrzeć antropolog albo koroner… Prawdę mówiąc wyglądało to paskudnie. Rodzina trójki mugoli… Victorii to nie ruszało. Mugole ją nie ruszali – mimo wszystko wychowano ją w poczuciu, że czarodzieje są po prostu lepsi. Ale to że są nie znaczyło przecież, że inni nie mogą żyć, prawda? Nie rozpaczała więc. Ciała wyglądały jednak tak, że trudno było o nich powiedzieć coś więcej prócz płci – kobieta i dwóch mężczyzn. Ale Victoria też się nie przyglądała za bardzo, ot po prostu robiła swoje; pilnowała terenu, pomagała jak mogła. I wyglądało na to, że rzeczywiście Śmierciożercy już zrobili tutaj to, co mieli zrobić, bo nikt kolejny, dodatkowy i niepowołany się po otoczeniu nie kręcił. Za to kręciło się dużo ludzi z Ministerstwa. I w końcu wrócił też jej opiekun. Zgodnie z przewidywaniami, przybyli za późno, by można się było udać w pościg, a te trzy ciała, które tutaj zabezpieczyli należy zabrać do Ministerstwa.
Trzeba było się dowiedzieć kto w ogóle zginął i których mugoli poinformować, że mają na głowie pogrzeb do zorganizowania. Victoria już wiedziała, że jednak zrobiła błąd, że nie wróciła do domu wcześniej. Bo teraz nie wróci jeszcze długo. A nie była jeszcze nawet pełnoprawnym aurorem.
I dokładnie w ten sposób wylądowała bardzo późnym wieczorem przed gabinetem antropologa w Ministerstwie – gdzie załomotała w drzwi. A zaraz za nią unosiły się w powietrzu trzy… ciała. No ciała. Bo z czym innym mogła tutaj przyjść? Ciała. Tyle, że każde z nich przykryte płachtą, bo wyglądały kiepsko – częściowo spalone, że miejscami były to tylko kości, częściowo zmiażdżone przez zawalony budynek, a częściowo… cóż. Częściowo nie.