15.12.2025, 20:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 00:12 przez Lorraine Malfoy.)
Ulica Śmiertelnego Nokturnu, Necronomicon
– Co to znaczy "dodaj tyle mąki, ile podpowiada ci serce"? – spytała Lorraine, wpatrując się nienawistnie w przepis, który wygrzebała z jednego ze starych numerów Czarownicy. Brwi miała ściągnięte w skupieniu, od kilku minut analizowała bowiem zawartość rubryki kulinarnej babuszki Barbrey, próbując wyłuskać z tekstu informację na temat dokładnych proporcji, w jakich należało zmieszać ze sobą składniki, aby przygotować swojskie ciasto piernikowe. Widać było po niej, że jest sfrustrowana. Przedzierała się przez kolejne pokolenia w drzewie genealogicznym babuszki Barbrey. Przez opowieści o tym, jak to przepis na pierniczki przekazany został po kryjomu jej matce przez cioteczną siostrę żony przyrodniego brata jej dziadka, która ukradła z kolei przepis samej Babie Jadze... A przynajmniej tak twierdziła Barbrey. Z tego co Lorraine zdążyła jednak wyczytać z jej przepisu, babuszka miała niezłą skłonność do konfabulacji i upiększania rzeczywistości. Wszystko w jej przepisie było "na oko" i "do smaku". Brakowało tam jakichkolwiek konkretów, a za system miar i wag służyły tam słowa takie jak "szczypta", "nieco", i "szczodrze". Lorraine stała więc wsparta o wypolerowany na błysk drewniany blat skromnej kuchni na tyłach Necronomiconu, na osobnej kartce papieru zapisując swoim schludnym pismem kolejne kroki zawarte na łamach babcinego przepisu. Wypisała już wszystkie ingrediencje potrzebne do upieczenia pierniczków, i poleciła Baldwinowi i Fridzie (oczywiście odzianej w śliczny fartuszek, żeby nie ubrudziła przypadkiem sukienki) odnalezienie ich pośród kuchennych szafek. Sama zaś próbowała obecnie rozgryźć proporcje, w jakich należało zmieszać ze sobą poszczególne składniki, dokładnie w taki sam sposób, w jaki przygotowywałaby eliksir na zajęciach u profesora Slughorna.
Gotowanie nie mogło być takie znowu trudne, prawda? W końcu Lorraine, chcąc nie chcąc, zmuszona była do samodzielnego przygotowywania posiłków. Nigdy nie znajdowała w tym zbytniej przyjemności, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej relację z jedzeniem. Zawsze była jednak dobra z eliksirów, więc przygotowanie zup – najbliższych im konsystencją i recepturą – szło jej całkiem całkiem. Nie wymagało zbytniej filozofii wrzucenie warzyw, a od święta nawet i kawałka mięsa zamiast półgołej kości do gara, i zaprawienie tego wszystkiego przyprawami. Jakoś zdołała na tym wyżyć, bo potrzeby miała raczej skromne. Unikała jednak przygotowywania dań bardziej skomplikowanych ponad te proste, domowe, które gotowała w dzieciństwie pod okiem macochy. Obecność Fridy zmieniła jednak w jej życiu wiele rzeczy, w tym i podejście do gotowania. Nie żeby miała na naukę zbyt wiele czasu... Ale przecież obiecała Fridzie, że zrobią pierniczki! Tak, zrobią, bo Baldwin również pomagał. Bo to wszystko to była tak naprawdę jego wina, jego pomysł i nie myśl sobie, że to tylko moje dziecko i moja odpowiedzialność, ofuknęła go wcześniej szeptem Lorraine, zanim popatrzyła na niego wielkimi, proszącymi oczami, i łamiącym się głosem powiedziała, że musi jej jakoś pomóc zrobić ten obrzydliwy lukier, bo inaczej się popłacze tu i teraz. Zawsze była dobrą manipulantką. Ale wszystko zaczęło się od tego, że Baldwin przeczytał Fridzie bajkę o Jasiu i Małgosi. O ile Lorraine nie była wcale zaskoczona, że mała ghoulka najbardziej zainteresowała się piecem Baby Jagi, bo przecież w krematorium stał bardzo podobny. Tylko że w Necronomiconie nie piekli w nich niegrzecznych dzieci. Chociaż tata czasem żartował, że przydałoby się wsadzić tego a tego delikwenta na dziesięć zdrowasiek do Matki do pieca, żeby się opamiętał. Chyba żartował, bo nawet mama się wtedy śmiała, chociaż udawała, że się nie śmieje. Ale piec piecem! Ważne było, że ten piec stał w chatce z piernika! A przecież nie wszystkie domy były z niego zbudowane. Szyby też były ze szkła, a nie z cukru, chociaż gdy rozbiło się szkło, to było tak, jak gdyby rozsypał się cukier na podłodze. Frida dobrze o tym wiedziała, bo już parę razy zdarzyło jej się rozsypać cukier stojący w starej cukiernicy, gdy niosła go dziadkowi Alhazredowi, żeby posłodził sobie herbatę. Zdarzyło jej się też zbić szybę kamieniem, ale wszyscy wtedy rzucali kamieniami, i to nie było tak, że tylko ona zbiła tę szybę, a przecież pani Murray najbardziej nakrzyczała nie na nią, tylko na Yvonne, która biegała najwolniej i... Ale wracając do rzeczy. Frida też chciała chatkę z piernika. A jeżeli nie mogła mieć chatki (tata powiedział, że to niezbyt praktyczny budulec) to Frida chciała mieć piernik. Bo przecież nigdy wcześniej nie próbowała piernika. A gdy dowiedziała się, że piernik będzie, ale dopiero na Yule, popłakała troszeczkę, bo to niemożliwie dużo czekania. Ale potem mama wzięła ją na ręce, sapnęła ciężko i oddała ją tacie, ale patrząc po ich minach, Frida wiedziała już, że da się co nieco ponegocjować w tym temacie.
– Co ty na to, żebyśmy upiekli Scarlett pierniczki, żeby lepiej jej się uczyło z łakociem na podorędziu. Zrobilibyśmy jej miłą niespodziankę – uległa w końcu Lorraine. – Przyda nam się poćwiczyć trochę przed Yule, wtedy upieczemy więcej, i zaprosimy wszystkich, tak jak na Mabon.
No i tak rozpoczęła się misja "pieczenie pierniczków"...
Rzemiosło (1k) na pieczenie pierniczków. Matko miej nas w opiece...
Rzut O 1d100 - 6
Akcja nieudana
Akcja nieudana
– Wystarczyło je wsadzić na siedem zdrowasiek – stwierdziła Lorraine, patrząc na blachę spalonych pierników. A potem schowała twarz w dłoniach, zapominając, że ma ręce pomazane mąką, i zaczęła płakać. Frida po chwili jej zawtórowała.