15.12.2025, 10:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 10:30 przez Lorien Mulciber.)
Powiedzieć, że gotowanie nie było najmocniejszą stroną pani Mulciber to jakby nie powiedzieć nic. Oczywiście, potrafiła przyrządzić podstawowe włoskie dania jak marinarę czy jej ulubione penne alla vodka, ale bez nonny Prewett wysyłającej pięć wyjców pod rząd z przepisami, gdzie wszystko jest “na oko” albo “do smaku” to szczerze powiedziawszy - Lorien czuła się w kuchni jak dziecko we mgle.
Gotowanie nigdy nie było sztuką, która szczególnie czarownicę interesowała. Było zbyt podobne do eliksirów. Poza tym, zawsze dbała o krajową gospodarkę i jadała na mieście. Ewentualnie w domu, ale posiłki przygotowane przez służbę. Czy mogło być coś piękniejszego od zapewnienia miejsca pracy? Nie. Oczywiście, że nie.
Coś jej jednak strzeliło do łba, bo tego akurat poranka postanowiła upiec pierniczki. Matka zawsze powtarzała, że pierniczki muszą skruszeć do Yule, a według jej poważnych wyliczeń takie cztery tygodnie to ostatni dzwonek. Problemy z planem były trzy:
po pierwsze - jej wspomniane wcześniej nikłe umiejętności kulinarne
po drugie - jej nowy dom wciąż przypominał plac budowy, a w kuchni nie miała nawet kotła, żeby wodę na kawę zagotować. I kubka, żeby ową kawę zalać. Co dopiero jakichś wymysłów w stylu wałek czy o bogowie, wykrawaczek świątecznych.
po trzecie - w szafkach równocześnie panował burdel i pustka. Nie wiedziała jak to możliwe, ale tak było.
Na szczęście na pomoc przybył jej jakże niezawodny, kompletnie nowiutki, otrzymany w ramach prezentu ślubnego MagicMix. Piękna sprawa. Człowiek otwierał księgę z przepisami, wrzucał składniki, a kociołek wypluwał po jakimś czasie gotowe danie. Czy wyglądała irracjonalnie idąc sama na zakupy? Może. Mała Lorien i wielkie siatki to nie było dobre połączenie. I niby mogłaby posłać po to męża, ale… no właśnie. Aaron wracał dzisiaj późno. A ona chciała zrobić pierniczki teraz. Więc targała zakupy do domu, przeklinając życie na pustkowiu (w Dolinie Godryka), daleko od cywilizacji (jakieś 3 minutki spacerkiem od sklepu) w kompletnej samotności (z mężem i kotami). Przy okazji przeklinała cały ten feminizm - może ona nie chciała być silną i niezależną kobietą, tylko chciała, żeby ktoś jej te zakupy przyniósł? No i oberwało się też Aaronowi - jak go nie było jak był potrzebny. Gdzieś tak w połowie drogi pomyślała, że może warto zadzwonić. No ale jej dwukierunkowe lusterko zostało w domu. No oczywiście. Biednemu to piach w oczy. W tej całej bezsilnej złości kopnęła furtkę, która z trzaskiem wypadła z zawiasów. Świetnie. Po prostu genialnie.
W końcu dotarła do domu, a w domu do kuchni. Najtrudniejsze było już za nią, prawda?
Wypakowała zakupy na blat, zupełnie jakby chciała przekonać Magimixa, że ma wszystko co potrzebne. Mąka do pieczenia, przyprawa korzenna, cynamon, kakao, majonez, wątróbka z kurcząt, wielki słój miodu, jajka, cukier puder .
Szczerze powiedziawszy to ten majonez i wątróbka jej nie pasowały, no ale w księdze były wyraźnie wymienione, więc się nie kłóciła. Może to tak dla smaku dla wilkołaków?
Zaczęła po kolei dodawać składniki…
Rzut na rzemiosło co z tej katastrofy wyjdzie...
- No żesz kurwa mać.- Warknęła.
Kociołek zabulgotał. Zatrząsł się. A potem buchnął ogniem. Pisnęła przerażona.
Niby człowiek miał przeczucie, że to się tak może skończyć, ale się nie spodziewał. Spanikowana chlusnęła do środka wodą z kociej miseczki, która stała na blacie nieopodal. Ogień lekko przygasł. Więc sięgnęła po pierwszą lepszą rzecz jaką znalazła - szklany czajnik z kawą z rana. Fusiastą. Wylała wszystko do kociołka. Jakoś jej nie przyszło do głowy po prostu użyć magii do zagaszenia.
Kryzys co prawda został zażegnany, ogień stłumiony, a pierniczki… no cóż. Wyjęła przemoczone pachnące kawą i wątróbką, spalone absolutnie pierniczki w kształcie (o ironio) serduszek i gwiazdek. Aha czyli to zaklęcie zadziałało tak? To już nie mogło po prostu się udać?
Z ciężkim westchnieniem odłożyła je wszystkie na ścierkę. Na razie niech wyschną, a co potem… To był problem dla przyszłej Lorien.
Gotowanie nigdy nie było sztuką, która szczególnie czarownicę interesowała. Było zbyt podobne do eliksirów. Poza tym, zawsze dbała o krajową gospodarkę i jadała na mieście. Ewentualnie w domu, ale posiłki przygotowane przez służbę. Czy mogło być coś piękniejszego od zapewnienia miejsca pracy? Nie. Oczywiście, że nie.
Coś jej jednak strzeliło do łba, bo tego akurat poranka postanowiła upiec pierniczki. Matka zawsze powtarzała, że pierniczki muszą skruszeć do Yule, a według jej poważnych wyliczeń takie cztery tygodnie to ostatni dzwonek. Problemy z planem były trzy:
po pierwsze - jej wspomniane wcześniej nikłe umiejętności kulinarne
po drugie - jej nowy dom wciąż przypominał plac budowy, a w kuchni nie miała nawet kotła, żeby wodę na kawę zagotować. I kubka, żeby ową kawę zalać. Co dopiero jakichś wymysłów w stylu wałek czy o bogowie, wykrawaczek świątecznych.
po trzecie - w szafkach równocześnie panował burdel i pustka. Nie wiedziała jak to możliwe, ale tak było.
Na szczęście na pomoc przybył jej jakże niezawodny, kompletnie nowiutki, otrzymany w ramach prezentu ślubnego MagicMix. Piękna sprawa. Człowiek otwierał księgę z przepisami, wrzucał składniki, a kociołek wypluwał po jakimś czasie gotowe danie. Czy wyglądała irracjonalnie idąc sama na zakupy? Może. Mała Lorien i wielkie siatki to nie było dobre połączenie. I niby mogłaby posłać po to męża, ale… no właśnie. Aaron wracał dzisiaj późno. A ona chciała zrobić pierniczki teraz. Więc targała zakupy do domu, przeklinając życie na pustkowiu (w Dolinie Godryka), daleko od cywilizacji (jakieś 3 minutki spacerkiem od sklepu) w kompletnej samotności (z mężem i kotami). Przy okazji przeklinała cały ten feminizm - może ona nie chciała być silną i niezależną kobietą, tylko chciała, żeby ktoś jej te zakupy przyniósł? No i oberwało się też Aaronowi - jak go nie było jak był potrzebny. Gdzieś tak w połowie drogi pomyślała, że może warto zadzwonić. No ale jej dwukierunkowe lusterko zostało w domu. No oczywiście. Biednemu to piach w oczy. W tej całej bezsilnej złości kopnęła furtkę, która z trzaskiem wypadła z zawiasów. Świetnie. Po prostu genialnie.
W końcu dotarła do domu, a w domu do kuchni. Najtrudniejsze było już za nią, prawda?
Wypakowała zakupy na blat, zupełnie jakby chciała przekonać Magimixa, że ma wszystko co potrzebne. Mąka do pieczenia, przyprawa korzenna, cynamon, kakao, majonez, wątróbka z kurcząt, wielki słój miodu, jajka, cukier puder .
Szczerze powiedziawszy to ten majonez i wątróbka jej nie pasowały, no ale w księdze były wyraźnie wymienione, więc się nie kłóciła. Może to tak dla smaku dla wilkołaków?
Zaczęła po kolei dodawać składniki…
Rzut na rzemiosło co z tej katastrofy wyjdzie...
Rzut T 1d100 - 23
Akcja nieudana
Akcja nieudana
- No żesz kurwa mać.- Warknęła.
Kociołek zabulgotał. Zatrząsł się. A potem buchnął ogniem. Pisnęła przerażona.
Niby człowiek miał przeczucie, że to się tak może skończyć, ale się nie spodziewał. Spanikowana chlusnęła do środka wodą z kociej miseczki, która stała na blacie nieopodal. Ogień lekko przygasł. Więc sięgnęła po pierwszą lepszą rzecz jaką znalazła - szklany czajnik z kawą z rana. Fusiastą. Wylała wszystko do kociołka. Jakoś jej nie przyszło do głowy po prostu użyć magii do zagaszenia.
Kryzys co prawda został zażegnany, ogień stłumiony, a pierniczki… no cóż. Wyjęła przemoczone pachnące kawą i wątróbką, spalone absolutnie pierniczki w kształcie (o ironio) serduszek i gwiazdek. Aha czyli to zaklęcie zadziałało tak? To już nie mogło po prostu się udać?
Z ciężkim westchnieniem odłożyła je wszystkie na ścierkę. Na razie niech wyschną, a co potem… To był problem dla przyszłej Lorien.
Koniec sesji