• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton Las Wisielców [13/10/72] The wind is howling, and the leaves are falling | Benjy, Geraldine

[13/10/72] The wind is howling, and the leaves are falling | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
25.12.2025, 03:33  ✶  
Szliśmy długo, za długo, a jednak wrażenie postępu było wyłącznie uprzejmą sugestią. Milczeliśmy, bo nie było sensu gadać, lepiej było skupić się na otoczeniu, dźwiękach natury, które wcale nie były zupełnie naturalne - czasem miałem wrażenie, że słyszę własny dawno zaczerpnięty oddech, swoje odległe chrząknięcie, pociągnięcie zimnym nosem, pomruk sprzed kilku minut, gdzieś z boku, jak echo, które nie powinno istnieć. Liczyłem kroki, orientowałem się po nachyleniu terenu, zapachu wilgoci, po tym, jak wiatr omiatał moją skórę - wszystko mówiło, że idziemy naprzód, wszystko oprócz lasu, on najwyraźniej miał inne zdanie.
Znałem takie miejsca, takie, które nie blokowały przejścia wprost, tylko pozwalały iść… I iść… I iść, aż w końcu orientowałeś się, że widziałeś już to drzewo albo coś bardzo do niego podobnego. Najpierw ginęły drobne punkty odniesienia, potem kierunek, na końcu poczucie czasu, kroki składały się w sensowną całość tylko przez chwilę, później zaczynały się powtarzać - ten sam wygięty wiąz, ten sam omszony głaz z pęknięciem przypominającym błyskawicę, nieustanny zapach wilgoci i starej kory wdzierający się w nozdrza.
Ciemność gęstniała, chociaż noc wcale nie robiła się głębsza, księżyc gdzieś zniknął, jakby ktoś go zgasił albo po prostu zasłonił ręką, dźwięki były przytłumione, martwe, nawet wyjątkowo ciche, umiejętnie stawiane kroki Geraldine brzmiały tak, jakby nie do końca należały do tego miejsca. Wiedziałem, że krążyliśmy, chociaż nie potrafiłem wskazać momentu, w którym las zamknął pętlę, robiąc to, co potrafił najlepiej - rozciągając drogę, zaginając ją, podmieniając ślady, kradnąc orientację, po cichu, bez szarpania, bez dramatów. Miał ten brzydki zwyczaj gubienia nawet tych, którzy wiedzieli, jak się nie gubić, to była jego sztuka - sprawić, byś zaczął wątpić nie w kierunek, tylko w samego siebie. Odnosiłem wrażenie, że chodziliśmy tak już godzinami, chociaż rozum podpowiadał mi, że to niemożliwe. Czas w Lesie Wisielców był umowny, zawsze należało go traktować wyłącznie orientacyjnie, tym bardziej, że w niektórych jego częściach mechanizmy zegarków przestawały działać, igły kompasów ulegały rozmagnesowaniu, a zaklęcia zachowywały się nieprzewidywalnie.
Nie kręciliśmy się w kółko, nie w idealnym okręgu, raczej w spiralach, które udawały drogę naprzód. Ścieżka raz wydawała się znajoma, raz znikała pod stopami, a potem wracała pod innym kątem, z inną obietnicą kierunku. Oboje teoretycznie znaliśmy się na pracy w terenie, nawet niekoniecznie znanym, na szukaniu śladów i tropieniu, wiedziałem, że każdy stawiany przez nas krok był poprawny, każdy wybór logiczny, ale nigdzie nie docieraliśmy - to było najbardziej irytujące. Czułem to w kolanach, w ciężarze sprzętu, w drobnym napięciu karku, to było uczucie chodzenia w miejscu, mimo że mięśnie pracowały, oddech przyspieszał, a ścieżka faktycznie zostawała za nami. Wilgoć wisiała nisko, powietrze było ciężkie, lepko osiadało na skórze.
Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy coś się zmieniło - nie w ziemi, nie w drzewach, tylko w przestrzeni przed nami. Pojawiła się szczelina między krzewami, niewielka, ale wyraźna, miejsce, gdzie gałęzie rozsunęły się na tyle, by noc straciła odrobinę swojej władzy. Nie ruszyłem od razu szybkim krokiem, powstrzymywany świadomością, iż prześwity w takich miejscach bywały obietnicą albo kłamstwem, czasem jednym i drugim naraz, zamiast tego powoli podszedłem do granicy czegoś, co chyba było rzeczywistą polaną. Podniosłem wzrok, niebo w tamtym miejscu było czystsze, ciemniejsze, prawdziwsze, migoczące punkciki wisiały nieruchomo na firmamencie, obojętne na to, co działo się na dole - to był całkiem dobrze zwiastujący widok, bo gwiazdy miały to do siebie, że zawsze były tam, gdzie były, niezależnie od tego, ile razy ktoś próbował przekonać cię, że idziesz w dobrą stronę.
- Tam. - Powiedziałem cicho, wskazując kierunek. - Widzisz?
Jeden z jasnych punktów na nieboskłonie był wyraźnie jaśniejszy od pozostałych, dominował pozostałe bez wysiłku. Nie znałem się na astronomii, nigdy mnie to specjalnie nie pociągało, ale to jedno było dla mnie oczywiste - tę gwiazdę znałem, każdy ją znał, jeżeli tylko miał okazję spędzić dostatecznie dużo czasu w naturze, w miejscach poza miejską łuną, nawet jeśli nie potrafiłby jej nazwać. Sirius - kojarzyłem go dobrze, nie przez romantyzm, tylko przez praktykę, ustawiłem się więc tak, by mieć go dokładnie w polu widzenia, zapamiętałem kąt, relację do drzew, do prześwitu. Otoczenie mogło nas kręcić, zawracać, podsuwać te same ścieżki w innym przebraniu, ale niebo było ponad tym, a największa z gwiazd patrzyła na nas z miejsca, którego nawet Las Wisielców nie mógł dosięgnąć.
Kierunek, porządek, coś stałego, jeśli nawet to miejsce lubiło gubić ludzi, niebo nadal trzymało się swoich zasad, a to znaczyło, że mogliśmy odzyskać orientację.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
25.12.2025, 19:06  ✶  

Szli przed siebie, szli i szli, las wydawał się nie kończyć. Wokół nadal było ciemno, panowała cisza. Nie słyszała już żadnych głosów, i dobrze, bo było bardzo blisko tego, aby jednego z nich posłuchała. Mogło się to skończyć źle, bardzo źle. Dobrze, że miała ze sobą Benjy'ego, że zainterweniował, dzięki niemu nie ścięła tamtego drzewa, dzięki niemu poszła po rozum do głowy, dotarło do niej, że coś sobie z nią pogrywało. Bardzo bliska była, aby faktycznie wypuścić tę siłę, na szczęście tego nie zrobiła. Kto wie, jak mogło się to skończyć, pewnie ściągnęłaby na siebie, na nich ten byt, a nie po to się tutaj znaleźli, mieli zlecenie do wykonania, pilne zlecenie, to na nim powinni się skupić, a nie na drzewach, które mieszały w głowie.

Drzewa wydawały się wyglądać tak samo, miała wrażenie, że bardzo długo krążą po okolicy, że się zgubili, choć nie powinno się to przytrafić takim osobom jak oni, nie byli z pierwszej łapanki, potrafili odnaleźć się w terenie. Nie przestawali jednak brnąć przed siebie pewnym krokiem, być może okolica chciała im zasugerować, że kręcili się w kółko,  chciała aby zaczęli wątpić w swoje umiejętności, by stracili pewność siebie, jednak to nie było słusznym rozwiązaniem.

Nawet jeśli drzewa wydawały się już być znajome, jakby mijali je kilka razy, może wydeptali już ścieżkę, las nie chciał ich wypuścić ot tak, ciemność ich otaczała niczym welur, była bardzo głęboka, mimo tego, że już niedługo miał nadejść dzień, nic jednak na to nie wskazywało, jeszcze nie, nie zapominała o tym jednak, światło dnia powodowało, że to miejsce było odrobinę bardziej przystępne, mrok jeszcze bardziej mieszał w głowie, mamił, już niedługo jednak będą mieli to za sobą.

Nie wiedziała jak długo szli, ile czasu minęło, ile było jeszcze przed nimi. Czuła trochę, jakby znaleźli się w jakiejś pętli, chociaż przecież nie mogło tak być, nie utknęli w jednym miejscu, wierzyła w to, że zmierzali w dobrym kierunku.

Nie odzywała się, kiedy po raz kolejny zobaczyła tę samą, charakterystyczną gałąź, ileż można pojawiać się obok identycznego drzewa, przecież wiedzieli co robią, nie szli bezmyślnie przed siebie, wybierali tę drogę, to jednak nie do końca wystarczało. Nie mówiła nic, musieli być cierpliwi, na pewno jakoś uda im się opuścić ten zagajnik, trafić gdzieś dalej, miała ochotę wypuścić z siebie wiązankę przekleństw, ale tego nie zrobiła, czuła, że ktoś lub coś czerpałoby z tego satysfakcję i nie zamierzała jej nikomu ani niczemu dawać.

Fenwick się zatrzymał. Geraldine zrobiła to samo, rozejrzała się wokół, aby zobaczyć, co mogło zwrócić jego uwagę. Przy ziemi jednak nic nie wydawało jej się być na tyle interesujące, aby spowodowało tymczasową przerwę w pokonywaniu drogi.

Uniosła głowę w stronę nieba, i wtedy dojrzała ten prześwit, faktycznie warto było udać się w tamtą stronę, dzięki temu mogli wreszcie znaleźć się poza lasem, Benjy znalazł rozwiązanie na ich drobny problem z odnalezieniem ścieżki.

- Tak, widzę, to powinno nam ułatwić wyjście z tej pętli. - Przyglądała się niebu, dostrzegła na nim tę jedną gwiazdę, dzięki której mogli wyznaczyć kierunek drogi. Świeciła najbardziej ze wszystkich, była najjaśniejsza na całym niebie. Geraldine nie była specjalistką od astronomii, nigdy nie interesowała jej specjalnie ta nauka, ale znała te najbardziej oczywiste fakty, o którym mówiono już dzieciom.

- Chodźmy. - Próbowała sobie ułożyć w głowie kierunek, dzięki któremu mieli trafić do miejsca prześwitu, nie wydawało się być ono daleko, już nie, naprawdę miała nadzieję, że wyjdą z tego przeklętego lasu, i będą mogli zająć się tym, po co się tutaj pojawili.

Tak jak powiedziała, tak też zrobiła zaczęła iść przed siebie, nieco szybszym tempem niż przed chwilą, nie mogła doczekać się bowiem momentu, w którym opuszczą ten zagajnik.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
25.12.2025, 23:08  ✶  
Zatrzymałem się jeszcze na ułamek sekundy, pozwalając, by obraz nieba wrył mi się w pamięć, spojrzałem ostatni raz na tę samą najjaśniejszą gwiazdę na firmamencie, jakby mogła mi coś jeszcze podpowiedzieć - wciąż była na swoim miejscu, obojętna wobec tego, co działo się pod nią. Później ruszyliśmy w stronę przecinki, nadal miałem to nieprzyjemne poczucie, że las nie tyle nas puszczał, co po prostu zmieniał zasady gry. Prześwit przed nami wyglądał jak obietnica, ale nauczyłem się dawno temu, że obietnice w takich miejscach bywają warunkowe. Całkowite zaufanie mu to byłby błąd, oczywiście, ale czasem nawet doświadczeni ludzie potrzebują chwili złudzenia, żeby móc iść dalej, tym bardziej, że im bliżej podchodziliśmy, tym wyraźniej upewnialiśmy się, że wciąż tam był, realny, nie zniknął ani nie przesunął się jak poprzednie „drogowskazy”.
Im bliżej byliśmy jasności, tym bardziej coś się jednak nie zgadzało, tym wyraźniej czułem zmianę - nie w powietrzu, nie w zapachu, tylko w napięciu, które nagle zaczęło się układać w znajomy wzór, jak wtedy, gdy teren przestaje być pusty, nawet jeśli nadal wygląda na opuszczony, jakby coś się przesunęło poza zasięgiem wzroku i uznało, że nadszedł właściwy moment.
Zerknąłem na Geraldine kątem oka, nic jeszcze nie powiedziała, ale jej sylwetka zdradzała więcej niż słowa, ramiona mojej towarzyszki lekko zesztywniały, krok stał się bardziej wyważony, uważny. Znałem ten sygnał, to nie był strach ani niepewność, to było wyczuwanie - instynkt łowcy, który właśnie złapał trop, zanim jeszcze mój mózg zdążył go nazwać. Nie pytałem - jeśli coś wyczuła, to znaczyło, że było realne, ja miałem inne narzędzia. Skupiłem się na tym, co widziałem i słyszałem, pochylając się trochę tam, gdzie ziemia była rozorana, ściółka zbyt mocno poruszona, jak na zwykłe nocne życie lasu, zapach też się zmienił, był metaliczny, ciężki, znajomy w najgorszy możliwy sposób.
Z prawej strony, głęboko w gęstwinie, coś poruszyło się z trzaskiem, który nie próbował być cichy. To nie było skradające się zwierzę, to było coś, co wiedziało, że zostało zauważone, i uznało, że nie ma sensu udawać. Kolejny dźwięk przeszedł między drzewami, tym razem wyraźniej, coś się przemieszczało, okrążając, badając dystans. Zbyt inteligentnie, by była to tylko zwierzyna krążąca na oślep, zbyt pewnie siebie, jak na coś, co bało się ludzi. Zwolniłem krok, zrównałem się z Geraldine, nie wyprzedzając jej, to nie był moment na bohaterstwo ani na popisy, jeśli potwory były blisko, to nie było jedno - Las Wisielców rzadko grał solo.
Przeniosłem ciężar ciała, gotów w każdej chwili zmienić kierunek, i pozwoliłem, by stara, niechciana myśl wpełzła mi do głowy - może las wcale nas nie gubił, może prowadził nas dokładnie tam, gdzie ktoś chciał, żebyśmy się znaleźli. Gwiazda wciąż była na swoim miejscu, jasna i niewzruszona, ale teraz świeciła jak oko, a nie jak drogowskaz. A jeśli tak było, to znaczyło tylko jedno - zaraz przestaniemy iść, zaraz zacznie się polowanie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
26.12.2025, 09:38  ✶  

Przez chwilę zatrzymali się w miejscu, zwrócili uwagę na gwiazdy, na niebo, na przestrzeń która pokazywała, że niedaleko znajduje się miejsce, w którym nie ma drzew, być może miała to by jakaś polana. Po tym, jak szli już dość długo przed siebie, to było dobrą wiadomością, zwłaszcza że przez ostatnie kilkanaście minut pojawiło się to dziwne wrażenie, że kręcą się w kółko, że chodzą w miejscu, chociaż przecież doskonale potrafili odnaleźć się w terenie. Las wisielców jednak był inny od wszystkich, teraz sugerował dokładnie, gdzie mają się znaleźć, wiedziała, że powinni nie tracić czujności. Nie, kiedy pojawili się tutaj w jednym celu. Mieli znaleźć bestię

Nie mieli jednak lepszej opcji, niż ta, aby ruszyć w kierunku prześwitu, który dostrzegli, być może las chciał im tam coś pokazać, zapraszał ich w tamto miejsce, nie zdziwiłoby jej to nawet jakoś specjalnie, gdyby przygotował dla nich jakąś niezbyt przyjemną niespodziankę.

Szli więc przed siebie, w stronę prześwitu, Geraldine pewnie stawiała kroki, jednak była czujna, nie zapominała dlaczego się tutaj znaleźli, czego szukali, potwór mógł czaić się kilka drzew dalej, wyskoczyć na nich prawie niespodziewanie, wiadomo - zmysły miały ją ostrzec, ale to był rozjuszony przypadek, który mógł biegać po lesie w poszukiwaniu kolejnej ofiary, dlatego nieco się spięła, wyjątkowo skupiała się na tym, aby skorzystać ze swojego łowczego zmysłu, tego który był w jej rodzinie wyjątkowo rozwinięty, który wyróżniał ich od innych.

Spojrzała w prawo, była pewna, że tam go znajdzie, ten zmysł nigdy jej nie mylił, do tego wszystkiego stworzenie poruszyło się głośno, nie chciało udawać, że tam go nie ma, dawało znać o swoim istnieniu, musieli przygotować się do starcia, z takim nastawieniem bowiem potwór na pewno miał zamiar za chwilę do nich podbiec. Prosta sprawa, chwyciła w dłoń srebrny sztylet, który miała u paska, przeniosła spojrzenie na krótką chwilę w stronę swojego towarzysza, widziała, że on również już wiedział, że wilkołak był blisko, nie musiała nic mówić. Był czujny, dźwięki wydawane przez zwierzę nie zostały przytłumione, ono chciało zostać odnalezione, chciało doprowadzić do starcia.

Wiedziała, że to wilkołak, zmysły nigdy jej nie myliły, wyczuwała to, z czym miała się mierzyć, to musiał być ten, przez którego znaleźli się w lesie. Czuła, że zataczał kręgi, zbliżał się do nich, sprawdzał z kim ma do czynienia, on o nich wiedział, tak samo jak oni wiedzieli, że jest gdzieś obok, mieli równe szanse, no nie do końca, on był jeden, ich była dwójka. Nie sądziła, że będzie to skomplikowane zadanie, to nie był pierwszy wilkołak, z którym przyszło jej stanąć twarzą w twarz.

Uniosła głowę, poruszyła nią w prawo, żeby pokazać Benjy'emu, gdzie teraz znajduje się wilkołak, pewnie też to słyszał, nie mogli jednak mieć pewności, że uderzy z tamtej strony, gdyby tak było to by wokół nich nie krążył, miała jednak pewność że od jego ataku dzieliły ich sekundy, była czujna, trzymała ostrzę w dłoni, gotowa wbić mu je w cielsko.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
26.12.2025, 16:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2025, 01:35 przez Benjy Fenwick.)  
Las zmienił rytm, tego nie dało się opisać jednym dźwiękiem ani wrażeniem, to było coś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Poczułem zmianę w powietrzu, jeszcze zanim pojawił się zapach - ten metaliczny, ciepły, podszyty zwierzęcą nutą - to już nie było „gdzieś”, to było „zaraz”, ten ciężki, lepki moment tuż przed tym, jak coś przestaje się skradać i zaczyna działać. Polana była blisko, czułem to po przestrzeni, po tym, jak dźwięk przestawał się łamać na pniach.
Prześwit między krzewami i drzewami był już blisko, zbyt blisko, by traktować go jak przypadek, nie był już obietnicą wyjścia, tylko sceną. Nie trzeba było słów. Las nie prowadził nas dalej, las doprowadził nas dokładnie tam, gdzie chciał. Gdzieś w oddali, po prawej stronie, gałęzie poruszyły się zbyt nisko, zbyt ciężko, coś przecięło przestrzeń między drzewami, szybkie, masywne.
Polana czaiła się za ostatnimi drzewami jak otwarte gardło, wiedziałem, że jeśli tam wejdziemy, to przeklęte miejsce przestanie nam otwarcie przeszkadzać, odda nas komuś innemu, zmieniając repertuar własnych sztuczek. To był ten moment - cisza przed uderzeniem, kiedy wszystko, co niepotrzebne, usuwało się z obrazu. Uniosłem wzrok na sekundę, automatycznie, jeszcze raz łapiąc punkt odniesienia na niebie, najjaśniejsza z gwiazd nadal tam była, niewzruszona, jakby kompletnie nie obchodziło jej to, co za chwilę wydarzy się kilka metrów niżej. Pomyślałem, że to zabawne, niebo zawsze miało luksus obojętności. Z powrotem skupiłem się na terenie - trzy drzewa po prawej - jedno złamane, idealne na wybicie się do szarży, nierówność ziemi przy krawędzi polany, śliska trawa. Wszystko zapisywałem w głowie szybko, bez emocji, jak mapę, którą zaraz ktoś spróbuje mi podrzeć. Oddychałem wolno, kontrolując tempo, pozwalając, by myśli zeszły na drugi plan. Nie było już drogi, nie było prześwitu, nie było gwiazd, była tylko polana i coś, co właśnie zdecydowało, że przestaje krążyć. Cokolwiek planował, miał zamiar zrobić to teraz.
Usłyszałem niski pomruk, jeszcze nie ryk, raczej zapowiedź, ostatni moment względnej ciszy, jaki mieliśmy. Nie miałem złudzeń co do przewagi liczebnej - dwóch na jednego wygląda dobrze tylko na papierze. W praktyce wilkołak w pełni sił był jak maszyna do zabijania, która nie znała pojęcia „uczciwej walki”, ten tutaj był silny, czułem to w kościach, w sposobie, w jaki ziemia odpowiadała na jego ruch. Dźwięk obiegł nas szerokim łukiem niemal w tej samej chwili, w której Geraldine kiwnęła do mnie głową, słyszałem go coraz bardziej wyraźnie, nisko, gardłowo, z tym charakterystycznym przeciągnięciem, które nie należało ani do człowieka, ani do zwierzęcia. Krążył, sprawdzał, czekał, aż któreś z nas popełni błąd. Nie zamierzałem mu tego ułatwiać.
Dźwięk przeszedł w wyraźniejszy ruch - ciężki, szybki, zdecydowany, koniec krążenia, wilkołak wybrał moment. Usłyszałem, jak coś uderza w ziemię z siłą, której nie dało się pomylić z niczym innym. To nie był atak na ślepo, to było wejście drapieżnika, który wie, że został zauważony i uznał, że to bez znaczenia. Przeniosłem ciężar ciała niżej, rozluźniając kolana, moja dłoń sama powędrowała bliżej broni, nie nerwowo, raczej z tą starą, wyuczoną oszczędnością ruchów. Spojrzenie przesunęło się po krawędziach polany, po liniach drzew, po miejscach, z których mógł wyskoczyć. Ścisnąłem własne srebro mocniej i opuściłem środek ciężkości, gotów na uderzenie. Polana nie dawała przewagi nikomu, tu nie było gdzie się schować, nie było gdzie zniknąć, tylko przestrzeń, światło i bestia, która właśnie postanowiła z nich skorzystać. Czas na myślenie się skończył, teraz liczyły się już tylko sekundy i to, kto pierwszy je straci.

[+]Spoiler
Czy któryś z łowców jest w gorszej pozycji startowej:
1 - Geraldine
2 - Benjy
3 - żadne z nich
Rzut 1d3 - 1


Czy wilkołak dokonuje całkowitej świadomej przemiany przed atakiem:
1 - tak, natychmiast
2 - nie, atakuje jeszcze w formie pośredniej
Rzut 1d2 - 2


Czy wilkołak dostrzega obecność srebra:
1 - nie, srebro pozostaje niezauważone
2 - tak, wyczuwa srebro, ale nie lokalizuje dokładnie
3 - tak, lokalizuje jedno źródło
4 - tak, lokalizuje oba źródła
Rzut 1d4 - 3


Jeśli widzi jedno źródło, u kogo przede wszystkim dostrzega srebro:
1 - Geraldine
2 - Benjy
Rzut 1d2 - 2


Jeśli lokalizuje oba źródła, które uznaje za większe zagrożenie:
1 - Geraldine
2 - Benjy
Rzut 1d2 - 2


Reakcja wilkołaka na widok / zapach srebra:
1 - napięcie mięśni, krótkie zawahanie
2 - agresja, przyspieszenie ruchów
3 - ostrożność, większy dystans
4 - wściekłość maskowana kontrolą
Rzut 1d4 - 4


Pierwsze wrażenie starcia:
1 - brutalna siła (af z w, percepcja z po)
2 - nieludzka szybkość (af + percepcja z w)
3 - przerażająca precyzja (percepcja z w, af z po)
Rzut 1d3 - 2


Moment ataku:
1 - natychmiast, bez ostrzeżenia
2 - zaznacza obecność, pół sekundy zwłoki (testuje reakcję)
3 - po krótkim, demostracyjnym okrążeniu polany
Rzut 1d3 - 1


Kierunek natarcia względem polany:
1 - z linii drzew (klasyczne wyjście z osłony)
2 - po łuku, flanką
3 - frontalnie przez środek polany
Rzut 1d3 - 3


Kogo wilkołak wybiera jako pierwszy cel:
1 - Geraldine
2 - Benjy
Rzut 1d2 - 2


Czy pierwszy atak jest feintem (pozorny, testujący reakcję):
1 - nie
2 - tak
Rzut 1d2 - 1


Jeśli tak, kogo wilkołak wybiera jako właściwy cel:
1 - Geraldine
2 - Benjy
Rzut 1d2 - 1


Czy wilkołak skupia uwagę na reakcji drugiego łowcy:
1 - tak, obserwuje kątem oka
2 - nie, całkowite skupienie na celu
Rzut 1d2 - 1


Jeśli tak, to jak dobrze:
Rzut PO 1d100 - 89
Sukces!

Rzut W 1d100 - 95
Sukces!


Czy wilkołak ryczy w trakcie ataku:
1 - tak (zastraszenie, echo po polanie)
2 - nie (pełna cisza, koncentracja)
Rzut 1d2 - 1


Forma ataku otwierającego (wektor ataku):
1 - wyskok z góry (atak z przewyższenia, próba rozdzielenia / powalenia)
2 - szarża masą ciała na poziomie ziemi (rozbicie pozycji)
3 - nagłe zejście nisko i próba powalenia
Rzut 1d3 - 3


Jak blisko jest w momencie wybicia:
1 - bardzo blisko (2–3 m)
2 - średni dystans (3–5 m)
3 - długi skok / pełna szarża
Rzut 1d3 - 2


Czy wilkołak korzysta z elementu terenu:
1 - wybicie się od drzewa / pnia
2 - wykorzystanie nierówności terenu
3 - nie, atak czysto fizyczny
Rzut 1d3 - 3


Poziom agresji przy pierwszym kontakcie:
1 - testujący (sprawdza obronę, próbuje rozbić szyk, nie idzie na zabójstwo)
2 - brutalny (pełna siła, ryzykuje kontratak)

Rzut 1d2 - 2


Jeśli atak jest testujący, czy chce bardziej:
1 - powalić i rozdzielić drużynę
2 - zranić i oznaczyć zapachem krwi
Rzut 1d2 - 2


Jeśli atak jest brutalny, czy celuje w górną czy dolną część ciała:
1 - górna (gardło, barki, głowa)
2 - dolna (nogi, biodra, próba powalenia)
Rzut 1d2 - 1


Gdzie wilkołak planuje skończyć ruch:
1 - blisko celu (presja, kontrola dystansu)
2 - po drugiej stronie polany (mobilność, zmiana osi walki)
Rzut 1d2 - 1


Czy mu się udaje:
Rzut PO 1d100 - 60
Sukces!

Rzut W 1d100 - 49
Sukces!


Jak reaguje polana na pierwszy atak:
1 - echo niesie dźwięk dalej
2 - ziemia tłumi odgłosy
3 - cisza robi się nienaturalna
Rzut 1d3 - 1


Czy coś w lesie odpowiada na atak wilkołaka:
1 - tak (ptaki, trzask, poruszenie)
2 - nie
Rzut 1d2 - 1


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
27.12.2025, 01:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2025, 02:39 przez Benjy Fenwick.)  
Las oddał nas bestii dokładnie w tym momencie, w którym polana otworzyła się przed nami w pełni, nie było już półcieni ani niedomówień, przestrzeń nagle zrobiła się zbyt szeroka, zbyt odsłonięta, a powietrze ciężkie od napięcia, jakby ktoś rozciągnął je do granic naturalności. Nie było czasu na interpretacje ani na ostatnie korekty planu. W jednej chwili cisza jeszcze istniała, w następnej została rozdarta.
Nie było wątpliwości, komu przypadła gorsza pozycja startowa, chociaż z perspektywy tak nieprzewidywalnego starcia o niczym to jeszcze nie świadczyło, wilkołaki poza pełnią były tym groźniejsze, im bardziej nieschematyczne, nieprzewidywalne w tym, co nimi kierowało. Geraldine stanęła odrobinę bliżej krawędzi łąki, tam gdzie trawa była bardziej śliska, a ziemia nierówna. Nie dlatego, że popełniła błąd, była na to zdecydowanie zbyt doświadczona - po prostu polana ułożyła się przeciwko niej, ziemia pod jej stopami była minimalnie niżej, bardziej nierówna, a zroszona trawa, gęstsza w tym miejscu, mogła łatwiej posłać ją w dół. W dodatku w miejscu, w którym stanęła, było więcej bliżej nieznanych mi pnączy, sięgających jej do kostek, jakby sama przestrzeń chciała ją przytrzymać na ułamek sekundy dłużej. Zauważyłem to w tej samej chwili, w której wszystko ruszyło.
Wilkołak nie czekał. Był tu, jego ciężki oddech niemal od razu buchnął nam w twarze, ciepły, metaliczny, przesycony zapachem krwi, której jeszcze nie było, ale którą ewidentnie planował rozlać tej nocy. Z drugiej strony lasu wypadła sylwetka, ciężka i szybka jednocześnie, deformująca się jeszcze w ruchu. To nie była pełna przemiana, nie do końca, to była forma pośrednia, rozciągnięta, brutalna, jakby jego cielsko nie zdążyło zdecydować, czym dokładnie chciało być, zanim instynkt przejął stery. Nie było ostrzeżenia, ani pół sekundy na reakcję, żadnego krążenia, ryk rozdarł polanę dokładnie w tej samej chwili, w której potwór ruszył do przodu. Dźwięk zarezonował, niosąc się echem dalej w las, jak sygnał, był brutalny, gardłowy, dominujący. Polana oddała warkot gdzieś dalej, głośniej, zdradzając nas wszystkiemu, co mogło słuchać.
Wyszedł frontalnie, bez gry w cienie, bez kolejnego okrążenia, jakby uznał, że teatr już się skończył. Był wielki, silny i szybki, nawet z odległości widziałem napięcie jego potężnych, rozbudowanych, rozrośniętych mięśni. Nie pienił śliny z paszczy, nie drżał bardziej, niż nakazywałaby to jego niedokończona przemiana, na chwilę wstrzymywana, chociaż nadal trwająca - nie była to pełna dzika furia, raczej kontrolowana wściekłość trzymana na krótkiej smyczy, co gorsza, świadoma, maskowana skupieniem. Ten ułamek sekundy, który zwykle dzielił decyzję od działania, u niego nie istniał, był tylko impuls i siła. To nie był szał, to była decyzja drapieżnika, który rozpoznawał zagrożenie i postanawiał je zignorować tylko na tyle, na ile musiał.
Nie było ani krzty wątpliwości, że widział srebro, był świadomy obecności czegoś, co mogło go skrzywdzić, i tym samym naszej gotowości do walki. I nawet jeśli raczej nie dostrzegł wszystkiego, co mieliśmy, moja główna broń, którą trzymałem w ręce, z pewnością mu nie umknęła - tak, skupił się na mnie, nie na ostrzu w dłoni Geraldine, nie na jej sylwetce, tylko na mnie. Wybrał jedno źródło i uznał je za istotne, coś w obecności metalu w mojej dłoni musiało go drażnić, bo napięcie w jego ciele było wyczuwalne nawet z tej odległości. Poczułem to ułamek sekundy za późno, a jednocześnie dokładnie wtedy, kiedy należało - to dziwne uczucie, kiedy instynkt i świadomość spotykają się zarówno w punkcie ostrzeżenia, jak i w punkcie działania. To było jak krótkie spięcie w powietrzu, moment, w którym jego uwaga zahaczyła o mój pas, o ciężar ostrza, o zapach, którego nie powinno tu być. Nie widział wszystkiego, co ze sobą mieliśmy, ale widział wystarczająco dużo, żeby uznać mnie za zagrożenie. Czułem to w sposobie, w jaki spojrzenie bestii przesunęło się po mnie szybciej, ostrzej, niż po mojej partnerce, jakby coś we mnie fizycznie go ukłuło. Nie cofnął się jednak, wręcz przeciwnie, jego mięśnie napięły się pod skórą, ruchy stały się bardziej zwarte, bardziej oszczędne. Wściekłość była tam, głęboko, ale trzymana na wodzy. Kontrola, miał kontrolę, to był najgorszy możliwy wariant.
Zszedł nisko, w ostatniej chwili, niemal ślizgiem po mokrej trawie, atakując dolną linią, ale jego prawdziwa intencja była wyżej - gardło, barki, głowa - brutalny, pełnoskalowy atak, bez feintów, bez mylenia tropów. Chciał mnie złamać jednym uderzeniem i zostać blisko, przejąć przestrzeń, odebrać mi oddech i tempo. Nie korzystał z terenu, nie odbijał się od pni, nie potrzebował tego, to była czysta fizyka, olbrzymia masa w ruchu, średni dystans skrócony do niczego w jednym, brutalnym impulsie. Widziałem błysk w oczach bestii, moment, w którym zdecydowała się nie ryzykować gry, tylko iść na całość. Zderzenie przyszło szybko, zbyt szybko, by myśleć, co gorsza, wcale nie wymierzone w tę połowę ciała, w którą można byłoby je przewidywać - nie chciał mnie przewrócić, celował prosto w moją szyję i głowę. Zareagowałem instynktownie, opuszczając środek ciężkości i wchodząc w ruch, który znałem na pamięć - srebro w mojej dłoni poruszyło się, ciężkie, realne, wycelowałem je w niego, starając się zablokować uderzenie jego łapy.
Las znowu odpowiedział, gdzieś dalej coś poruszyło się gwałtownie, ptaki poderwały się z noclegowisk, trzask gałęzi przeszedł falą przez ciemność. To nie była tylko nasza walka, coś głębiej w ciemności obudziło się na ten dźwięk, polana przestała być neutralna, a ja miałem dokładnie tyle czasu, ile trwał jeden skurcz serca, żeby zareagować. W kolejnej sekundzie poczułem, jak powietrze rozrywa się przy mojej szyi, potwór przejechał pazurem po samej granicy tego, co jeszcze znajdowało się pomiędzy nami.

af ◉◉◉◉○ - odparcie ataku
Rzut PO 1d100 - 97
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 8
Akcja nieudana


Ruch wyprzedził myśl - srebro w mojej dłoni błysnęło krótko, a ręka poszła w górę, blokując impet zanim zdążył mnie zmiażdżyć. Uderzenie było potężne, wstrząsnęło mną aż po kręgosłup, ale wytrzymałem, zablokowałem atak. Ziemia pod moimi stopami rozjechała się, śliska trawa nie wytrzymała nacisku, ale nie straciłem równowagi. Czułem jego ciężar, zapach sierści i krwi, czułem napięcie mięśni, które nie były jeszcze w pełni wilkołacze, ale już dawno przestały być ludzkie. Przez ułamek sekundy byliśmy tak blisko, że widziałem odbicie polany w jego oczach.


[+]Spoiler
Ustalanie HP wilkołaka:
HP = 200 + (1d100 ÷ 2)
Rzut 1d100 - 23


Silny, dorosły osobnik: +15 HP
Alfa / dominujący w rewirze: +20 HP
Pełna przemiana (świadoma): +15 HP
Forma pośrednia: -15 HP
Wściekłość maskowana kontrolą: +5 HP
Własne terytorium (las, znany teren): +10 HP
Noc, aktywna pora drapieżnika: +5 HP
Polana (otwarta przestrzeń, brak osłon): -10 HP
Miejsce przeklęte, rezonujące z klątwą: +10 HP
Głodny, osłabiony: -10 HP
Wilgoć, śliska ziemia (większe zużycie sił): -5 HP
Rozproszenie uwagi (dwóch łowców): -10 HP
Przeciwnicy z wiedzą o wilkołactwie: -5 HP
Przeciwnicy uzbrojeni w srebro: -10 HP
Dwóch lub więcej skoordynowanych łowców: -10 HP
Brak zaskoczenia: -5 HP

200+(23 24/2)+15+20−15+5+10+5−10+10−10−5−10−5−10−10−5=197


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
01.01.2026, 17:37  ✶  

Wiedziała, że jest blisko, zresztą dość szybko okazało się, że wcale nie zamierzał się przed nimi ukrywać, wręcz przeciwnie. Gdy tylko znaleźli się na polanie postanowił do nich dołączyć. Geraldine znajdowała się w gorszym położeniu, czuła, że ziemia nie jest tu do końca równa, łatwo było o potknięcie, musiała być nieco czujniejsza, aby nie popełnić jakiegoś durnego błędu, który wykluczy ją z tego starcia.

Chciała się ruszyć do przodu od razu, jednak jej stopy zaczęły się plątać w pnączach, przez co nie zdążyła zareagować tak szybko, jakby chciała, musiała uważać, przy okazji skupiać się też na tym, co działo się wokół niej. Kątem oka dostrzegła, że Benjy nie miał tego problemu, najwyraźniej ona trafiła na gorszy teren, musiała ruszyć przed siebie, aby mogli razem walczyć przeciwko bestii. Nie było to sporym wyczynem, bo znajdowali się na jednej łące, ale nie dało się nie zauważyć, że została przez to nieco w tyle.

Z drugiej strony polany wyłoniła się bestia, nie przemienił się jeszcze do końca, jakby nie zdecydował w jaki sposób woli ich zaatakować, nie zatrzymywał się jednak, biegł w ich kierunku. Był gotowy do tego, aby stawić im czoła, rządny krwi, głośny ryk rozległ się po polanie, nie uznawała go jednak za ostrzeżenie, raczej za to, że wilkołak był gotowy do tego, aby rozerwać ich na strzępy.

Geraldine złapała mocniej sztylet, który miała w dłoni, sama ruszyła się do przodu, aby wyjść z tej nieszczęsnej części polany, która mogła sabotować jej działania, wolała walczyć na pewniejszym gruncie.

Bestia biegła przed siebie, przez polanę, prosto na Benjy'ego, jakby uznała go za większe zagrożenie. Być może chciał się ich pozbyć po kolei, tak pewnie prościej było mu się odnaleźć między dwójką łówców. Wilkołak musiał być bardzo pewny swoich zdolności, nie grał, nie próbował ich podejść z boku, ukrywać się, po prostu wybiegł na polanę, pokazał im się, najwyraźniej nie bał się tego, że coś mu się może stać.

Bestia zeszła niżej, Gerladine obserwowała jego poczynania, nie stała jednak w miejscu, wiedziała, że trudniej mu będzie bronić się przed ich dwójką, gdy będą go atakować z różnych stron, widziała, że Benjy się bronił, ostrze błysnęło w powietrzu, nie dał się przewrócić, a to było bardzo ważne w starciu z takim stworzeniem. Trudno byłoby się podnieść z ziemi, kiedy znajdowałoby się w potrzasku.

Las ich obserwował, ptaki zerwały się do lotu, najwyraźniej nie chciały patrzeć na to, co się tutaj działo, może to i lepiej. Yaxley nie zwlekała, biegła w ich kierunku, postawiła jednak na atak z dystansu, sięgnęła po sztylet, który miała w cholewie buta i rzuciła nim w plecy stworzenia, nie zatrzymywała się jednak, zamierzała znaleźć się tuż za nim, aby móc wbić mu większe ostrze w plecy, tyle, że nie mogła odpuścić sobie tego rzutu, bo póki co była jednak nieco za daleko, aby zaatakować go w zwarciu przez to, że znajdowała się na gorszej pozycji startowej.

Ważne było, aby chociaż odrobinę osłabić potwora, który nie zdążył jeszcze do końca się przemienić, później będzie to nieco trudniejsze, już w tej chwili wydawał się być bardzo silny, nie mogli dopuścić do tego, aby stał się jeszcze silniejszy, bo mieli stąd wyjść cało, bardzo prosta logika nią kierowała.



Rzut W 1d100 - 80
Sukces!

Rzut W 1d100 - 48
Sukces!


(af - ◉◉◉◉◉ na rzut sztyletem w plecy wilkołaka)
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
02.01.2026, 14:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2026, 14:57 przez Benjy Fenwick.)  
Las Wisielców nie przestał być jednym z najmniej sprzyjających ludziom miejsc w całej Wielkiej Brytanii tylko dlatego, że wyszliśmy na polanę,  przeklęte miejsca nie kończą się bowiem na linii drzew, one tylko zmieniają sposób, w jaki oddychają. Czułem, jak zamykał się wokół nas, z sekundy na sekundę coraz bardziej, jakby ktoś dociągał niewidzialny krąg. Las i to, co w nim mieszkało, nie były tłem - były widownią. A może nawet czymś więcej, czymś, co liczyło kroki i czekało na krew. Polana tylko z pozoru była równa, jej znaczna część miała w sobie coś zdradliwego - pnącza, miękka ziemia, drobne uskoki - wystarczyło jedno potknięcie, żeby stracić tempo, to była ta różnica, która w walce potrafi ważyć więcej niż broń.
Wilkołak nie bawił się w teatr, ujawnił się praktycznie od razu, w swojej pośredniej formie -  jeszcze nie do końca bestia, ale już nie człowiek - widziałem to w sposobie, w jaki biegł, ciężko, pewnie, z tą brutalną oszczędnością ruchu, która mówiła jasno, że nie potrzebował pełnej przemiany, żeby zabijać. Zszedł nisko, całym impetem, bez próby obejścia, bez flankowania - szybciej, niż człowiek powinien być w stanie się poruszać, a ja zdążyłem tylko ustawić się bokiem i opuścić środek ciężkości. Uderzenie przyszło frontalnie, pełną masą, bez feintu, bez testowania. Brutalne, uczciwe w najgorszym znaczeniu tego słowa, czysta siła, chciał mnie zranić, celując w górę, przewrócić mnie, przygwoździć do ziemi i dopiero wtedy zająć się resztą. Przeniosłem ciężar ciała w bok, opuściłem środek ciężkości i przyjąłem uderzenie na blok.
Srebro spotkało się z jego impetem w krótkim, ogłuszającym zderzeniu, ostrze zadźwięczało, mięśnie zaprotestowały, ziemia cofnęła się pod naszymi nogami, coś chrupnęło, mój bark zapiekł bólem, krótkim i ostrym, ale wytrzymałem, nie poleciałem. Przez ułamek sekundy byliśmy tak blisko, że widziałem detale, których wolałbym nie zapamiętać - zbyt ludzkie oczy w zbyt nieludzkiej twarzy - czułem jego gorący i lepki oddech, zapach krwi i mokrej sierści. To był punkt styku, sekunda, w której ważyło się, kto pęknie pierwszy.
Srebrny sztylet błysnął w powietrzu i poleciał w jego stronę, zanim zdążył całkiem odwrócić wzrok ode mnie. Ostrze Geraldine poleciało nisko, szybciej, niż większość ludzi byłaby w stanie śledzić wzrokiem, a jednak wilkołak zareagował natychmiast. Poruszył się w tej samej chwili, gdy sztylet był już w drodze, wykonując ruch, który mógł być wszystkim - nie wiadomo było jeszcze, czy wybierze unik, czy spróbuje przechwycić atak impetem, wejść w niego, zmniejszyć jego skuteczność albo natychmiast odpowiedzieć kontrą. Jego ciało skręciło się pod nienaturalnym kątem, jedna łapa poszła w dół, druga w bok, jakby rozważał kilka opcji naraz. Ziemia pod nim ugięła się, wilgotna trawa zachlupotała, gniotąc się pod potężnym ciężarem, a las znów wydał z siebie ten głuchy dźwięk, który czuło się bardziej w kościach niż w uszach. Ptaki już uciekły, ale coś głębiej poruszyło się w cieniu, gałęzie zadrżały, jakby w oczekiwaniu.
Potwór z nieludzką szybkością odepchnął się od ziemi, cofając się w ułamku sekundy, na minimalną odległość, tylko tyle, ile było konieczne - nie była to ucieczka, nie wycofanie, to był reset - próbował zyskać tyle przestrzeni, ile potrzebował, żeby znów móc wybierać. Olbrzymie cielsko napięło się w sposób, który nie miał nic wspólnego z odruchem paniki, to nie było cofnięcie się ani instynktowny unik, raczej przełączenie trybu. Mięśnie pod jego skórą zafalowały, barki opadły o centymetr, środek ciężkości przesunął się gwałtownie - ruch, który wykonał, był zbyt płynny, by nazwać go zwykłą reakcją, on dokładnie wiedział, skąd nadchodzi zagrożenie i ile ma czasu, nawet jeśli z perspektywy normalnego człowieka był to dosłownie moment, kilka mrugnięć oka, może mniej.
Dla niego jednak srebro było oczywiste - nie tylko widoczne, ale wyczuwalne, drażniące, jak zapach, który nie powinien tu być. Usłyszałem niski, urwany warkot, nie pełen ryk, raczej dźwięk ostrzegawczy. Spojrzenie potwora na moment, krótszy niż sekunda, oderwało się ode mnie i przecięło przestrzeń w stronę Geraldine, ostre, zimne, pełne tej maskowanej kontroli, która mówiła jasno - zostałaś zauważona. Było jasne, że niezależnie od tego, co zrobi z lecącym sztyletem, to nie będzie koniec ruchu. Albo go ominie i wejdzie w nową linię ataku, albo przyjmie go na siebie i natychmiast spróbuje ponownie skrócić dystans, zanim Geraldine zdąży odzyskać pełną równowagę po rzucie, posyłając kolejne ostrza - to był ten rodzaj przeciwnika - jego reakcja nie była bierna, musiała być spleciona z następnym ciosem. Stałem w gotowości, ostrze nisko, ciężar miałem przeniesiony na przód stóp, wiedząc jedno - cokolwiek zrobi w tej chwili, zdradzi nam bardzo dużo.
Wybrał wejście w ostrze, a nie ucieczkę, zobaczyłem to po sposobie, w jaki skrócił ruch zamiast go wydłużyć, to był wybór świadomy i brzydko pewny siebie. Wilkołak nie próbował całkiem zejść z linii rzutu, nie cofnął się, nie odskoczył w bok jak coś, co bało się srebra - przeciwnie, jeszcze bardziej skręcił tułów, jego bark opadł, a masa poszła do przodu, jakby chciał przyjąć uderzenie na mniej wrażliwą część ciała, zmniejszyć powierzchnię trafienia i natychmiast zamienić to w przewagę. Ten ruch był gwałtowny, ale nie chaotyczny - jedna łapa poszła nisko, rozcinając powietrze w kontrze, druga cofnęła się minimalnie, przygotowana do kolejnego kroku. To nie była obrona dla samej obrony, to był atak w odpowiedzi, próba skrócenia dystansu dzielącego go od Gerdy w tej samej sekundzie, w której srebro miało znaleźć się zbyt blisko.
Ziemia pod nim ugięła się jeszcze bardziej, trawa rozchlapała wilgoć, a ja poczułem to charakterystyczne napięcie w powietrzu, które pojawia się, gdy przeciwnik decyduje się zaryzykować ból w zamian za pozycję. Las zareagował szelestem brzmiącym tak, jakby ktoś przeciągnął pazurami po korze drzew, to był moment, w którym wszystko zawisło na ułamek sekundy, skupione na tym, czy jego ciało okaże się wystarczająco szybkie i twarde, by zamienić srebro w koszt, a nie w przeszkodę. Jeśli mu się uda, wejdzie głębiej na polanę, zmieni oś walki i spróbuje wymusić reakcję na Geraldine.
[+]Spoiler
Rzut W 1d100 - 90
Sukces!

aktywność fizyczna ◉◉◉◉◉ - skręca tułów i bark, próbując zminimalizować trafienie srebrnym sztyletem

Rzut 1d6 - 5
+ 12
obrażenia przy pełnym trafieniu (80 i poniżej, nie przebija wyniku Geraldine)

Rzut 1d6 - 2
+ 6
obrażenia przy niepełnym trafieniu (81 i powyżej, przebija rzut Geraldine)

Rzut W 1d100 - 24
Slaby sukces...

af ◉◉◉◉◉ - przy udanej akcji spróbuje natychmiast wejść w kontratak, skracając dystans do Geraldine i przejmując inicjatywę

Zobaczyłem, jak sztylet wchodzi w bok, pod kątem, w miejsce, które bolało, ale nie odbierało mu zdolności ruchu - nie w udo, nie w kręgosłup, nie w nic, co natychmiast by go spowolniło. Srebro zniknęło w ciele na tyle głęboko, by zostać zauważone, ale nie na tyle, by go zatrzymać. Bestia zawyła krótko, urywanie, jak ktoś, komu na moment wyrwano powietrze z płuc, ale nie złamano rytmu. Jej ciało drgnęło, skręciło się pod kątem, który pozwolił ostrzu utkwić, zamiast rozszarpać coś istotnego. Krew pojawiła się od razu, ciemna i gęsta, kontrastująca z metalicznym połyskiem srebra. Zapach zmienił się natychmiast, stał się cięższy, bardziej ostry, ale bestia nawet nie spojrzała na ranę. Potwór nie sięgnął po rękojeść, nie próbował wyrwać ostrza ani go z siebie wyszarpać. Zostawił je tam, jakby był tylko kolejnym kolcem wbitym w ciało, czymś niewygodnym, ale nieparaliżującym, to był wybór. Mięśnie wokół rany napięły się gwałtownie, jakby ciało próbowało zamknąć się na ostrzu, ograniczyć jego działanie, zatrzymać rozchodzenie się bólu. Srebro drażniło go, widziałem to po napięciu mięśni i tym minimalnym zawahaniu w ruchu, które trwało może jedną dziesiątą sekundy, i tylko tyle.
Zamiast się cofnąć, ruszył, cała masa poszła do przodu, ciężar przeniósł się na przednie kończyny, a jego trajektoria zmieniła się gwałtownie, ostrzej, bardziej agresywnie. Wilkołak zmienił oś ruchu, skręcając w moją stronę tylko na ułamek sekundy, by zaraz potem odbić gwałtownie w bok, w kierunku Geraldine. Skrócił dystans brutalnie, nisko, niemal ślizgiem po wilgotnej ziemi, wykorzystując impet, który już miał, i tę krótką chwilę, w której ona kończyła ruch po rzucie. Nie było w tym paniki, to był kontratak z premedytacją, próba przejęcia inicjatywy i zmuszenia jej do reakcji pod presją. Ryk urwał się w pół tonu, zastąpiony ciężkim, przyspieszonym oddechem, a jego spojrzenie utknęło na niej z niepokojącą koncentracją. Przejął inicjatywę w sposób brutalnie prosty, jak drapieżnik, który wie, że dostał, ale uznał cenę za akceptowalną. Jeszcze nie atakował, srebro go raniło, ale też rozjuszyło, pchając go do przodu zamiast zatrzymać, ziemia pod nim ugięła się ponownie, pnącza przy samej krawędzi polany drgnęły, jakby coś próbowało skorzystać z tego momentu chaosu. Las odpowiedział niskim szelestem, jakby coś przesunęło się głębiej w cieniu, zainteresowane tym, że krew w końcu popłynęła, ale prócz tego nic się nie wydarzyło.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
04.01.2026, 20:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2026, 20:50 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Las Wisielców nie był najprzyjemniejszym miejscem na świecie, wręcz przeciwnie, raczej wzbudzał strach, wyróżniał się na tle innych lasów niekoniecznie pozytywnie. Czekał na to, co miało się wydarzyć, żądał krwi, ofiar. Polana wyglądała jakby była stworzona do tego, aby ktoś stracił na niej dzisiaj życie, jakby czekała na to, aż ktoś padnie na ziemię i przestanie oddychać. Gdzieś w tle można było usłyszeć odgłosy zwierząt, ptactwa, które wzbiło się w powietrze, kiedy wilkołak się przed nimi pojawił, ale drzewa wydawały się czuwać, czekać na przedstawienie.

Za pierwszy cel bestia obrała sobie Benjy'ego, najwyraźniej jego ostrze zalśniło bardziej na tle księżyca, a może jego sylwetka bardziej wyróżniała się na tle drzew, nie do końca wiedziała, co spowodowało taką, a nie inną decyzję podjętą przez wilkołaka, jednak ona dzięki temu mogła sobie poradzić z nierównościami terenu, z pnączami, które miała pod butami, uchroniło ją to przed upadkiem, który mógł doprowadzić do dość szybkiego niepowodzenia.

Nie zamierzała zwlekać, wiedziała, że im szybciej zajmą się problemem tym lepiej, bestia miała mniejsze problemy z regeneracją sił, potrafiła dłużej walczyć, niż oni, w końcu miał przewagę fizyczną nad ludźmi. Musieli więc rozegrać to jak najsprytniej się tylko dało.

Zareagowała odruchowo, sięgnęła po drobniejszy sztylet, który miała w cholewie buta, zamachnęła się nim, by pofrunął w stronę ich przeciwnika, sama też nie uciekała, nie znikała z jego pola widzenia, widziała, że na moment się odwrócił, że ją zauważył, może to i lepiej, bo nie chciała się ukrywać, wręcz przeciwnie - miała zamiar doprowadzić do starcia, jednak stwór rzucił się na jej towarzysza, wbiegł w niego całą swoją siłą i próbował od razu rozpocząć atak. Nie miał zamiaru się rozeznawać, ostrzegać z tego, co udało jej się zauważyć to od razu przeszedł do rzeczy, od razu rzucił się na swoją pierwszą ofiarę, chciał pokazać dominację. Kiedy rzuciła w niego ostrzem zauważyła, że dość szybko podjął decyzję, nie unikał konfrontacji, wolał wziąć na siebie ten atak niżeli uciekać. Celowała na oślep, nie w żadne newralgiczne miejsca, to nie było więc takim głupim pomysłem, z tej odległości mogła go przecież ledwo drasnąć. Widziała, że już doskonale zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się znajdowała, właśnie dlatego złapała mocniej większy sztylet w swojej lewej dłoni, gotowa na to, co miało nadejść. Nie zatrzymała się, była gotowa na dalszą konfrontację Wolała wbiec w niego z całym impetem, przynajmniej wtedy chociaż odrobinę poczułby jej siłę, co przy tej przewadze fizycznej wcale nie było takie oczywiste.

Wilkołak wydawał się zupełnie nie przejąć tym, co mu zrobiła, podjął decyzję nim jej sztylet w niego uderzył. Nie pozostawało jej nic innego jak unieść ostrze i czekać na to, aż się do niej zbliży.

Zaparła się mocniej na nogach, mogła wyjść mu na przeciw, tylko, czy zdążyłaby go w jakikolwiek sposób jeszcze zaskoczyć, stworzenie znalazło się nisko na nogach niemalże od razu się poruszyło, zadecydowało o tym, by teraz trafić w nią.  Była gotowa na starcie, nie zamierzała uciekać, chciała jak najszybciej pozbyć się problemu. Gdy tylko znalazł się na tyle blisko, że była go w stanie drasnąć uniosła sztylet, aby wbić mu go pod żebra, to wcale nie było łatwe, bo zwierzę znajdowało się tuż przy ziemi, jednak chciała spróbować.


Rzut W 1d100 - 33
Sukces!
(na trafienie stworzenia pod żebra af ◉◉◉◉◉)

Wilkołak nie wydawał się przejmować tym, że srebrne ostrze błysnęło w powietrzu był zdeterminowany, chciał odwdzięczyć się Geraldine za ten wcześniejszy atak. W jego oczach nie było widać człowieka, spoglądały na nią ślepia bestii - mimo, że ciągle jeszcze nie do końca się przemienił.


[+]Spoiler
Czy wilkołak próbuje uniknąć ostrza?
1. Tak
2. Nie
Rzut 1d2 - 2


Jeśli tak, to czy mu się to udaje?
Rzut W 1d100 - 11
Akcja nieudana


Jeśli nie, to, czy zatrzymuje się, kiedy ostrze wbija mu się w ciało?
1. Tak
2. Nie
Rzut 1d2 - 2


Jeśli się zatrzyma, to czy potrzebuje chwili na kontynuowanie ataku?
1. Tak
2. Nie

Rzut 1d2 - 2


Jeśli nie, to z jaką siłą uderza w Geraldine?
Rzut W 1d100 - 94
Sukces!


Czy wilkołak skupia się tylko na niej, czy zwraca uwagę też na to, co robi Benjy?
1. Tylko na niej
2. Zwraca uwagę
Rzut 1d2 - 2


Jeśli nie, to jak dużo jest w stanie dostrzec?
Rzut PO 1d100 - 100
Krytyczny sukces!

Geraldine nie udało się trafić w stworzenie sztyletem, mimo, że była pewna, że nie może być inaczej, bestia w końcu biegła prosto na nią, jednak kiedy chciała ruszyć się nieco przed siebie to poślizgnęła się na trawie, wilkołak nie miał czego unikać, jej dłoń znalazła się bowiem przy ciele, przez co nie miała go czym zaatakować, mógł więc po prostu się na nią rzucić, bo okazała się być w tej sytuacji bardzo nieudolna.

Znalazł się blisko, znajdował się przed nią, mógł zrobić, co mu się żywnie podobało.


[+]Spoiler
Czy próbuje ją przewrócić, czy jednak zamierza ją zranić?
1. Przewrócić
2. Zranić
Rzut 1d2 - 2

Co by nie było, to czy mu się to udaje?
1. Tak
2. Nie
Rzut 1d2 - 1

Jeśli tak, to z jaką siłą?
Rzut W 1d100 - 43
Sukces!
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
04.01.2026, 23:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2026, 23:13 przez Benjy Fenwick.)  
Potwór nie odsunął się daleko, został blisko, zbyt blisko, gotowy do kolejnego ruchu, z tą wściekłością trzymaną na krótkiej smyczy. Srebro wciąż tkwiło w jego ciele, krew spływała po sierści, ale on zdawał się tego nie zauważać. Albo uznał, że ból jest akceptowalny. Polana na moment zrobiła się zbyt cicha po wcześniejszym dźwięku, nienaturalnie pusta, jakby świat wstrzymał oddech. A potem wszystko potoczyło się praktycznie błyskawicznie, jednym, gwałtownym ciągiem, gdy nasz przeciwnik postanowił zmienić obiekt zainteresowania, choć bez wątpienia nadal nie zamierzał mi darować, po prostu przekierował swoją uwagę na kogoś, kto pierwszy sprawił mu fizyczny ból.
Geraldine była szybka, zawsze była, ale przeklęta polana znów zrobiła swoje. Trawa pod jej stopą nie ustąpiła tak, jak powinna, ten jeden fałszywy ruch wystarczył, aby ruch nie poszedł gładko. To było zbyt mało, żeby upaść jak amator, ale jednocześnie zbyt dużo, żeby wyprowadzić czysty cios. Ostrze błysnęło i zniknęło, a wilkołak nawet nie zwolnił. To nie było zwykłe potknięcie, przeklęty las dokończył ruch, który wilkołak już zaczął, jakby obaj grali po tej samej stronie, chociaż tylko jeden z nich miał ciało. Był już nisko, niemal przy ziemi, kiedy jej ostrze minęło go o włos, gdy Geraldine poślizgnęła się, cofając dłoń. Srebro przecięło powietrze, a nie mięśnie. Widziałem błysk, widziałem napięcie w jej ramieniu i ten krótki, brutalny moment, kiedy zamiast oporu poczuła pustkę, łapiąc równowagę.
Bestia nie zawahała się ani na moment, nie rzuciła się na oślep, nie próbowała powalić Gerdy całym ciężarem, to był cios oznaczający, precyzyjny jak na coś, co wciąż jeszcze było w połowie człowiekiem. Łapa przecięła przestrzeń krótkim łukiem, pazur zahaczył o jej bok, rozcinając skórę i materiał, płytko, ale celowo - z mojej pozycji tego nie widziałem, jednak krew z pewnością pojawiła się od razu, cienką linią, wystarczającą, by zapach zmienił się w jednej sekundzie. Wilkołak zawarczał nisko, gardłowo, nie był to ryk triumfu, raczej potwierdzenie. Teraz już wiedział, jak pachnie.
Byłem już w ruchu.
Nie krzyczałem jej imienia, nie było na to przestrzeni, to byłoby najgłupsze, co mógłbym teraz zrobić, tym bardziej, że przecież starałem się pozostać jak najbardziej niewidoczny. Normalnie to nigdy nie był dla mnie żaden problem, ale tym razem grunt pod moimi butami był bardziej grząski niż kiedykolwiek wcześniej. Bestia nie patrzyła już bezpośrednio na mnie, ale przecież grała na swoim terenie, był tu alfą, nie pionkiem, mogłem tylko spekulować, jak bardzo pomagało mu miejsce, w którym się znaleźliśmy - i zakładałem najgorsze. Widziałem, jak wilkołak cofnął się o pół kroku, nie uciekając, tylko ustawiając się lepiej, bokiem, z napiętymi mięśniami, z zapachem oznaczonej ofiary, wciąż świeżym w nozdrzach, i srebrnym sztyletem nadal tkwiącym w jego boku. Krew ciekła po futrze, ale nie zwalniał - przeciwnie - wyglądał na kogoś, kto właśnie dostał potwierdzenie, że ta walka będzie warta ceny.
Zszedłem nisko, tak jak on, skracając dystans po linii, która omijała najbardziej śliską część polany. Ciało zrobiło swoje, bezszelestnie, instynktownie. Ziemia pod moimi stopami była ciężka, mokra, gliniasta pod trawą, ale mnie nie zdradziła, jeszcze nie, czułem napięcie w ramionach, w klatce piersiowej, ten znajomy ucisk, który pojawia się, gdy ciało wie więcej niż głowa i zaczyna liczyć sekundy zamiast myśli. Wilkołak był blisko Geraldine, za blisko, nie miałem złudzeń, co zrobi dalej. Oznaczył ją, teraz będzie chciał albo dokończyć, albo zmusić ją do błędu, wciągnąć w zwarcie, w którym jego masa i siła zrobią resztę.
Uderzenie miało przerwać jego rytm, zmusić go do reakcji innej niż kolejny atak na Geraldine. Chciałem go zatrzymać na pół kroku, nawet jeśli oznaczało to wejście w zasięg pazurów, nawet jeśli wiedziałem, że być zapłacę za to później, jego wściekłością. Ostrze poszło po łuku, z całym ciężarem ciała za nim, bez finezji, bez sztuczek, czysta siła i timing. Nie celowałem w głowę ani w serce - wiedziałem, że to za wcześnie, jego masa i tempo to zamortyzują - poszedłem w bok, w tułów, w miejsce poniżej wbitego już sztyletu, tam gdzie mięśnie pracowały najmocniej przy ruchu.
Wiedział. Zanim jeszcze wszedłem w jego zasięg, nim ostrze zdążyło naprawdę nabrać rozpędu, wilkołak już był gotów, to nie było zaskoczenie, tylko oczekiwanie, jakby liczył na to, że zrobię dokładnie to, co zrobiłem. Zablokował mnie błyskawicznie, jego ruch przeciął mój atak w pół drogi, twardo, brutalnie, z siłą, która nie miała nic wspólnego z improwizacją. Łapa uderzyła w moje przedramię, odrzucając ostrze w bok, a w tej samej chwili druga poszła w ruch, pazury rozorały mi bok, poczułem gorąco, aż powietrze uciekło mi z płuc w jednym, krótkim wydechu. Ból pojawił się dopiero ułamek sekundy później, opóźniony, zdradliwy, rozlewający się pod żebrami.
Nie dał mi czasu na cofnięcie się, uderzył mnie całym ciężarem, barkiem, klatką piersiową, masą twardą i nieustępliwą, jakby wpadł we mnie rozpędzony pociąg. Poleciałem do tyłu, moje nogi straciły kontakt z ziemią, a potem polana przyjęła mnie bez litości. Wilgoć wsiąkła mi w plecy, grudka trawy wbiła się w kark, świat na moment zwęził się do jednego, pulsującego punktu bólu.
Leżałem.
I wtedy on się na mnie rzucił. To nie była chaotyczna furia, to było metodyczne, wiedział, że leżę. Wiedział, że teraz jest jego moment.
Cień przykrył mi widok nieba, ciężar uderzył z góry, brutalny, duszący, pazury znów poszły w ruch, zbyt blisko twarzy, zbyt blisko gardła. Czułem jego oddech, gorący i mokry, czułem zapach własnej krwi mieszający się z metaliczną wonią srebra dotykającego wilczego ciała, które wciąż tkwiło w jego boku.
Las odpowiedział głuchym trzaskiem gdzieś dalej, jakby coś pękło. Ziemia pod nami zadrżała, a ja miałem tę krótką, krystalicznie czystą myśl, że jeśli nie podniosę się teraz, pozwolę mu domknąć ten ruch, to Geraldine zobaczy coś, czego nie powinna. Zacisnąłem zęby, ignorując piekący ból w boku i ramieniu. Poprzednie ostrze wypadło mi z dłoni przy uderzeniu, zniknęło gdzieś w trawie, ale druga ręka wciąż była wolna. Zadziałałem instynktownie, bez kalkulacji, bez planu wykraczającego poza najbliższą sekundę. Jedną ręką zaparłem się o jego bark, nie po to, by go zrzucić, tylko by złamać mu linię ruchu, zmusić go do minimalnej korekty ciężaru. Drugą ręką sięgnąłem po drugie ostrze - mniejsze, zakrzywione - nie było miejsca na zamach ani finezję, był nade mną, jego brzuch znajdował się w zasięgu, napięty, pracujący, odsłonięty w tej jednej chwili, gdy przenosił ciężar, żeby dokończyć atak. Wystrzeliłem ostrze w górę, pod kątem, celując tam, gdzie mięśnie spotykały się z masą, gdzie nawet taka bestia musiała się liczyć z bólem. Czułem jego oddech tuż nad sobą, czułem drżenie mięśni, moment napięcia, w którym wszystko zależało od tego, czy broń znajdzie drogę, czy trafi na kość, czy zostanie zbite w ostatniej chwili.

Rzut PO 1d100 - 29
Akcja nieudana

Rzut PO 1d100 - 69
Sukces!

aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - dźgnięcie w brzuch wilkołaka, z intencją przerwania jego ataku i wymuszenia cofnięcia się



[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10340), Geraldine Greengrass-Yaxley (6001)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa