05.12.2025, 15:39 ✶
Tw: ogólny psychosexual horror, używanie cruciatusa i w sumie human trafficking jeśli się czyta między wierszami . To nie jest miła, herbaciana jednopostówka, ale zaznaczyłam część dotyczy kolacji.
Gdyby dom mógł go nienawidzić tak, jak on nienawidził jego, posiadłość Malfoy’ów w Oxfordshire dawno już splunęłaby mu w twarz
A Baldwin wcale nie miałby jej tego za złe..
Błędny Rycerz wysadził go z hukiem godnym końca świata, nie wiekopomnego powrotu syna marnotrawnego w rodzinne strony. Fioletowy autobus zaskrzypiał, zakaszlał, kichnął kłębem czarnego dymu i niemal przejechał bezpańskiego kota, który z kocim wrzaskiem uciekł w krzaki. Przy okazji rozorał starannie ułożoną żwirową nawierzchnię.
Podjazd drżał oburzony - naprawdę drżał - drobne kamyczki próbowały wrócić na swoje pierwotne miejsca, ale bez przekonania, jakby nawet magia rezydencji była przytłoczona bezczelnością perełki magikomunikacji międzymiastowej.
Szalenie to stojącego na ostatnim stopniu Rycerza Baldwina rozbawiło. Machnął więc na pożegnanie Owen’owi i zeskoczył na dogorywającą drogę. Przy okazji wdeptał w nią niemal spalonego do końca papierosa. Szlug zasyczał pod odpowiednio wypastowanym butem panicza.
- Koronkowa robota.- Mruknął sam do siebie. Na podjeździe błyszczały dwie proste, długie bruzdy.
Błędny Rycerz zadudnił, syknął parą, i zniknął z trzaskiem, zostawiając tylko woń spalonego paliwa i hańbę na żwirze.
Baldwin nie patrzył na podjazd. Patrzył na miejsce, które kiedyś nazywał domem. Patrzył na nie tak jak się patrzy na martwego boga, którego świątynię kazano mu czcić.
Z zewnątrz posiadłość była niemal bluźnierczo piękna. Trzy kondygnacje jasnego kamienia importowanego bogowie wiedzą skąd, gładkiego jak kość wypluta przez morze. Okna - wysokie, starannie wymyte. Pnącza oplatały fasadę budynku, ale naiwnym było myślenie, że oddano naturze to co jej należne. Każda pojedyncza gałązka była ułożona ręką wprawnego ogrodnika, trochę jak staranna fryzura arystokratki debiutującej na balu. Nie było mowy o dzikich pędach, niesfornych listkach czy kolorowych kwiatach.
Ogród był zbrodnią przed naturze. Strzyżone żywopłoty, irracjonalnie zielone jak na porę roku, przypominały mu zawsze mityczny labirynt minotaura. Więzienie bez więźnia, bo potwór siedział w salonie paląc fajkę i debatując o czystości krwi. Rabaty z białymi różami pachniały mdło. Gdy przechodził obok uświadomił sobie, że tak właśnie pachniało jego dzieciństwo - rozpuszczonym w herbacie cukrem, różami i dobrze skrytą zgnilizną. Ostatni raz wspominał to całkiem niedawno. Sierpniowej nocy czytał Fridzie “Alicję w krainie czarów” - wytarganą na targu książkę, która pachniała znajomą starością papieru i kurzu. Przymknął oczy, by przez moment cieszyć się wspomnieniem; migoczącymi światłami Necronomiconu, chłodem Fridy, która siedziała wtulona w jego bok, mocząc mokrymi po kąpieli włosami jego koszulkę. Czytał opowieści powoli, wyraźnie, gdy ghoulka wodziła palcami po rycinach. Gdy dotarli do sceny, w której karty ze strachu przed królową malowały białe róże na czerwono, Frida wstrzymała oddech - ten dziwny, imitowany odruch, którego nauczyła się od swoich rodziców.
Wtuliła się mocniej, więc objął ją ostrożnie ramieniem, poprawiając ciepły koc.
Nie pytała dlaczego je malują. Może wiedziała. Może dla dziecięcego umysłu nie było w tym nic dziwnego. Ale tamtej nocy, Frida przypominała mu małą Alicję o wiele bardziej niż zwykle.
Róże w oxfordzkiej posiadłości były zawsze czerwone. Nie dlatego, że tak rosły, ale dlatego, że od pokoleń ktoś trzymał nad nimi pieczę jak nad kolejną częścią doskonale wyreżyserowanego spektaklu. Kiedy był mały, myślał, że taka ich uroda: ciężka, aksamitna czerwień, tak nasycona, że aż sztuczna. Dopiero znacznie później zrozumiał, że w tym ogrodzie nic nie rośnie samo. Tutaj wszystko było korygowane, przymuszane do kształtu i do barwy, która pasowała do rodzinnej legendy. A może raczej do fanaberii pani domu. Jakże zabawne, choć może bardziej żałosne, zdawało mu się to, że dopiero Frida przypomniała mu o bieli. Mała ghoulka patrzyła na ilustrację w książki, na te nieszczęsne, malowane w popłochu róże, z dziecięcym rozbawieniem, a Baldwin uświadomił sobie, że w jego życiu nie było niczego, co mogło pozostać niewinne. Prawie nic Szepnął do siebie, całując córkę w czubek głowy i przytulając ją do siebie odrobinę mocniej.
Tam gdzie się wychował, biel była kolorem błędu. Czymś, co należało natychmiast poprawić, zakryć. Przemalować. Choć ich włosy lśniły srebrem, dłonie zawsze pozostawały brudne od szkarłatu.
Gdy przekraczał bramę,, dom zawsze udawał, że się cieszy z powrotu panicza. Ścieżki same oczyszczały się ze spadających liści, lampiony zapalały się kolejno jak gwiazdy na prywatnym niebie Malfoy'ów, gargulce spoglądały z dachu jakoś tak łagodniej. W końcu było Mabon. Rodzinne święto wdzięczności za plony, jakby kiedykolwiek musieli o cokolwiek prosić bogów. Za cokolwiek ich dziękować.
Ich ziemia rodziła złoto, nie pszenicę.
W środku było jeszcze gorzej. Wpierw musiał minąć służącego - chłopaka może w jego wieku, charłaka Stał przy wejściu, w swojej wyblakłej, przydużej liberii. Wyprostowany, stanowił zaledwie element wyposażenia domu, z rękami skrytymi za plecami, w tym potulnym geście, którego człowiek uczy się wtedy, gdy całe życie jest chłostanym za to, że w ogóle istnieje. Baldwin znał jego imię. Może jako jedyny jeszcze je pamiętał, bo pamiętać musiał wszystko. W domu się go nie wymawiało. Po prostu przyzywano go dźwiękiem dzwoneczka, gdy był potrzebny.
Kolejny niechciany skandal kolejnego zacnego, wiekowego rodu. Kolejne dziecko, które nie miało prawa do magii, więc nie miało też prawa do życia.
Ukłonił się, gdy panicz przeszedł obok, ale nie odezwał się nawet słowem. Oczywiście. Nie mógł. Pozbawiono go języka, gdy tylko pojawił się w pańskich progach.
Marcus twierdził od lat, że cisza w domu jest jak fundament - jeśli w jednym miejscu zacznie pękać, zawali się cała konstrukcja. Mówił o tym spokojnie, wykładając teorię jak profesor, który tłumaczy studentom podstawy architektury sakralnej. Pęknięciami był bunt, płacz, błaganie o litość. Głos służby, gdy państwo domu słyszeć go nie chcieli. Trochę jak brud na śniegu, czy plama na perfekcyjnie odprasowanej firanie. Z tej całej filozofii ciszy powstała okrutna doktryna. Ojciec tak nienawidził charłaków, że zatrudniał ich zamiast skrzatów domowych. Skrzatów przynajmniej obowiązywała tradycja - stary kodeks, który nakazywał dbać o nie tak, jak dba się o srebra rodowe. Charłaków nie obejmował żaden spis, żadne prawo, żadna ochrona. Byli jak odpad magicznego świata, przyjęci pod skrzydła litościwego państwa. Ciężar zebrany z ramion przyjaciół. Odchowany. Przyuczony. Wytresowany. Marcus Malfoy uwielbiał bezkarność, która rodziła się z cudzego wstydu.
Baldwin nie patrzył na służącego. Nie przywitał się, nie odezwał do niego nawet słowem. Z czystej litości ignorował jego istnienie, tuż po tym jak rzucił mu swój płaszcz. W Oxfordzie cierpienie nie było już nawet tradycją. Było zwykłym wystrojem wnętrz.
Żeby dostać się do jadalni musiał minąć ten jeden, konkretny korytarz. Wyłożony szkarłatnym dywanem, który tłumił każdy ruch. Z ciemną tapetą importowaną wprost z Indii na specjalne życzenie pani domu. Ciepło ognia, którym oświetlano tu drogę ginęło pośród ciężkich, atłasowych zasłon i arrasów.
Portrety rodziny śledziły go wzrokiem - rozpoznawał w nich własne kości policzkowe, tę samą biel włosów, ten sam chłód oczu. Nie patrzył na nie. Przecież wiedział co zobaczy, znał je od podszewki; każdą grudkę farby; każdą utkaną siateczkę wspomnień; skład każdego użytego odcienia farby. Sam je przecież namalował. Jedyne na świecie muzeum Baldwina Malfoy’a mieściło się w tym znienawidzonym korytarzu.
W końcu wszedł do jadalni. Pokój był długi, przeznaczony na znacznie większe zgromadzenia niż ich dzisiejsze. Ściany obito adamaszkiem, który w świetle świec wydawał się niemal czarny. Wzory - drobne, kunsztownie splecione niemal abstrakcyjnej motywy, układały się w coś, co przypominało runy. Materiał zmieniał się subtelnie, krok za krokiem, jakby żył.
Zaklęcia ochronne. - Przemknęło mu przez myśl, gdy powiódł wzrokiem po subtelnej łunie magii jaka biła od ścian domu.- Więc nawet ty się przeląkłeś.
Stół stanowił centralną część pomieszczenia. Długi, wykonany jak większość tutejszych mebli z hebanu afrykańskiego. Marcus siadał zawsze na jego krańcu, jak kapłan przed ołtarzem, za sobą mając tylko rozpalony kominek, który nadawał mu niemal boską formę. Jego krzesło miało wyższe oparcie, zdobione w motywy starych sakralnych symboli.
Baldwin powiódł spojrzeniem w stronę ojca i tak szybko jak złapał kontakt wzrokowy, tak szybko spuścił wzrok na ziemię. Ukłonił się. Zrobił to bezwiednie, ciało reagowało automatycznie, kierując się pamięcią mięśniową nie rozsądkiem.
Matka siedziała po prawej stronie ojca, odpowiednio daleko, a jednak wystarczająco blisko, by pokazać jak wygląda tutejsza hierarchia. Zapracowała na swoją pozycję w rodzinie rodząc dziedziców majątku w Oxfordzie. Wielu ludzi wierzyło, że Marcus ją zdominował. W końcu był od niej starszy, małżeństwo było zaaranżowane między rodami. Jak bardzo się mylili. Rodzice Baldwina żyli w przerażającej symbiozie ludzi, którzy znają swoje prawa i powinności.
Visenya była piękna. Włosy nosiła zawsze w nienagannych falach, jakby czas bał się ich dotknąć; twarz była gładka, sztywna, zaklęta w wypracowaną latami arystokratycznej samodyscypliny maskę. Zmierzyła syna ostrym spojrzeniem, próbując doszukać się w jego osobie najmniejszej skazy. Nie znalazła.
Baldwin nie był głupi. Zadbał, żeby jego szata, koszula, spodnie - wszystko to odprasowane i czyste. Budy wypastowane. Włosy odpowiednio przystrzyżone i błyszczące. Żeby przetrwać - naćpał się eliksirami energetycznymi i tabletkami na ból głowy. Wyglądał na chorego, jak w każdą pełnię, ale nie wyglądał nieprzyzwoicie.
Siostra siedziała już przy stole. Skulona, z dłońmi zaciśniętymi na kolanach. Milcząca jak wszystko w tym domu. Calanthe była jedyną osobą w domu, którą można było pomylić z duchem - i to nie dlatego, że była cicha, ale dlatego, że jej obecność miała w sobie coś nieludzkiego.
Zajął miejsce naprzeciwko niej, ale nie odważył się podnieść głowy. Po prostu utkwił wzrok w nieskazitelnie białym obrusie. Porcelanowa rodowa zastawa błyszczała wypolerowana tak by można było się przejrzeć.
Stół uginał się od tradycyjnych potraw, przeznaczony na o wiele większą grupę niż ich czwórka. Ale nie miało znaczenia, że nikt tego prawdopodobnie nie tknie. Tak nakazywała tradycja - tak więc robiono. Na samym środku stał pieczony bażant, wypatroszony i wypchany pomarańczami. Obok błyszczały marchewki w miodowej glazurze, cukinia zwinięta w perfekcyjne różyczki. Przed każdym nakryciem leżał półmisek z kremem dyniowym - mocnym i korzennym. Stały też maleńkie kuleczki truflowego puree, których smak był zbyt intensywny, zjeść więcej niż jedną.
Najbardziej przyciągała wzrok karafka rubinowego wina: ciężka, zdobiona, połyskująca jak naczynie rytualne.
Modlitwa wygłaszana przez Marcusa zawsze była modlitwą długą. Nie dlatego, że tak głęboko wierzył. Wiara była dla niego tylko kolejnym narzędziem kontroli nad swoimi dziećmi. Zaczynał zawsze od przodków, wyliczanych jeden po drugim niczym litanię. Potem przechodził do ofiar, które musieli ponieść dla powinności swojej krwi. Matka siedziała wyprostowana, wpatrując się w jeden, martwy punkt. Myślami była gdzieś daleko - nie chciał wiedzieć gdzie. Calante znieruchomiała, najwyraźniej bojąc się nawet oddychać. A on? Cóż mógł zrobić - po prostu słuchał. W tym domu nie przerywano modlitw.
Służbę senior domu wplatał w modlitwę równie zręcznie co inne swoje magirasistowskie poglądy. Nie wymawiał ich imion, bo imion nie mieli. Mówił o nich zawsze w liczbie mnogiej, jakby byli jedną masą. W jego ustach stawali się pojęciem abstrakcyjnym, zwykłym, interesującym błędem w księgach genealogicznych.
Służąca stojąca przy krześle pana domu z gorącym półmiskiem w dłoniach, drżała zamarła czekając aż Pan skończy.
- Niech będą jak cień u naszych stóp; bez imienia, bez głosu, bez historii...- Ciągnął swoje sadystyczne błogosławieństwo Marcus, gdy każda kolejna sekunda trzymania naczynia stawała się dla dziewczyny koszmarem. Nie upuściła go.- Chroń tę, która dziś stoi przy naszym stole, bo jej głos oddany w ofierze jest świadectwem, że milczenie jest pięknem, a posłuszeństwo - drogą ku czystości.
Na tym etapie pojedyncza łza spłynęła po policzku charłaczki, a jedzenie na stole zdążyło wystygnąć. Tylko talerz pozostawał niezmiennie gorący.
Przy stole się nie rozmawiało. Służba reagowała na zachcianki państwa prędzej niż ci zdążyli je wypowiedzieć, przywykła do takiego stanu rzeczy. Jedynymi dźwiękami było więc stukanie sztućców o porcelanę; odgłosy przełykania kolejnego kęsa czy łyku wody.
- Baldwinie podaj mi karafkę z winem.
Suchy ton ojca przeciął powietrze jak sztylet, wyrywając Baldwina z własnych myśli. Przez krótką, absurdalną chwilę zastanawiał się: Po co ojcu wino? Marcus Malfoy nie pił. Nigdy. Usta miał zawsze zaciśnięte, spierzchnięte od dymu fajki, którą palił z nabożną regularnością.
Ale wina nie dotykał. Wino było dla gości. Dla słabszych. Dla ludzi, którzy potrzebują czegoś, by się znieczulić.
Nie dyskutował z życzeniem ojca. Sięgnął po karafkę - ciężką, kryształową, zdobioną krawędzią w kształcie stylizowanych róż. Dopiero teraz zorientował się, że stała bliżej niego niż zwykle. To nie był przypadek. W pedantycznym świecie ojca nie było przypadków.
Palce musnęły uszko karafki, a wtedy ból przeszył go jak błyskawica.
To nie był krótki impuls. To nie było ostrzeżenie.
Cruciatus, tak czysty i wręcz… kliniczny w swojej precyzji, wbił się w jego ciało. Atak był niespodziewany. Kara wymierzona za grzech, którego Baldwin nie rozumiał. Mięśnie ramienia odmówiły posłuszeństwa na ułamek sekundy, gdy nieostrożnie pchnął palcami uszko naczynia. Karafka z winem zadygotała groźnie, ale się nie przewróciła.
To nie było nic nowego, bo choć ból był straszny… nie był czymś obcym. Marcus wychowywał go w ten sposób latami przy cichym przyzwoleniu i aprobacie swojej żony.
- Użyj magii.- Głos ojca nie podniósł się ani o pół tonu. Marcus nie potrzebował krzyku. W tym domu nikt nigdy nie krzyczał.
Baldwin siedział nieruchomo, jeszcze drżący po Cruciatusie, zaciskając palce na obrusie; mnąc wyprasowany materiał w akcie buntu.
- Powiedziałem…
- Nie mogę. Jest prawie pełnia.- Warknął, wreszcie podnosząc oczy na ojca.- Wiesz Ojcze, że nie mogę!
To był błąd. Ale Baldwin swój błąd zrozumiał o wiele zbyt poźno. Kolejna wiązka zaklęcia ciśnięta w jego stronę, niemal zrzuciła go z krzesła.
Tym razem ból był gorszy. Przypominał palenie w żyłach; tysiące igiełek wbijanych w ciało i umysł. Czuł je pod paznokciami, pod powiekami. Nie było ucieczki przed falą cierpienia. Ta magia nie uderzała, ona po prostu spalała. Powoli i dokładnie, z okrutną świadomością, że znajdzie drogę do każdego zakamarka ciała.
Zaklęcie ustało z tą samą elegancją, z jaką zostało rzucone. Jakby Marcus przeciął niewidzialny sznur i uznał, że pierworodnemu już wystarczy.
Baldwin oddychał głośno. Ciało wciąż drżało, przecinane kolejnymi skurczami. Cisza po Cruciatusie była jeszcze bardziej nieznośna niż pamięć bólu.
Pierdolony spektakl poniżenia.
- Baldwinie.- Marcus odłożył różdżkę na blat stołu. Splótł dłonie razem. Wpatrywał się w syna z tą niemal profesorską konsternacją i ciekawością. Ile jeszcze zniesie. Jak blisko jest, żeby go złamać jak małą gałązkę.- jak śmiesz nazywać się moim synem, gdy jesteś równie bezwartościowy, co oni.- Machnął lekko ręką, wskazując na skuloną pod ścianę służbę. - Możesz odejść od stołu.
Baldwin podniósł się powoli. Resztki zaklęcia wciąż krążyły w jego żyłach. Nie pytał. Nie dyskutował. Nawet nie spojrzał w stronę matki. Przyjdzie czas na wyrzucenie jej, że sama tego przecież chciała. Kazała mu. Nie patrzył też na Calanthe. Po prostu ukłonił się ojcu i wymaszerował z jadalni.
Nogi same zaprowadziły go do własnego pokoju. Nie chciał jeszcze wracać do Necronomiconu. Nie chciał się z tego tłumaczyć i opowiadać Lorraine o kolacji. Przetrwał ją. To było najważniejsze.
Dziecięcy pokój Baldwina… nigdy nie był dziecięcy. Nie. To słowo wyjątkowo nie pasowało do opisu pomieszczenia, którego próg przekroczył, zapalając kolejnego papierosa. Miał gdzieś złość ojca. Miał w dupie popiół spadający na ciemną, drewnianą posadzkę. Jak będzie chciał to zgasi peta o blat drogiego sekretarzyka.
Podszedł do łóżka na którym leżały dwa prezenty. Oczywiście. Ojciec wyprosił go z jadalni, ale nie mógł się powstrzymać przed ofiarowaniem mu prezentu. Podniósł ze złością opasły tom świeżo wydanej ojcowskiej “Liturgii Krwi”. Przekartkował go. Pogłębiona analiza rytuałów z okresu przed cywilizacyjnego. Kolorowymi zakładkami i tuszem zaznaczono wszystkie zaklęcia nekromanckie stosowane przez kapłanów ,przytoczone tylko w celach informacyjnych. Oczywiście. Matka ofiarowała mu… dokładnie to czego się spodziewał. Naprawioną sukienkę Lorraine, spakowaną w szary papier. Dobre. Nie chciał od niej nic więcej. Westchnął cicho. Musiał stąd się wynieść. Jak najszybciej.
Dopiero po chwili usłyszał szmer. Cichy, nienachalny.
Znajomy.
Charłaczka stanęła w progu, skulona, z dłońmi splecionymi przed sobą. Jej blizna - ta na górnej wardze - odcinała się na chorobliwie białej skórze, Nie było go przy tym jak ojciec odebrał jej mowę i język. Jak wiązał jej duszę wieczystymi przysięgami. Jak stała się kolejnym elementem upiornej kolekcji. Pamiętał za to coś gorszego. Pamiętał dokładnie moment, w którym owinął jej włosy wokół palców, kiedy wepchnął ją do swojej sypialni, pijany gniewem i złością na świat. Pamiętał jej miękką skórę pod swoimi palcami. Smak. Zapach. Ale nie dźwięk. Bo przecież nie mogła krzyczeć.
- Niepotrzebnie tu przyszłaś.- Powiedział spokojnie, wsuwając między wargi kolejnego papierosa. Poprzedniego zgasił na jakimś porcelanowym, ręcznie malowanym spodeczku. Służąca pokręciła powoli głową. Wiedział co ma na myśli - to nie ona decydowała, gdzie ma teraz być. Prychnął. Wrócił do przeglądania porzuconych na biurku listów. Kilka zleceń. Te wsunął do kieszeni szaty. Pozostałe koperty spalił bez otwierania.
Dziewczyna nadal stała w swoim miejscu przy drzwiach. Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się, wpadając w ścianę. Więc zrobił kolejny. I jeszcze jeden. Przechylił głowę.
Jej uroda nie miała w sobie nic z salonowej doskonałości – była cicha, subtelna w sposób, który kazał cały czas patrzeć. Dopiero, gdy zdołano uchwycić jej wiecznie przerażone spojrzenie, dało się zauważyć, że rysy jej twarzy są zbyt delikatne jak na kogoś, kto całe życie pracował. Zbyt arystokratyczne. Włosy - jasne, złamane kolorem starego złota trzymała spięte w ciasny kok. Dokładnie tak jak życzyła sobie tego Viseny’a. Oczy miała piękne. Pamiętał je oczy, tak jasne, przywodzące na myśl zimowe poranki. Drobne, nierówne usteczka, jakby natura zechciała uczynić je ślicznymi, ale Malfoy miał inne plany. Tak podobne… Jej podobieństwo do Calanthe nie było próbą naśladowania panienki. Nie. Było okrutnym zrządzeniem losu.
Była krucha. Tak cudownie krucha.
- Jeśli chcesz, mogę cię stąd zabrać.- Powiedział nagle. Jego dłoń powędrowałą do szyi służącej. Zaczęła się trząść jeszcze bardziej, ale nieszczególnie go to przejęło. Przesunął palce na jej żuchwę. Na policzek. Czekając aż oprze o niego głowę jak dobrze wyszkolona suka. Zrobiła to moment później, wciąż patrząc na niego tymi smutnymi oczami. Ale zmarszczyła brwi. Nie w złości - na to jej nie było stać, ale w czystym zdziwieniu.
- Wiem, że tu nie ma dla ciebie nic poza bólem i pracą. Ojciec cię nie wypuści, póki nie zdechniesz. A kiedy to się stanie nakarmi tobą psy. Tyle jesteś dla niego warta.- Przesunął czule po jasnym policzku dziewczyny, ścierając świeże łzy.- Nie mogę cię zabrać w dobre miejsce.
Zaciągnął się dymem papierosowym nie pozwalając mu jeszcze uciec spomiędzy zębów. Zamiast tego nachylił się nad służącą palcem zmuszając ją do rozchylenia warg. Nie ucałował jej. Brzydził się jej dotykiem nie mniej niż ona jego. Ale gęsty dym wypełnił usta charłaczki, która nieprzyzwyczajona, rozkaszlała się. Przez moment nawet zrobiło mu się jej żal.
- Mogę cię zabrać do mojej galerii sztuki. Jest głęboko pod ziemią, Pod kostką brukową Londynu. Już nigdy nie zobaczysz tego domu, ogrodów czy światła słońca. - Wykrzywił usta w czymś, co mogło przypominać uśmiech, gdyby było się choć trochę starał.- Ale już nigdy nie zobaczysz mojego ojca i matki.- Wreszcie ją puścił. Odsunął się. Dał jej przestrzeń do oddychania.
Niedopalony papieros wylądował na spodeczku. Wsunął ręce do kieszeni. Po chuj on się w ogóle odzywał.
- Niektórzy mówią, że to najpiękniejsze miejsce na świecie. Że sztuka tam żyje… To nieprawda. Tu wszyscy są kurwa martwi, jak sztuka mogłaby więc żyć?!- Warknął sam do siebie. Dziewczyna patrzyła na niego z ostrożnością zwierzęcia, które nie rozumie słów, ale rozumie ton kłusownika.
- Jeśli cię tam wezmę, uwolnisz się od mojego ojca. Ale nie ode mnie. Nie od świata pełnego cierpienia, krwi i gwałtu, bo w Eurydyce nie obowiązują zasady, które znasz. Tam nikt się nie będzie zastanawiał czy wypada cię wziąć na zapleczu czy nie. Nikt nie przestanie tylko dlatego, że zaczęłaś krwawić lub płakać.
Sięgnął po ułożone na łóżku prezenty. Chociaż czy prezentem można nazwać sukienkę, którą opłacił krwią i poniżeniem? Pokręcił głową. Nieważne. Wracanie tu było błędem.
Charłaczka opuściła wzrok. Tym razem nie z lęku, a pokory. Z tej dziwnej lojalności, która rodzi się u ludzi, którym nigdy nie pozwolono mieć własnej woli.
- Nie wezmę od ciebie knuta. Co twoje będzie twoje. Nie wyrzucę cię na bruk. Nie sprzedam nikomu. - Obiecał jeszcze, mijając ją w drzwiach. Gdy tylko je otworzył, z oddali rozległ się dźwięk srebrnego dzwoneczka. - Idziesz, Ophelio?
Służąca nie zastanawiała się dłużej. Chwyciła go rozpaczliwie za przedramię i pozwoliła się wyprowadzić z rezydencji. Odwróciła się tylko raz, gdy dzwoneczek zadzwonił wprost z otwartego okna, by po raz ostatni spojrzeć na Viseny'ę.
A potem została wepchnięta do przywołanego magiautobusu, który zniknął z piskiem opon.
Gdyby dom mógł go nienawidzić tak, jak on nienawidził jego, posiadłość Malfoy’ów w Oxfordshire dawno już splunęłaby mu w twarz
A Baldwin wcale nie miałby jej tego za złe..
Błędny Rycerz wysadził go z hukiem godnym końca świata, nie wiekopomnego powrotu syna marnotrawnego w rodzinne strony. Fioletowy autobus zaskrzypiał, zakaszlał, kichnął kłębem czarnego dymu i niemal przejechał bezpańskiego kota, który z kocim wrzaskiem uciekł w krzaki. Przy okazji rozorał starannie ułożoną żwirową nawierzchnię.
Podjazd drżał oburzony - naprawdę drżał - drobne kamyczki próbowały wrócić na swoje pierwotne miejsca, ale bez przekonania, jakby nawet magia rezydencji była przytłoczona bezczelnością perełki magikomunikacji międzymiastowej.
Szalenie to stojącego na ostatnim stopniu Rycerza Baldwina rozbawiło. Machnął więc na pożegnanie Owen’owi i zeskoczył na dogorywającą drogę. Przy okazji wdeptał w nią niemal spalonego do końca papierosa. Szlug zasyczał pod odpowiednio wypastowanym butem panicza.
- Koronkowa robota.- Mruknął sam do siebie. Na podjeździe błyszczały dwie proste, długie bruzdy.
Błędny Rycerz zadudnił, syknął parą, i zniknął z trzaskiem, zostawiając tylko woń spalonego paliwa i hańbę na żwirze.
Baldwin nie patrzył na podjazd. Patrzył na miejsce, które kiedyś nazywał domem. Patrzył na nie tak jak się patrzy na martwego boga, którego świątynię kazano mu czcić.
Z zewnątrz posiadłość była niemal bluźnierczo piękna. Trzy kondygnacje jasnego kamienia importowanego bogowie wiedzą skąd, gładkiego jak kość wypluta przez morze. Okna - wysokie, starannie wymyte. Pnącza oplatały fasadę budynku, ale naiwnym było myślenie, że oddano naturze to co jej należne. Każda pojedyncza gałązka była ułożona ręką wprawnego ogrodnika, trochę jak staranna fryzura arystokratki debiutującej na balu. Nie było mowy o dzikich pędach, niesfornych listkach czy kolorowych kwiatach.
Ogród był zbrodnią przed naturze. Strzyżone żywopłoty, irracjonalnie zielone jak na porę roku, przypominały mu zawsze mityczny labirynt minotaura. Więzienie bez więźnia, bo potwór siedział w salonie paląc fajkę i debatując o czystości krwi. Rabaty z białymi różami pachniały mdło. Gdy przechodził obok uświadomił sobie, że tak właśnie pachniało jego dzieciństwo - rozpuszczonym w herbacie cukrem, różami i dobrze skrytą zgnilizną. Ostatni raz wspominał to całkiem niedawno. Sierpniowej nocy czytał Fridzie “Alicję w krainie czarów” - wytarganą na targu książkę, która pachniała znajomą starością papieru i kurzu. Przymknął oczy, by przez moment cieszyć się wspomnieniem; migoczącymi światłami Necronomiconu, chłodem Fridy, która siedziała wtulona w jego bok, mocząc mokrymi po kąpieli włosami jego koszulkę. Czytał opowieści powoli, wyraźnie, gdy ghoulka wodziła palcami po rycinach. Gdy dotarli do sceny, w której karty ze strachu przed królową malowały białe róże na czerwono, Frida wstrzymała oddech - ten dziwny, imitowany odruch, którego nauczyła się od swoich rodziców.
Wtuliła się mocniej, więc objął ją ostrożnie ramieniem, poprawiając ciepły koc.
Nie pytała dlaczego je malują. Może wiedziała. Może dla dziecięcego umysłu nie było w tym nic dziwnego. Ale tamtej nocy, Frida przypominała mu małą Alicję o wiele bardziej niż zwykle.
Róże w oxfordzkiej posiadłości były zawsze czerwone. Nie dlatego, że tak rosły, ale dlatego, że od pokoleń ktoś trzymał nad nimi pieczę jak nad kolejną częścią doskonale wyreżyserowanego spektaklu. Kiedy był mały, myślał, że taka ich uroda: ciężka, aksamitna czerwień, tak nasycona, że aż sztuczna. Dopiero znacznie później zrozumiał, że w tym ogrodzie nic nie rośnie samo. Tutaj wszystko było korygowane, przymuszane do kształtu i do barwy, która pasowała do rodzinnej legendy. A może raczej do fanaberii pani domu. Jakże zabawne, choć może bardziej żałosne, zdawało mu się to, że dopiero Frida przypomniała mu o bieli. Mała ghoulka patrzyła na ilustrację w książki, na te nieszczęsne, malowane w popłochu róże, z dziecięcym rozbawieniem, a Baldwin uświadomił sobie, że w jego życiu nie było niczego, co mogło pozostać niewinne. Prawie nic Szepnął do siebie, całując córkę w czubek głowy i przytulając ją do siebie odrobinę mocniej.
Tam gdzie się wychował, biel była kolorem błędu. Czymś, co należało natychmiast poprawić, zakryć. Przemalować. Choć ich włosy lśniły srebrem, dłonie zawsze pozostawały brudne od szkarłatu.
Gdy przekraczał bramę,, dom zawsze udawał, że się cieszy z powrotu panicza. Ścieżki same oczyszczały się ze spadających liści, lampiony zapalały się kolejno jak gwiazdy na prywatnym niebie Malfoy'ów, gargulce spoglądały z dachu jakoś tak łagodniej. W końcu było Mabon. Rodzinne święto wdzięczności za plony, jakby kiedykolwiek musieli o cokolwiek prosić bogów. Za cokolwiek ich dziękować.
Ich ziemia rodziła złoto, nie pszenicę.
W środku było jeszcze gorzej. Wpierw musiał minąć służącego - chłopaka może w jego wieku, charłaka Stał przy wejściu, w swojej wyblakłej, przydużej liberii. Wyprostowany, stanowił zaledwie element wyposażenia domu, z rękami skrytymi za plecami, w tym potulnym geście, którego człowiek uczy się wtedy, gdy całe życie jest chłostanym za to, że w ogóle istnieje. Baldwin znał jego imię. Może jako jedyny jeszcze je pamiętał, bo pamiętać musiał wszystko. W domu się go nie wymawiało. Po prostu przyzywano go dźwiękiem dzwoneczka, gdy był potrzebny.
Kolejny niechciany skandal kolejnego zacnego, wiekowego rodu. Kolejne dziecko, które nie miało prawa do magii, więc nie miało też prawa do życia.
Ukłonił się, gdy panicz przeszedł obok, ale nie odezwał się nawet słowem. Oczywiście. Nie mógł. Pozbawiono go języka, gdy tylko pojawił się w pańskich progach.
Marcus twierdził od lat, że cisza w domu jest jak fundament - jeśli w jednym miejscu zacznie pękać, zawali się cała konstrukcja. Mówił o tym spokojnie, wykładając teorię jak profesor, który tłumaczy studentom podstawy architektury sakralnej. Pęknięciami był bunt, płacz, błaganie o litość. Głos służby, gdy państwo domu słyszeć go nie chcieli. Trochę jak brud na śniegu, czy plama na perfekcyjnie odprasowanej firanie. Z tej całej filozofii ciszy powstała okrutna doktryna. Ojciec tak nienawidził charłaków, że zatrudniał ich zamiast skrzatów domowych. Skrzatów przynajmniej obowiązywała tradycja - stary kodeks, który nakazywał dbać o nie tak, jak dba się o srebra rodowe. Charłaków nie obejmował żaden spis, żadne prawo, żadna ochrona. Byli jak odpad magicznego świata, przyjęci pod skrzydła litościwego państwa. Ciężar zebrany z ramion przyjaciół. Odchowany. Przyuczony. Wytresowany. Marcus Malfoy uwielbiał bezkarność, która rodziła się z cudzego wstydu.
Baldwin nie patrzył na służącego. Nie przywitał się, nie odezwał do niego nawet słowem. Z czystej litości ignorował jego istnienie, tuż po tym jak rzucił mu swój płaszcz. W Oxfordzie cierpienie nie było już nawet tradycją. Było zwykłym wystrojem wnętrz.
- * Początek opisu kolacji * -
Żeby dostać się do jadalni musiał minąć ten jeden, konkretny korytarz. Wyłożony szkarłatnym dywanem, który tłumił każdy ruch. Z ciemną tapetą importowaną wprost z Indii na specjalne życzenie pani domu. Ciepło ognia, którym oświetlano tu drogę ginęło pośród ciężkich, atłasowych zasłon i arrasów.
Portrety rodziny śledziły go wzrokiem - rozpoznawał w nich własne kości policzkowe, tę samą biel włosów, ten sam chłód oczu. Nie patrzył na nie. Przecież wiedział co zobaczy, znał je od podszewki; każdą grudkę farby; każdą utkaną siateczkę wspomnień; skład każdego użytego odcienia farby. Sam je przecież namalował. Jedyne na świecie muzeum Baldwina Malfoy’a mieściło się w tym znienawidzonym korytarzu.
W końcu wszedł do jadalni. Pokój był długi, przeznaczony na znacznie większe zgromadzenia niż ich dzisiejsze. Ściany obito adamaszkiem, który w świetle świec wydawał się niemal czarny. Wzory - drobne, kunsztownie splecione niemal abstrakcyjnej motywy, układały się w coś, co przypominało runy. Materiał zmieniał się subtelnie, krok za krokiem, jakby żył.
Zaklęcia ochronne. - Przemknęło mu przez myśl, gdy powiódł wzrokiem po subtelnej łunie magii jaka biła od ścian domu.- Więc nawet ty się przeląkłeś.
Stół stanowił centralną część pomieszczenia. Długi, wykonany jak większość tutejszych mebli z hebanu afrykańskiego. Marcus siadał zawsze na jego krańcu, jak kapłan przed ołtarzem, za sobą mając tylko rozpalony kominek, który nadawał mu niemal boską formę. Jego krzesło miało wyższe oparcie, zdobione w motywy starych sakralnych symboli.
Baldwin powiódł spojrzeniem w stronę ojca i tak szybko jak złapał kontakt wzrokowy, tak szybko spuścił wzrok na ziemię. Ukłonił się. Zrobił to bezwiednie, ciało reagowało automatycznie, kierując się pamięcią mięśniową nie rozsądkiem.
Matka siedziała po prawej stronie ojca, odpowiednio daleko, a jednak wystarczająco blisko, by pokazać jak wygląda tutejsza hierarchia. Zapracowała na swoją pozycję w rodzinie rodząc dziedziców majątku w Oxfordzie. Wielu ludzi wierzyło, że Marcus ją zdominował. W końcu był od niej starszy, małżeństwo było zaaranżowane między rodami. Jak bardzo się mylili. Rodzice Baldwina żyli w przerażającej symbiozie ludzi, którzy znają swoje prawa i powinności.
Visenya była piękna. Włosy nosiła zawsze w nienagannych falach, jakby czas bał się ich dotknąć; twarz była gładka, sztywna, zaklęta w wypracowaną latami arystokratycznej samodyscypliny maskę. Zmierzyła syna ostrym spojrzeniem, próbując doszukać się w jego osobie najmniejszej skazy. Nie znalazła.
Baldwin nie był głupi. Zadbał, żeby jego szata, koszula, spodnie - wszystko to odprasowane i czyste. Budy wypastowane. Włosy odpowiednio przystrzyżone i błyszczące. Żeby przetrwać - naćpał się eliksirami energetycznymi i tabletkami na ból głowy. Wyglądał na chorego, jak w każdą pełnię, ale nie wyglądał nieprzyzwoicie.
Siostra siedziała już przy stole. Skulona, z dłońmi zaciśniętymi na kolanach. Milcząca jak wszystko w tym domu. Calanthe była jedyną osobą w domu, którą można było pomylić z duchem - i to nie dlatego, że była cicha, ale dlatego, że jej obecność miała w sobie coś nieludzkiego.
Zajął miejsce naprzeciwko niej, ale nie odważył się podnieść głowy. Po prostu utkwił wzrok w nieskazitelnie białym obrusie. Porcelanowa rodowa zastawa błyszczała wypolerowana tak by można było się przejrzeć.
Stół uginał się od tradycyjnych potraw, przeznaczony na o wiele większą grupę niż ich czwórka. Ale nie miało znaczenia, że nikt tego prawdopodobnie nie tknie. Tak nakazywała tradycja - tak więc robiono. Na samym środku stał pieczony bażant, wypatroszony i wypchany pomarańczami. Obok błyszczały marchewki w miodowej glazurze, cukinia zwinięta w perfekcyjne różyczki. Przed każdym nakryciem leżał półmisek z kremem dyniowym - mocnym i korzennym. Stały też maleńkie kuleczki truflowego puree, których smak był zbyt intensywny, zjeść więcej niż jedną.
Najbardziej przyciągała wzrok karafka rubinowego wina: ciężka, zdobiona, połyskująca jak naczynie rytualne.
Modlitwa wygłaszana przez Marcusa zawsze była modlitwą długą. Nie dlatego, że tak głęboko wierzył. Wiara była dla niego tylko kolejnym narzędziem kontroli nad swoimi dziećmi. Zaczynał zawsze od przodków, wyliczanych jeden po drugim niczym litanię. Potem przechodził do ofiar, które musieli ponieść dla powinności swojej krwi. Matka siedziała wyprostowana, wpatrując się w jeden, martwy punkt. Myślami była gdzieś daleko - nie chciał wiedzieć gdzie. Calante znieruchomiała, najwyraźniej bojąc się nawet oddychać. A on? Cóż mógł zrobić - po prostu słuchał. W tym domu nie przerywano modlitw.
Służbę senior domu wplatał w modlitwę równie zręcznie co inne swoje magirasistowskie poglądy. Nie wymawiał ich imion, bo imion nie mieli. Mówił o nich zawsze w liczbie mnogiej, jakby byli jedną masą. W jego ustach stawali się pojęciem abstrakcyjnym, zwykłym, interesującym błędem w księgach genealogicznych.
Służąca stojąca przy krześle pana domu z gorącym półmiskiem w dłoniach, drżała zamarła czekając aż Pan skończy.
- Niech będą jak cień u naszych stóp; bez imienia, bez głosu, bez historii...- Ciągnął swoje sadystyczne błogosławieństwo Marcus, gdy każda kolejna sekunda trzymania naczynia stawała się dla dziewczyny koszmarem. Nie upuściła go.- Chroń tę, która dziś stoi przy naszym stole, bo jej głos oddany w ofierze jest świadectwem, że milczenie jest pięknem, a posłuszeństwo - drogą ku czystości.
Na tym etapie pojedyncza łza spłynęła po policzku charłaczki, a jedzenie na stole zdążyło wystygnąć. Tylko talerz pozostawał niezmiennie gorący.
Przy stole się nie rozmawiało. Służba reagowała na zachcianki państwa prędzej niż ci zdążyli je wypowiedzieć, przywykła do takiego stanu rzeczy. Jedynymi dźwiękami było więc stukanie sztućców o porcelanę; odgłosy przełykania kolejnego kęsa czy łyku wody.
- Baldwinie podaj mi karafkę z winem.
Suchy ton ojca przeciął powietrze jak sztylet, wyrywając Baldwina z własnych myśli. Przez krótką, absurdalną chwilę zastanawiał się: Po co ojcu wino? Marcus Malfoy nie pił. Nigdy. Usta miał zawsze zaciśnięte, spierzchnięte od dymu fajki, którą palił z nabożną regularnością.
Ale wina nie dotykał. Wino było dla gości. Dla słabszych. Dla ludzi, którzy potrzebują czegoś, by się znieczulić.
Nie dyskutował z życzeniem ojca. Sięgnął po karafkę - ciężką, kryształową, zdobioną krawędzią w kształcie stylizowanych róż. Dopiero teraz zorientował się, że stała bliżej niego niż zwykle. To nie był przypadek. W pedantycznym świecie ojca nie było przypadków.
Palce musnęły uszko karafki, a wtedy ból przeszył go jak błyskawica.
To nie był krótki impuls. To nie było ostrzeżenie.
Cruciatus, tak czysty i wręcz… kliniczny w swojej precyzji, wbił się w jego ciało. Atak był niespodziewany. Kara wymierzona za grzech, którego Baldwin nie rozumiał. Mięśnie ramienia odmówiły posłuszeństwa na ułamek sekundy, gdy nieostrożnie pchnął palcami uszko naczynia. Karafka z winem zadygotała groźnie, ale się nie przewróciła.
To nie było nic nowego, bo choć ból był straszny… nie był czymś obcym. Marcus wychowywał go w ten sposób latami przy cichym przyzwoleniu i aprobacie swojej żony.
- Użyj magii.- Głos ojca nie podniósł się ani o pół tonu. Marcus nie potrzebował krzyku. W tym domu nikt nigdy nie krzyczał.
Baldwin siedział nieruchomo, jeszcze drżący po Cruciatusie, zaciskając palce na obrusie; mnąc wyprasowany materiał w akcie buntu.
- Powiedziałem…
- Nie mogę. Jest prawie pełnia.- Warknął, wreszcie podnosząc oczy na ojca.- Wiesz Ojcze, że nie mogę!
To był błąd. Ale Baldwin swój błąd zrozumiał o wiele zbyt poźno. Kolejna wiązka zaklęcia ciśnięta w jego stronę, niemal zrzuciła go z krzesła.
Tym razem ból był gorszy. Przypominał palenie w żyłach; tysiące igiełek wbijanych w ciało i umysł. Czuł je pod paznokciami, pod powiekami. Nie było ucieczki przed falą cierpienia. Ta magia nie uderzała, ona po prostu spalała. Powoli i dokładnie, z okrutną świadomością, że znajdzie drogę do każdego zakamarka ciała.
Zaklęcie ustało z tą samą elegancją, z jaką zostało rzucone. Jakby Marcus przeciął niewidzialny sznur i uznał, że pierworodnemu już wystarczy.
Baldwin oddychał głośno. Ciało wciąż drżało, przecinane kolejnymi skurczami. Cisza po Cruciatusie była jeszcze bardziej nieznośna niż pamięć bólu.
Pierdolony spektakl poniżenia.
- Baldwinie.- Marcus odłożył różdżkę na blat stołu. Splótł dłonie razem. Wpatrywał się w syna z tą niemal profesorską konsternacją i ciekawością. Ile jeszcze zniesie. Jak blisko jest, żeby go złamać jak małą gałązkę.- jak śmiesz nazywać się moim synem, gdy jesteś równie bezwartościowy, co oni.- Machnął lekko ręką, wskazując na skuloną pod ścianę służbę. - Możesz odejść od stołu.
Baldwin podniósł się powoli. Resztki zaklęcia wciąż krążyły w jego żyłach. Nie pytał. Nie dyskutował. Nawet nie spojrzał w stronę matki. Przyjdzie czas na wyrzucenie jej, że sama tego przecież chciała. Kazała mu. Nie patrzył też na Calanthe. Po prostu ukłonił się ojcu i wymaszerował z jadalni.
- * koniec opisu kolacji * -
Nogi same zaprowadziły go do własnego pokoju. Nie chciał jeszcze wracać do Necronomiconu. Nie chciał się z tego tłumaczyć i opowiadać Lorraine o kolacji. Przetrwał ją. To było najważniejsze.
Dziecięcy pokój Baldwina… nigdy nie był dziecięcy. Nie. To słowo wyjątkowo nie pasowało do opisu pomieszczenia, którego próg przekroczył, zapalając kolejnego papierosa. Miał gdzieś złość ojca. Miał w dupie popiół spadający na ciemną, drewnianą posadzkę. Jak będzie chciał to zgasi peta o blat drogiego sekretarzyka.
Podszedł do łóżka na którym leżały dwa prezenty. Oczywiście. Ojciec wyprosił go z jadalni, ale nie mógł się powstrzymać przed ofiarowaniem mu prezentu. Podniósł ze złością opasły tom świeżo wydanej ojcowskiej “Liturgii Krwi”. Przekartkował go. Pogłębiona analiza rytuałów z okresu przed cywilizacyjnego. Kolorowymi zakładkami i tuszem zaznaczono wszystkie zaklęcia nekromanckie stosowane przez kapłanów ,przytoczone tylko w celach informacyjnych. Oczywiście. Matka ofiarowała mu… dokładnie to czego się spodziewał. Naprawioną sukienkę Lorraine, spakowaną w szary papier. Dobre. Nie chciał od niej nic więcej. Westchnął cicho. Musiał stąd się wynieść. Jak najszybciej.
Dopiero po chwili usłyszał szmer. Cichy, nienachalny.
Znajomy.
Charłaczka stanęła w progu, skulona, z dłońmi splecionymi przed sobą. Jej blizna - ta na górnej wardze - odcinała się na chorobliwie białej skórze, Nie było go przy tym jak ojciec odebrał jej mowę i język. Jak wiązał jej duszę wieczystymi przysięgami. Jak stała się kolejnym elementem upiornej kolekcji. Pamiętał za to coś gorszego. Pamiętał dokładnie moment, w którym owinął jej włosy wokół palców, kiedy wepchnął ją do swojej sypialni, pijany gniewem i złością na świat. Pamiętał jej miękką skórę pod swoimi palcami. Smak. Zapach. Ale nie dźwięk. Bo przecież nie mogła krzyczeć.
- Niepotrzebnie tu przyszłaś.- Powiedział spokojnie, wsuwając między wargi kolejnego papierosa. Poprzedniego zgasił na jakimś porcelanowym, ręcznie malowanym spodeczku. Służąca pokręciła powoli głową. Wiedział co ma na myśli - to nie ona decydowała, gdzie ma teraz być. Prychnął. Wrócił do przeglądania porzuconych na biurku listów. Kilka zleceń. Te wsunął do kieszeni szaty. Pozostałe koperty spalił bez otwierania.
Dziewczyna nadal stała w swoim miejscu przy drzwiach. Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się, wpadając w ścianę. Więc zrobił kolejny. I jeszcze jeden. Przechylił głowę.
Jej uroda nie miała w sobie nic z salonowej doskonałości – była cicha, subtelna w sposób, który kazał cały czas patrzeć. Dopiero, gdy zdołano uchwycić jej wiecznie przerażone spojrzenie, dało się zauważyć, że rysy jej twarzy są zbyt delikatne jak na kogoś, kto całe życie pracował. Zbyt arystokratyczne. Włosy - jasne, złamane kolorem starego złota trzymała spięte w ciasny kok. Dokładnie tak jak życzyła sobie tego Viseny’a. Oczy miała piękne. Pamiętał je oczy, tak jasne, przywodzące na myśl zimowe poranki. Drobne, nierówne usteczka, jakby natura zechciała uczynić je ślicznymi, ale Malfoy miał inne plany. Tak podobne… Jej podobieństwo do Calanthe nie było próbą naśladowania panienki. Nie. Było okrutnym zrządzeniem losu.
Była krucha. Tak cudownie krucha.
- Jeśli chcesz, mogę cię stąd zabrać.- Powiedział nagle. Jego dłoń powędrowałą do szyi służącej. Zaczęła się trząść jeszcze bardziej, ale nieszczególnie go to przejęło. Przesunął palce na jej żuchwę. Na policzek. Czekając aż oprze o niego głowę jak dobrze wyszkolona suka. Zrobiła to moment później, wciąż patrząc na niego tymi smutnymi oczami. Ale zmarszczyła brwi. Nie w złości - na to jej nie było stać, ale w czystym zdziwieniu.
- Wiem, że tu nie ma dla ciebie nic poza bólem i pracą. Ojciec cię nie wypuści, póki nie zdechniesz. A kiedy to się stanie nakarmi tobą psy. Tyle jesteś dla niego warta.- Przesunął czule po jasnym policzku dziewczyny, ścierając świeże łzy.- Nie mogę cię zabrać w dobre miejsce.
Zaciągnął się dymem papierosowym nie pozwalając mu jeszcze uciec spomiędzy zębów. Zamiast tego nachylił się nad służącą palcem zmuszając ją do rozchylenia warg. Nie ucałował jej. Brzydził się jej dotykiem nie mniej niż ona jego. Ale gęsty dym wypełnił usta charłaczki, która nieprzyzwyczajona, rozkaszlała się. Przez moment nawet zrobiło mu się jej żal.
- Mogę cię zabrać do mojej galerii sztuki. Jest głęboko pod ziemią, Pod kostką brukową Londynu. Już nigdy nie zobaczysz tego domu, ogrodów czy światła słońca. - Wykrzywił usta w czymś, co mogło przypominać uśmiech, gdyby było się choć trochę starał.- Ale już nigdy nie zobaczysz mojego ojca i matki.- Wreszcie ją puścił. Odsunął się. Dał jej przestrzeń do oddychania.
Niedopalony papieros wylądował na spodeczku. Wsunął ręce do kieszeni. Po chuj on się w ogóle odzywał.
- Niektórzy mówią, że to najpiękniejsze miejsce na świecie. Że sztuka tam żyje… To nieprawda. Tu wszyscy są kurwa martwi, jak sztuka mogłaby więc żyć?!- Warknął sam do siebie. Dziewczyna patrzyła na niego z ostrożnością zwierzęcia, które nie rozumie słów, ale rozumie ton kłusownika.
- Jeśli cię tam wezmę, uwolnisz się od mojego ojca. Ale nie ode mnie. Nie od świata pełnego cierpienia, krwi i gwałtu, bo w Eurydyce nie obowiązują zasady, które znasz. Tam nikt się nie będzie zastanawiał czy wypada cię wziąć na zapleczu czy nie. Nikt nie przestanie tylko dlatego, że zaczęłaś krwawić lub płakać.
Sięgnął po ułożone na łóżku prezenty. Chociaż czy prezentem można nazwać sukienkę, którą opłacił krwią i poniżeniem? Pokręcił głową. Nieważne. Wracanie tu było błędem.
Charłaczka opuściła wzrok. Tym razem nie z lęku, a pokory. Z tej dziwnej lojalności, która rodzi się u ludzi, którym nigdy nie pozwolono mieć własnej woli.
- Nie wezmę od ciebie knuta. Co twoje będzie twoje. Nie wyrzucę cię na bruk. Nie sprzedam nikomu. - Obiecał jeszcze, mijając ją w drzwiach. Gdy tylko je otworzył, z oddali rozległ się dźwięk srebrnego dzwoneczka. - Idziesz, Ophelio?
Służąca nie zastanawiała się dłużej. Chwyciła go rozpaczliwie za przedramię i pozwoliła się wyprowadzić z rezydencji. Odwróciła się tylko raz, gdy dzwoneczek zadzwonił wprost z otwartego okna, by po raz ostatni spojrzeć na Viseny'ę.
A potem została wepchnięta do przywołanego magiautobusu, który zniknął z piskiem opon.
Koniec sesji