• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton Las Wisielców [13.10.72] Where the roots grow deep and the dark runs round | Benjy, Geraldine

[13.10.72] Where the roots grow deep and the dark runs round | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
22.12.2025, 01:40  ✶  
noc/wczesny ranek 13.10.1972, Zagajnik zaklętych drzew
Było już bardzo późno albo wręcz przeciwnie -  bardzo wcześnie, zapowiedź nowego dnia wisiała już w powietrzu, jak tani żart, którego nikt nie chciał dopowiedzieć do końca. Jedyny piątek trzynastego w 1972 roku, okolice Little Hangleton, Las Wisielców… Księżyc wisiał wysoko i bezwstydnie jasno, wiatr szarpał pokrzywione, bezlistne gałęzie tak, jakby chciał wyrwać drzewa z korzeniami. Zimno wchodziło pod płaszcz bez zaproszenia, a noc pachniała wilgocią, leśną biomasą w stanie wczesnego rozkładu, żywicą i czymś metalicznym, nie do końca naturalnym, co zawsze kojarzyło mi się z kłopotami. Gdyby coś miało pójść źle, to statystycznie byłby to ten moment, szczególnie że był to pierwszy tak przejmująco chłodny dzień tej jesieni, gdzieś w okolicach „demonicznej” trzeciej, może nawet trzydzieści trzy w nocy. Nie dało się ukryć, że wyglądało to tak, jakby ktoś specjalnie rozłożył wszystkie rekwizyty na jednym stole i czekał, aż zapalimy światło - ta myśl bawiła mnie bardziej, niż powinna. Czułem to pod skórą, ale nie pozwalałem, żeby mi popsuło nastrój.
Wiatr huczał nad nami, ale przy ziemi było inaczej, ciszej, gęściej, nie tylko ze względu na stare drzewa, które w tej części lasu rosły bardzo blisko siebie, splatając się ze sobą, pokrzywione w ten nienaturalnie naturalny sposób. Księżycowe światło przecinało przestrzeń na ostre kawałki, łamało się na pniach w taki sposób, jak potrafiło to robić tylko tutaj, nigdzie indziej, drżące cienie wyglądały jak wiszące sylwetki, nagie gałęzie ocierały się o siebie, jęcząc i trzeszcząc niczym stare kości, co w tym miejscu było raczej mało zabawne, ale nie zamierzałem oddawać im tej satysfakcji, nawet nie próbowałem tego komentować.
Szliśmy z Geraldine ramię w ramię, chociaż nie dotykaliśmy się wcale. Ona skupiona, precyzyjna, z tym swoim spokojem, który wyglądał jak cienka tafla lodu, a ja… Ja byłem sobą, zbyt sobą, jak na takie miejsce i taką datę. Tym, który nie do końca traktował przesądy serio, który potrafił rzucić krzywym żartem nawet w miejscu, gdzie kiedyś naprawdę kogoś powieszono. Zresztą już dawno, niemal na samym początku, mruknąłem coś pod nosem, półżartem, półzaklęciem przeciwko pechowi, bardziej dla własnej rozrywki niż z realnej potrzeby. Pomyślałem, że jeśli coś wyskoczy z krzaków, to statystycznie rzecz biorąc, właśnie dziś. Pomyślałem też, że jeśli już ginąć, to przynajmniej w estetycznym świetle księżyca. Las Wisielców miał renomę do utrzymania.
W środku jednak wszystko było we mnie całkiem zachowawcze, czujne, gotowe do ruchu - słuchałem wiatru, liczyłem oddechy, wyczuwałem nierówności terenu bardziej ciałem niż wzrokiem. Moje stopy same znajdowały miękką ziemię, omijały suche gałęzie, jakby ciało wiedziało, kiedy zwolnić, kiedy zatrzymać się w pół ruchu, nawet nie musiałem się nad tym zastanawiać, to przychodziło mi naturalnie. Natura nie reagowała jeszcze na naszą obecność nie tak, jakby nas nie zauważała, ale jakby uznała, że nie byliśmy warci podnoszenia alarmu przez liczne ptaki, głównie kruki i sroki, siedzące gdzieś wysoko, których oczy bezustannie nas obserwowały.
Czułem ciężar broni, znajomy i uspokajający, oraz ten drugi ciężar, niewidzialny, odpowiedzialność za to, że nie byliśmy tu na spacerze z dreszczykiem. Moja różdżka była tam, gdzie powinna, nóż też, jak i parę innych drobiazgów, o których nie rozmawiało się głośno, bo miały zwyczaj działać tylko wtedy, gdy się ich nie reklamuje. Świadomość konieczności wykonania bardzo określonego wisiała w powietrzu między nami, jak mgła, która pełzła między pniami. Las Wisielców nie wybaczał nieuwagi, a zlecenia w takich miejscach miały tendencję do komplikowania się w najmniej odpowiednich momentach. Księżyc przesunął się za chmurą, światło przygasło, a ja poczułem znajome mrowienie pod skórą.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
22.12.2025, 15:00  ✶  

Był środek nocy, właściwie noc powoli miała odchodzić w zapomnienie, aby dzień mógł się rozgościć. Najlepsza pora na to, aby pojawiły się potwory, godzina duchów, jak zwał tak zwał. Na szczęście oni się ich nie bali, byli tymi którzy gotowi byli stanąć z nimi twarzą w twarz i pokazać do kogo należał ten świat.

Aura sprzyjała temu, aby się bać, korony drzew poruszały się w rytm, który nadawał im wiatr, miała wrażenie, że wilgoć ich otulała, lato już dawno odeszło w zapomnienie, nie pozostawiło po sobie żadnego śladu, jesień na dobre się już przypałętała.

Data... cóż, piątki trzynastego wzbudzały pewne kontrowersje, na szczęście Geraldine nigdy nie należała do szczególnie przesądnych osób, nie przejmowała się tym więc jakoś za bardzo, chociaż wszystko wokół nich świadczyło o tym, że jeśli coś miało się im przydarzyć to właśnie tej nocy, właśnie w tym miejscu, warunki były do tego naprawdę odpowiednie, jak wyciągnięte z jednej z najstraszniejszych historii, które opowiadały sobie dzieciaki w Hogwarcie, by wzbudzić strach.

Las był coraz gęstszy, a więc i dźwięki, które dochodziły do ich uszu stawały się nieco bardziej przytłumione, mimo wszystko nasłuchiwała, wiedziała, że to miejsce potrafi bawić się ludźmi, ich umysłami, a nie mogli sobie pozwolić na takie figle w tej chwili.

Włączyła ten tryb, który zawsze towarzyszył jej podczas zlecenia, była czujna, uważna, napięta, niczym cięciwa gotowa do strzału. Musiała mieć pewność, że nic jej nie zaskoczy, podchodziła bardzo poważnie do pracy w terenie, szczególnie, że nie znajdowała się w tym lesie sama, Benjy kroczył obok niej, szli równym tempem, gotowi do tego, aby znaleźć bestię. Zlecenie przyszło późno, przygotowali się do niego raczej średnio, ale czasem nie było czasu na to, aby obmyślać cały plan, wiedzieli z czym mają mieć do czynienia, jak z tym walczyć - to było najbardziej istotne. Nie wątpiła w to, że sobie poradzą, jedyny minus tej całej sytuacji to to, że znajdowali się w tym lesie, wiedziała, że nie jest to łatwe miejsce do pracy.

W lewej dłoni trzymała różdżkę, gotowa zareagować, jeśli przyjdzie taka potrzeba, była również obwieszona niczym choinka innymi przydatnymi narzędziami, tymi, po które sięgała dużo chętniej od magii, tak jak nauczył ją ojciec, wszystko zależało od tego, jak dojdzie do ich spotkania z problemem. Geraldine przez lata nauczyła się łączyć wszystkie swoje umiejętności na polu walki, nie obawiała się więc zupełnie spotkania z potworem, nigdy się ich nie bała, ktoś musiał z nimi walczyć, aby inni mogli spać spokojnie. Jej sprawiało to przyjemność, czuła w żyłach pulsującą adrenalinę, nie mogła doczekać się starcia.

Starała się poruszać, jak najciszej potrafiła, to było ich przewagą, widziała, że Benjy robi to samo, póki co współpraca nie przebiegała im najgorzej, naprawdę okazał się być idealnym kompanem, dobrze to wyczuła, to był niezły początek na ich dalszą wspólną karierę, chciała zobaczyć go w akcji, bo była ciekawa jak bardzo podobne były ich metody, w końcu posiadał szereg zupełnie innych umiejętności od niej, co też było plusem, mogła się od niego wiele nauczyć.

Póki co żaden dźwięk nie zwrócił jej uwagi, księżyć świecił wysoko, jego światło rozpraszało się jednak zanim do nich docierało, korony drzew tworzyły gęstą kopułę, przez którą trudno było się mu przebić. Nie przeszkadzała jej jednak ciemność, oczy się do niej dosyć szybko dostosowywały.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
22.12.2025, 16:21  ✶  
Las Wisielców pod Little Hangleton wyglądał dokładnie tak, jak powinno wyglądać miejsce, o którym krążyło naprawdę wiele różnych opowieści, zazwyczaj przerysowanych i wyimaginowanych, ale nie zawsze - te, które naprawdę się wydarzyły, w zupełności wystarczyły, by nadać mu właściwie makabryczną renomę, wznosząc go do rangi jednego z najbardziej nieprzyjaznych człowiekowi miejsc w całej Wielkiej Brytanii. Niezależnie od godziny, zawsze pachniało tu ziemią, gniciem i czymś starszym, co miało długą pamięć i krótką cierpliwość, ale teraz ta woń wydawała mi się bardziej intensywna niż zapamiętałem. Mogłem się mylić, w końcu ostatni raz, gdy zawędrowałem tu aż tak daleko byłem jeszcze szczylem.
Była głęboka noc, ta chwila, kiedy mrok jeszcze nie chce puścić, ale jasność już nieśmiało próbuje wcisnąć palce pod drzwi - godzina duchów, potworów i innych rzeczy, które wychodziły z kryjówek tylko wtedy, gdy były przekonane, że nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien już patrzeć, idealny moment na robotę, jeśli świat miałby kiedykolwiek przyznać się do swoich brudów, to właśnie teraz. Lato było już tylko wspomnieniem, jesień rozgościła się na dobre, bez pytania o zgodę. Księżyc wisiał wysoko, jego światło rozpraszało się na gęstej kopule z gałęzi, spadając do nas w strzępach. Ciemność mi nie przeszkadzała, oczy szybko się do niej przyzwyczaiły, ciało też, a resztę podpowiadał instynkt.
Gdzieś dalej coś pękło - gałąź albo kość - brzmiało bardziej jak to drugie, las nie zdradził, co wybrał. Uśmiechnąłem się pod nosem, zwalniając o ułamek sekundy, dokładnie tyle, ile trzeba było, potem powróciłem do dawnego tempa. Nie lekceważyłem miejsca, po prostu wiedziałem, że strach jest luksusem, na który można sobie pozwolić dopiero po robocie. Broń miałem pod ręką, różdżkę tam, gdzie zawsze, resztę zabawek tam, gdzie nie brzęczały i nie zdradzały obecności od razu, jeśli nie musiały tego robić. Mimo krótkiego czasu na przygotowanie, czułem się całkiem spokojny o powodzenie tego, co mieliśmy robić, w końcu nie byliśmy amatorami.
Piątek trzynastego miał swoje pięć minut w mojej głowie, przyznaję, nie z powodu strachu, raczej przez ten rodzaj ironii, który każe człowiekowi śmiać się w kułak. Później zupełnie o nim zapomniałem, skupiając się na otoczeniu, tym, co wokół nas, nie tylko przed nami. Spojrzałem przelotnie na Geraldine, szła spokojnie, skupiona, bez śladu zawahania, równo ze mną - bok w bok, tak blisko, że widziałem, kiedy przełączyła się w tryb terenowy, ale jednocześnie na tyle daleko, by nie wchodzić sobie w zasięg ruchu różdżki, który mógł być koniecznością praktycznie w każdej chwili. Znałem ten stan mobilizacji, jaki wkradł się w jej ruchy, sam w nim byłem, ciało pamiętało, co robić, myśli układały się w krótkie, praktyczne ciągi.
Dźwięki stawały się coraz bardziej przytłumione, im głębiej wchodziliśmy, to była ta część drogi, w której miejsce zaczynało bawić się głową, wiedziałem o tym. Las gęstniał, a odgłosy tłumiły się, rozpuszczały w mroku, nieliczne z nich wracały wykrzywione, nie do końca pod postacią rezonującego echa, tylko czegoś bardziej nienaturalnego, niekiedy mającego w sobie coś z szydery, jakby ktoś obserwował nas z nieokreślonego kierunku, śmiejąc się cicho sam do siebie. Wiedziałem, że to miejsce lubi igrać z głową, podsuwać szepty, których nie ma, i cienie, które ruszają się o ułamek sekundy za późno. Znałem ten typ okolicy - drzewa za blisko siebie, zbyt równe odstępy, ścieżki, które wyglądały znajomo tylko po to, żeby po chwili przestać takie być. Trzymałem więc rytm oddechu i kroków, nie pozwalając myślom się rozłazić.
Czułem narastające napięcie, to przyjemne, pulsujące gdzieś pod skórą - adrenalina zawsze przychodziła pierwsza, strach, jeśli w ogóle się pojawiał, stał w kolejce dużo dalej. To był dobry duet, my razem, jeszcze świeży, bez głębokich rys, ale obiecujący. Wiedziałem, że będę mógł na niej polegać, tak samo jak ona mogła liczyć na mnie, przynajmniej do momentu, w którym las postanowi zweryfikować te założenia.

!magicznedrzewa


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#4
22.12.2025, 16:21  ✶  
Czujesz się obserwowany i jeśli nie posiadasz cechy odwaga, zaczynasz odczuwać rosnącą panikę.
Nie możesz pozbyć się uczucia, że ktoś lub coś cię obserwuje z ukrycia. Nie widzisz nikogo ani niczego podejrzanego, ale masz wrażenie, że jesteś na celowniku. Jeśli nie masz cechy odwaga, to twoje nerwy zaczynają szwankować i pragniesz jak najszybciej oddalić się z tego miejsca.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
22.12.2025, 19:23  ✶  

Nie było to jej ulubione miejsce na ziemi. Bywała tu, kiedy wymagała od niej tego sytuacja, jednak nie pojawiała się w okolicy gdy nie musiała. Nie było sensu zapuszczać się w to miejsce, zwłaszcza, że ono samo tego nie chciało, raczej robiło wszystko aby wypędzić tych, którzy się tutaj pojawili. Czasem jednak nie było innego wyboru, to był jeden z takich dni, a raczej taka noc.

Nie przejmowała się renomą tego miejsca, kiedy już się w nim znaleźli, traktowała ten las, jak każdy inny, w którym się znajdowała, nie zamierzała pozwolić mu się omamić, czy oszukać, nie był to jej pierwszy raz w tym miejscu. Wiedziała o tym, że drzewa miały tutaj wiele opowieści do powiedzenia, niekoniecznie tych przyjemnych, nie na tym jednak się skupiała.

Mieli zadanie do wykonania, tylko to było istotne, wytropić bestię i się nią zająć, prosta sprawa, nic nadzwyczajnego - robiła to przez większość swojego życia. Nasłuchiwała więc, nie mogła pozwolić na to, by umknęło jej cokolwiek, kto wie, gdzie dokładnie było stworzenie, którego szukali, poza nim zresztą coś jeszcze mogło stanąć im na drodze, widziała, że Benjy również był w trybie zadaniowym. Dobrze było mieć obok siebie drugie oczy i uszy, to było naprawdę miłą odmianą dla osoby, która zawsze działała w samotności.

Ciemność ich otaczała, jedyne co ją gdzieniegdzie zakłócało to te promienie światła padające od księżyca, a właściwie ich resztki przefiltrowane przez korony drzew i ich kolejne warstwy. Niedługo powinno zacząć się rozjaśniać, dzień miał niebawem nadejść, dzieliła ich od tego kilka godzin, może nawet mniej. Nie mogła zapominać, że jesień wiązała się z późniejszymi wschodami słońca.

Szli przed siebie, ramię w ramię, nie wchodząc sobie w drogę, mieli współpracować i faktycznie to wyglądało jak współpraca, nie miała mu nic do zarzucenia, ale tego się spodziewała, był odpowiedzialnym i doświadczonym kompanem, trafił jej się trochę jak ślepej kurze ziarno, zupełnie przypadkiem, kiedy naprawdę potrzebowała kogoś komu będzie mogła zaufać. Niedługo będzie musiała zrobić sobie krótką przerwę, ze świadomością, że ma ją kto zastąpić na pewno łatwiej będzie jej do niej w ogóle dopuścić. Nie zakładała, że pozwoli sobie na długi okres siedzenia w domu, siedzenie w czterech ścianach szybko zaczynało ją przytłaczać. Nie była do tego przyzwyczajona.

Im głębiej wchodzili w las tym bardziej wydawał się on żyć własnym życiem, drzewa zaczynały przypominać obrazy, jakby grały w jakimś przedstawieniu, a oni byli jego widownią, przynajmniej jak na razie, kto wie, czy nie postanowią w kolejnym akcie zrobić z nich aktorów. Póki co jednak nic się nie działo, nadal szli przed siebie, byli całkiem uważni i spokojni, nie było słychać praktycznie nic poza szumem wiatru gdzieś wysoko nad nimi, czy jakąś przydeptaną gałęzią gdzieś daleko, daleko w innej części lasu. Nie czuła niepokoju, jeszcze nie, póki co była skupiona na ich misji, to było najważniejsze.

Mieli czas, aby zaopatrzyć się w niezbędną broń, dobrze zrobiła, że zahaczyła dzisiaj o mieszkanie, jak widać, nigdy nie da się przewidzieć kiedy może się jej ona przydać, jasne zawsze miała przy sobie swój ulubiony zestaw noży, jednak one nie zawsze wystarczały, czasem wypadało mieć przy sobie coś większego kalibru. Dzisiaj padło na srebrny sztylet - dirk, który dostała dawno temu od ojca, jak większość swoich ulubionych narzędzi do pracy.

Wsłuchiwała się w dźwięki, które wydawała okolica, nie chciała, aby coś ich zaskoczyło, nie tym razem, miało to być proste, gładkie zlecenie - nie zakładała inaczej.


!magicznedrzewa
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#6
22.12.2025, 19:23  ✶  
Jedno z drzew zaczyna błagać, abyś je zabił.
Spośród wszystkich obcych głosów wybija się jeden, pełen bólu i rozpaczy. To twarz mężczyzny w średnim wieku, który przypomina ci twego wuja. Prosi cię o litość, pragnie odejść z tego świata. Chce, aby ktoś spróbował ściąć lub spalić jego drzewo. Czy spełnisz jego prośbę?
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
23.12.2025, 00:07  ✶  
Szliśmy dalej, a ja miałem nieprzyjemne wrażenie, że przestrzeń wokół nas się zagęściła, nie do końca wiedzieć, w którym momencie. Nie widziałem nikogo, nic się nie poruszało w sposób, który dałoby się uczciwie nazwać zagrożeniem. Korony drzew drżały pod naporem wiatru tak jak wcześniej, ściółka leżała spokojnie, noc nie zrobiła nic nowego, a jednak coś się przesunęło. Nie w przestrzeni, tylko w układzie sił, jakby las przestał być tłem i zaczął być stroną, czynnym uczestnikiem naszej wędrówki. Nie miałem wrażenia, że jestem zwierzyną, jeszcze nie, raczej że znalazłem się na planszy, na której ktoś inny już ustawił figury. To nie było komfortowe, ale komfort nigdy nie był częścią tej pracy. Nie zamierzałem uciekać, niczym mała dziewczynka, bo czułem dreszcz na kręgosłupie, tym bardziej, jeśli zaraz mieliśmy znaleźć się w innej części lasu, zajmując się tym, po co tu przybyliśmy.
Nagły strach, lęk, poczucie bycia obserwowanym, które brało się nagle, zupełnie samo z siebie. Znałem to uczucie od dziecka, jeszcze zanim potrafiłem je nazwać, dorastałem przecież w okolicach Little Hangleton, gdzie zagajniki i pola miały więcej oczu niż ludzie i znacznie lepszą pamięć. Odludzia miewały swoje humory, swoje cienie i swoje przyzwyczajenia, a ja nauczyłem się ich słuchać lub ignorować stosunkowo wcześnie, resztę nadrabiając w późniejszym życiu w ciągłej trasie. Wiedziałem, jak wygląda las, kiedy jest pusty, i jak wygląda, kiedy udaje, że taki jest - teraz robił to drugie, powietrze zgęstniało, nie od wilgoci, tylko od uwagi. Czułem ją na karku, jak ciężar spojrzenia, które nie musiało mieć oczu, żeby być realne. Dyskomfort narastał powoli, jak nacisk, a nie jak uderzenie. Znałem to uczucie z pracy - z miejsc obciążonych klątwami, które jeszcze nie działały, ale już zdecydowały. Z tych, które udawały neutralne tylko do chwili, gdy zrobiłeś ten jeden krok za daleko.
To nie było głośne, nachalne, nie domagało się uwagi, to było coś innego, cichszego, bardziej technicznego, jak zmiana ciśnienia przed burzą. Nie podążało za nami hałaśliwie, nie próbowało nas spłoszyć. Nie widziałem ruchu, nie wyłapywałem sylwetki, nie było zapachu, który mógłbym od razu przypisać zagrożeniu, ale właśnie to było problemem. Doświadczenie nauczyło mnie, że kiedy coś chce zostać niewidzialne, zazwyczaj mu się to udaje aż do ostatniej chwili. Zwolniłem oddech, nie dlatego, że go traciłem, tylko po to, żeby lepiej słyszeć. Każdy parający się podobną profesją, każdy z konkretnym, terenowym doświadczeniem wiedział z pewnością, że moment, w którym zaczynasz się rozglądać zbyt nerwowo, jest momentem, w którym oddajesz inicjatywę, a ja jej nie oddawałem tak łatwo.
Pozwoliłem spojrzeniu prześlizgnąć się po przestrzeni między drzewami, nie szukając konkretnego kształtu, tylko zaburzeń. Cisza była zbyt równa, jakby las wstrzymał oddech, a to rzadko bywało przypadkowe. Nie cofnąłem się ani o krok, jeżeli coś nas obserwowało, to teraz widziało dokładnie to, co powinno zobaczyć. Nie byłem jednak sam i jeśli coś faktycznie tu było, obie strony doskonale o tym wiedziały. Oboje musieliśmy sprawiać wrażenie kogoś, kto zdążył już przeżyć wystarczająco dużo, by wiedzieć, że strach nie zawsze jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić, czasem gorsze bywa fałszywe poczucie bezpieczeństwa, a tego luksusu tej nocy nie zamierzałem sobie fundować. Jeśli mógłbym zgadywać - Geraldine też nie. Spojrzałem w jej stronę, posyłając jej wymownie pytające spojrzenie. Tylko ona w stu procentach była w stanie stwierdzić, czy byliśmy tutaj sami.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
23.12.2025, 10:10  ✶  

Wydawało jej się, że słyszy szepty, że drzewa zaczęły ze sobą rozmawiać. Próbowała tłumaczyć sobie, że to tylko wiatr, nic więcej, starała się w to uwierzyć, chociaż to wcale nie było takie proste. Miała wrażenie, że jedno z drzew poruszyło się, gdy je mijała, ale przecież drzewa nie zachowywały się w ten sposób. Szła więc dalej, pewnie stawiała kroki, mimo tego, że po plecach przeszedł jej zimny dreszcz. To tylko omamy, omamy, omamy, powtarzała sobie w głowie. Miną ten zagajnik i wszystko wróci do normy, niewiele pozostało im drogi do pokonania.

Spojrzała kątem oka na Benjy'ego nadal szedł obok, nadal znajdował się przy niej, nie wydawał się być szczególnie poruszony obecnością w tym miejscu, był skupiony, jak i ona, ale nic go nie rozpraszało, dobrze, właśnie w ten sposób powinni pracować.

Szli dalej, noc była ich towarzyszką, wydawało jej się jednak, że coś przerywało ciszę, nie mogła się pozbyć wrażenia, że drzewa ze sobą rozmawiają, mimo tego, że naprawdę starała się to ignorować. To chyba jednak nie był tylko wiatr, to było coś więcej. Spojrzała na jedno z drzew, które znajdowało się między innymi i wtedy to usłyszała, i zobaczyła. Głos pełen rozpaczy, lamęt, przeszywał ją głęboko, nie mogła przejść wobec tego obojętnie, prosił o śmierć, kim była, aby jej odmówić? Każdy zasługiwał na łaskę.

Zatrzymała się od razu, właściwie to zamarła w miejscu i patrzyła na to drzewo. Mówiło do niej, głos, który do niej docierał wydawał się być znajomy. Wpatrywała się w pień, aż dostrzegła twarz w nim wyrzeźbioną. Dotarło do niej dlaczego głos zdawał się nie być obcy, jak mógł być obcy, gdy i twarz przypominała wuja Eskela. To był bodziec, który spowodował, że przestała tkwić w miejscu.

Nie zastanawiała się, ruszyła w stronę drzewa, musiała to sprawdzić, wuj cierpiał, nikogo więcej tutaj nie było, nikogo kto poza nią go znał, musiała mu pomóc, nie mogła pozwolić na to, żeby tak rozpaczał.

Przystanęła przed drzewem, patrzyła na nie ze smutkiem w oczach, jak to się stało, że skończył w ten sposób, był przecież jednym z najbardziej doświadczonych towarzyszy ojca. - Już, spokojnie, pomogę Ci, nie pozwolę, żebyś cierpiał, ulżę Ci, pomogę Ci, może nie uratuję, ale będzie lepiej. -  Nie miała pojęcia, jak skończył w tym miejscu, ale czy to było ważne, nie bardzo, tak czy siak nie zamierzała dopuścić do tego, aby mężczyzna tkwił w tym lesie, w takiej formie, jak właściwie do tego doszło? Nie wiedziała, ten las był przeklęty, być może udało mu się go omamić, spowodować, że wszedł w jakieś magiczne sidła. Niedobrze, będzie musiała powiedzieć o tym tacie, będzie musiała podzielić się z nim tą infromacją.

- Benjy, musimy je ściąć, musimy. - Odwróciła się w końcu do swojego towarzysza, palenie nie wydawało jej się być najlepszym pomysłem, zważając na silny wiatr, być może było wilgotno, ale obawiała się, że ogień mógłby przenieść się dalej wolała nie być prowodyrem kolejnych pożarów.

- Szybko, co tak stoisz, pomożesz mi? - Wydawała się być przekonana, że nie ma innego wyjścia, jak ścięcie tego drzewa, Fenwick mógł dostrzec zmianę w jej zachowaniu, nie była już taka skupiona jak wcześniej, zaczynała się nieco irytować, jakby sytuacja trochę na nią wpływała, no ale przecież nie spodziewała się tego, że znajdzie tu swojego wuja zamienionego w drzewo, tego zupełnie nie planowała.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
23.12.2025, 19:00  ✶  
Coś było nie tak od dłuższej chwili, ale nie w ten sposób, w jaki ludzie zwykle to sobie wyobrażają - nie były to niczyje krzyki, nie nagły ruch, nie atak, raczej drobne przesunięcie akcentów, jak fałszywa nuta w znanej melodii. Las zaczął brzmieć… Za gęsto, zbyt intencjonalnie. Znałem ten repertuar od dziecka, trzeszczenie, wiatr, echo własnych kroków odbijające się tak, że mózg sam dopowiadał resztę. Tym razem jednak cisza była czysta, zbyt czysta - żadnych głosów, żadnych próśb, żadnego lamentu. Drzewa faktycznie poruszały się na wietrze, ale nie tak, jak powinny. Zbyt synchronicznie. Zbyt… Uważnie. Nie potrzebowałem oczu, żeby wiedzieć, że coś próbowało nawiązać kontakt. Klątwy rzadko atakują frontalnie, wolą zaproszenie, najpierw szept, potem obraz, na końcu decyzja, która nie wydaje się już obca. Znałem ten mechanizm, sam na początku obranej ścieżki zawodowej dałem się nabrać kilka razy, więcej, już chciałbym przyznać. Widziałem go również wielokrotnie wcześniej u ludzi, którzy wchodzili w zasięg czegoś, co nie brało ciała od razu, tylko zaczynało od głowy. Szepty, przesunięcia, sugestie - klasyka terenów przeklętych, w tym wypadku bardzo dobrze zagrana.
Najpierw zauważyłem zmianę w rytmie kroków Geraldine - nie dźwięk z jej ust, nie sygnalizowany gest mający wzbudzić moją czujność, tylko to drobne rozjechanie się tempa, jakby coś w niej przyspieszyło, a coś innego zostało z tyłu. To była mikro korekta kursu, jak gdyby coś odrobinę przesunęło jej punkt ciężkości, ale tego nie robiło się bez powodu. Mroczne siły lubiły takie momenty, wykorzystywały je bez litości. Las Wisielców, jak wszystkie podobne miejsca, nie bywał subtelny, ale bywał cierpliwy, to drugie zawsze mnie niepokoiło bardziej. Szepty, które pojawiały się tam, gdzie nie powinny, zawsze miały w sobie wyważoną nutę przesady, były ciutkę zbyt emocjonalne, zbyt osobiste, ale przekonujące. Dotarły i do mnie, chociaż raczej nie w tej formie, którą przeklęte miejsce próbowało sprzedać mojej partnerce, dla mnie to nie były głosy, tylko napięcie w powietrzu, delikatne drżenie, jak wtedy, gdy klątwa jeszcze się nie uaktywniła, ale już ustawiała pionki. To miało mnie wystraszyć, sprawić, że ucieknę, by Gerda została sama, nasze role zostały wyznaczone, przynajmniej las tak je dla nas pisał.
Zatrzymałem się w tym samym momencie, w którym ona zamarła, chociaż nie dlatego, że zobaczyłem to samo, raczej dlatego, iż coś w rytmie nocy nagle się złamało. Znałem różnicę między dźwiękiem, który jest, a dźwiękiem, który chce, żebyś w niego uwierzył, przedtem słyszałem wiatr, tylko wiatr, teraz zaczynało przebijać się coś innego - przeklęte miejsca tak miewały. Natura wokół nas wcześniej oddychała równo, nawet jeśli ciężko, teraz miałem wrażenie, że coś wciągnęło powietrze zbyt gwałtownie i jeszcze go nie wypuściło.
To był moment, w którym cały żart z piątku trzynastego wyparował mi z głowy bez śladu. Nie dlatego, że się bałem, już nie, bo rozpoznałem mechanizm i nie podobało mi się, jak szybko las znalazł właściwy klucz do tego, aby spróbować wepchnąć nas tam, gdzie chciał. Stare, ale działające sztuczki, miał ich pełen arsenał, klątwy mimetyczne, echo pamięci, projekcje żerujące na emocjach.
Wpatrywałem się w Geraldine - patrzyła na drzewo, jedno z wielu, ale dla niej najwyraźniej jedyne. Widziałem zmianę w jej postawie, w napięciu barków, w sposobie, w jaki oddychała. To nie było zwykłe skupienie, to było zaangażowanie emocjonalne. Najgorsze, co może się zdarzyć w miejscu, które żywi się wspomnieniami. Wystarczyło mi zobaczyć, jak skupiła wzrok na jednym punkcie, jakby świat wokół przestał istnieć, a potem otworzyła usta. Zobaczyłem pień, rzeczywiście był tam kształt - zbyt wyraźny jak na przypadek, zbyt niedoskonały jak na prawdziwego człowieka. Stara robota, bardzo stara, tego typu iluzje nie tworzyły wiernych, rzeczywistych, perfekcyjnie odzwierciedlonych obrazów, tylko przekonania. Nie chodziło o to, czy twarz była podobna, chodziło o to, że mózg chciał ją rozpoznać. Drzewo, na które patrzyła, było i jednocześnie nie było drzewem - starym, powykręcanym, z pniem pełnym naturalnych załamań, takich, które ludzki mózg bardzo chętnie zamieniał w znajome kształty, twarze, profile, cienie oczu. Widziałem to samo co ona, ale nie widziałem jego, kimkolwiek był, to była kluczowa różnica.
Kiedy ruszyła w tamtą stronę, poczułem to charakterystyczne ukłucie w karku. Nie strach - alarm, taki sam, jak wtedy, gdy ktoś wchodził w przeklęty krąg, nie wiedząc, że właśnie zamyka się za nim furtka. Widziałem to setki razy u ludzi, którzy występowali w obszar oddziaływania czegoś, co nie atakowało ciała, tylko myśl. Las nie poruszył się bardziej niż wcześniej, wiatr nie zmienił kierunku, a jednak coś zaczęło grać fałszywą nutę. Przesunąłem się natychmiast, stając pół kroku bliżej, gotowy, ale jeszcze jej nie dotykając. Czasem dotyk tylko pogarszał sprawę.
Słuchałem, co mówiła do tego… Czegoś. Głos miała miękki, przekonany, pełen tej cholernej potrzeby naprawiania świata, która tak często kończyła się krwią. Podeszła do pnia i mówiła do niego cicho, jak do rannego człowieka - słowa o uldze, o pomocy, o łasce, każde z nich było dokładnie tym, czego taka magia potrzebowała. Widziałem, jak jej ramiona się napinają, jak decyzja już zapadła, zanim padły słowa, drzewo ją miało, nie całkiem, ale wystarczająco, by pociągnąć za właściwą strunę. To był zły znak, bardzo konkretny, zawodowy zły znak, iluzje oparte na uczuciach zawsze wybierały twarz kogoś bliskiego. Nie po to, żeby oszukać wzrok, tylko żeby ominąć rozsądek. Widziałem to wcześniej w ruinach, w starych domach, w miejscach, gdzie klątwa żywiła się empatią szybciej niż strachem.
- Gelaldine. - Odezwałem się nisko, stanowczo, dokładnie tym tonem, jakim mówi się do kogoś, kto stoi na krawędzi, nawet jeśli jeszcze tego nie widzi, racjonalizacja zawsze była pierwszą próbą interwencji, nawet jeśli nie zawsze skuteczną. Przesunąłem wzrok po drzewach wokół, po ziemi, po liniach i zagłębieniach kory, które normalnie nie istniały, ale teraz aż prosiły się o uwagę. To nie był uwięziony człowiek, to była przynęta, a sieć już się zaciskała. - Zatszymaj się. - Nie mówiłem głośno, nie rzucałem ostrych fraz, jakbyśmy stali na polanie w samo południe, a nie w środku przeklętego zagajnika, na kilka chwil przed potencjalnie jedną z gorszych decyzji, jakie moglibyśmy podjąć tej nocy.
Las nie lubił, kiedy ktoś psuł mu narrację. Czułem to w powietrzu, w nagłym przeciągu, w cichym trzasku gałęzi gdzieś dalej - niby niepowiązanym z tym drzewem, ale z siłami próbującymi wmówić człowiekowi, że są jego matką, dzieckiem albo bogiem, już tak. Klątwy zawsze grały na emocjach, potwory rzadko bywały aż tak subtelne, ale nie mogliśmy być pewni, co tak właściwie kryje się pod pozorami, zaklęte głęboko w korzeniach.
Kiedy się odwróciła i powiedziała, że musimy je ściąć, już wiedziałem, że nie patrzyła na mnie do końca - jej spojrzenie było odrobinę za bardzo skupione, zbyt ostre, jak u kogoś, kto widział tylko jedno rozwiązanie, bo magia podsunęła mu je na srebrnej tacy.
- Posłuchaj mnie. - Uniosłem dłoń, nie jak rozkaz, raczej jak znak stopu, który stawia się instynktownie. - To nie cielpi. To chce, szebyś myślała, sze cielpi. To chce byś ścięte. Chce, szebyś uwieszyła, sze pomagasz. -  Powiedziałem wprost, bez ozdobników. - Chce byś uwolnione w taki sposób, któly coś wypuści. Albo coś przywoła. - Spojrzałem na nią uważnie, pozwalając, żeby w moim głosie nie było ani krzty wahania. To nie był lament uwięzionej duszy, to było coś głodnego sensu, łaski, reakcji - coś, co nauczyło się, że najłatwiej dostać to, czego chce, udając ofiarę. To był wabik, Little Hangleton miało ich aż nadto, wychowałem się na omamach, które kończyły się grobami. To nie był kreatywny zabieg, ale nie miał taki być, bo i tak był skuteczny. Ten rodzaj przekleństwa nie tworzył nowych historii, tylko wyciągał stare i wkładał je ludziom pod skórę - twarze w korze, głosy, które brzmią znajomo, rozpacz podszyta prośbą o ulgę, klasyka, stare jak pierwsze klątwy, które widziałem jeszcze jako chłopak. Czułem to całym ciałem, nie emocjami, instynktem klątwołamacza. Ten rodzaj magii zawsze działał tak samo - najpierw podszywa się pod stratę, potem pod udrękę, na końcu pod obowiązek, jeśli je zetniesz, jeśli je uwolnisz, to nie będzie akt miłosierdzia, to będzie zaproszenie. Prawdziwe udręczenie nie dobiera sobie głosu pod słuchacza.
- To chce byś wyzwolone. - Ciągnąłem, wolno, wyraźnie. - Nie w sensie łaski. W sensie wypuszczenia s klatki. Jeśli je zetniesz, jeśli mu „pomoszesz”, to coś się uwolni. I wtedy nas zaatakuje. - Podkreśliłem. Cisza zgęstniała, wiatr ucichł na ułamek sekundy, jakby ktoś nasłuchiwał, to nie była halucynacja, to było polowanie. - Las Wisielców nie zamienia ludzi w dszewa. Uczy szeszy, któle tu utknęły, jak udawaś, sze kiedyś były ludźmi. - Mój głos był cichy, płaski, pozbawiony emocji, taki, którego używałem tylko wtedy, gdy coś naprawdę było nie w porządku. - Jeśli je zetniemy, pszelwiemy pieczęś. Nie dotykamy tego. Nie tniemy. Nie palimy. - Dodałem. - Oznaczamy miejsce, zapamiętujemy je i wypieldalamy. - Nie pozwoliłem sobie na gniew ani na irytację, to by tylko wzmocniło siły, które tu były. Nie odrywałem wzroku od drzewa, ale całym ciałem byłem zwrócony ku niej, gotowy zareagować, jeśli spróbuje się wyrwać do przodu albo zrobić coś głupiego. Wiedziałem jedno - jeśli pozwolimy temu „drzewu” dostać to, czego chce, noc skończy się krwią, niekoniecznie jego.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
23.12.2025, 23:26  ✶  

Jedno drzewo skupiło jej uwagę, jednemu udało się do niej dotrzeć, inne się nie liczyły, tylko to szepczące znanym jej głosem. Szept zamienił się w lament, w rozpacz, w prośbę wobec której nie mogła przejść obojętnie, nie mogła udawać, że tego nie widzi, czy nie słyszy, nie kiedy uderzał dokładnie tam, gdzie powinien. W emocje nad którymi nie potrafiła zapanować. Rodzina była dla niej ważna, najważniejsza od zawsze. Nie mogła pozwolić na to, aby jej wuj tak się męczył, zaklęty w drzewo, błagający o pomoc, musiała mu jej udzielić, gdyby to ją spotkało, to też by tego pragnęła, nie chciałaby żyć, a raczej nie żyć jako drzewo, utknąć w nim na wieki. Śmierć miała być szybka, miała zakończyć to, co nie powinno już trwać, chociaż ona już chyba nadeszła, ale pozostał po niej ślad, pozostał głos, pozostała twarz ta znana w pniu drzewa. Czasem było jej nieco pomóc, wyciągnąć rękę do tych którzy przez los nie mogli dostać się na drugą stronę, nikt nie zasługiwał na to, by tułać się po świecie przez wieczność, a drzewa przecież żyły wiele lat, utknąć martwym w jednym z nich, a może nie do końca martwym. Nie mogła mieć pewności, że umarł, może jeszcze żył, ale co to było za życie? W cierpieniu, rozpaczy? Nie życzyła by go nikomu, w szczególności komuś ze swojej rodziny.

Zbliżyła się więc do niego, szybkim krokiem, bo wuj nie mógł przecież czekać, wystarczająco się naczekał, kto wie ile tu tkwił, nie chciała, aby cierpiał jeszcze dłużej, musiała mu ulżyć, musiała to zakończyć, decyzja była prosta, bardzo prosta, właściwa, nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

Przez ten głos mówiący do niej, ten, który rozpaczał i prosił, błagał o litość przebijał się inny, z oddali, też go znała, tak to był Benjy, powiedział jej imię, odwróciła się do niego, przecież prosiła, żeby jej pomógł, dlaczego stał tak daleko, dlaczego jeszcze nie było go obok, mieli współpracować, razem poszłoby im szybciej, razem pozbyliby się tego drzewa bez problemu, sama pewnie też dałaby radę, tylko, że skoro już był niedaleko, to liczyła na to, że ją wesprze, że jej pomoże, że nie zignoruje jej prośby.

Mówił, że ma się zatrzymać, jak miała się zatrzymać, no jak? Kiedy przecież wiedziała, że tylko ona może pomóc wujowi, nikt więcej, nikt, ona jedyna, ona go znalazła w tym lesie, do którego prawie nikt nie zaglądał, który wszyscy omijali z daleka, cała nadzieja w niej, nie mogła odpuścić, nie dzisiaj, nie teraz.

Mówił dalej, wolno, wyraźniej, spokojnie, przebijał się przez lament dochodzący zza jej pleców. Tylko jak? Rozum mówił swoje, a serce swoje. Benjy znał się na klątwach, ale nie widział tego z bliska, nie widział twarzy wuja, która była niemalże wtopiona w pień drzewa, z takiej odległości rzeczywiście mógł nie mieć pewności co do tego, co się właściwie działo.

- Ale tutaj jest jego twarz i ten głos, ten głos znajomy, on prosi, rozpacza, a co jeśli to naprawdę on? Co jeśli to prawda? - Nie mogła od razu rozważyć porzucenia swojego pomysłu, nie gdy drzewo nie przestawało jej szeptać do ucha swojej historii, kiedy mieszało jej w głowie, mamiło ją, trudno jej było się temu postawić.

Wspomnienie o tym, że może ich zaatakować było dobrą drogą, Geraldine znowu się spięła, bo co jeśli miał rację, co jeśli to wcale nie był wuj, już miała podobną historię za sobą, już kiedyś ktoś mieszał jej w głowie opowieściami o bracie bliźniaku, wtedy też łatwo było jej w to uwierzyć, najłatwiej było sięgać po rodzinę, więzy krwi, bo te były dla niej najbardziej istotne. Spoglądała na Benjy'ego, chciała mu zaufać.

Las Wisielców, to prawda, krążyły o nim opowieści, już kiedyś zresztą, kiedyś też próbował mieszać jej w głowie, zapomniała o tym, łatwo znowu dała się podejść, nie była odporna na te sztuczki, wszystko przez to, że głos przypominał kogoś z rodziny.

- Słyszysz ten głos? - Tak było najprościej, zapytać, czy i on go słyszał, czy tylko ona, jeśli tylko ona, to całkiem jasne było to, że coś chciało w ten sposób osiągnąć swój cel, wykorzystać ją do jego realizacji.

- Widzisz twarz? - Kolejne pytanie padło z jej ust.

- Możesz mieć rację, pewnie ją masz, tylko to brzmiało tak znajomo, okropnie znajomo. - Zrobiła w końcu jednak krok w stronę Fenwicka, jego argumenty do niej przemawiały, pewnie miał rację, znał się na klątwach, na bytach, tych wszystkich dziwnych rzeczach, powinna go posłuchać.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4292), Geraldine Greengrass-Yaxley (2874), Pan Losu (110)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa