• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton Las Wisielców [13.10.72] Where the roots grow deep and the dark runs round | Benjy, Geraldine

[13.10.72] Where the roots grow deep and the dark runs round | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
24.12.2025, 15:25  ✶  
Stałem twardo na miejscu, chociaż wszystko we mnie chciało zrobić krok do przodu i drugi zaraz po nim. Słyszałem jej oddech, nierówny, przyspieszony, widziałem, jak walczyła ze sobą, w jednej chwili była tą samą Geraldine, z którą wszedłem do lasu, a w następnej kimś, komu właśnie podano w ręce nóż i powiedziano, że to jedyny sposób, by uratować bliską osobę. Znałem ten moment, widziałem go już wcześniej, u innych, czasem u siebie.
- Słyszę coś. - Powiedziałem w końcu spokojnie. - Ale nie to, co ty. - Nie podniosłem głosu, nie było w nim też ani cienia lekceważenia, mówiłem jak do kogoś, kto stoi na krawędzi i jeszcze można go cofnąć, jeśli nie zacznie się krzyczeć. - To, co słyszysz, jest szyte dokładnie pod ciebie. - Dodałem. - Pod twoją pamięś. Pod to, co nosisz w sobie. Las Wisielców nie mówi plawdy. On mówi to, co działa. - Zerknąłem na drzewo raz jeszcze, dłużej, widziałem pień, sęki, naturalne wybrzuszenia kory, z których mózg bardzo chętnie robi twarz, kiedy tylko dostanie odpowiednią sugestię. Widziałem, jak cień i światło układały się w coś, co aż prosi się o interpretację, klątwy kochały takie miejsca, nie musiały tworzyć iluzji od zera, wystarczyło je popchnąć we właściwą stronę. Czułem, jak las reaguje na każde moje słowo, jakby coś w nim się napinało, testowało, czy nie pęknę pierwszy - nie pękłem.
- Widzę dszewo, któle chce, szebyś widziała kogoś, kim nie jest. - Powiedziałem jasno. Zrobiłem krok w jej stronę, wolny, kontrolowany, tak by nie dać drzewu tej satysfakcji, że mnie spłoszyło, zatrzymałem się na bezpieczną odległość, między nią a pniem. - Jeśli je zetniemy, nie uwolnisz kogoś, kto cielpi. Ktoś taki nie zwlacałby się tylko do ciebie, nie bszmiałby despelacko, błagając tylko jedną osobę, jak coś, co boi się, sze zalaz stlaci okazję. Plawdziwe pszeklęte duchy nie negocjują w ten sposób. To… To chce byś wypuszczone. Uwolnisz coś, co czeka na moment, a wtedy nie będzie jusz lozmów ani wybolów. - Wyciągnąłem do niej rękę, otwartą, bez nacisku. - Wiem, sze to bszmi znajomo. Wiem, sze boli. Właśnie dlatego to działa. -  Dodałem. - Ale jeśli zlobisz jeszcze jeden klok w tamtą stlonę, nie pomoszesz nikomu. Ani jemu. Ani sobie. Ani mnie. Ani nikomu innemu. A pszeciesz mamy dziś komuś pomóc, plawda? Komuś konkletnemu. - Stanąłem nieruchomo, nie cofając dłoni, dając jej czas. Las nie lubił, gdy ktoś odbierał mu tempo, nie zamierzałem więc pozwolić, by to tempo dyktowało nam, kto tej nocy wyjdzie stąd żywy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
24.12.2025, 21:20  ✶  

Próbowała podejść do sprawy rozważnie. Drzewo mówiło swoje, i Benjy mówił swoje. Drzewo mówiło głosem podobnym do jej wuja, a jednak to Benjy wszedł z nią do tego lasu, mieli zadanie do wykonania, mieli znaleźć potwora. Nie przyszli tu szukać zaginionego wuja, tak właściwie to nikt chyba nie wspominał o tym, że się zgubił. Ojciec na pewno by tego nie zignorował. Pierwszy argument za tym, że to mogło nie być prawdą, że coś próbowało mieszać jej w głowie. Tylko jakim cudem znało jego głos, twarz wydawała jej się znajoma, wiedziała, że to było możliwe, ale drzewa? Może to nie były zwykłe drzewa, na pewno nie.

- Czyli słyszysz coś innego. - Gdyby to był jej wuj, to i on i ona by to usłyszeli, ten sam głos, widzieliby tą samą twarz, nie pojawiłaby się taka rozbieżność. Kolejny argument za tym, że to nie bo prawdą.

- Wie, gdzie uderzyć, doskonale wie w które miejsce celować. - Rodzina, była dla niej najważniejsza, pewnie dla sporej ilości osób znaczyła wiele, łatwo było znaleźć ofiarę uderzając w te obszary. Bardzo łatwo. Mało kto byłby obojętny na podobną sytuację.

Słyszała opowieści o Lesie Wisielców, bywała tutaj, miała świadomość, że potrafi on mieszać w głowie, a raczej te siły które były tutaj uwięzione. Powoli docierało do niej to, że miał rację, dała się omamić, bardzo łatwo pozwoliła sobie uwierzyć w to, że jej wuj potrzebuje pomocy, zbyt łatwo. Po tym, co przytrafiło jej się latem powinna być ostrożniejsza, ale nie była, niczego się nie nauczyła.

- Tak, mamy komuś pomóc, mamy zadanie do wykonania, nie powinnam tracić celu z oczu. - Zgadzała się z nim, jednak jeszcze nie ruszyła się z miejsca, głos nadal do niej mówił, nadal wybrzmiewał gdzieś za nią, nadal prosił o łaskę. - Zamknij się, zamknij się. - Rzuciła dosyć głośno, musiała to przerwać, nie wydawało jej się, że to pomoże, jednak się odezwała. Potrzebowała momentu, aby doprowadzić się do porządku, wrócić do rzeczywistości, przestać myśleć o tym, że to mógł być jej wuj.

Dostrzegła wyciągniętą w jej kierunku dłoń, wpatrywała się w nią chwilę, Benjy nadal mówił, brzmiał rozsądnie, racjonalnie, powinna go posłuchać, zignorować ten głos w tle, przestać myśleć o tym, że ktoś jej bliski potrzebował pomocy. Zrobiła krok w przód, później następny, aż wreszcie złapała go za rękę, co spowodowało, że poczuła się pewniej. Była tu i teraz, Fenwick okazał się być jej kotwicą, nie pozwolił jej zrobić czegoś głupiego. Nie odwracała się już za siebie, ignorowała ten głos, który nadal próbował do niej mówić, nadal starał się wzbudzić w niej litość, chciał skłonić ją do działania. Wiedziała, że nie może tego zrobić.

- Ja pierdole, to brzmiało tak prawdziwie, naprawdę wydawało mi się, że Eskel tam jest, wiesz? - Na pewno wiedział, widział, jak zareagowała. Nadal czuła się dziwnie, musiała wrócić na miejsce, bo mieli zadanie do zrealizowania. Nie znaleźli się tu przypadkiem.

- Dziękuję, gdyby nie Ty, pewnie bym tam została, dobrze że jesteś. - Geraldine nie miała problemu z tym, aby docenić wsparcie innych, to był moment, w którym musiała to zrobić. Musiała mu podziękować.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
24.12.2025, 22:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2025, 22:32 przez Benjy Fenwick.)  
Las Wisielców był jak stary kuglarz, który znał tylko kilka numerów, ale wykonywał je wystarczająco dobrze, żeby wciąż zbierać ofiary. Nie patrzyłem już na drzewo, nie chciałem dać mu ani sekundy uwagi więcej, niż absolutnie musiało dostać. Wiedziałem już, że przegrało ten etap. Takie byty zawsze próbowały jeszcze chwilę, przeciągały struny do ostatniego możliwego dźwięku, ale kiedy ofiara przestawała reagować, musiały odpuścić, bo nie mogły nic zrobić, dopóki ktoś ich nie uwolnił. Do tego czasu takie rzeczy żywiły się spojrzeniem, reakcją, najmniejszym zawahaniem, tylko na tyle, aby utrzymać się przy czymś na kształt życia, nie były groźne, póki nikt ich nie odpieczętował - nie miały w sobie na tyle niszczycielskiej energii, aby wyrządzić komuś fizyczną krzywdę, tylko emocjonalną, chociaż ta czasami potrafiła wystarczyć.
- Wiem. - Powiedziałem spokojnie, kiedy wyrzuciła z siebie te słowa. Takie momenty zawsze zostawiały po sobie ten specyficzny posmak, jak po niemal popełnionym błędzie, który mógł kosztować znacznie więcej niż dumę. - Właśnie na tym polega ploblem. One zawsze bszmią plawdziwie. Gdyby bszmiały tandetnie, nikt by tu nie ginął. - Przesunąłem spojrzeniem po otoczeniu, po drzewach, które nagle wydawały się zbyt nieruchome, jakby udawały, że wcale nie słuchały, to też było znamienne, wisielce nie lubiły, gdy ktoś psuł im zabawę. Nie odwracałem się za siebie - to była jedna z pierwszych rzeczy, których nauczyło mnie doświadczenie - jeśli coś chce twojej uwagi, nie dawaj mu jej za darmo. Skoro przestała reagować, głos stracił część mocy.
- Z iluzjami mam… Nazwijmy to doświadczenie plaktyczne. - Ciągnąłem. - Widziałem ich wystalczająco duszo, szeby wiedzieś, gdzie zwykle pękają. - Nie było w tym przechwałek, raczej suche stwierdzenie faktu. Większość bytów posługujących się złudzeniami były do siebie podobne, działały na zbliżonych mechanizmach - grały tylko w te gry, które już kiedyś wygrały, a tych była stosunkowo niewielka pula. Przetarłem kark, czując jeszcze tamten nacisk, tę niewidzialną linię napięcia, która wcześniej mnie nie opuszczała. - Następnym lasem losposnasz to szybciej. - To nie była pociecha rzucana na wiatr. To był fakt, każdy, kto przetrwał swoje prawdziwe spotkanie z iluzją emocjonalną, był później groźniejszy, mniej podatny, bardziej świadomy, z każdą taką interakcją coraz bardziej.
Kiedy mi podziękowała, skinąłem tylko głową, bez fałszywej skromności, bez żartów, które zwykle przychodziły mi łatwo, to nie był moment na rozładowywanie napięcia humorem, jeszcze nie. Stałem blisko, na tyle, by poczuć, kiedy wreszcie się uziemiła, ten moment był zawsze wyczuwalny, jak nagłe dociążenie powietrza, kiedy czyjś krok znowu należy do ziemi, a nie do wspomnień. Jej dłoń w mojej była chłodna, ale pewna, to wystarczyło.
- Po to tu jestem. - Odpowiedziałem krótko. - I po to placuje się we dwójkę. Ja tesz nie jestem alfą i omegą. - Dodałem bez wahania. - Są dziedziny, w któlych masz pszewagę. Ja lepiej wyczuwam, kiedy coś plóbuje nas zwodziś. Ty szybciej lospoznasz, czym to coś jest, kiedy jusz pokasze zęby. To całkiem uczciwa współplaca. - Nie była to tania pociecha, ale czułem, że warto było o tym wspomnieć. Spojrzałem na nią uważnie, upewniając się, że wróciła do tego samego rytmu co ja. Oddychała równo, oczy miała czyste, choć jeszcze z cieniem po tym, co próbowało się do nich dobrać. Odczekałem chwilę, aż echo naszych słów całkiem zniknie między drzewami, upewniając się, że głos, który wcześniej ją wabił, teraz był już tylko tłem, zbyt cichym, by przebić się przez rzeczywistość.
- Dobla. - Powiedziałem w końcu, wracając do tonu roboczego. - Skolo wiemy, sze las zaczyna sięgaś po takie sztuczki, to znaczy, sze jesteśmy blisko jego centlum. A skolo jesteśmy blisko, to on tesz. - Spojrzałem na nią uważnie, upewniając się, że jest gotowa - była, zmęczona, wkurzona, ale obecna, najlepszy możliwy stan do dalszej roboty. - Ignolujemy wszystko, co plóbuje nas zatszymaś. Jeśli znowu coś zacznie mówiś cudzym głosem… - Skinąłem głową, jakbyśmy właśnie ustalili warunki współpracy, a nie rozmawiali o czymś, co mogło skończyć się bardzo źle. Pozwoliłem sobie na krótki, krzywy uśmiech. Nie musiałem dodawać, co wtedy robimy, prawda?
Ruszyłem pewnym krokiem, zostawiając za plecami drzewo, które przestało szeptać, nie dlatego, że straciło głos, tylko dlatego, że zrozumiało, że tej rundy nie wygra.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4292), Geraldine Greengrass-Yaxley (2874), Pan Losu (110)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa