– Mają… nowy grzaniec. Znowu. Chyba walczą z recepturą od paru tygodni – stwierdziła, zerkając na wypisane za ladą menu, które obwieszczało, że dziś serwują jesienny grzaniec oraz wersję bez alkoholu o korzennym smaku. – Ktoś się trochę zapędził jakiś tydzień temu i wysadził cały kociołek. Nic dziwnego, że próbują z następną recepturą – dodała konspiracyjnym szeptem. Były w końcu ot klientkami, które późną porą, gdy za oknami zrobiło się już ciemno i zimno, jak to bywa w październiku, zdecydowały się wypić coś ciepłego w Dziurawym Kotle…
Strzelała jednak przy tym co rusz spojrzeniem i w stronę drzwi wiodących do przejścia na ulicę Pokątną, i ku tych, przez które wchodziło się do niemagicznego Londynu, a kiedy na schodach rozległy się czyjeś kroki, zerknęła i w tamtą stronę. Ale z góry schodziła tylko jakaś korpulentna czarownica, więc jeśli był to pan, z którym bardzo chciała porozmawiać apropos dostaw związanych ze sprawą kłusowników, to pozostawał absolutnym mistrzem kamuflażu.
Zazwyczaj Brenna była osobą bardzo cierpliwą, nawet jeżeli na to nie wyglądała. Teraz jednak miała wrażenie, że tak wiele rzeczy wymyka się jej z rąk i z trudem powstrzymywała się przed kręceniem się na krześle. Chciała, żeby ten człowiek się tu pojawił i optymalnie, aby zrobił to teraz. Ale że zanosiło się, że trochę tu posiedzą, westchnęła i sama poprosiła chwilę później barmana o tę wersję bezalkoholową, ot by sprawdzić, czy ją udoskonalili i by nie ściągać na siebie spojrzeń pracowników, gdy będą siedziały przy pustym stoliku…