• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius

[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
09.12.2025, 01:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 11:01 przez Prudence Fenwick.)  

Nie było to najlepsze Yule w jej życiu. Przywykła raczej do tego, że gdy zbliżał się czas sabatu to pakowała swój kuferek i znikała za murami Hogwartu. Jej rodzina zawsze na nich czekała, na nią i Eliasa. Był to wyjątkowy czas, gdy mogli nacieszyć się swoją obecnością, kiedy nie musiała przejmować się tym, co działo się w szkole. Mogła odetchnąć, spotkać się z babcią, która znaczyła dla niej naprawdę wiele, mogła być sobą, co nie było wcale takie oczywiste. W Hogwarcie starała się trzymać w ryzach, zawsze prezentować odpowiedni poziom, bo tak wypadało, bo nie mogła do końca demonstrować tego, co kryło się pod maską, którą nosiła od lat. Tak było łatwiej, dzięki temu uzyskała coś na miarę spokoju, który jej pasował. Nie rzucała się w oczy, wtapiała się w tło, praktycznie zawsze.

To był pierwszy raz, kiedy została w tym okresie w Hogwarcie. Nie była w najlepszym nastroju, nie do końca jej się to podobało, Prudence lubiła rutynę, a rutyną było dla niej to, że spędzała święta w domu rodzinnym. Niestety ojciec został zaproszony na jakąś konferencję naukową w Alpach, na której musiał się pojawić, Penelope mu towarzyszyła, a więc ona i Elias musieli zostać w szkolę. Uważała to za fatalne, ale nie mogła przecież mieć pretensji do rodziców, bywały sytuacje, na które nie mieli wpływu i to właśnie była jedna z nich.

Matka oczywiście przygotowała im paczki, wysłała je z odpowiednim wyprzedzeniem, przez co Prue paradowała dzisiaj w swetrze, i szaliku przez nią zrobionym. Oczywiście, że był w granatowym kolorze, co zabawne, mama wydziergała jej na drutach na tym kobaltowo niebieskim swetrze wielkiego nietoperza, co mogło być zaskakujące, bo barwy były typowo krukońskie, jednak zwierzę zdecydowanie nie przypominało kruka. Został zrobiony specjalnie dla niej, Penelope wiedziała, że Prue lubi te zwierzęta.

Kolacja w Wielkiej Sali była wydarzeniem, które trudno było zapomnieć. Dyrektor postarał się o to, aby to miejsce było naprawdę wyjątkowe. Sufit mienił się chyba tysiącem gwiazd, po bokach zostały ustawione choinki - tak wiele, że Prue nie mogła ich zliczyć, w nozdrza uderzał ten specyficzny zapach drzew iglastych kojarzący się ze świętami, stoły były syto zastawione, tak, aby każdy mógł na nich znaleźć coś dla siebie. Niby nie było tak źle, a jednak nie była u siebie, nie była w domu, więc nie do końca cokolwiek było w stanie spowodować uśmiech na jej twarzy. Niby był tutaj jej brat, jednak siedział ze znajomymi, nie z nią, więc została pozostawiona sama sobie, było to pierwsze Yule, które wyglądało w ten sposób. Nie pocieszało jej to, że ten okołoyulowy okres wiązał się również z jej urodzinami, zazwyczaj spędzała je z rodzicami, tym razem to też miała przeżywać sama.

Śnieg sypał, nie prószył, sypał, przyglądała się wielkim oknom, przez które można było dostrzec to, co działo się na zewnątrz, ogromne płatki śniegu sypały się z nieba, gdyby spróbowała wyjść na zewnątrz, to pewnie w krótką chwilę zamieniłaby się w bałwana.

Kolacja powoli dobiegała końca, uczniowie zaczynali się rozchodzić w stronę swoich dormitoriów, nie do końca jej to odpowiadało, przywykła raczej do tego, że siedzieli do późnej nocy i rozmawiali. Nie zamierzała dzisiaj też szybko trafić do dormitorium, może jako prefektka powinna nieco się pilnować, ale był to idealny moment na to, by poszlajać się po zamku, był wyjątkowo pusty, nikt nie powinien jej zauważyć.

Za cel wędrówki obrała sobie wieżę astronomiczną, podejrzewała, że stamtąd będzie najlepszy widok na to, co działo się na zewnątrz, a chciała nieco wtopić się w tło, odetchnąć, popatrzeć na padający śnieg - nie mogła znaleźć lepszego miejsca, co najważniejsze powinno być puste, nikt nie będzie jej przeszkadzał. Jak sobie założyła tak też zrobiła, pokonała te wszystkie schody, co zajęło jej dość dużo czasu i wcale nie było takim prostym zadaniem, gdy znalazła się na miejscu mruknęła pod nosem. - No, nareszcie. - Nie była do końca przygotowana do tego aby wyjść na zewnątrz, jednak i ze środka był nie najgorszy widok, usiadła na szerokim parapecie, i spoglądała za okno, było ładnie, naprawdę ładnie, idealny świąteczny nastrój - szkoda tylko, że była tutaj sama.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
09.12.2025, 03:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 04:06 przez Benjy Fenwick.)  
Wielka Sala wyglądała tego wieczoru inaczej niż zwykle - nie przez czary, nie przez girlandy, nie przez świece, tylko przez to, że wszyscy siedzieli przy jednym stole - jednym, długim, ciągnącym się od drzwi aż pod podwyższenie, jakby ktoś nagle zdecydował, że przez kilka godzin nie obowiązują domy, kolory, podziały. Siedziałem z chłopakami mniej więcej pośrodku, w idealnym miejscu, by mieć oko na wszystko, chociaż w większości skupialiśmy się na jedzeniu. Śmialiśmy się głośniej, niż pozwalały na to zasady, ale nikt nas nie uciszał, nawet profesorowie byli dziś jakby bardziej miękcy. Talerze i półmiski same się napełniały, pieczenie pachniały tłuszczem i ziołami, a słodkie rzeczy - cynamonem, miodem i czymś jeszcze, ostrym, zimowym. Śnieg sypał za oknami tak gęsto, że chwilami miałem wrażenie, iż ktoś próbował zasypać Hogwart od zewnątrz, cegła po cegle, płatek po płatku.
Patrzyłem na to znad talerza, na którym od dobrego kwadransa toczyła się nierówna walka między mną a trzecią dokładką pieczonej kaczki - przegrywałem spektakularnie i byłem z tego powodu absolutnie szczęśliwy. Byłem w cholernie dobrym humorze, takim głupim, lekkim, niespodziewanym, ale uzasadnionym - w końcu zostałem tu na święta, korzystając z tego, że ojciec i matka wyjechali w Alpy, nie postanawiając zabrać nas ze sobą, byśmy czekali na nich po konferencji, na szczęście. Dzięki temu byłem tutaj, w zamku, z kumplami. Śmiałem się szczerze, głośno, bardzo swobodnie, nawet nie próbowałem udawać cynika - nie miałem takiej potrzeby, nie tutaj, nie w takim dniu. Ktoś rzucił suchym dowcipem, ktoś inny prawie się zakrztusił dyniowym napojem, ktoś naprzeciwko spytał mnie o powód mojej nagłej wesołości, a ja tylko wzruszyłem ramionami, z pełnymi ustami, bo właśnie kończyłem coś, co było połączeniem pieczonej gruszki i alkoholu, którego na pewno nie powinno tu być, bo sami go przemyciliśmy.
Odchrząknąłem i odruchowo spojrzałem w kierunku, w którym nie powinienem patrzeć i prawie natychmiast zbeształem się w myślach, jakbym został złapany na czymś głupim. Wbiłem widelec w pieczone ziemniaki z większą siłą, niż było trzeba, odruchowo wracając do rozmowy. Minęło kilka minut, może mniej, może więcej - znów zerknąłem, tym razem bardziej ukradkiem, tylko kątem oka. Włos spadł jej na policzek i poprawiła go tym jednym, szybkim ruchem, który od razu wydał mi się zbyt znajomy, chociaż przecież nie miałem prawa go znać. Złapałem się na tym, natychmiast, więc odwróciłem wzrok, wracając do rozmowy, za szybko coś komentując, jakbym próbował zagadać własną głowę. Przez chwilę było dobrze, prawie zapomniałem, prawie.
Kolacja zbliżała się jednak do końca szybciej, niż bym chciał - talerze znikały, pojawiały się deserowe półmiski, świeczki wypalały się coraz niżej, a rozmowy zaczęły cichnąć w ten charakterystyczny sposób, który oznaczał jedno - zaraz każą nam się rozejść. Ktoś jęknął teatralnie, ktoś inny przeciągnął się z udawanym dramatyzmem, głosy oddalały się jeden po drugim, krzesła przesuwały się po kamiennej posadzce z tym charakterystycznym dźwiękiem, profesorowie zaczęli wstawać.
Wyszedłem z Wielkiej Sali wolniej, niż planowałem, na długo po reszcie, wykręcając się potrzebą skończenia tej nieszczęsnej kaczki. Kiedy wreszcie opuściłem pomieszczenie, echo moich kroków niosło się dalej, niż powinno, bo korytarze były już puste - tym razem jednak stawiałem stopy ciężej niż kiedykolwiek w domu, zaznaczałem swoją obecność, nie próbowałem przemykać się ukradkiem, nie miałem takiej potrzeby, nawet jeśli bezszelestne chodzenie weszło mi już w krew i zazwyczaj nawet o tym nie myślałem.
Nie chciałem jeszcze wracać do dormitorium, ruszyłem więc przed siebie powoli, pozwalając, żeby kroki same wybrały kierunek. Wszędzie, byle nie na dwór, bo gdzieś daleko za murami śnieg dalej sypał bez końca, więc pewnie szybko pożałowałbym tej decyzji. Odbiłem więc w stronę schodów prowadzących na wieżę astronomiczną - była najbliższa kompromisowi pomiędzy tym, co w środku, a co na zewnątrz - można tam było swobodnie zapalić, obserwując widok za oknami i delektując się spokojem chwili - to było miejsce idealne, szczególnie że o tej porze roku „normalnym” uczniom nie chciało się walczyć z wyziębioną klatką schodową i nieprzyjaznymi, kamiennymi stopniami. Pchnąłem drzwi i wszedłem na korytarz prowadzący do schodów, gdzie chłód przywitał mnie niemal namacalnie - światło pochodni o jasnych, zaczarowanych płomieniach poruszanych wiatrem falowało na kamieniach, a zamek oddychał cicho swoim nocnym rytmem.
Nie spodziewałem się nikogo na górze, o tej porze wieża bywała pusta, a świąteczny wieczór oznaczał zwykle dokładnie zero chętnych do dodatkowego wychładzania się na przeciągach. A jednak…
Przez sekundę miałem ochotę wycofać się bez słowa - nie dlatego, że jej unikałem, tylko… Cóż. Ona nigdy nie była „kimś przypadkowym”, my nigdy nie byliśmy „neutralni”, a tego wieczoru naprawdę nie chciałem spędzać żonglując jadowitymi słowami. Zanim jednak zdążyłem się odwrócić, zrobiła minimalny ruch głową, taki, który mówił jasno, że mnie zauważyła - to musiały być te pieprzone ciężkie kroki, po cholerę mi one były? - za późno na udawanie, że jestem duchem.
Wszedłem do środka, zaskakująco pewnie siebie jak na kogoś w czapce z rogami renifera - wyniku przegranego zakładu - która powinna być zakazana dla osób „mojego statusu” podczas „poważnego święta”, ale dla mnie wyglądała całkiem zabawnie. Zatrzymałem się kilka kroków od parapetu, starając się wyglądać, jakbym miał absolutnie genialny powód, by tu być, mimo że jedynym powodem była nuda i fakt, że moje nogi lubiły wysokości. Za oknem wszystko było białe, rozmyte, miękkie, Hogwart wyglądał stąd jak ilustracja z książki dla dzieci, a nie twierdza pełna zakamarków, sekretów i ludzi takich jak my, jak ja. Przez wysokie, wąskie szyby widać było zasypany dziedziniec, dachy przysypane bielą, latarnie rozmyte przez gęsty, miękki opad. Śnieg leciał spokojnie, bez mocnych podmuchów wiatru, jakby ktoś sypał go z góry garściami, cierpliwie, metodycznie. Cały świat wyglądał jak zaczarowany model pod szkłem. Było ładnie, naprawdę ładnie - to był ten rodzaj ładnego, który trafiał człowieka znienacka i na moment odbierał mu potrzebę mówienia czegokolwiek sensownego.
- Hej, Pruey… - Zacząłem jednak, zaskakująco… Miękko, jak na kogoś, kto od kilku lat nazywał ją w każdy inny możliwy sposób, tylko nie w taki. Najwidoczniej święta miały na mnie druzgocący wpływ. Granatowy sweter Prudence, ręcznie robiony, z nietoperzem na piersi odcinał się od jasności śniegu za oknem. Głupie zwierzę na świąteczny wieczór, a jednak… Jednocześnie pasował do niej tak bezczelnie dobrze, że przez sekundę poczułem ukłucie irytacji bez wyraźnego powodu, które zaraz zmieniło się w coś bardziej nieokreślonego, ani złego, ani dobrego.
- Wieża astronomiczna to raczej kiepskie miejsce na obserwację… - Rzuciłem, zanim zdążyłem powstrzymać język. Brzmiałem jak idiota, zorientowałem się dokładnie w tej samej sekundzie, w której rogi na czapce zachybotały mi nad czołem, jakby chciały potwierdzić diagnozę. Może nie byłem reniferem, ale z pewnością byłem baranem. - Mogłaś wybrać strych, ten nad biblioteką. - Uśmiechnąłem się krzywo, wskazując brodą na jej sweter. - Nietoperze tu nie mieszkają, wiesz? - Palnąłem, brzmiąc jak ktoś, kto właśnie próbował być mądrzejszy, a wyszło, jak zwykle, odwrotnie. - Za zimno. Albo… Nie wiem, może są na urlopie świątecznym. Sabat, rodzina, takie rzeczy. Coś, czego najwyraźniej nie ma połowa naszych nauczycieli, skoro siedzą tu z nami i udają, że nie są schlani. - Słowa zabrzmiały idiotycznie nawet dla mnie, ale miałem dobry humor, a ona wyglądała tak spokojnie, że nie chciałem tego zepsuć czymś poważniejszym.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
09.12.2025, 12:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 11:01 przez Prudence Fenwick.)  

Parapet na którym siedziała był dosyć chłodny, nie przeszkadzało jej to zupełnie. Nie mogła sobie znaleźć lepszego miejsca, aby schować się przed światem. Widok zza wielkiego okna zapierał dech w piersi. Zamek wyglądał niesamowicie w takiej aranżacji. Ten śniego, który sypał z nieba powodował, że można było go wziąć za budowlę z jakiejś mugolskiej bajki. Gwiazdy odbijały się w śniegu, który sam już błyszczał z racji na niską temperaturę. Był to wcale nie taki najgorszy wieczór, nie kiedy można było go spędzić w ten sposób.

Nie potrzebowała towarzystwa, nigdy specjalnie o nie nie zabiegała, to nie leżało w jej naturze, może przez chwilę dzisiaj zazdrościła tym wszystkim, którzy mieli z kim się śmiać przy świątecznym stole, jednak to był tylko krótki moment, kiedy było jej nieco smutno z tego powodu. Potem wszystko wróciło do normy, samotność przestała jej ciążyć, znowu stała się wyborem na który się zdecydowała. No, może nie do końca zdecydowała, bo był jeden przypadek, który nadal spędzał jej sen z powiek, chociaż nie powinien, bo minęło już naprawdę wiele czasu. Powinna przywyknąć do tego, że tak już miało być, że tamte dwa lata, no może nieco więcej były tylko i wyłącznie nieporozumieniem. Nie umiała jednak tego zaakceptować, nie w pełni. Mimo, że udawała, że jej to nie rusza, to jednak nadal gdzieś w niej siedziało. Do tego dochodziło to, jak wyglądała ich aktualna relacja... nadal dziwnie na niego reagowała, mimo tego, że przy większości spotkań strzelali w siebie piorunami z oczu. Tak było jednak lepiej, powinno być lepiej, nie czuła się jednak z tym do końca dobrze.

Nie szukała brata, nie zamierzała mu przeszkadzać, wybrała więc wizytę w wieży astronomicznej, wydawało jej się, że to miejsce tego wieczoru wszyscy będą omijać szerokim łukiem, raczej nie było pierwszym wyborem do spędzania wolnego czasu, no i żeby się tutaj dostać potrzeba było odrobiny wysiłku, nie podejrzewała, że komukolwiek będzie się chciało pokonywać te wszystkie schody, wydawało jej się więc, że znalazła sobie całkiem bezpieczny azyl.

Właśnie dlatego też nie nasłuchiwała, nie skupiała się na dźwiękach dochodzących z zewnątrz, a na tym, co działo się za oknem. Wpatrywała się w płatki śniegu, które sypały się z nieba, spojrzenie nie drgnęło jej nawet na chwilę. Coś zaskrzypiało, zignorowała jednak ten dźwięk, zamek miał to do siebie, że często dochodziły z niego najróżniejsze odgłosy, żył swoim własnym życiem.

Po chwili dotarło do niej, że to nie było zwyczajne skrzypnięcie, to był odgłos zbliżających się kroków, uniosła głowę nieco do góry. Nie miała pojęcia, kogo tu przyniosło, naprawdę wydawało jej się, że nikt nie zapuści się tego wieczoru w te rejony, jak widać się myliła. Ciche westchnienie zupełnie mimowolnie opuściło jej usta, gdy zobaczyła znajomą twarz. Niekoniecznie chciała dzisiaj się nastraszać i obrastać w piórka, a przy nim było to od jakiegoś czasu konieczne, bo jedyne, czego mogła być pewna to to, że nie zmarnuje okazji, aby po raz kolejny jej dopiec.

Nie wycofał się jednak, kiedy ją zobaczył, spowodowało to, że Prue się wyprostowała, tyle, że kiedy się odezwał coś w niej zmiękło.

Nie nazywał jej tak od dawna, wpatrywała się w niego przez chwilę, nieco zdziwiona, nie mogła przewidzieć, co siedzi mu w głowie, na której swoją drogą miał jakąś dziwną czapkę, no nie do końca dziwną, typowo świąteczną z rogami renifera, wyglądał całkiem zabawnie, ale to niczego nie zmieniało. Powinna być czujna.

- Hej. - Nie odrywała od niego wzroku nawet na sekundę, głos jej zadrżał, kiedy się odezwała, tak właściwie to mogło być spowodowane również tym, że niezbyt z niego dzisiaj korzystała, tak to sobie tłumaczyła, bo praktycznie z nikim nie zamieniła słowa, nie reagowała w ten sposób na niego, a przynajmniej tak sobie wmawiała.

Uniosła pytająco brew, astronomiczna wieża była przecież najlepszym miejscem na obserwację, w całym zamku nie było innego, które pozwalałoby podziwiać to, co działo się na zewnątrz z takiej wysokości. Dopiero po chwili dotarło do niej, że sugerował, że przyszła tutaj podziwiać nietoperze.

- Tak, wszystkie nietoperze stąd spakowały się i wyleciały do ciepłych krajów na urlop świąteczny, aby nie daj Merlinie nie zmarznąć. - Odpowiedziała mu, nie przywykła do tego, aby rozmawiali ze sobą w podobnym tonie, raczej spodziewała się nadal jakiegoś ciosu, który miał dosięgnąć ją niespodziewanie.

- i nie ma lepszego miejsca na obserwację niż wieża astronomiczna, oczywiście, jeśli chce się obserwować coś innego od nietoperzy. - Dodała jeszcze spokojnie, nie tym swoim zwyczajowym chłodnym tonem.

- Podejrzewam, że nauczyciele nie mieli za bardzo wyboru, ktoś musiał tutaj zostać z tymi, którzy nie wrócili do domu. - Tu nieco spochmurniała, widać było, że Prudence zdecydowanie wolałaby być w tej chwili w Londynie. - Być może alkohol to jedyne, co pozwala im przetrwać z nami podczas tego czasu. - Wcale by jej to nie zdziwiło. Nie miała pojęcia, jak to wyglądało, czy mieli jakieś dyżury, kto danego roku musi zostać w Hogwarcie podczas świąt, czy faktycznie zgłaszali się ci, którzy nie mieli dokąd pójść.

- Czego tutaj szukasz? - Zapytała jeszcze nadal tym spokojnym tonem. Skoro znalazł się w wieży astronomicznej, podczas Yule, zamiast spędzać dalszą część wieczoru to musiał mieć ku temu jakiś powód. Ona szukała spokoju - nie znalazła go, zastanawiała się jednak dlaczego i on się tutaj znalazł. Wyglądał jakby był w wyśmienitym humorze.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
09.12.2025, 14:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 04:06 przez Benjy Fenwick.)  
Przez chwilę tylko stałem, patrząc na nią - na to, jak zmrużyła lekko oczy, jakby dopiero teraz docierało do niej, że te skrzypiące kroki naprawdę należały do kogoś, kogo znała. Jej westchnienie było ciche, ale wystarczające, bym zrozumiał, że zdecydowanie nie byłem tym widokiem, którego oczekiwała w świąteczny wieczór. Nic dziwnego,  odkąd pamiętałem - bujda - każde nasze spotkanie wymagało od niej bardzo konkretnego wachlarza reakcji, a ode mnie drobnego, bardziej lub mniej eleganckiego, kąśliwego komentarza na ich temat. Śnieg za oknem osiadał na szybie drobnymi gwiazdkami, a ja patrzyłem na Prudence, gdy odpowiadała mi z tą swoją ostrożną pewnością, jakby każde słowo, które wypuszczała, musiało przejść przez podwójny filtr podejrzeń. Może miała rację - zazwyczaj faktycznie byłem tym, który wbijał szpilki, kiedy tylko mógł, ale dzisiaj… Dzisiaj miałem czapkę z reniferowymi rogami i czułem się bardziej jak kretyn niż jak ktoś, kto knuje. Wmawiałem sobie, że to przez schody - strasznie wysokie, każdy krok to jak wejście na inny poziom kondycji fizycznej, więc byłem zbyt zmęczony na bycie wrednym, ale faktycznie… Nie chciałem się kłócić, nie dzisiaj.
- Tak, tak. - Mruknąłem, opierając się o kamienną ścianę przy oknie, na tyle blisko, aby móc kontynuować naszą rozmowę, na tyle daleko, by nie wchodzić Prue za bardzo w przestrzeń osobistą, nie chciałem, żeby uciekła jak ten wyimaginowany nietoperz przed mrozem. Tym bardziej, że nie była dla mnie miła, nie była dla mnie niemiła. Po prostu… Mówiła normalnie - może nawet lżej niż zazwyczaj. Ja też, co, szczerze mówiąc, trochę mnie zdezorientowało. - Widziałem całe ich stadko, jak pakowały walizki. Jeden nawet miał malutkie okularki przeciwsłoneczne. Rozważne stworzenia, nietoperze. Święta to dla nich poważna sprawa. - Ton miałem lekko ironiczny, ale nie uszczypliwy. Nie celowałem w nią, po prostu ta cała sytuacja była zbyt absurdalna, żeby nie próbować jej rozluźnić, zresztą wciąż byłem w świetnym nastroju. Yule, śnieg, reniferze rogi, nie dało się tego popsuć.
Przez chwilę tylko kątem oka patrzyłem, jak jej oddech poruszał delikatnie materiał swetra - nietoperz na jej piersi wyglądał, jakby naprawdę unosił skrzydła przy każdym wdechu. A to, co mówiła, to całe jej spokojne racjonalizowanie, że nauczyciele musieli tu zostać, więc może ratują się alkoholem, żeby nas znieść - sprawiło, że parsknąłem krótkim śmiechem.
- Nie, nie. - Przerwałem jej cicho, lekko kiwając głową, jakbym musiał odgonić ten tok myślenia. - To znaczy - tak, możesz mieć rację, nie, wiesz, kilka drinków to nic takiego, ale… Widziałaś Slughorna? - Spytałem trochę za bardzo porozumiewawczo. - Jeśli to jest standard opieki nad uczniami, to ja naprawdę czuję się bezpieczny. - Rogi renifera mi się zachybotały, gdy uniosłem brwi w udawanej powadze. - Jak tu szedłem - kontynuowałem, wskazując kciukiem za siebie - widziałem, jak próbował podrywać jedną z rzeźb. Tę marmurową nimfę z trzeciej wnęki na piątym piętrze. - Zniżyłem głos na szept konspiratora. - Jakiś śmieszek jej wcześniej założył świąteczną pelerynę. Slughorn był zachwycony, najwyraźniej uznał ją za nową nauczycielkę, teraz pomyśl. To jest profesor, który ma nas „pilnować”, żebyśmy się nie zabili w święta. Serio, czuję się bezpieczniej niż kiedykolwiek. - Wywróciłem lekko oczami, ale ton miałem ciepły, miękki, nie kąśliwy, nawet mnie to zdziwiło. Nie mogłem się powstrzymać od lekkiego uśmiechu. - To nie alkohol pomaga im przetrwać. To alkohol sprawia, że my przetrwamy ich. - To zabrzmiało bardziej przyjacielsko, niż powinno, ale miałem dobry humor, a ona wyglądała jak ktoś, kto mógłby go zrujnować, ale wyjątkowo nie próbowała, ja też nie - reguła wzajemności czy coś na tej zasadzie.
- Spokoju? - Powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej ukradkowo, bardziej pewnie, niż miałem prawo. Słowa wyszły ze mnie odruchowo, bez kalkulacji, zorientowałem się dopiero, gdy już wisiały w powietrzu. Za późno, żeby je cofnąć, za późno, żeby udawać, że miały być jadowite. Przez chwilę wydawało mi się nawet, że rozmawiamy jak ludzie, a nie jak dwa pojedyncze fronty wojenne, które nigdy nie zdecydowały, o co właściwie toczą bitwę. - A może… Po prostu skręciłem nie tam, gdzie trzeba, i wylądowałem tutaj. Czasem tak jest. Zamek prowadzi, gdzie chce. - Odchrząknąłem i podniosłem jedną brew. - A ty? Oprócz monitorowania migracji nietoperzy rzecz jasna. - Nie było w tym jadu, co najwyżej trochę zaczepnego humoru.
Prue patrzyła na mnie uważnie, z tą swoją ostrożną, ale nie wrogą czujnością, a ja tylko poprawiłem głupkowate rogi na czapce i stanąłem tak, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie - być tu, z nią, tej nocy i rozmawiać, jak ludzie. Przez sekundę patrzyłem na nią w półmroku, na śnieg odbijający się w szybie obok niej, na nietoperza na jej swetrze -  siedzącego dumnie jak godło. Prudence wyglądała, jakby wciąż czekała na ukryty cios, na jakąś moją złośliwość, ale tym razem żadnej nie miałem w zanadrzu. Może to zasługa czapki, ciężko być draniem w czapce z rogami.
- Słuchaj… - Wyprostowałem się, ton wrócił do normalności, jakbyśmy mówili o czymś najbardziej oczywistym na świecie. - Jeśli sobie tego życzysz, mogę stąd iść. - Wskazałem rogiem czapki na drzwi prowadzące na schody. - Nazwij to „prezentem świątecznym”. - Zerknąłem na nią z lekkim przekrzywieniem głowy i wzruszyłem ramionami, lekko, jakby to nie było nic wielkiego.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
10.12.2025, 01:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 11:01 przez Prudence Fenwick.)  

Nie uciekła, kiedy go zobaczyła, nie udawała, że wcale jej tu nie ma. Spoglądała na niego, nie mogła odwrócić wzroku, bo miał na głowie tę śmieszną czapkę z rogami, które dyndały na różne strony. Trudno jej się było skupić na czymś innym, ta czapka skutecznie odwracała jej uwagę od tego, co działo się wokół.

Oparł się o ścianę, zachowywał jednak odpowiedni dystans, aby nie znaleźć się zbyt blisko, próbował chyba być dzisiaj w stosunku do niej całkiem neutralny, nawet to w jaki sposób zaczął tę rozmowę... najwyraźniej i Rookwood w Yule zaczynał mówić ludzkim głosem, no tego się nie spodziewała - wcale, bo przecież nie miała szansy poznać tej jego bardziej człowieczej strony.

- Nawet nietoperze mają swoje tradycje. Ciekawe kiedy wrócą, być może tak im się spodoba na tym urlopie, że postanowią zostać, nie dziwiłoby mnie to wcale, ta pogoda na pewno je niepokoi. - Mogły sobie odmrozić te malutkie łapki, czy pyszczki, lepiej dla nich, aby zostały na dłużej tam, gdzie teraz świeciło słońce. Nie, żeby sama Prue za nim tęskniła, nie zdążyła jeszcze w pełni nacieszyć się zimą, a lubiła ją bardzo, nie bez powodu znalazła się przecież w tej chwili właśnie tutaj, chciała pooglądać śnieg spadający z nieba i to, co robił z krajobrazem.

Nie odbierała jego słów jako złośliwości, brakowało w nich tego specyficznego tonu, który znała, do którego przywykła, to w jaki sposób mówił teraz różniło się od tego, w jaki sposób zwracał się do niej od kilku lat, był bardziej neutralny, chyba nie chciał za bardzo zajść jej za skórę, to była nowość. Nie przestawała jednak czuwać, musiała być gotowa na wszystko.

Zaśmiał się, krótko, ale się zaśmiał i nie śmiał się w tej chwili z niej. Wpatrywała się w niego nadal, nie spuszczając wzroku, czekała na jakąś konkluzję.

- Widziałam go, jak dolewał sobie wina w Wielkiej Sali. - i to było na tyle, nie zwróciła później uwagi na profesora od eliksirów, Loys chyba jednak miał szansę to zrobić. Zaczął tę swoją opowieść. Skupiła się na tym, co mówił, słuchała go uważnie, ciekawa tego, co spotkało go po drodze.

- Tak właściwie, to nie ma mu się co dziwić, pewnie poczuł się samotnie w tę noc, szukał towarzystwa, trochę gorzej, że pomylił rzeźbę z człowiekiem... - To zdecydowanie nie świadczyło najlepiej o stanie Slughorna. - Patrząc na to ile wina w siebie wlał, to chyba jakiś cud, że jeszcze sam szedł, wiesz. - Postanowiła dołączyć do tej delikatnej nagonki na profesora. - Skoro tak mówisz, nie znam się specjalnie na tym, jak działa alkohol, ani komu pomaga. - Wzruszyła jedynie ramionami, bo jej doświadczenie w tej dziedzinie było naprawdę znikome. - Jestem ciekawa, czy pojawi się na śniadaniu. - Z tego, co słyszała jeśli ktoś przesadzał z trunkami, to na drugi dzień miał problem, aby wstać z łóżka. To nie tak, że Prudence nie znała smaku alkoholu, podczas wakacji zdarzało jej się próbować coś z barku rodziców, ale były to raczej bardzo drobne ilości, po to, aby zapoznać się z tym, po co często sięgali dorośli.

- Hmm. - Wymsknęło jej się, kiedy wspomniał o tym, że szuka spokoju. Raczej nie wydawało jej się, aby go potrzebował, widziała przecież jak wyglądało jego ostatnie kilka lat podczas nauki w Hogwarcie, ciągle otaczał się wianuszkiem znajomych, być może jednak był z nią szczery, nie wyglądał jakby kłamał.

- To prawda, zamek czasem sam decyduje o tym, gdzie nas nogi poniosą. - Ruchome schody lubiły płatać figle, nigdy nie można było być do końca pewnym na którym piętrze się wyląduje.

- Lubię tu siedzieć, stąd jest najlepszy widok na błonia i na zamek, a taki ośnieżony wygląda jak z bajki. No i lubię śnieg, ale za bardzo sypie, żeby wyjść na zewnątrz. - Powiedziała cicho, może nie powinna się do tego przed nim przyznawać, ale skoro i on postanowił być z nią szczery, a przynajmniej tak się jej wydawało, to nie zamierzała wymyślać czegoś na poczekaniu, zresztą i tak na pewno wiedziałby, że skłamała, zawsze to widział, potrafił ją czytać, jak nikt inny.

- Nie musisz iść, jak chcesz możesz zostać, jest tu wystarczająco miejsca dla naszej dwójki. - Odezwała się po krótkiej chwili. Mogłaby powiedzieć, żeby sobie poszedł, mogła to zrobić, ale dziwił ją ten jego neutralny ton, ta chwilowa zmiana nastawienia, kiedy był taki jak teraz, nie miała nic przeciwko jego towarzystwu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
10.12.2025, 04:28  ✶  
Prudence spoglądała na mnie tak, jakby pierwszy raz słyszała coś ludzkiego z moich ust, a przecież oboje wiedzieliśmy, że nie było tak zawsze. Nie ufała mi - to było jasne, ale coś w moim tonie, może w tym, że tym razem niczego nie ostrzyłem, sprawiło, że nie podniosła tarczy w pełni. Patrzyła prosto na mnie. A raczej… Najpierw na moją czapkę, dopiero potem na całą resztę, nic dziwnego - te cholerne rogi kołysały się przy każdym moim oddechu jak dwie nietrzymające pionu anteny. Zabawne, jak śmieszny dodatek potrafił rozbroić sytuację bardziej niż wszystkie moje zaczepki przez kilka ostatnich lat - tak, w końcu nie zawsze stawałem z nią oko w oko ze złymi intencjami, czasami to napiecie eskalowało nagle i nieprzewidzianie, nawet jeśli zamiary miałem względnie neutralne.
Oparłem się wygodnie o kamień, zostawiając między nami ten neutralny, uprzejmy dystans, jakiego nigdy wcześniej chyba nie mieliśmy - jasne, stawaliśmy i siadaliśmy w oddali, ale wymuszenie, nie tak naturalnie, gdyby ktoś nam się przyglądał z boku, pomyślałby pewnie, że jesteśmy… No, normalnymi ludźmi prowadzącymi normalną rozmowę, nie przeciwnikami w niekończącej się wojnie na drobne cięcia i sarkazm. Delikatne wzruszenia ramion, spokojna tonacja - jakby pierwszy raz od dawna nie próbowała ustawić między nami kolczastej granicy.
Jej odpowiedź na moją zaczepkę o nietoperzach - te małe łapki, pyszczki, zmartwione pogodą - to nie był żart, którego bym się po niej spodziewał, delikatna, urocza wyobraźnia wychylająca się spomiędzy zwyczajowego zbrojnego pancerza. To mnie trochę zaskoczyło, pozytywnie, choć nie przyznałbym tego na głos. Zerknąłem na nią kątem oka - to drobne spojrzenie, to drgnięcie ust - nie, nie kpiła, to nie było nasze zwykłe „uderz-pierwszy-albo-zginiesz”. Reakcja Prue na moje słowa była… Inna. Uczciwa? Ostrożna, ale nie napięta, to sprawiło, że uśmiechnąłem się, lekko, krótko.
- Tak, obawiam się, że jeśli posmakują słońca, to już ich nie zobaczymy. - Mruknąłem, kiwając głową z udawaną powagą znawcy migracji nietoperzy. Przez sekundę zastanawiałem się, czy właśnie rozmawiałem z Prudence o wakacyjnych planach nietoperzy. I czy to… Działało. Wyglądało, że tak.
Zaśmiałem się cicho, zupełnie odruchowo, gdy zaczęliśmy rozmawiać o Slughornie, o winie, o cudzie, że jeszcze chodził. Prudence weszła w to, weszła płynnie, prawie lekko - mówiła o profesorze jak ktoś, kto wcale nie bał się, że ja zaraz znajdę miejsce, by ją ugryźć słowem. To było… Nowe, dziwne, ale miłe.
- „Poczuł się samotnie” to wyjątkowo życzliwa interpretacja tego, jak obściskiwał marmurową kobietę. Samotność samotnością, ale jednak flirtowanie ze statuą ubraną w cudzą pelerynę to już wyższy poziom desperacji. Mówił do niej „pani najłagodniejsza”. Do rzeźby, która nie ma części twarzy, bo ktoś jej kiedyś ukruszył nos. - Odparłem, kręcąc głową. Wyobrażenie tego znowu przetoczyło mi się przez głowę i parsknąłem krótkim śmiechem. Krótkim, ale prawdziwym. Dziwnie było śmiać się przy Prudence bez złośliwości w tle, dziwnie… I wcale nie tak źle. - Ale fakt, to cud, że w ogóle szedł. Idąc za nim, zastanawiałem się, czy nie powinienem rzucić jakiegoś protego przy każdej kolumnie, żeby sobie łba nie rozwalił. - Prychnąłem cicho, wywracając oczami, bo bycie takim altruistą raczej nie było w moim stylu, szczególnie że nie byłem nauczycielskim protektorem, przepraszam, prefektem.
Następne słowa Prue zaskoczyły mnie ponownie - wzruszyła ramionami, mówiąc, że nie zna się na alkoholu, to zabrzmiało aż podejrzanie szczerze. Spojrzałem na nią z ukosa.
- Nie martw się - wygiąłem lekko usta - znanie się na alkoholu to żadna niezbędna umiejętność. - To zabrzmiało trochę zbyt szczerze, więc dodałem. - O ile nie jesteś kimś istotnym. Wszyscy ważni się na tym znają. - Okej, to zabrzmiało nie tak, mimo tonu, więc zaraz wróciłem do Slughorna. - Nie pojawi się na śniadaniu, na obiedzie pewnie też nie, podejrzewam, że nie zobaczymy go aż do kolacji, jeśli nie wcale. - Uniosłem brew, Slughorn był idealnym opiekunem.
Nie wiedziałem, kiedy zorientowałem się, że patrzyłem na nią dłużej, niż powinienem - może wtedy, kiedy po moim „szukam spokoju” wydała z siebie to ciche „hmm”, jakby próbowała zrozumieć, gdzie w tej opowieści jest haczyk.
Zabawne, ona naprawdę nie wierzyła, że czasem mogłem chcieć po prostu… Odetchnąć. Słuchałem jej dalej - o zamku, śniegu, o tym, jak to miejsce wygląda jak z bajki. Mówiła cicho, ale wcale nie nieśmiało - raczej tak, jakby dopuszczała mnie do czegoś, co zwykle trzymała dla siebie. Jej szczerość dziwnie mi się spodobała, zaskakujące, biorąc pod uwagę, że nie przywykliśmy do takich rozmów, ten czas był już dawno za nami. Starałem się trzymać dystans, nie ten chłodny, jaki między nami zwykle bywał, tylko taki… No. Ludzki. Wyjątkowo Yule robiło ze mnie człowieka - co za niespodzianka. Podążyłem za jej spojrzeniem i parsknąłem cicho.
- Wiesz… - Zacząłem, z tym tonem „mówię coś głupiego, ale mówię to w dobrej wierze”. - Jeśli teraz byś wyszła, to te zaspy są takie, że… No, nie przesadzając… - Zrobiłem gest dłonią, jakbym próbował pokazać wysokość czegoś absurdalnie dużego. - Znaleźliby cię dopiero na wiosnę. Może w marcu. Albo w kwietniu. Całkiem ładnie zachowaną, jak okaz z muzeum historii naturalnej. - Spojrzałem na nią, unosząc brew. - Wyobrażasz to sobie? - Dodałem półszeptem, z rozbawieniem. - Dyrektor ogłasza - „drodzy uczniowie, odnaleziono Prudence Bletchley. Była metr pod śniegiem. Wygląda całkiem dobrze, biorąc pod uwagę, że spędziła tam trzy miesiące”. - Wzruszyłem ramionami, teatralnie. - Musiałbym kombinować, jak cię odkopać, bo oczywiście wszyscy zwaliliby winę na mnie, skoro ostatni cię widziałem. - Teraz spojrzałem prosto na nią - nie zaczepnie, nie złośliwie, po prostu z lekkością, której wcześniej między nami nie było. Uśmiechnąłem się krótko. Rogi na mojej czapce dyndały jak dwie smętne dekoracje, które kompletnie nie pasowały do mojej reputacji. Patrzyłem na nią chwilę dłużej, chyba ponownie zbyt długą, mimochodem wypowiadając propozycję zniknięcia, i dopiero jej następne słowa wyrwały mnie z zamyślenia. Zaskoczyła mnie, tak bardzo, że rogi na mojej czapie zadygotały, kiedy odchyliłem głowę, próbując zrozumieć, czy naprawdę to usłyszałem. Odsunąłem się od ściany tylko po to, by podejść bliżej parapetu - powoli, jakbym sprawdzał, czy to zaproszenie nie jest iluzją, którą zaraz odwoła. Usiadłem powoli na drugim końcu parapetu -  bokiem na skraju, podciągając jedno kolano, czapka przekrzywiła się groteskowo - wciąż zostawiając między nami przestrzeń, która już nie wydawała się nieprzekraczalna - nie za blisko, nie za daleko. Tyle, by dzieliło nas około trzydzieści centymetrów i dość ciepła, byśmy oboje czuli jego obecność. Ściana za moimi plecami była zimna, ale powietrze wokół niej… Nie.
- No. - Mruknąłem, poprawiając idiotyczne, odświętne nakrycie głowy. - Jeśli nietoperze zrobiły sobie wolne, to faktycznie szkoda byłoby siedzieć tu samemu i czekać, aż wrócą. - Mówiąc to, spojrzałem przez okno na białą ścianę śniegu. Powiedziałem to lekko, ale była w tym też prawda, której nie wypowiedziałem na głos - nie chciałem iść, nie, gdy pierwszy raz od dawna naprawdę dobrze nam się rozmawiało.
Nie wiedziałem, ile tak siedzieliśmy w milczeniu. To mogło być trzydzieści sekund albo trzydzieści minut. Zamek potrafił robić takie sztuczki - rozciągał czas, kiedy chciał, zwijał go jak pergamin, kiedy mu się nudziło. W każdym razie… Ciche siedzenie obok Prudence nie było niewygodne, nie było napięte, po prostu istniało, jakby ta wieża została zaprojektowana dokładnie pod ten moment - jeden jedyny, zanim wszystko wróci do normy. Śnieg za oknem zasnuwał świat tak gęsto, że wszystko wydawało się odległe o setki kilometrów. Co jakiś czas tylko słyszałem, jak czapka na mojej głowie delikatnie szura o kamień, kiedy zmieniałem pozycję.
W końcu, nie myśląc zbyt długo, sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki - tak, kurtki - skórzanej, ciemnej, wygodnej, tej, którą wolałem o wiele bardziej niż tę odświętną marynarkę w kolorze burgundu, którą podobno powinienem był założyć na kolację. „Bo wypada” - jasne, wypadało ją powiesić z powrotem do szafy i udać, że nigdy jej nie widziałem. Wyciągnąłem z kieszeni niewielką butelkę otuloną skórą, tak ciemnobrązową, że prawie stapiała się z moim rękawem - ręczna robota, całkiem ładna. Zerknąłem na Prue kątem oka, sprawdzając, czy patrzy, jakby to miało ukryć wszystko, czego nie powinienem robić w tej wieży, w obecności dziewczyny, która słyszała o alkoholu tylko w teorii. Nie patrzyła akurat na mnie - bardziej na śnieg - więc odkręciłem korek szybkim, wprawnym ruchem i uniosłem butelkę do ust.
- Sok dyniowy. - Oznajmiłem najspokojniejszym tonem, jaki potrafiłem z siebie wydobyć - lakonicznie, kulturalnie. Łyk. Ciepło spłynęło przez gardło w sposób, który zdecydowanie nie był zwykłym sokiem dyniowym. - Najbardziej świąteczny z napojów. - Dodałem jeszcze, opierając się z powrotem o ścianę przy parapecie, odchylając głowę i zamykając na sekundę oczy, kiedy słodko-ostry posmak osiadł mi na języku. Ująłem butelkę mocniej palcami, trzymając ją nonszalancko na udzie. Odwróciłem się w stronę okna na moment, ale tylko po to, żeby ukryć to minimalne, zdradliwe rozbawienie, które wkradło mi się na usta.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
10.12.2025, 12:17  ✶  

Nie mogła tak od razu pozwolić sobie na to, żeby przestać być czujną w jego towarzystwie. Jasne, zmiana w jego zachowaniu była widoczna, dało się ją wyczuć i w tonie głosu i w tym, co do niej mówił, to jednak nie znaczyło wcale, że miało się to utrzymać jakoś długo. Nigdy nie wiadomo, kiedy znowu go czymś rozjuszy, albo co będzie mogło spowodować, że wrócą do tych normalnych stosunków. Próbowała więc się dostosować, nie zamierzała burczeć na niego w święta, ale pozostawała ostrożna.

Nie odrywała od niego wzroku, co nie powinno go dziwić, bo te reniferowe rogi całkiem śmiesznie dyndały mu na czubku głowy, poruszały się na różne strony, kiedy coś mówił, trudno było jej się skupić na czymś innym, co ciekawe, wcale nie uważała, że wyglądał głupio, to było nawet całkiem urocze... Nie powinna tak myśleć, przygryzła dolną wargę, kiedy się na tym złapała. Aloysius nie był uroczy! Szkoda tylko, że trudno było jej się pozbyć tej myśli, mimo, że naprawdę próbowała.

- Może jakaś nowa rodzina nietoperzy postanowi się tu wprowadzić, do kolejnego Yule, wtedy również wyruszą na urlop i będziemy musieli czekać na kolejną. - Kontynuowała temat, bardzo lekko, jakby rozmawiali o najbardziej oczywistej rzeczy na świecie. Nie czuła, że się zbłaźni, chociaż przecież to o czym mówili było naprawdę absurdalne, czasem jednak dobrze było oderwać się od faktów. Kiedyś często rozmawiali w ten sposób, dobrze było do tego wrócić. Powoli, bardzo powoli przestawała się pilnować, nadal mogła się wydawać nieco spięta, ale nie prostowała się już tak wyraźnie, jakby czekała na atak i musiała go odeprzeć.

- Może zapomniał okularów, czy coś? - Nie, żeby Horacy nosił okulary na co dzień, może jednak miał jakieś problemy ze wzrokiem, o których nikomu nie wspominał. - Chociaż nie wiem, czy okulary są potrzebne do tego, aby dostrzec różnicę między pomnikiem, a żywym człowiekiem. - No, kamień był kamieniem, nawet jeśli wyrzeźbiono z niego coś, co miało przypominać ludzką istotę. Chyba nie istniało żadne logiczne wytłumaczenie, które pozwoliłoby wyjść z tej sytuacji profesorowi z twarzą.

- Opiekowałbyś się profesorem? Niesamowite, że w ogóle przeszło Ci to przez myśl. - Raczej miała go za obojętnego co do tego, co działo się wokół niego. Jasne, nie zrobił tego, ale jeśli faktycznie się nad tym zastanawiał? Była naprawdę zdziwiona jego zachowaniem.

- Jeśli jednak rozwaliłby sobie łeb, to może by się czegoś nauczył? - Na przykład tego, że nie powinien się upijać podczas kolacji, chociaż czy byłoby to odpowiednią nauczką? Raczej nie wydawało jej się, często nawet jeśli sparzyło się dość mocno to nadal chciało się podejść bliżej ognia. Tak jak ona miała z Aloysius'em. Niby wiedziała, że to tylko kwestia czasu, kiedy znowu w nią uderzy, ale nie miała nic przeciwko temu, żeby znajdować się tak blisko niego i prowadzić z nim tę konwersację.

Prudence nie była duszą towarzystwa, nie popełniała raczej tych typowych błędów z których rodzice nie byli dumni, bo nie widziała takiej potrzeby. Zresztą co to za przyjemność upijać się w samotności? Ominęły ją więc póki co podobne doświadczenia. Znała smak alkoholu, ale nie wiedziała co to znaczy się upić, czy doprowadzić do stanu nieważkości.

Zmrużyła oczy, kiedy usłyszała jego kolejną odpowiedź. No jasne, że nie była to niezbędna umiejętność, wręcz przeciwnie, ta dalsza część wypowiedzi spowodowała, że na chwilę na jej twarzy pojawił się grymas, no jasne, wszyscy ważni się na tym znali, a ona nie była ważna, ani nie miała być ważna, więc nie musiała zagłębiać się w ten temat. Proste. Nie powiedział tego jednak tym tonem, którym zazwyczaj ją obrażał, być może więc po prostu dość niefortunnie złożył słowa. - Tak, wszyscy ważni się na tym znają i lubią go pić. - Dodała jedynie od siebie.

- Będą krążyć opowieści o tajemniczym zniknięciu profesora Slughorna i mało kto będzie wiedział, co się z nim stało, pewnie nikt nie wpadnie na to, że po prostu się nawalił i musi to odespać. - Nie wydawało jej się, aby większość uczniów zwróciła uwagę na to, jak wlewał w siebie wino przy stole, byli zbyt zajęci rozmowami, a jak wiadomo takie zniknięcie zawsze powodowało plotki.

Powiedziała mu dlaczego się tutaj znalazła po tym, jak wspomniał jej, że sam szuka dzisiaj spokoju. Otworzyła się przed nim, jak na nich dość mocno. Nie robili tego od lat. Zresztą to mogło być trochę głupie, to całe gadanie o śniegu, o tym, że lubiła go oglądać, że nikt jej tutaj nie mógł przeszkodzić, ale nie zamilkła, chciała się tym z nim podzielić, więc mówiła.

Nie skomentował tego, nie nabijał się z niej, co utwierdziło ją w tym, że faktycznie w Yule Rookwood robił się nieco bardziej ludzki, trochę nawet przypominał jej tego Wish'a którego tak lubiła. Może i trzymali dystans, znajdowali się w odpowiedniej odległości, aby nie zaburzyć dynamiki, jednak trochę wzięło ją na wspomnienia.

- To byłoby niezłe, chyba nawet jeszcze nikt wcześniej nie zakończył tutaj swojego żywota w zaspie śnieżnej, mogłabym być fajnym duchem, o którym krążyłoby wiele opowieści. - To na pewno lepsze, niż śmierć w łazience - nie umniejszając Marcie. - Na pewno byś sobie poradził z odkopaniem mnie, Ty zawsze przecież znajdujesz jakieś rozwiązanie. - Wymsknęło jej się, ale taka była prawda, co by się nie działo, to radził sobie ze wszystkim, nie brakowało mu odwagi, nie pozwalał, aby coś go przygniotło, otrzepywał się i szedł dalej. Zazdrościła mu tego. - Chociaż zniknięcie nie byłoby takie najgorsze. - Oczywiście, że ta opcja wydawała jej się być bardzo atrakcyjna, Prue lubiła niknąć, chować się, trzy miesiące pod grubą warstwą śniegu nie brzmiały najgorzej.

Zaproponowała mu, żeby został. Nie zastanawiała się nad tym jakoś specjalnie, był to jeden z naprawdę rzadkich dni, kiedy zachowywali się w stosunku do siebie całkiem neutralnie. Magia świąt, czy coś, warto było skorzystać z okazji, zresztą Prue nie lubiła spędzać świąt w samotności, nawet jego towarzystwo było lepsze od siedzienia tu w pojedynkę.

Usiadł na drugim końcu parapetu, robił to ostrożnie, jakby obawiał się, że może zmienić zdanie, nie zrobiłą tego jednak, przyglądała się znowu tym jego reniferzym rogom, które poruszały się przy jego najdrobniejszym ruchu.

- Tak, zostałeś właśnie mianowany zastępstwem za nietoperze, to bardzo ważna rola. - Nie, żeby faktycznie kiedykolwiek tutaj jakieś spotykała, ale skoro takie były ich wewnętrzne ustalenia, to się tego trzymała.

Przeniosła wzrok ponownie za okno. Przyglądała się pojedynczym płatkom śniegu, które sypały się z nieba. Okolica wyglądała naprawdę malowniczo, nie odzywała się przy tym ani słowem. Nie zawsze trzeba było coś mówić, kiedyś, kiedy potrafili ze sobą rozmawiać, umieli również milczeć w swoim towarzystwie. Teraz również ta cisza nie była problemem, czy ciężarem, wydawała się całkiem naturalna.

Poruszył się, co spowodowało, że ponownie na niego spojrzała. Nie miała pojęcia, czego szukał w tej swojej kurtce, była tego oczywiście ciekawa, więc czekała, aż znajdzie to, czego potrzebował.

Widziałą butelkę, nie wzbudziło w niej to jednak żadnych pytań, butelka jak butelka, pewnie zabrał ją z Wielkiej Sali, czy coś.

- Lubię sok dyniowy. - Powiedziała cicho, obserwując go, kiedy upijał niewielki łyk z butelki. - Zabrałeś go ze sobą po kolacji? - Dopytała jeszcze, sama nie pomyślała o tym, żeby coś stamtąd wynieść - a szkoda.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
10.12.2025, 17:24  ✶  
Prudence spoglądała na mnie tak uważnie, że miałem wrażenie, iż każde drgnięcie moich głupich reniferzych rogów rejestrowała z precyzją astronoma prowadzącego obserwację gwiazd, a chociaż powinienem czuć się przez to trochę wystawiony na widok publiczny, to… Nie czułem. A właściwie - czułem coś zupełnie innego,  zaskakująco przyjemnego. Im dłużej mówiła, tym bardziej czułem… Coś dziwnego pod skórą, czego nie potrafiłem nazwać - trochę znajomego, trochę obcego, jakby wracało do nas echo dawnych rozmów, tych sprzed lat, gdy jeszcze nie byliśmy dla siebie polem minowym. Słuchałem jej, jakby to było czymś oczywistym, chociaż przecież od dawna nie było. Patrzyła na mnie - albo na rogi mojej czapki - z tą mieszaniną ostrożności i czegoś miękkiego, co pewnie sama próbowała ukryć. Widziałem to jej napięcie, tak cienkie jak struna, gotowe zadrżeć, jeśli tylko powiem jedno słowo nie tak - zabawne, bo byłem w naprawdę dobrym nastroju i nawet nie miałem ochoty wbijać jej żadnych szpilek. Yule robiło ze mnie… Dziwnie znośnego człowieka - może to czapka z rogami, może śnieg, może to, jak wyglądała w tym swetrze, a może już trochę przemyconego tu i ówdzie alkoholu rozluźniającego obyczaje. Udawałem, że nie widzę, jak przygryzła wargę, jakby właśnie złapała się na czymś, czego absolutnie nie chciała przyznać nawet przed samą sobą, ale w rzeczywistości ja też rejestrowałem zdecydowanie zbyt wiele detali.
Rogi drżały rytmicznie przy każdym moim najmniejszym ruchu, trochę idiotycznie, ale… Cóż, najwyraźniej działały, bo nie mogła od nich oderwać wzroku. I dobrze, o wiele łatwiej było ją obserwować, kiedy była zajęta obserwowaniem czegoś innego. To było miłe, zbyt miłe, jak na kogoś, komu rzekomo lubiłem robić na złość. Rozmawialiśmy swobodnie o głupotach, jakby to była sprawa najwyższej wagi, faktycznie, przez chwilę słuchałem jej o możliwej „nowej rodzinie nietoperzy” z takim skupieniem, jakbyśmy mieli właśnie ustalać menu dla dyplomatycznego bankietu. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, nie zrobiłem tego, ale ciało samo chciało, te jej oczy i spojrzenie zahaczające o każdy ruch mojej głowy… Mogłem prawie zobaczyć, jak w środku trzyma rękę na mentalnym hamulcu, gotowa zatrzymać się w pół kroku, jeśli powiem coś, co zwróci nas w stronę starej wojny, ale nie robiłem nic takiego, chyba właśnie to ją najbardziej dezorientowało, sprawiając, że odpuszczała.
Może to był mój ton głosu…
A może to były rogi.
Prawdopodobnie rogi.
Rozmawialiśmy o nietoperzach tak lekko, tak… Normalnie, jak dawniej, kiedy potrafiliśmy mówić o absolutnych głupotach, traktując je jak teorię naukową. Kącik moich ust uniósł się nieco mocniej, kiedy zobaczyłem, że ona naprawdę z lekkością kontynuuje tę absurdalną rozmowę. To… Było jak powrót do czegoś, co myślałem, że dawno już zdechło w jakimś zakurzonym kącie naszej znajomości. Nie zachowywałem się jak Aloysius Rookwood, wiedziałem o tym, czułem to - to była ta starsza, zapomniana wersja mnie - głupi, uśmiechnięty, lojalny ponad wszystko chłopak, który kiedyś chodził za nią krok w krok, pilnował, czy nie poślizgnie się przed szatnią Quidditcha, który obiecał, że zawsze będzie obok, żeby nie upadła. I cholera… Coś we mnie tęskniło za tamtym mną, ale nie mogłem się rozkleić. To nadal byłem ja. Tylko… W Yule, jedyne poza domem, odrobinę rozbrojony, może już ciut wstawiony - to pewnie przez to i przez doskonały humor, jaki dziś miałem.
Prudence mówiła dalej, płynnie, lekko, jak kiedyś. Temat nietoperzy pociągnęła z taką naturalnością, że aż parsknąłem cicho, patrząc z boku.
- Jeśli nowa rodzina nietoperzy miałaby się tu wprowadzić - powiedziałem, kręcąc lekko głową, aż rogi mojej czapki zadygotały z entuzjazmem całkowicie niewspółmiernym do mojej mimiki - to wyobrażam sobie, że najpierw przybijaliby sobie nowe mebelki do sufitu, bo mieliby gust sprzeczny z poprzednimi lokatorami. Wiesz, takie miniaturowe szafki, krzesełka, mały fotel. - Zrobiłem gest dłonią, jakbym coś wbijał niewidzialnym młotkiem. - „Pani Nietoperz, proszę trzymać, jeszcze trzy gwoździki i stolik będzie wisiał prosto”. I oczywiście kłócilibyśmy się z nimi o wolne terminy na obserwację gwiazd. „Przepraszam, panie Nietoperzu Seniorze, mamy zajęcia, może pan zdjąć tę szafę z teleskopu?” - Brzmiałem dokładnie jak chłopak, który kiedyś chodził z nią po błoniach i opowiadał niestworzone historie o duchach, żeby tylko usłyszeć jej śmiech - ten, którego potem zakopałem gdzieś głęboko, bo życie Rookwoodów nie przewidywało miejsca na takie rzeczy jak „przyjacielskie obietnice”. Przynajmniej dopóki nie dodałem czegoś, czego tamten dzieciak nigdy by nie powiedział. - I oczywiście wybiorą najbardziej skrzypiącą belkę na sypialnię, żebyśmy mieli klimatyczne tło dźwiękowe - A ten ja uśmiechnął się pod nosem, unosząc brwi.
Potem mówiła o Slughornie, o okularach, o tym, że kamień to jednak nie człowiek. A ja prawie się zakrztusiłem powietrzem, kiedy padło pytanie o opiekę nad profesorem. Zerknąłem na nią powoli, teatralnie, jej zdziwienie - to szczere, prawdziwe - kiedy zasugerowała, że mógłbym się wykazać aż tak dużą empatycznością, naprawdę mnie rozbroiło. Na Merlina, nawet nie wiem, kiedy ostatnio rozmawialiśmy tak lekko. Prawdopodobnie w czasach, kiedy byliśmy młodsi i mniej… Pokiereszowani. Ja na pewno.
- Ja? Opiekuńczy? Merlinie, błagam, nie psuj mi reputacji. - Zakpiłem lekko, ale spokojnie, jakby to wcale nie było groźne terytorium. - Nie przesadzaj. - Mruknąłem, przeciągając słowa w udawanej irytacji. Patrzyłem na nią, jakby właśnie powiedziała, że poważnie rozważa karierę w cyrku. - Pruey… Ja mam swoje granice empatii. Bardzo elastyczne i nikt nigdy do końca nie wie, gdzie się znajdują, ale jednak granice. - Uniosłem dwa palce. - Rozważyłem. To już był duży gest z mojej strony. Taka… Dwusekundowa refleksja. Tylko teoretyczna. - To było głupie, ale dokładnie tak naturalne, jakbyśmy nigdy nie przestali mówić podobnych rzeczy.
- Zapomniał okularów… Jasne. Albo zgubił wzrok gdzieś po drodze. Nie jestem pewien, czy jego mózg też nie został na jednym z tych stopni, zanim zaczął podrywać kamienną damę. -  Mruknąłem.
Kiedy przytaknęła, że „wszyscy ważni znają się na alkoholu”, zauważyłem grymas, który przemknął jej po twarzy, taki ledwo dostrzegalny, ale jednak obecny. I z tego, co zrozumiałem… Moje słowa trafiły w coś, czego nie chciałem dotknąć. Przeniosła wzrok na śnieg, nie gniewała się, ale ja poczułem potrzebę doprecyzowania. Popełniłem drobny błąd - powiedziałem coś, co mogło brzmieć jak wbijanie szpilki, chociaż tym razem wcale nie miałem takiego zamiaru. Uniósłem ręce w obronnym geście.
- Nie o to chodziło, przepraszam. - Powiedziałem szybciej, niż planowałem. Sam nie wiedziałem, czemu to powiedziałem, ale powiedziałem.
A kiedy dodała o rozwaleniu sobie łba… Zaśmiałem się, szczerze.
- Tak, może by się czegoś nauczył, ale wątpię. Faceci w tym wieku zwykle uczą się tylko nazw trunków, których jeszcze nie próbowali.
A potem przyszło to, czego nie spodziewałem się po niej nigdy - mówiła o śniegu, o tym, że lubi tu siedzieć, o widoku, o ciszy. Mówiła tak, jakby naprawdę nie bała się, że użyję tego przeciwko niej, jakby zapomniała, że jestem kim jestem. Patrzyłem na nią chwilę w milczeniu, był w niej wtedy ktoś, kogo znałem kiedyś bardzo dobrze. Patrzyła na mnie nieustannie, jakby próbowała prześwietlić mnie na wylot, ale w jej spojrzeniu nie było tego ostrza, które zwykle trzymała w gotowości, odsunęła je na bok - tak, jak ja odsunąłem własne, zupełnie bez walki.
A gdy dodała „ty zawsze przecież znajdujesz jakieś rozwiązanie”, nie powiedziała tego z kpiną, nie powiedziała tego, żeby mnie szturchnąć w ego, powiedziała to tak, jak mówiła dawniej - cholera, nie pamiętałem już, jak bardzo… Jak bardzo lubiłem, kiedy tak mówiła.
Zawsze.
Zawsze.
Cholera.
To słowo przeszło przez mój kręgosłup jak coś znajomego i dawno zapomnianego. Obiecałem jej kiedyś „zawsze”, wielokrotnie, nawet wtedy przed szatnią do Quidditcha, gdy trzymałem jej łokieć, żeby nie poślizgnęła się na oblodzonej ścieżce. Obiecałem, że będę obok, zanim w ogóle wiedziałem, co to „obok” powinno znaczyć. Głupia sprawa, naiwna, dziecinna - nie powinna nic znaczyć. I nie znaczyła - prawda?
Jej żart o duchu - i o tym, że poradziłbym sobie z odkopaniem jej spod śniegu - trafił w miejsce, którego chyba nie powinna była dotykać, bo wywołał we mnie coś, czego nie znałem, coś jak ciepło, nie cierpiałem tego uczucia, ale nie mogłem się go pozbyć, złapało mnie to zupełnie nieprzygotowanego.
- Jasne, że bym cię odkopał. - Odparłem, jakby to była najoczywistsza rzecz świata. - Nawet gdybyś była metr pod powierzchnią. Wyciągnąłbym cię za kaptur, otrzepał i odprowadził do zamku, zanim ktokolwiek by zauważył, że zniknęłaś. - Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że zabrzmiało to jak deklaracja, nie żart, zbyt poważnie, odchrząknąłem więc, próbując to zneutralizować. - A jakbyś już jednak jakimś trafem została tym duchem, pojawiałabyś się tylko zimą, więc uczniowie musieliby czekać cały rok, żeby cię zobaczyć. Byłabyś fascynująca. - To nie była zaczepka. To było… Coś miłego, dziwnie czystego, jak na nas. Spojrzałem na nią z ukosa, tym półuśmiechem, który nie był ani arogancki, ani obronny, tylko - Merlinie wybacz - czuły. Zorientowałem się, co zrobiłem, dopiero gdy to wyszło, wtedy naprawdę zrobiło mi się niewygodnie we własnym ciele. - Nie, nie pozwoliłbym ci na to. To ja mam patent na dramatyczne zniknięcia. - Powiedziałem to z kolejnym uśmiechem, tym razem lekkim, krzywym, takim jak dawniej. Spojrzałem szybko w bok, jakby śnieg miał mnie uratować.
Kiedy usiadłem obok niej i powiedziała, że zostałem mianowany zastępstwem za nietoperze, uśmiechnąłem się jak idiota.
- Doskonale. - Skłoniłem się teatralnie, jak mogłem, siedząc na parapecie. Moje rogi zatrzęsły się dramatycznie. - Wreszcie rola godna mojego talentu. Mam nadzieję, że nie muszę zawisać do góry nogami, bo nie jestem wystarczająco rozciągnięty. - Zerknąłem na nią ukradkiem, trochę za długo, trochę za swobodnie. Siedzieliśmy tak chwilę, w ciszy, ale tym razem to była ta dobra cisza. Nie ciężka, nie nerwowa - stara, znajoma - ta, której nie wiedziałem, że mi brakowało - wiedziałem. Stanęliśmy na chwilę w jakimś dawnym miejscu, w którym kiedyś potrafiliśmy być normalni, prawie normalni, zanim zrobiliśmy się dla siebie nawzajem… Tym, czym byliśmy teraz. Odchyliłem się z pozorną obojętnością, ale rogi na głowie oczywiście znowu zadyndały zupełnie niezgodnie z powagą chwili. Wzięła mój komentarz o „soku dyniowym bez procentów” absolutnie poważnie, co było urocze i trochę… Niebezpieczne, bo musiałem trzymać twarz, żeby się nie zdradzić.
- No, jasne, że go lubisz. Każdy normalny człowiek lubi sok dyniowy. To znaczy… Jeśli nie lubi, to powinien się nad sobą poważnie zastanowić. To napój o fundamentalnym znaczeniu. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, to był ten rodzaj uśmiechu, który robił mi się sam, zanim zdążyłem go wyhamować. - Och, wiesz… - Odparłem, stukając palcami w skórzaną otoczkę butelki. Spojrzałem na Prue nieco dłużej, niż wypadało, nic nie mówiąc, za to wymownie. Pociągnąłem kolejny łyk, coraz bardziej czując się nie jak ktoś, kto udaje luz, tylko jak ktoś, kto naprawdę go ma. - Nie do końca z kolacji. - Przyznałem z tym moim półuśmiechem, tym, który kiedyś widziała codziennie. - To z… Rezerw prywatnych. - Puknąłem lekko palcem w skórzaną osłonkę butelki. - Mogę się podzielić, jeśli chcesz. - Powiedziałem lekko, choć w środku miałem świadomość, że przekazywanie jej czegoś z mojej prywatnej, ukrytej butelki było czymś, czego dzisiejszy ja naprawdę by się po sobie nie spodziewał.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
10.12.2025, 23:14  ✶  

Nie spodziewała się, że tak łatwo będzie im wrócić do tego czegoś, co było bardzo znajome, jednak zakopane gdzieś głęboko. Najwyraźniej jeszcze gdzieś w nich to siedziało, nie zdechło całkowicie. Potrafili ze sobą rozmawiać, kiedy nadarzała się ku temu okazja, dzisiaj taka sama ich znalazła. Wystarczyło, że odezwał się do niej inaczej, ten jeden raz, a ona była w stanie odpuścić niemalże od razu. Fakt, z początku doszukiwała się w tym jakiegoś podstępu, jednak z każdą minutą, którą spędzali w swoim towarzystwie przestała się skupiać na tym, że powinna uważać. Zawsze łatwo się przy nim zapominała, i to nie było dobre, na każdym etapie ich znajomości.

Wpatrywała się w tę jego czapkę trochę za długo, nie powinna tego robić, ale nie umiała się oprzeć, to był naprawdę niecodzienny widok, pewnie szybko nie wyrzuci go z pamięci, tak naprawdę to najpewniej nigdy, co było przekleństwem, a zarazem czymś całkiem przyjemnym, bo na pewno dobrze będzie wracać do tego jednego wieczoru, który przypominał bardziej te dni kiedy wszystko było między nimi w porządku. Nie będzie mieć z nim dobrych wspomnień tylko z początku ich nauki w Hogwarcie.

Nie powinna w ogóle o tym myśleć, nie powinna chcieć mieć z nim kolejnych, dobrych wspomnień, ale w tej chwili nie była w stanie chyba nawet okłamywać siebie samej, że jej na tym nie zależało. Przez te ostatnie lata brakowało jej go w takiej wersji, to było całkiem proste, musiała się z tym pogodzić, bo przecież widziała, jak się zachowywała kiedy ten jeden raz zachowywał się inaczej. Łatwo było go lubić, kiedy był tak, cholernie łatwo.

Zaczęli tę całą niedorzeczną rozmowę o nietoperzach, nie spodziewała się, że będzie w stanie, aż tak wkręcić się w taką abstrakcyjną wizję, ale przychodziło jej to całkiem lekko. Naprawdę oczami wyobraźni widziała już całą nietoperzą rodzinkę, która miała wprowadzić się do wieży astronomicznej w kolejnym sezonie, mniejsza o to, że nigdy w tym miejscu nie widziała nietoperzy, to w ogóle nie było istotne.

On również wydawał się być mocno zaangażowany w tę rozmowę, nie robił tego, żeby się z niej naśmiewać, musiał swoimi oczami widzieć tę samą nietoperzą rodzinę, którą widziała ona. Łatwo było im razem gdybać na temat ich losów, wydawali się być przy tym śmiertelnie poważni, jakby to naprawdę miało się wydarzyć.

- Nie, nie, nie, najpierw musieliby przeprowadzić kapitalny remont, bo nie podobałyby się im obecne kolory ścian, później zamówić pana nietoperza, który zajmuje się pozbywaniem starych mebelków, dopiero wtedy mogliby zacząć przybijać te swoje, pewnie pan i pani nietoperzowa pokłóciliby się przy tym milion razy o to, czy kolor ich kanapy pasuje do ścian w salonie. - To nie mogło być takie proste, że przychodzą od razu ze swoimi meblami i już, sprawa na pewno była dużo bardziej skomplikowana. - Musielibyśmy ustalić z nimi oficjalny grafik, kiedy możemy przychodzić na zajęcia, jeśli byliby łaskawi, to może pozwoliliby nam pojawiać się tutaj z cztery razy w tygodniu, jeśli mniej, to dwa. Byłaby to wieczna walka o wieżę astronomiczną. - Przypominał jej teraz tego chłopaka sprzed lat, z którym wszystko wydawało się być bardzo łatwe. Zdarzało im się mieć różne, naprawdę abstrakcyjne wizje, którymi się ze sobą dzielili, nie musieli się obawiać, że druga strona to zlekceważy, czy wyśmieje, teraz było podobnie.

- Pewnie zrobiliby to specjalnie, aby wysępić więcej godzin wolnych od uczniów, obawiam się, że mogłoby to zgorszyć pierwszaków, jeszcze dostaliby nakaz eksmisji od dyrektora... na ich miejscu zastanowiłabym się nad tym, czy to faktycznie dobry pomysł. - Nie speszyła się tym komentarzem, chociaż chyba powinna, bo nieco ją zaskoczył, nie dała po sobie jednak poznać, może bardziej próbowała nie dać po sobie poznać, że odrobinę ją to wybiło z rytmu tej jeszcze przed chwilą zupełnie niewinnej rozmowy.

- Przecież nikomu o tym nie powiem, zresztą Wish, to nic złego, że masz w sobie odrobinę empatii. - Zwróciła się do niego, jak dawniej, przeszło jej to przez gardło bardzo lekko, chociaż nie mówiła w ten sposób od lat. Starała się nie skupiać na tym, że nie powinna tego robić, nie było sensu się nad niczym zastanawiać, nie dzisiaj, kiedy ta rozmowa płynęła sama. - Być może dwusekundowa, ale jednak zaistniała, co samo w sobie jest argumentem za tym, że jesteś odrobinę opiekuńczy, nawet jeśli nie chcesz się z tym pogodzić. - Korzystała z tego tonu, którego używała kiedyś podczas ich rozmów, kiedy próbowała wytłumaczyć mu dlaczego ma takie zdanie, a nie inne. Wiedziała, że niekoniecznie się z nią zgodzi, jednak wcale nie przeszkadzało jej to z podzieleniem się z nim swoją wizją.

- Podejrzewam, że jeśli zgubiłby mózg, to nie byłby w stanie się poruszać, pewnie miał go ze sobą, tylko nie był w stanie go używać, to często się zdarza, że ludzie nie umieją korzystać z mózgu. - Próbowała brzmieć poważnie, ale to miało być kolejnym żartem, który rzuciła tego wieczoru, kolejną abstrakcyjną rozmową jak ta o nietoperzach.

Potem padły te dość niefortunne słowa, które spowodowały, że na moment wróciła do tej swojej ostrożniejszej wersji, wiedziała, że nie zrobił tego celowo, a przynajmniej próbowała sobie tłumaczyć, że to chyba nie było celowe, no i to potwierdził. Przeprosił ją, znowu na niego spojrzała. - Nie musisz mnie przepraszać. - To były tylko słowa, nic takiego, prawda? To, że poczuła się przez nie nieswojo, to nic takiego, nic wielkiego, nie musiał się nią przejmować.

- Naprawdę? Dobrze, że nie jestem facetem. - Najwyraźniej była dla niej jakaś nadzieja tylko ze względu na to, że była kobietą. Szkoda by było dojść do takiego wieku, w którym jedyną fascynującą rzeczą były alkohole, na szczęście według tego, co mówił Loys nie miało jej to dotyczyć, nie musiała się bać starości.

Później samo się z niej wylało to wszystko. Odpowiedziała mu zupełnie szczerze, opowiedziała o zimie, śniegu, o tym, że lubiła chować się w wieży astronomicznej, nie zastanawiała się nad tym szczególnie, po prostu mówiła, jakby to było najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Kiedyś było i okropnie łatwo było jej do tego powrócić. Nie zastanawiała się nad tym, czy postanowi to wykorzystać to przeciwko niej, czy w ogóle coś z tym zrobi, po prostu mówiła, bo postanowiła się z nim tym podzielić. Prosta sprawa.

To zawsze samo wymsknęło się z jej ust, tylko, że naprawdę tak uważała. Mimo tego, że przez te ostatnie lata nie było między nimi najlepiej, to nie udawała, że tego nie widzi. On zawsze potrafił znaleźć wyjście z sytuacji, jak bardzo gówniana by ona nie była, no i podzieliła się z nim tym swoim spostrzeżeniem, chyba nie dostrzegła tego, że to jedno słowo coś w nim obudziło. Kiedyś często je przy nim powtarzała, mówiła, że będą obok siebie na zawsze, jakby to była najbardziej oczywista i prosta rzecz na świecie, no nie była, dość szybko przecież życie ich zweryfikowało, on ich zweryfikował, nadal nie wiedziała dlaczego.

- No tak, nie musiałbyś nawet kopać, bo masz długie ręce, wystarczyłoby, że wsadziłbyś je w zaspę. - Nie potrzebowałby do tego nawet szpadla, ten plan brzmiał naprawdę bardzo prosto i nie wymagał szczególnego zaangażowania. - Tak, pojawiałabym się tylko w okres Yule, przez co dzieciaki chciałyby zostawać w zamku na święta, żeby się ze mną spotkać. - To brzmiało naprawdę dobrze, mogłaby przystać na taki plan, bo nie wymagał też zbyt wielu interakcji z żywymi, pojawiałaby się i znikała - no idealnie.

Nazwał ją fascynującą, to znaczy nazwał tak ją jako ewentualnego ducha, którym pewnie nigdy się nie stanie, a jednak zawiesiła wtedy na nim wzrok na dłużej, na jego twarzy, a nie tej czapce, która odwracała od niego uwagę. Coś w niej drgnęło, chociaż nie powinno, nie mogła tak reagować na jeden, przypadkowo rzucony komentarz, ale to robiła. Odwróciła wzrok, spojrzała w okno, bo tylko to ją ratowało.

- Twój patent powoduje, że ja nie mogę mieć swojego? Szkoda. - Wiedziała do czego zmierzał, nikt nie potrafił tak jak on pojawiać się i znikać, doprowadzało ją to do furii, bo nigdy nie mogła być pewna, że nie znajduje się gdzieś obok i nie zamierza uprzykrzyć jej życia.

- Jak to nie jesteś, dostałeś tę rolę właśnie dzięki temu, że wydajesz się być bardzo wysportowany, nie możesz mnie teraz zawieść... Co to za zastępstwo bez takich efektów specjalnych? - Udała rozczarowanie. Próbowała go podpuścić, zawsze to znaczy kiedyś to robiła, nie sądziła, że teraz jej się uda, ale nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała.

- Mamy co do tego zgodność, każdy szanujący się człowiek powinien lubić sok dyniowy. - Wyjątkowo przyznała mu rację, dawno tego nie robiła, to jakiś cud, że te słowa w ogóle przeszły jej przez gardło, chociaż, czy na pewno? Dzisiaj wyjątkowo wiele słów się z niej wylewało, takich po które na pewno by nie sięgnęła jeszcze wczoraj.

- Rezerwy prywatne? - Powtórzyła za nim, chyba nie powinna nadużywać jego dobroci, jeśli były to rezerwy prywatne, to powinien je sobie cenić, nie były dostępne od ręki. - Jesteś pewien? - Wolała się upewnić, że naprawdę chce się z nią tym podzielić, że nie była to tylko chwilowa grzeczność, żeby później nie żałował.

Nie czekała na odpowiedź, nachyliła się nieco do przodu, tak, że znalazła się dużo bliżej niego i wystawiła rękę po butelkę.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
11.12.2025, 20:33  ✶  
Śnieg gęstniał z każdą minutą, a atmosfera w wieży robiła się tak lekka i swobodna, że łatwo było w niej utonąć. Nie spodziewałem się, że tak szybko wrócimy do czegoś, co dawno temu było dla nas naturalne, a dziś… Teraz z dnia na dzień, roku na rok, wydawało się coraz bardziej nieprawdopodobne. Wystarczyło jednak kilka zdań, spojrzeń, reakcji, żeby to coś - jakkolwiek by to nazwać - zaczęło się rozluźniać, odkuwać się z lodu. Nie wiedziałem, co działo się w głowie Prudence, mogłem tylko obserwować jej mimikę, więc obserwowałem uważnie - aż za bardzo, jak na mnie. Jedynym czynnikiem łagodzącym było to, że ona też patrzyła na moją czapkę zdecydowanie za długo, nie próbowała tego maskować, jej wzrok skakał między moimi oczami a tymi idiotycznymi reniferowymi rogami, jakby zastanawiała się, czy one naprawdę mogą być częścią jednego obrazu człowieka. Oczywiście, że nie mogłem porzucić tej okazji.
- Patrzysz na moje rogi aż tak intensywnie -  odezwałem się, jakby to było najnaturalniejsze stwierdzenie na świecie - że zaraz zacznę podejrzewać, że ci się podobają. Albo że chcesz mi je ukraść. - Wypuściłem powietrze nosem, w tym momencie naprawdę ciężko było mi zachowywać dystans, o wiele za ciężko, to nie była zaczepka, nie w stylu tych zwyczajnych.
A kiedy przygryzła wargę - może przypadkiem, może nie, wydawało mi się, że raczej w namyśle - poczułem, jak coś we mnie się napięło, jakby kurtka zrobiła się o rozmiar za mała - nie z nerwów, wręcz przeciwnie, to był inny rodzaj reakcji, wynik narastającej świadomości chwili, w której się znaleźliśmy. Ona też nie wyglądała na spiętą w ten sam sposób co wcześniej, nadal trzymała ostrożność, ale… Miękła, widziałem to po jej ramionach, po tym, jak przestawała siedzieć sztywno, po oddechu, który opuszczał jej płuca wolniej, dłużej - nietoperz na swetrze poruszał się spokojnie, nie falował przy zbyt szybkich i nerwowych oddechach - to było znajome, niepokojąco znajome.
Kiedy zaczęła snuć całą tę logistykę remontu wieży przez rodzinę nietoperzy, wpadłem w rytm jak za starych czasów - nawet nie zauważyłem kiedy.
- Nie, nie, nie. - Powiedziałem, zaprzeczając jej zaprzeczeniu, a potem unosząc palec, jakbyśmy omawiali realny projekt architektoniczno-rearanżacyjny. - Najpierw pan nietoperz od wylatywania mebelków musi zaczekać na pana nietoperza konserwatora, takiego z właściwym dyplomem i uprawnieniami, który przeprowadzi inspekcję, bo to zabytek. On zawsze przychodzi w złym humorze. Nie lubi kolorów ścian. Krytykuje je od progu. Uznaje tylko klasykę, ma być cegła i czerń węglowa, ewentualnie drewno. Naturalne materiały. - Podkreśliłem tonem znawcy tematu. Kątem oka sprawdziłem jej minę, nie było w niej nic ochronnego, nic chłodnego - tylko czysta, absurdalna wyobraźnia. - Dopiero jak skończy narzekać na nowoczesne trendy, zrobi audyt i wyda zezwolenie - ciągnąłem dalej - wtedy specjalista wykonawczy może pozbyć się gratów, przemalować ściany na kompromisową popiołową szarość, a potem para nietoperzy może zacząć przybijać własne meble… Powiedzmy, że z początkiem czerwca? Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zaczną proces w marcu, a nie w maju. A potem jeszcze te wszystkie nagłe problemy wykonawcze. Wyobraź sobie pana nietoperza próbującego zamontować żyrandol do góry nogami. Na pewno chciałby wyglądać męsko, a skończyłby zaplątany w łańcuch. No i oczywiście pani nietoperzowa nie zaakceptuje niczego, co powiesi pan nietoperz, zanim się z nią nie skonsultuje. Absolutnie niczego. „Vladislavie, męską jaskinię masz w Timișoarze.” - Westchnąłem ciężko, potrząsając głową. Roześmiałem się - normalnie, lekko, zupełnie jak kiedyś. Mówiła, jakby widziała ten cały absurd w najdrobniejszym detalu, a ja jakoś wiedziałem, jak jej odpowiedzieć - ten ton, ten rytm, ten rodzaj żartu, który działał tylko na nią, to nie było świadome, nie planowałem tego, nic nie kalkulowałem. - Oczywiście, że by się pokłócili o kolor kanapy. - Powiedziałem, opierając ramię o ścianę i odchylając głowę tak, by rogi poruszyły się przy tym niemal teatralnie. - I to nie raz. Nietoperze są stworzeniami dramatycznymi. Wiesz, ile temperamentu trzeba mieć, żeby wściekać się, stojąc do góry nogami? Cała krew spływa im do łebków, przegrzewają się, tracą zdolność oceny sytuacji… W efekcie mają więcej kłótni na metr kwadratowy niż uczniowie na korytarzu. - Spojrzałem na nią i przez chwilę widziałem ją jak dawniej - tę samą dziewczynę, która potrafiła utonąć w absurdalnej historii tak szczerze, jakby świat naprawdę ją do tego zaprosił, ta dawna miękkość wróciła do niej jak zimowy oddech. Nie musiałem zastanawiać się, co zrobić - po prostu… Się śmiałem, mówiłem, reagowałem - to stało się samo. - Grafik też oczywiście ustalą pod siebie. -  Dodałem tonem, który nie dopuszczał innej możliwości. - Z czterech razy w tygodniu zejdą do trzech. Potem dwóch. A potem, korzystając z precedensu, spróbują wyrzucić nas z wieży całkowicie. Nietoperze są przebiegłe. Nie daj się zwieść ich uroczym pyszczkom. - Ostrzegłem, uderzając palcami o ścianę. A kiedy puściła komentarz o tym, że nietoperze mogłyby zgorszyć pierwszaków, spojrzałem na nią z miną człowieka, który doskonale wiedział, że właśnie dostał prezent. - O tak. - Przytaknąłem ze spokojną miną, którą absolutnie udawałem. - Pierwszaki nie są gotowe. To mogłoby zachwiać ich system wartości. Społeczny i emocjonalny upadek całej szkoły, wywołany przez problemy natury chiropterologicznej. Wyobrażasz sobie artykuł w „Proroku Codziennym”? - Wszystko to powiedziałem z absolutnie poważnym wyrazem twarzy, starając się nie parsknąć śmiechem.
Nigdy nie przyznałbym tego głośno, ale… Merlinie, tęskniłem za tym sposobem, w jaki się do mnie zwracała - rozmawiała ze mną tonem, który pamiętałem aż za dobrze, i nagle nie potrafiłem już wyjść z impulsywnie obranej roli. Nie chciałem tego zmieniać, znowu się dystansować i kąsać, nawet jeśli to było tylko złudzenie, świąteczny miraż, jedna taka chwila, powrót do przeszłości, nietrwała zmiana nastawienia - wiedziałem to w głębi duszy, a jednak przez chwilę wszystko stało się o wiele prostsze niż powinno. Nie musiałem udawać nieprzystępnego, nie musiałem być Rookwoodem, nie musiałem nawet szczególnie uważać - wystarczyło kilka słów, żeby wrócił chłopak, który kiedyś podawał jej rękę na śliskiej ścieżce przed szatnią Quidditcha i który obiecywał jej rzeczy, których nikt rozsądny nie powinien obiecywać. Radość z bycia z nią, z rozmowy, z tego, że mogę powiedzieć cokolwiek i nie muszę czekać na to, kiedy będzie moja kolej uderzyć - to było jak powrót do miejsca, w którym zawsze oddychało mi się łatwo. Przynajmniej dopóki nie powiedziała tego jednego słowa i na ułamek sekundy poczułem, że zadrżał mi oddech. Zreflektowałem się, nie wiedząc, czy zdążyła to dostrzec, ale to jedno jej „Wish” po prostu… Trafiło we mnie tak, jak żaden tłuczek nigdy nie zdołał.
- Opiekuńcze odruchy? - Prychnąłem, ale tym dawnym prychnięciem, pół żartem, pół prowokacją. - Proszę cię, Sunny, co najwyżej przejaw impulsywnych myśli, chwilowa mania, zaćmienie mózgu, może od nadmiaru cukru w cieście. - Czułem się tak swobodnie, że prawie zapomniałem, że mieliśmy za sobą lata tarć, nie rozmawialiśmy normalnie od… Właściwie tak dawna, że wolałem nie liczyć. To było jak lot na miotle po długiej przerwie. Najpierw trochę sztywno, potem nagle łapiesz równowagę i okazuje się, że pamięć mięśni nigdy nie zniknęła. - A dwusekundowa reakcja - dodałem, zanim mogła odpowiedzieć - to jeszcze nie empatia. To minimalny impuls. Prawie odruch. Zupełnie marginalna ilość ludzkich odruchów. Statystycznie nieistotna. - Przewróciłem oczami, ale uśmiechałem się przy tym jak idiota, więc raczej wiedziała, jak bardzo siebie samego nie przekonywałem.
A potem na chwilę spoważniałem, oparłem przedramię o ścianę, pochylając się delikatnie w jej stronę, żeby nie uciekła mi spojrzeniem.
- To moje przeprosiny. - Mówiłem miękko, ale stanowczo. - Ja decyduję, kiedy je składam. A ty… Nie bądź uparta i pozwól mi to zrobić. - Wciągnąłem powietrze, wolno, jakbym próbował utrzymać równowagę na wąskim murku, chociaż z moją koordynacją fizyczną, to pewnie byłoby łatwiejsze - emocjonalnie czułem się teraz na poziomie górskiego trolla. - Nie musisz ich przyjmować. - Westchnąłem lekko, nie spuszczając z niej wzroku - przez moment, zwyczajnie na nią patrzyłem, niespiesznie, nie oceniając - jakbym próbował odtworzyć w pamięci jej twarz sprzed lat i nałożyć ją na tę obecną, widzieć, co się zmieniło, a co się nie zmieniło wcale. Łatwo było się pogubić, gdy rozmawialiśmy jak przyjaciele, nie rywale.
Oparłem bark o kamień i spojrzałem na nią z ukosa - nie tak, jak robiłby to Aloysius - chłodno, kalkulacyjnie, z cieniem drwiny - a tak, jak Wish patrzył, kiedy miał trzynaście lat i pilnował, by nie poślizgnęła się na ścieżce prowadzącej na boisko. Zmierzyłem ją spojrzeniem, bardzo poważnym, jak na poruszany temat.
- To nie moje ręce są długie, to ty jesteś krótka. - Poprawiłem ją automatycznie, jak dawniej, nim zdążyłem pomyśleć, to wyszło ze mnie zanim zdążyłem to przemyśleć - szczerze mówiąc - cały ten wieczór był jednym wielkim „zanim zdążyłem przemyśleć”, może właśnie dlatego działał. - Jeśli chodzi o odkopanie cię z zaspy, to… Dyplomatycznie ujmując, jesteś dość… Kompaktowa. - Zawiesiłem głos, przechylając lekko głowę. Moje słowa brzmiały lżej niż całe lata tego, co było między nami - lżej niż to, co robiłem, próbując udawać, że mnie to nie dotyczy. - Mogę cię złapać pod pachy jak kota i po prostu… Wyciągnąć jednym ruchem. Bez problemu, to lekka rola, wierz mi, robiłem to już kilka razy. Tego się nie zapomina, to zostaje, zawsze. - To był oczywiście żart, pół żart, ćwierć żart. Nie grałem tego, nie wymuszałem, to przychodziło samo, jakby ciało pamiętało więcej niż głowa. - Uczniowie zaczęliby pisać listy z prośbą o pozwolenie zostania na święta tylko po to, żeby cię zobaczyć. To by było tak fajne, jak uciążliwe. - Przy słowie „fascynującym” jej spojrzenie na moment zatrzymało się na mnie, a potem uciekło na bok, jakby ją to dotknęło, a ja poczułem, jak coś ostrego i miękkiego jednocześnie wbiło się we mnie pod obojczykiem. - Mój patent powoduje, że musisz znaleźć swój patent. Inny niż znikanie. Na tym polegają patenty. Nie możesz kopiować mojego, przykro mi. - Nie było mi przykro.
Odchyliłem się lekko do tyłu, rozciągając ramiona w przesadnym geście, który miał pokazać, że jest ze mnie całkiem przyzwoity kawał wysportowanego czarodzieja. Wyszczerzyłem się, to brzmiało jak wyzwanie, a ja zawsze brałem wyzwania. Byłem ścigającym - nie tylko na miotle, ale i w życiu. Nieustannie za czymś gnałem - zawsze w ruchu, zawsze do czegoś dążyłem.
- Nie „wydaję się”. Naturalnie, że jestem wysportowany. -  Powiedziałem tonem, w którym było więcej dumy, niż pozwalała jakakolwiek przyzwoitość. - Zresztą… - Oczy mi się zwęziły, a w kącikach pojawiły się ogniki czystej, nieukrywanej prowokacji. - Chcesz… Efekty specjalne? -  Zapytałem powoli, jakby upewniał się, czy dobrze usłyszałem. - Ode mnie? - Nie musiałem pytać, jej spojrzenie było mieszanką wyzwania i lekkości, której kompletnie nie potrafiłem się oprzeć. - Cały sezon spędzam w powietrzu, w górze. - Przypomniałem, kładąc sobie dłoń na piersi. - Mam refleks. I… Hm, jakby to powiedzieć… - I tu, nie dając jej czasu na reakcję, wsunąłem kciuki pod dolną krawędź koszuli, którą miałem pod otwartą skórzaną kurtką. Materiał podniósł się bez trudu, odsłaniając fragment mojego brzucha. Najpierw tylko kawałek, potem trochę więcej. Opalenizna - jeszcze z końcówki jesieni, kiedy trenowaliśmy godzinami, twarde mięśnie, linia włosów na brzuchu, z której byłem bardzo dumny, a wśród tego wszystkiego - gigantyczny, fioletowo-zielony siniak obejmujący kilka żeber, „mandragorowy kolor” jak go określałem, dumny ślad po ostatnim meczu, kiedy tłuczek przywalił mi z siłą godną wystrzału z armaty. - Mam wszelkie predyspozycje do akrobacji. Powiedz słowo, czego sobie życzysz, będę w stanie to zrobić. Widzisz? - Podniosłem materiał wyżej, na tyle, by pokazać całą klatkę piersiową. - Mięśnie nie kłamią. - Podtrzymałem koszulę jeszcze sekundę dłużej, niż było to konieczne - oczywiście, w zupełnie przypadkowy, niezamierzony sposób - a potem puściłem ją, jakby nic się nie stało i to było absolutnie naturalne - pokazanie jej mięśni w środku Hogwartu, na parapecie, w wieży astronomicznej, podczas Yule, w reniferowej czapce.
Śnieg za oknem gęstniał tak bardzo, że wyglądał jak zasłona, która miała oddzielić nas od reszty świata. Siedzieliśmy na tym parapecie już dłuższą chwilę - nie wiedziałem dokładnie jak długo, czas w tej wieży robił się miękki, plastyczny, rozciągał się jak ogon komety. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, tym moim „no przecież, że tak” - trochę bezczelnym, trochę zachęcającym.
- Gdybym nie chciał się podzielić, nigdy byś jej nie zobaczyła. To jest… Selektywnie udostępniana rezerwa. - Zrobiłem krótki, teatralny ukłon głową, gdy Prudence wyciągnęła po butelkę rękę - tę drobną, chłodną dłoń, którą pamiętałem z czasów, kiedy ciągnęła mnie za szatę, żeby pokazać mi coś na błoniach - zrobiła to z taką naturalnością, że nawet się nie zastanowiłem. Podałem jej sok bez słowa. Nasze palce zetknęły się na ułamek chwili, a ja poczułem, jak mięśnie pleców robią mi się sztywniejsze. Nie dlatego, że dotyk mnie zaskoczył - dlatego, że mnie nie  zaskoczył. Był dokładnie taki.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14755), Prudence Fenwick (9791)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa