• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence

[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
25.12.2025, 01:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.12.2025, 01:47 przez Benjy Fenwick.)  
Siedziałem w wannie, która miała ambicje stać się niedużym akwenem i prawdopodobnie właśnie nim by była, znając wyobraźnię ludzi bogatych, gdyby nie ograniczenia w powierzchni przeznaczonej na pokój na piętrze albo w udźwigu sufitu. Przyjemnie ciepła woda sięgała mi całkiem wysoko, zwłaszcza jak na moje standardy, mniej więcej do obojczyków, co nie zdarzało mi się zbyt często. Tym razem jednak mogłem pozwolić sobie na zajęcie miejsca w najniższym punkcie małego praktycznie-basenu i czucie się jak wcale nie aż tak nadwymiarowy człowiek, co było całkiem miłym kontrastem do zwyczajowych hotelowych standardów. No, cóż, w końcu to był Savoy. Piana dookoła nas była gęsta i pachniała czymś obscenicznie drogim, czymś, co miało kojarzyć się z odpoczynkiem ludzi, którzy nie muszą sprawdzać cen - pieniędzmi wydanymi bez mrugnięcia okiem, dodatkowe dysze, umieszczone po bokach pod powierzchnią, co jakiś czas dokładały kolejne pływające obłoczki.
Oparłem kark o zagłówek, czując jak bąbelki łaskoczą mi skórę, i przez chwilę po prostu patrzyłem przez wielkie okno na Londyn, nocny i mokry, z Tamizą wijącą się w centralnym punkcie, jak wstęga rtęci - rzeka płynęła spokojnie, odbijając światła, obojętna na nasze decyzje, na fakt, że świat potrafił się zmienić w kilka godzin. Widok stolicy nocą, z tak wysoka i przez tak wielkie szyby, wyglądał jak obietnica złożona światu, że jeszcze nie wszystko zostało zepsute. Szóste piętro dawało perspektywę człowieka, który na moment wygrał z rozsądkiem i postanowił go nie przepraszać. Przez moment pomyślałem, że jeszcze wczoraj byłem w Rumunii, brudny od kurzu i poobijany po upadku z balkonu, a teraz siedziałem w luksusie, który pasował do mnie jak smoking do bójki w zaułku. Teraźniejszy ja wylegiwał się nago w wannie za sumę, za którą dałoby się odkupić połowę moich grzechów zawodowych, i uznawał, że to był bardzo sensowny wybór. To wszystko wydawało się jednocześnie nierealne i boleśnie prawdziwe - środek nocy, październik siedemdziesiątego drugiego, ja w wannie, ona naprzeciwko, a między nami cisza, która nie była ani niezręczna, ani pusta. Raczej gęsta, nasycona, jak szampan stojący gdzieś obok, jeszcze nieotwarty.
Nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie błądził jej wzrok. Może po mojej klatce piersiowej, jeszcze noszącej niezbyt przyjemne ślady, może po tych wszystkich siniakach, które nie zdążyły wyblaknąć i wyglądały jak mapa złych decyzji, a może utknęła myślami na pieczęci runicznej, którą miałem wytatuowaną na skórze, tej jednej z wielu, której znaczenia nigdy jej nie wyjaśniłem, bo zawsze było coś pilniejszego.
- Jak tak na mnie patszysz - zacząłem powoli, całkiem leniwie, bez pośpiechu wypowiadając kolejne słowa i przerywając ciszę - nigdy nie wiem, czy powinienem się plostowaś, plezentowaś, tłumaczyś, czy po plostu siedzieś cicho i daś ci analizowaś mateliał badawczy. - Uśmiechnąłem się pod nosem, patrząc przez szybę na odbicia świateł w Tamizie. Noc była ciemna i gęsta, a ja po raz pierwszy od dawna nie miałem wrażenia, że zaraz będę musiał gdzieś uciekać.
Sięgnąłem po truskawkę, leżącą na srebrnej tacy ustawionej niebezpiecznie blisko krawędzi wanny, idealną, błyszczącą, zanurzoną w czekoladzie tak gęstej, że aż bezczelnej, jedną z tych absurdalnie drogich, które hotel dorzucił do apartamentu razem z szampanem, bardziej jako manifest niż poczęstunek. Wiedziałem, że kosztowała więcej, niż powinna kosztować jakakolwiek truskawka na tym świecie, co tylko dodawało jej charakteru. Podniosłem ją demonstracyjnie, jakbym był aktorem w kiepskiej reklamie, obróciłem ją lekko w palcach, mierząc odległość, bardziej dla popisu niż z potrzeby, bo refleks zawsze miałem dobry, zerknąłem kątem oka w stronę Pruey i spróbowałem wrzucić sobie owoc do ust.

af ◉◉◉◉○ - łapanie truskawki
Rzut PO 1d100 - 30
Akcja nieudana


Rzut wyszedł… Ambitny. Tor lotu był obiecujący, ale rzeczywistość miała inne plany, zamiast perfekcji było więc coś pomiędzy improwizacją a kompromitacją. Truskawka odbiła się od krawędzi wanny, po czym wpadła do wody, z cichym, zdradliwie mokrym dźwiękiem, a ja parsknąłem cicho śmiechem, nawet nie próbując udawać, że tak miało być. Zniknęła na ułamek sekundy, po czym wypłynęła obok mojego ramienia, oblepiona pianą, z czekoladą, która zaczęła się topić w sposób absolutnie nieestetyczny. Rozłożyłem ręce w geście pełnej kapitulacji, woda zafalowała, a częściowo czekoladowe bąbelki przyczepiły mi się do przedramion i klatki piersiowej, jakby chciały mnie dodatkowo ośmieszyć. Spojrzałem na Pruey spod przymrużonych powiek, z tym półuśmiechem, który zawsze ratował mnie w sytuacjach, gdy refleks zawodził, ale bezczelność wciąż trzymała się mocno.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
26.12.2025, 12:59  ✶  

Udało im się odhaczyć pierwszy punkt z listy. Wanna okazała się być ogromna, nie, żeby powinno ją to dziwić, znajdowali się w końcu w wyjątkowo luksusowym miejscu. Najwyraźniej bogacze lubili spędzać czas w tych wielkich wannach, oglądając przez okno stolicę. Widok zapierał dech w piersiach, rzadko kiedy miała szansę spoglądać na Londyn z podobnej perspektywy, tak właściwie to nie wiedziała, czy to nie był pierwszy raz, raczej tak, nie trafiła nigdy na podobne okoliczności.

Przyjemnie było zmyć z siebie kurz całego dnia, sporo dzisiaj przeszli, sporo się wydarzyło w ich życiu, powoli docierało do niej, że faktycznie wzięli ślub. Leżała teraz w wannie ze swoim mężem, na samą myśl o tym, jak to brzmiało uśmiechnęła się sama do siebie, po czym przeniosła wzrok na niego. Wydawał się być spokojny, również przeżywał ten moment, musieli nieco odetchnąć, aby móc sięgnąć po więcej. Kąpiel była wyjątkowo dobrym pomysłem.

Prudence dmuchnęła w wielką bańkę z piany, która znajdowała się tuż przed nią, rozprysnęła się na drobniejsze bąbelki. Wpatrywała się w Benjy'ego dosyć intensywnie, nie umknęły jej te siniaki, ogólnie jego stan fizyczny był bardzo dyskusyjny, nie dało się ukryć, że w ostatnim czasie mocno dostał po dupie. Zresztą wspomniał jej o tym, że został wyrzucony przez balkon, taki upadek musiał trochę boleć. Trochę zajmie zanim te ślady znikną z jego ciała. Przyglądała się najpierw siniakom i zadrapaniem, dopiero później zawiesiła wzrok na tej pieczęci, którą miał wytatuowaną, być może w końcu znajdą czas na to, by opowiedział jej o każdym ze swoich tatuaży, w końcu mieli teraz mnóstwo czasu, całe życie. Na pewno zdąży to zrobić.

- Póki co nie musisz nic tłumaczyć, jest w porządku, po prostu podziwiam widoki. - Nie, żeby siniaki były szczególnie atrakcyjnym dodatkiem, jednak całą reszta prezentowała się naprawdę dobrze. Lubiła na niego patrzeć, szczególnie gdy siedział przed nią taki spokojny, wydawało się, że nie chciałby być w innym miejscu, a jeszcze kilka godzin temu dyskutowali o tym, że nie miał w zwyczaju zostawać. Z nią został, miał zostać z nią przez resztę życia, znowu uśmiechnęła się sama do siebie, nie mogła przestać tego robić, naprawdę była zachwycona tym, co dzisiaj zrobili.

- Jak skończę Cię oglądać, będziesz mógł mi wszystko opowiedzieć, każdy najdrobniejszy szczegół, wiesz, że ciekawi mnie pochodzenie większości z tych malunków. - Pieczęcie i runy, prezentowały się naprawdę niesamowicie, była ciekawa ich historii, jego historii, w końcu nie mieli szansy jeszcze dowiedzieć się o sobie wszystkiego, szczególnie, że mieli do nadrobienia dosyć wiele, zniknęli ze swoich żyć na niemalże piętnaście lat, to był szmat czasu.

Nie odrywała od niego wzroku, gdy sięgnął po truskawkę, wiedziała, że coś knuje, całkiem zgrabnie podrzucił ją do góry, była pewna, że uda mu się ją złapać w locie, bo przecież Benjy był super szybki, jednak tak się nie stało. Zamiast trafić do jego ust, odbiła się od wanny i plusnęła do wody. Zaśmiała się cicho, kiedy obserwowała ten jego wyczyn, na pewno nie udało mu się przez to, że na niego zbyt intensywnie patrzyła.

Czekolada wypłynęła na powierzchnię, i zaczęła osadzać się na jego przedramionach i klatce piersiowej, kto by się spodziewał, że z jednej truskawki może wytopić się tyle czekolady? Na pewno nie ona. Dostrzegła ten uśmiech na jego twarzy, podkręciła głową niby z dezaprobatą, ale najwyraźniej również dobrze się bawiła, przynajmniej obserwując jego, bo uśmiech nie schodził jej z twarzy.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
26.12.2025, 19:41  ✶  
Uniosłem na nią wzrok, odwracając spojrzenie od horyzontu za szybą, jeszcze zanim skończyła mówić, i uśmiechnąłem się tym uśmiechem, który absolutnie nie miał nic wspólnego ze spokojem ani z rozsądkiem. Widoki, jasne, widoki były tu doprawdy wybitne, Londyn za oknem był piękny, światła odbijały się w Tamizie, ale to nie tam raz po raz wracały nasze oczy, doskonale wiedziałem, o czym mówiła, nawet jeśli nie sformułowała tego dosłownie. Oparłem się wygodniej w wannie, pozwalając wodzie poruszyć się leniwie między nami, a moje spojrzenie samo wróciło do niej, do dmuchniętej piany układającej się na jej skórze w sposób kompletnie niesprawiedliwy wobec mojej koncentracji. Przesunąłem spojrzeniem po sylwetce Prue, bez wstydu, bez pośpiechu, zatrzymując się dokładnie tam, gdzie biała, puszysta chmurka z drobnych bąbelków udawała przyzwoitość.
- Masz lację. Londyn nocą jest imponujący. Tamiza, światła, cały ten blichtl. - Spojrzałem na nią spod rzęs, dokładnie w ten sposób, który nigdy nie był niewinny, przez chwilę udając jednak, że nie do końca zrozumiałem odpowiedź. Niby rozmawialiśmy o jej gapieniu się na mnie, ale jednocześnie… - Widoki po obu stlonach szyby są… - Przeciągnąłem, zerkając ostentacyjnie najpierw na Tamizę, potem wracając wzrokiem do niej. Zawiesiłem na niej spojrzenie, zupełnie jawnie. - Naplawdę wybitne, byłoby malnotlawstwem nie koszystaś. - Przesunąłem wzrokiem po jej ramionach, po linii obojczyków ledwie widocznej spod piany, nie udając nawet, że patrzę gdzie indziej. Nie miałem takiego zamiaru. Udawanie czegokolwiek byłoby obrazą sytuacji. Oparłem łokieć o brzeg wanny, pochylając się nieco w jej stronę, jakbym właśnie coś analizował, chociaż w rzeczywistości analizowałem wyłącznie fakt, że siedziała naprzeciwko mnie i patrzyła dokładnie tak, jak patrzyła. Powoli, bez pośpiechu, z tą uwagą, która była lepsza niż jakiekolwiek komentarze.
Uśmiechnąłem się, słysząc jej słowa. Owszem, opowieści miały swój urok - historie, pieczęcie, runy, całe to moje życie zapisane na skórze jak księga, którą ktoś wreszcie chciał czytać uważnie, tylko że ja w tym i jakimkolwiek innym momencie zdecydowanie wolałem metody mniej akademickie.
- Bszmi jak plan długotelminowy. - Przesunąłem palcami po własnym przedramieniu, po jednej z linii tuszu, leniwie, bez pośpiechu, dając jej dokładnie tyle czasu, ile chciała na patrzenie. - Balso długoterminowy. To mose chwilę potlwaś, wiesz. Nie spieszyłbym się na twoim miejscu. - Oparłem się mocniej o brzeg wanny, rozkładając ręce tak, żeby ani na moment nie utrudniać jej widoku. - Opowiadaś… - Odezwałem się, nisko, z tym spokojem, który był czystą prowokacją. - Jasne. Mogę opowiadaś godzinami. Zawsze byłem w tym niezły. - Pokręciłem lekko głową, jakbym sam siebie o czymś upominał, ale w moich oczach nie było ani krzty skruchy. Woda poruszyła się leniwie, piana osiadła niżej na mojej skórze, odsłaniając dokładnie to, co i tak już studiowała. - Tyle sze te znaki nie były plojektowane s myślą o analizie s daleka. - Uniosłem dłoń, jakbym miał coś zademonstrować, ale zamiast tego pozwoliłem jej zawisnąć w powietrzu między nami, sugestywnie, jednoznacznie. - Lepiej działają, kiedy ktoś splawdza je empilycznie. Palcami. Oddechem. - Doprecyzowałem z leniwym uśmiechem. - Opuszki mają znacznie lepszą skuteczność w czytaniu symboliki lytualnej nisz oczy. - Oparłem się znów wygodniej, ale moje spojrzenie ani na moment nie straciło intensywności, przeciwnie, było w nim coś prowokującego, pewnego siebie. - A zęby - dodałem spokojnie, niemal mimochodem - potlafią wyciągnąś s ludzi plawdę szybciej nisz jakiekolwiek pytania. - Piana falowała cicho między nami, Londyn świecił za oknem, a ja miałem absolutną pewność, że piętnaście lat da się nadrobić. Metodycznie. Bardzo dokładnie.
Uśmiech sam wpełzł mi na twarz, zanim jeszcze zdążyłem coś powiedzieć, ten cichy śmiech, który z niej uciekł, trafił dokładnie tam, gdzie powinien. Oparłem łokcie szerzej o brzegi wanny, nie próbując już nawet ratować resztek godności klątwołamacza z renomą, już wiedziałem, że nie odzyskam ani godności, ani tej konkretnej truskawki. Wzruszyłem ramionami, pozwalając sobie na ten ruch, na spokojne, niespieszne lustrowanie jej twarzy, ramion, tego, jak zanurzała się w wodzie obok mnie.
- Widzisz. - Powiedziałem spokojnie, z tym tonem fałszywego profesjonalizmu, który zwykle wyciągałem przy katastrofach mniejszego kalibru. - To była demonstlacja balso zaawansowanej techniki. Losplaszanie uwagi obselwatola. - Zerknąłem w dół na rozpuszczającą się powłokę truskawki, która przyklejała mi się do skóry w sposób zdecydowanie bardziej intymny, niż planowałem. Świadomie przeciągnąłem więc dłonią po przedramieniu, leniwie, jakbym nigdzie się nie spieszył i naprawdę nie chciał być w żadnym innym miejscu, rozmazując resztki czekolady jeszcze bardziej, celowo, trochę bezwstydnie, bo spojrzenie, którym obdarzała mnie moja małżonka, było zbyt wyraźne, żeby je ignorować. 
Oparłem się wygodniej, pozwalając, żeby piana przesunęła się leniwie po mojej klatce piersiowej. Sięgnąłem po kolejną truskawkę, obracając ją w palcach, demonstracyjnie wolno, jakbym dawał Prudence czas na analizę toru lotu, intencji i ewentualnych konsekwencji tego, co bez wątpienia chodziło mi po głowie, zanim uniosłem rękę i bez ostrzeżenia rzuciłem owocem w jej stronę, ruchem szybkim, pewnym, wytrenowanym przez lata robienia rzeczy, które wymagały refleksu. Nie celowałem w twarz, nie byłem samobójcą, raczej w przestrzeń tuż pomiędzy jej piersiami, na granicy między prowokacją a zabawą.
- A to - dodałem już po fakcie, opierając się wygodniej i mrużąc oczy z rozbawieniem - było czysto osobiste. - Uśmiechnąłem się krzywo, zaczepnie, tym razem nie chodziło o popis, chodziło o reakcję.
Woda znów się poruszyła, piana rozstąpiła, a ja parsknąłem cicho, wyraźnie zadowolony z siebie, niezależnie od rezultatu.
- Widzisz - kontynuowałem, pochylając się nieco do przodu - to jest dokładnie ten moment, w któlym nolmalni ludzie mówią, sze wanna słuszy do kąpieli. A ja mam powaszne wątpliwości, czy my nie malnujemy jej potencjału. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, potem niżej, zupełnie nieskrycie, fakt, że była moją żoną od kilku godzin, dawał mi pełne prawo do tej bezczelności.

af ◉◉◉◉○ na rzut
Rzut PO 1d100 - 30
Akcja nieudana


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
27.12.2025, 15:52  ✶  

Widziała, że jej się przyglądał, ona robiła dokładnie to samo, wpatrywała się w niego bardzo intensywnie, i chociaż widokom za oknem nie można było odmówić tego, że były naprawdę urocze, malownicze. Londyn nocą był na swój sposób niesamowity, to jednak on, siedzący przed nią w tej chwili skupiał większość jej uwagi, a może i całą.

Na pewno nigdy nie pozbędzie się tego widoku z pamięci, była to jedna z tych chwil, która trafi do specjalnej szufladki w jej głowie. Niby pamiętała wszystko, ale były momenty, które miały specjalne miejsce w jej umyśle, pielęgnowała je bardzo mocno, to była jedna z takich chwil. Nie mogła oderwać od niego wzroku, bo chciała zapamiętać wszystko jak najbardziej dokładnie.

- Jeśli mam być szczera, wolę widok po tej stronie szyby. - Na pewno zdawał sobie z tego sprawę, szczególnie, że jej spojrzenie skupione było na jego osobie, z początku, może przez chwilę spoglądała za okno, ale to, co znajdowało się tutaj dużo bardziej przyciągało jej wzrok. Być może miała już szansę oglądać go dokładnie, jednak nigdy jeszcze nie robiła tego w taki sposób, nie w momencie, w którym zostali małżeństwem, to było coś zupełnie innego, większego. Należeli w końcu już tylko i wyłącznie do siebie, ta świadomość sporo zmieniała.

Czuła na sobie jego spojrzenie, przesuwał je powoli, jakby badał ją wzrokiem, było palące, ale naprawdę przyjemne. Piana ukrywała sporo, ale przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co ukrywało się pod nią. Mieli już szansę odrobinę się tego nauczyć, z czasem jednak pewnie z zamkniętymi oczami będą potrafili odtworzyć ciała drugiego pod opuszkami palców, mieli mieć bardzo dużo czasu, aby poznać je doskonale.

- Długoterminowość to zaleta, mamy przecież bardzo dużo czasu, to znaczy ja mam teraz bardzo dużo czasu, aby wszystkiego się bardzo dogłębnie dowiedzieć. - Mogła poznawać go kawałek po kawałku, malunek po malunku, nie musiała się nigdzie spieszyć. Nie mieli już bowiem określonego terminu ważności. Obróciła obrączkę na swoim palcu, która była symbolem rozpoczęcia tej nowej drogi. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy poczuła ją pod palcami. To wszystko było prawdziwe.

- To prawda, potrafiłeś opowiadać historie. - Nie mogła mu tego odebrać, potrafił zainteresować innych swoimi opowieściami, był niezłym mówcą, zresztą już kiedyś mu o tym wspominała, że jej zdaniem potrafił przekonywać do siebie ludzi samym słowem, łykali wszystko co mówił z lekkością.

Obserwowała go bardzo uważnie, kiedy mówił o tym, że analiza z daleka niekoniecznie jest najlepszym wyborem. Miał rację, zdecydowanie wolałaby go dotknąć, niż trzymać się z daleka i słuchać jego opowieści. Poczuć pod palcami każdą z nich, to było bardzo zachęcające, przemierzać opuszkami palców każdą pieczęć, runę na jego ciele, a miał ich sporo, pewnie by to trochę zajęło, ale nie musieli się spieszyć.

- Muszę przyznać, że jeśli już o tym wspomniałeś, to faktycznie Twoje metody wydają się być lepsze, bardziej konkretne, będziemy musieli je przetestować. - Nie, żeby potrzebowała je testować, mogła go już teraz dotykać do woli, uśmiechnęła się znowu, sama do siebie na tę myśl. Wzrokowo pewnie już byłaby w stanie odtworzyć większość z tych rysunków, jednak pamięć ciała była zupełnie czymś innym.

- Zęby na pewno mają większą siłę przebicia, trzeba tylko wiedzieć jak ich umiejętnie używać. - Dodała jeszcze, wpatrywała się w jego sylwetkę nie opuszczając spojrzenia nawet na chwilę, nie mrugając, nie musiała już przejmować się tym, że przyłapie ją na tym, mogła to robić gdy tylko miała na to ochotę.

- Zadziała, obserwator został rozproszony. - Na moment w końcu przestała na niego spoglądać, a skupiła się na tej truskawce, która chyba nie do końca poleciała tam gdzie powinna. Zamiast tego wylądowała w wannie, a teraz czekolada zaczęła osiadać na jego skórze, ciekawe, czy była słodka, czy gorzka. Mogłaby to sprawdzić, ale to może za chwilę. Odruchowo przygryzła dolną wargę, kiedy jej myśli zmierzyły w te stronę, nie dało się nie zauważyć, że nie były do końca krystalicznie czyste, ale nie musiała się z tym kryć, prawda, w końcu znajdowała się w wannie ze swoim mężem.

Była wpatrzona w czekoladę na jego klatce piersiowej, także nie zauważyła, że sięgnął po kolejną truskawkę i tym razem postanowił zaatakować ją, owoc nie doleciał tam gdzie miał, jednak uderzył w wodę tuż przed nią przez co piana nieco się rozstąpiła i przestała okrywać jej ciało, poniekąd więc misja zakończyła się sukcesem, przestała bowiem chować swoje nagie ciało pod bąbelkami.

Sama sięgnęła w końcu po jedną z truskawek, jeszcze nie była pewna w co zamierzała celować, i tak pewnie nie trafiłaby tam gdzie chciała, znając jej umiejętności, nie pogardziłby jednak, gdyby na jego klatce piersiowej miało znaleźć się nieco więcej czekolady. Mogłaby się tym później odpowiednio zająć. Uniosła owoc w ręku i rzuciła nim przed siebie, gdzieś musiała trafić jeśli nie w niego, to przed niego.

- Na szczęście my nigdy nie należeliśmy do tego zacnego grona normalnych ludzi. - mogli więc odpowiednio wykorzystać potencjał tej wanny, właściwie to chyba powoli zaczynali to robić.



Rzut N 1d100 - 31
Akcja nieudana
na rzut ( af ◉◉○○○)


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
28.12.2025, 02:45  ✶  
Uśmiech rozciągnął mi się na ustach, kiedy Prue powiedziała, że woli widok po tej stronie szyby, w moich oczach niemal na pewno zapaliło się to charakterystyczne światło, którego nigdy nie potrafiłem, ani nie chciałem, gasić. Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy wolno, metodycznie, jakbym naprawdę zapamiętywał każdy szczegół tego wieczoru, a nie tylko karmił się faktem, że woda była ciepła, noc gęsta, a ona siedziała nago naprzeciwko mnie, z tym spojrzeniem, które obiecywało więcej, niż ktokolwiek rozsądny powinien przyjmować bez przygotowania, i ani myślała udawać, że jest inaczej. Patrzyłem na nią uważnie, tak, jak patrzyło się na coś, co chciało się zapamiętać na zawsze, ale jednocześnie pragnęło się jeszcze raz dotknąć, sprawdzić, poczuć pod palcami, żeby mieć pewność, że to nie sen.
- W takim lasie mamy zgodę. - Odezwałem się nisko. Nie udawałem zaskoczenia, wiedziałem to od chwili, kiedy przestała naprawdę patrzeć na Londyn, a zaczęła patrzeć na mnie w ten sposób, który nie zostawiał miejsca na pomyłki. - Tesz zdecydowanie wolę to, co jest tutaj. - Nie kryłem niczego, nie udawałem, że to przypadek, piana zrobiła się nagle bardzo symboliczna, cienka granica między tym, co jeszcze oficjalnie niewinne, a tym, co już dawno przestało takie być. To było prawdziwe, ona była prawdziwa, my byliśmy prawdziwi. Zauważyłem, kiedy obróciła obrączkę na palcu, mój wzrok podążył za tym ruchem instynktownie. Ten mały gest uderzył mnie mocniej niż jakakolwiek deklaracja, coś ścisnęło mnie w środku, ciężkie, intensywne, niemal niebezpieczne w swojej sile - prawdziwe, trwałe, moje, nasze - jakby ktoś przesunął ciężar w samo centrum mojej klatki piersiowej.
- Długotelminowość w tym ujęciu - podchwyciłem dalej, głos miałem niższy niż wcześniej - to balso kusząca pelspektywa. Szczególnie jeśli mówimy o poznawaniu… Dokładnym. Powolnym. Takim, po któlym nie zostają jusz szadne wątpliwości. - Uśmiechnąłem się wymownie, kąciki ust uniosły mi się leniwie, a w oczach błysnęło coś niebezpiecznego, coś, czego nigdy specjalnie nie starałem się w sobie temperować. Czułem napięcie w ramionach, w karku, w tym miejscu pod skórą, gdzie ciało zawsze reagowało szybciej niż rozsądek, chociaż właściwie to rozsądek dziś w ogóle nie był zaproszony. Patrzyłem na nią tak, jak patrzyło się na kogoś, kto teoretycznie był mój nie od dziś, przecież to ustaliliśmy, a mimo to wciąż nie mogłem się tym nasycić. 
Słowa o historiach wywołały u mnie krótki, gardłowy śmiech, opowiadać potrafiłem, ale teraz miałem ochotę robić rzeczy, które nie potrzebowały narracji. Wanna była ogromna, lecz dystans między nami nagle wydał mi się śmiesznie mały, jak cienka linia narysowana kredą, którą wystarczyło zetrzeć jednym ruchem dłoni. Obserwowałem, jak jej wzrok wraca do mojej skóry, do linii tuszu, do śladów po ostatnich tygodniach, spojrzenie Prue było skupione, intensywne, niemal badawcze, jednak wiedziałem, że to nie była ciekawość teoretyczna, to był ten sam wyraz, z którym patrzyło się na coś, co już się wybrało - coś, do czego się zmierzało, nawet jeśli droga nie była do końca bezpieczna. Teraz nie było już żadnej potrzeby udawania, że to tylko gra, to nie było oglądanie z ciekawości - to było branie na własność wzrokiem, centymetr po centymetrze.
- Opowiadanie histolii zawsze było tylko wstępem. - Powiedziałem cicho, przeciągając spojrzeniem po jej twarzy, po ustach, które już nie raz zostawiły na mnie ślady znacznie bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa. - Lubiłem patsześ, jak ludzie słuchają, ale jeszcze balsiej lubię, kiedy pszestają słuchaś i zaczynają… Leagowaś. - Jej spojrzenie sunęło po mnie bez skrępowania, a ja oddałem jej to samo, równie bezczelnie, równie intensywnie. Przesunąłem wzrok niżej, świadomie, bez krzty skrępowania - to nie była już gra w domysły ani flirt na granicy niedopowiedzeń, to było wspomnienie zapisane na skórze, pod paznokciami, w tych miejscach, które czasem dawały o sobie znać.
- Uwiesz mi - powiedziałem cicho, bez najmniejszego zamiaru udawania zaskoczenia, przeciągając spojrzeniem po jej twarzy, po ustach, które już nieraz zostawiały po sobie ślady - doskonale wiem, sze akulat w tym zaklesie masz… Wyjątkowo loswinięte kompetencje. Natulalny talent, hm? - Dodałem z wyraźnym rozbawieniem. Oczy błysnęły mi krótko, kiedy pozwoliłem sobie wrócić pamięcią do rzeczy, których oboje nigdy nie musieliśmy sobie specjalnie przypominać. Woda delikatnie falowała między nami, ale napięcie było gdzie indziej, gęste, elektryczne, osiadające na skórze. - Zawsze miałaś wyjątkowe wyczucie miejsca. - Przesunąłem dłonią po własnym ramieniu, niżej, jakby od niechcenia. - Jusz kilka lasy udowodniłaś, sze wiesz, jak ich uszywaś. - Dodałem z rozbawieniem podszytym czymś ciemniejszym. - Lobisz to… Balso pszekonująso. - Spojrzałem znacząco na własną skórę, na miejsca, które znała lepiej niż ktokolwiek inny - ślady, które zostawiała, nigdy nie były przypadkowe,  tak jak nigdy nie były niechciane. - No, dobsze, był ten jeden las. - Przyznałem, kręcąc głową z lekkim rozbawieniem, ale w moim spojrzeniu nie było kpiny. Raczej coś ciepłego, intensywnego, co brało się z faktu, że teraz nie musieliśmy już niczego chować pod dywan. - Ale umówmy się, byliśmy młodzi, zdecydowanie zbyt… Zbyt… - Spojrzałem na nią znacząco, spod rzęs. Przesunąłem palcami po boku własnej szyi, potem niżej, wzdłuż linii obojczyka, pokazując dokładnie, o czym mówiłem, bez potrzeby dopowiadania reszty, z tą swobodą, która brała się tylko z pewności, z faktu, że już nie trzeba było niczego sprawdzać, niczego udowadniać. - W tej dziedzinie masz znacznie większy talent, nisz jesteś gotowa oficjalnie pszyznaś. - Nie odrywałem od niej wzroku, wcale, ani na ułamek sekundy - to spojrzenie było pewne, bezwstydne, skupione tak, jakby świat poza wanną i tym pokojem przestał istnieć. Miasto za oknem mogło płonąć, Tamiza mogła wystąpić z brzegów, a ja i tak siedziałbym tu, dokładnie tak, jak siedziałem, czując jak napięcie gęstnieje między nami. - Ten jeden las był odlobinę balsiej… Deklalatywny, nisz wskazywałoby bycie niewiniątkiem, któle tlochę za długo zasiedziało się w cudzym towaszystwie. - Stwierdziłem, sunąc kciukiem leniwie po własnym obojczyku, wyżej, tam, gdzie ślady bywały najtrudniejsze do ukrycia. - Ku naszej uldze, lószica polega na tym - kontynuowałem ciszej - sze tym lasem nie musi jusz byś polanków, w któlych ktoś wstaje za wcześnie albo za późno, uloszo wygładza spódniczkę i udaje, sze to wszystko było tylko… Epizodem. - Pokręciłem głową z rozbawieniem, bardzo świadomym. Spojrzałem na jej dłoń, na obrączkę, potem znów na nią, z wyraźnym, zadowolonym błyskiem w oku. Granice były teraz inne - albo raczej przestały mieć znaczenie.
Kolejna truskawka poleciała w jej stronę, nieprecyzyjnie, ale z intencją - woda rozstąpiła się, piana uciekła, a ja zarejestrowałem to w jednej krótkiej sekundzie, w której wszystko stało się ostrzejsze, bardziej realne. Przez sekundę patrzyłem tylko na to, co odsłoniła, jakby mój mózg potrzebował chwili, żeby nadążyć za resztą ciała, potem wróciłem spojrzeniem do jej twarzy - do tych oczu, które nie udawały niewinności i nie miały takiego zamiaru. Mój uśmiech pogłębił się, kiedy zobaczyłem efekt, bo wszystko, co miało znaczenie, siedziało teraz naprzeciwko mnie, nagie, bezczelnie piękne i zupełnie świadome wrażenia, jaki na mnie wywierało. Zatrzymałem wzrok na jej dłoni z truskawką, potem na jej ustach, na tym drobnym geście przygryzienia wargi, który był… Obłędny.
- Nie… - Odezwałem się cicho, płycej niż wcześniej, bez śmiechu, bez żartu. - Nigdy nie byliśmy nolmalni. I całe szczęście. - W moim głosie było coś niskiego, surowego, coś, co zwykle trzymałem na wodzy przy zleceniach, przy klątwach, przy rzeczach, które potrafiły się wymknąć spod kontroli, jeśli pozwoliło się emocjom dojść do głosu. Teraz nie widziałem powodu, żeby to robić. Poruszyłem się w wannie, minimalnie, ale wystarczająco, by woda znów zafalowała, skracając dystans jeszcze o ten jeden, irytująco mały krok. Czekolada na mojej skórze zaczęła się rozpuszczać, a ja ani myślałem jej zmywać. Pochyliłem się lekko do przodu, opierając dłonie na brzegach wanny, nie ukrywając intencji.
Przesunąłem ręką po powierzchni wody, tworząc niewielką falę, która musnęła jej skórę, nie w sposób gwałtowny, nie niecierpliwy, raczej zapowiadający to, co i tak wisiało w powietrzu od chwili, gdy zamknęły się za nami drzwi apartamentu, a nawet znacznie wcześniej. Bąbelki pękały, osiadały, powoli zdradzając coraz więcej, nie próbowałem nawet odwracać wzroku - nie było po co - zatrzymałem na chwilę oddech, bo widok był… Obezwładniający, naprawdę. Woda poruszyła się między nami, a piana zdradziła nas oboje, odsuwając się tam, gdzie nie była już potrzebna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
29.12.2025, 00:06  ✶  

Nie zdziwiła jej jego odpowiedź, widziała to w jego spojrzeniu, nie potrzebowała słów, aby wyczytać, że mają wyjątkową zgodność. Powiedzieli to jednak w głos, co spowodowało, że znowu się uśmiechnęła, dobrze było wiedzieć, że są po tej samej stronie barykady, już zawsze mieli być. Nie miało się to zmienić. Świadomość tego, że nie było to tylko na chwilę naprawdę dodawała jej skrzydeł, w najśmielszych marzeniach bowiem obawiałby się to zakładać. Jednak teraz siedzieli w tej wannie, miała obrączkę na placu, on również, zupełnie nadzy, niby ciągle w tym samym świecie, a jednak miała wrażenie, że rzeczywistość była gdzieś daleko za nimi, nie dotyczyła ich w tym momencie.

- Ostatnio w ogóle jesteśmy ze sobą bardzo zgodni. - Ogromnie jej się to podobało, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Od zawsze zresztą wykazywali podobne tendencje, tyle, że się przed nimi bronili, ale to już nie miało się powtórzyć, bo nie miało to większego sensu. W końcu dotarło do nich jak powinno wyglądać to, co było między nimi. Siedzieliśmy tej wannie zupełnie nadzy, nieskrępowani, piana faktycznie była jeszcze pozornym dystansem, który za chwilę miał zniknąć, zresztą doskonale wiedzieli co się pod nią skrywa.

- Mówimy tylko i wyłącznie o bardzo dokładnym poznawaniu, w końcu wreszcie nigdzie nam się nie spieszy, teraz już nic nie może nam umykać. - Była bardzo konkretna w swoich zamiarach, nie miała zamiaru dopuścić do żadnych niekompetentnych uproszczeń. Wreszcie mogli zrobić to jak należy, co ogromnie ją cieszyło. Nigdzie się nie spieszyli, mieli bardzo dużo czasu, w końcu spletli ze sobą swoje drogi na zawsze, stali się małżeństwem, wypadało, aby wreszcie zrobili to jak należy.

Niby już wcześniej mogli mieć podobne podejście, jednak czy aby na pewno? Teraz wiele się zmieniło, nie musieli nigdzie się spieszyć, mogli bardzo powoli, dokładnie eksplorować swoje ciała i nic nie miało im w tym przeszkodzić, to było naprawdę przyjemna nagrodą po tym wszystkim co spotkało ich w międzyczasie.

Oczy Prudence błyszczały, kiedy na niego spoglądała, czuła napięcie, które powoli, bardzo powoli rosło. Znajdowali się w tej wannie i czekali na to, aż w końcu będą mogli sięgnąć po to, co rosło w nich od dawna, dzisiaj bardzo długo powstrzymywali się od bliskości, nie wątpiła w to, że za chwilę w końcu będą mogli po nią sięgnąć. Nic nie stało im już na przeszkodzie. Widziała jego wzrok, widziała jak na nią patrzył, przez to zresztą skóra coraz bardziej ją paliła.

- Po to właściwie opowiada się historie, dla reakcji. - Mniejszych lub większych, jednak miały wzbudzać emocje. Oczywiście najlepiej jakby trafiały jak najgłębiej, nie wątpiła w to, że Benjy doskonale wiedział w jaki sposób to robić, jak poruszyć swojego słuchacza. Zresztą w jej przypadku tak właściwie nie musiał nawet mówić, wystarczyło, że spojrzał odpowiednio, a doskonale wiedziała do czego zmierzał.

Nie zdawała sobie sprawy w to, że tak trafia w jego gusta, nie wydawało jej się jednak, aby w tej chwili ją oszukiwał, być może miała szczęście, a może po prostu wiedziała, gdzie powinna go dotknąć, aby sprawić mu przyjemność. Coś musiało być na rzeczy, skoro o tym teraz wspominał. Wpatrywała się w niego intensywnie, jej wzrok błądził od jego oczu, po usta, po klatkę piersiową, jakby do końca nie wiedziała na co konkretnie chciała spojrzeć, może na wszystko.

- To musi być naturalny talent, bo raczej go nie ćwiczyłam. - Dodała uśmiechając się przy tym zaczepnie. Nie ukrywała tego, że należała do osób, które korzystały z okazji, raczej tego nie robiła, rzadko kiedy zbliżała się do mężczyzn w ten sposób, mało kto wzbudzał w niej odpowiednie emocje, a tego potrzebowała przede wszystkim, dopiero wtedy mogła pozwolić sobie na więcej. Niby lubiła przekraczać granice, ale jednak miała swoje zasady, których się trzymała, oczywiście do czasu, dopóki nie trafił się ktoś dla kogo warto było przestać ich przestrzegać.

Zmrużyła oczy, próbowała sobie przypomnieć o tym jednym razie, o którym wspominał, jednak jej mózg nie dawał jej żadnych podpowiedzi. Nie pamiętała, przypomniała sobie jednak za to, kiedy mogła nie pamiętać, wpatrywała się w niego bardzo intensywnie, mógł zobaczyć, że próbuje łączyć kropki, najwyraźniej wcześniej do tego nie doszła.

- To niemożliwe. - Obserwowała jego palce, które wędrowały po ciele, jakby chciały jej dokładnie pokazać, gdzie wtedy trafiły jej usta. Cóż, nie miała pojęcia, nie wiedziała, nie zdawała sobie sprawy, że już wtedy postanowiła sięgać po te ukryte zdolności, nieco ją to zaskoczyło, ale czy na pewno powinno? Miała świadomość, że już wtedy reagowała na niego specyficzne, wiedziała, że coś się wydarzyło tamtej nocy, najwyraźniej postanowiła przekroczyć jedną z wielu granic, nigdy wcześniej jej o tym nie wspomniał.

- Widać nigdy nie byłam niewiniątkiem, chociaż sama nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę, musiałeś mieć na to swój wpływ, jak zawsze wiodłeś mnie na pokuszenie, a ja nie umiałam się oprzeć. - Wzruszyła jedynie ramionami, przez co piana która się na nich znajdowała znalazła się na tafli wody. Już tak miała, nie potrafiła walczyć z tym, co było między nimi, najwidoczniej nawet bardzo dawno temu, musiał jej to wybaczyć, ona sobie również, może i dobrze, że nie miała o tym pojęcia, przynajmniej spała później w miarę spokojnie.

- Epizody przestały nas dotyczyć. - Odpowiedziała jeszcze z nutą satysfakcji w głosie, podobało jej się, że tak się stało, że do tego doszło. Nie, żeby narzekała na wcześniejszy czas, jednak wolała tę świadomość, że teraz zawsze będą w swoich życiach.

Nie poruszyła się nawet o centymetr, gdy truskawka wylądowała przed nią, odsłaniając jej ciało, chwilę wcześniej schowane w pianie, nie miała niczego do ukrycia, wręcz przeciwnie, przesunęła się nieco do tyłu, dzięki czemu pokazała jeszcze więcej nagiego ciała, widziała, że ją obserwował, to tylko i wyłącznie powodowało, że napięcie wiszące między nimi robiło się coraz bardziej namacalne.

- Nigdy nie byliśmy, nigdy nie będziemy, ale to dobrze, bardzo dobrze. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, to w ich przypadku zawsze było zaletą, grunt to znaleźć sobie kogoś z kim można było być nienormalnym razem, w ich przypadku to działało doskonale, byli przecież kompatybilni.

Skrócił dystans, nachylił się do niej, Prue nie odrywała od niego swojego spojrzenia, woda się poruszyła, bąbelki pękały, pokazując coraz więcej, wszystko to co było nieuniknione i miało zostać pokazane. Jej spojrzenie zrobiło się nieco ciemniejsze, znowu się prowokowali, nie zamierzała jednak zwlekać, nie tym razem, zamiast tego nieco przysnęła się do przodu, by również znaleźć się jak najbliżej, aż w końcu sięgnęła dłonią, opuszkiem palca do tej czekolady która powoli roztapiała mu się na ciele.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
29.12.2025, 21:55  ✶  
Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to jest dokładnie ten moment, którego wcześniej zawsze nam brakowało - nie pośpiech, nie adrenalina, nie ucieczka przed konsekwencjami, tylko czas, czysty, rozciągnięty, należący do nas. Świadomość tego osiadała we mnie ciężko i przyjemnie, jak ciepło wody, która otulała skórę, pozwalając nam zatrzymać się jeszcze na chwilę w tym zawieszeniu. Wszystko, co ważne, działo się pomiędzy spojrzeniami, w tym powolnym narastaniu napięcia, które znałem aż za dobrze. Czułem, jak rośnie, stając się niemal bolesne, ale w tym bólu było coś nagradzającego. Całe to czekanie, wszystkie lata niedopowiedzeń, wszystkie momenty, w których trzeba było się wycofać o krok za wcześnie - teraz nic nie pchało nas do ucieczki, mogliśmy pozwolić sobie na to, żeby wszystko działo się wolno, metodycznie, z pełną świadomością tego, kim jesteśmy i co do siebie czujemy. Jej oczy błyszczały, a ja widziałem w nich odbicie własnego głodu. Liczyła się tylko ona, ten sposób, w jaki na mnie patrzyła, bez wstydu, bez zahamowań, wreszcie mając pełne prawo do każdej myśli, jaka się pojawiała. No - może nie tej jednej, tutaj doceniałem kunszt artystyczny, ale zamierzałem podważyć jej reakcję.
- Ty? Nie pamiętasz? - Mruknąłem cicho, kręcąc głową. Spojrzałem na nią podejrzliwie, bardziej spod brwi, kątem oka, niż wprost, z tym uśmiechem, który zwykle oznaczał, że zupełnie czegoś nie kupowałem. - Nieee… Ty zawsze pamiętasz. - Spojrzałem jej prosto w oczy, bez złośliwości, raczej z czymś na granicy rozbawienia i niedowierzania. - Selio będziesz udawaś, sze to akulat wypadło ci z głowy? - Uniosłem brwi, tym razem z czymś pomiędzy rozbawieniem a rezygnacją, jakbyśmy właśnie natknęli się na fakt, którego nie dało się już obejść żadnym „to niemożliwe”. - Ty, któla pamiętasz losmowy spszed lat słowo w słowo, kto gdzie stał, kto jak na kogo patszył. - Rzuciłem lekko, jakby to był szczegół organizacyjny, a nie wspomnienie, które właśnie wróciło. Pokręciłem głową wolno.
Pozwoliłem, by moje palce zatrzymały się na moment, dokładnie tam, gdzie wtedy trafiła - nie wskazywałem wprost, nie musiałem, to było bardziej sugestią niż dowodem, prowokacją podszytą rozbawieniem.
- Wiesz - dodałem lekko, niemal żartobliwie - pamięś bywa wybiólcza, szczególnie kiedy człowiek balso chce wieszyś, sze czegoś nie zlobił. Najwylaśniej ciebie tesz to dotyczy, hm? - Spojrzałem na nią spod rzęs, obserwując, jak próbuje to sobie poukładać. Dałem jej chwilę. Jeszcze jedną. Jeszcze odrobinę.
- Ale ciało… - Westchnąłem cicho, przesuwając językiem po wnętrzu policzka. - Ciało nie kłamie. - Zawiesiłem głos. Cofnąłem dłoń, ale tylko po to, by po chwili znów oprzeć ją o brzeg wanny, bliżej niej. - Pamięś ciała jest blutalnie szczela. - Powiedziałem niżej. Zaraz znowu, półautomatycznie, przesunąłem dłonią po własnym boku, leniwie, tym razem odtwarzając w pamięci mapę nie tak dawnych momentów - tych, po których przez kilka dni nosiłem pod koszulą wyraźne pamiątki, nie wyglądałem na kogoś, kto miałby do nich pretensje. - Nie da się jej oszukaś.
Woda znów zafalowała, piana była coraz mniej skuteczna w udawaniu zasłony, oparłem przedramię o brzeg wanny, pochylając się ku niej, wystarczająco blisko, żeby nie było mowy o przypadkowości. Uśmiech sam rozciągnął mi się na ustach, niewinny tylko z nazwy, a oczy błysnęły mi w półmroku wanny, zdradzając, że jej konsternacja została przyjęta i odpowiednio zinterpretowana. Przesunąłem spojrzeniem po twarzy Prue, potem niżej, leniwie, jakbym układał w głowie mapę dobrze znanego terytorium.
- Zostawiłaś mi wtedy balso soczystą malinkę. - Powiedziałem wprost, bez przesady, bez upiększeń. - W miejscu, któle było… Wyjątkowo widoczne. - Uniosłem brwi, jakby to był fakt czysto techniczny, a nie wspomnienie, które wciąż potrafiło rozgrzać skórę. Woda była ciepła, piana falowała cicho, ale napięcie między nami miało w sobie coś ostrzejszego, coś, co nie miało nic wspólnego z relaksem.
- Bądźmy szczeszy. Nigdy nie byłaś szadnym niewiniątkiem. - Oparłem się wygodniej, wodząc spojrzeniem po suficie, jakby próbował odtworzyć coś z pamięci, ale bez przesadnej gorliwości. - A ja tesz, dla odmiany, nie byłem wielkim kusicielem. Nikt nikogo nie ciągnął na siłę. Laczej… Spotykaliśmy się dokładnie w połowie dlogi. Kaszde s nas lobiło potem dokładnie to, co umiało najlepiej. Bo zobacz - parsknąłem cicho, jakby mnie to bawiło bardziej, niż powinno - opielałaś mi się całkiem umiejętnie. Jusz następnego dnia dałaś mi kosza. - Westchnąłem krótko. - I to nie był szaden „zostańmy pszyjaciółmi” kosz. - Pokręciłem głową. - To był posządny, jednoznaczny kosz. Kosz-kosz. Taki, po któlym nie ma się wątpliwości. - Dodałem na koniec, tonem niemal rozrywkowym, jakby chodziło o anegdotę, a nie coś, co wtedy faktycznie zostawiło ślad. - Konsekwentnie się wycofałaś. Ale wciąsz… Tak. Szczesze? - Zawiesiłem głos na moment, dokładnie wystarczająco długo, żeby mogła pomyśleć, że zaraz to podważę. Zamiast tego wzruszyłem ramionami, po czym zerknąłem na nią spod rzęs. - To właściwie jedyna sensowna welsja wydaszeń, jaką mam. Cała leszta bszmi goszej. - Przyznałem w końcu.
Nigdy nie byliśmy normalni, nigdy nie zamierzałem tego zmieniać, a zwłaszcza już nie teraz - było w tym coś wyzwalającego, ta świadomość, że nie musimy się dopasowywać do cudzych definicji. Byliśmy kompatybilni w tej naszej nienormalności, w tym sposobie, w jaki potrafiliśmy się prowokować, czytać bez słów, przesuwać granice. Epizody faktycznie przestały nas dotyczyć - wszystko, co było urwane, niedokończone, zostawione w pół kroku, właśnie traciło znaczenie. Zostawało tylko to, co trwałe - to, że byliśmy w swoich życiach już na stałe, osiadało we mnie spokojnie, ciężko, jak coś, co wreszcie znalazło właściwe miejsce.
Nie odwróciłem wzroku, gdy piana ustąpiła, nawet nie drgnąłem, patrzyłem, jawnie, bez próby udawania obojętności, pozwalając spojrzeniu sunąć tam, gdzie wcześniej bąbelki udawały barierę. Nie dlatego, że brakowało mi kontroli, tylko dlatego, że nie było już potrzeby jej udowadniać. Przesunęła się, odsłaniając więcej, świadomie, prowokacyjnie, a napięcie między nami zgęstniało do tego stopnia, że niemal czułem je na języku. Woda falowała cicho wokół naszych ciał, Londyn za oknem istniał już tylko jako odległe światło. Była moją żoną, nie musiałem się hamować, nie musiałem też niczego przyspieszać, ta noc i tak należała do nas, a ja miałem zamiar smakować ją dokładnie tak, jak na to zasługiwała. Zatrzymałem się na tej granicy, tuż przed ruchem, który zmieniłby wszystko, pozwalając, by napięcie zrobiło swoje.
Poczułem jej dotyk, delikatny, precyzyjny, opuszek palca muskający czekoladę na mojej skórze, to było wystarczające, żeby wszystko we mnie się napięło. Nie potrzebowałem więcej, żeby wiedzieć, że ten moment jest nieodwołalny, właśnie przekraczaliśmy bardzo umowną linię, za którą nie było już miejsca na grę w powściągliwość. Wyciągnąłem rękę i w końcu również ją dotknąłem, najpierw opuszkami palców, ledwie, na załamaniu piany i skóry, jakbym sprawdzał, czy to nadal rzeczywistość, czy już coś, co mi się śniło między jednym przeklętym zleceniem a drugim. Ciepło było natychmiastowe, realne, rozbrajające, przesunąłem kciuk wolno, świadomie, obserwując jej reakcję, ucząc się jej na nowo, mimo że znałem ją od tygodni. Teraz było inaczej, teraz nie było ucieczek, przerw, zniknięć. Uniosłem dłoń i objąłem jej nadgarstek, nie zatrzymując ruchu, tylko prowadząc go dalej, jakbyśmy oboje wiedzieli, dokąd to zmierza. Wanna była już tylko miejscem, nie granicą, a to, co wisiało między nami, było gęste, pewne i wreszcie wolne od ucieczek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
03.01.2026, 16:30  ✶  

Czas wyjątkowo nie wydawał się mieć znaczenia. Nikt im go nie liczył. To było zupełnie nowym uczuciem, nie musieli się nigdzie spieszyć, przejmować czymkolwiek. Brakowało im tego wcześniej. Coś zawsze wisiało w powietrzu. To było już za nimi, teraz obiecali sobie " na zawsze", wzięli ślub, zmieniło się wszystko podczas tej jesiennej nocy. Napięcie rosło, atmosfera robiła się coraz gęstsza, ciała coraz bardziej rozgrzane, a jednak póki co ograniczali się tylko i wyłącznie do spojrzeń, z których można było wyczytać wszystko.

Najwyraźniej naprawdę wątpił w jej szczerość, fakt, zawsze pamiętała wszystko, każdy, najdrobniejszy szczegół, mikroskopijny zapisek na ostatniej stronie książki, zaklęcia, których uczyli się w Hogwarcie, jedno za drugim, ludzi, których przyjmowała w Mungu, od początku do końca swojej kariery, wszystkie twarze, pamiętała też każdą ich sprzeczkę, każdą rozmowę poza tą jedną, która była dużo bardziej ważna niż jej się mogło wydawać.

Już wtedy przeczuwała, że do czegoś między nimi doszło, że coś się wydarzyło, spoglądała na niego próbując się skupić na czymś więcej niż jego nagim ciele, które teraz demonstrował, ale szło jej to nie najlepiej, zresztą próbowała już wracać do tamtej nocy, i nigdy jej się nie udało wyciągnąć tych wspomnień, które zniknęły w czarnej dziurze spowodowanej zamoczeniem alkoholowym.

Widziała, że nie wierzył jej do końca. - Pamiętam część wieczoru, rozmowę, a później głównie smak brandy. Bardzo dużo brandy. - Upiła się wtedy pierwszy raz życiu, oczywiście, że zdarzyło się to w jego towarzystwie, przeżyła z nim wiele swoich pierwszych razów. Potrafił trafiać do niej jak nikt inny, nie zastanawiała się wtedy szczególnie nad konsekwencjami swoich poczynań.

- Nawet moja pamięć nie jest w stanie sobie poradzić, że zbyt wielką ilością alkoholu, chociaż nie zdarza się to często, tak właściwie bardzo rzadko brakuje mi wspomnień. - Nie sądziła, że kupi to wytłumaczenie, raczej miał swoją wersję tamtych wydarzeń, widocznie każde z nich wtedy nie do końca było w stanie ocenić rzeczywistość. Wycofała się, wróciła do tego, co wydawało jej się bezpieczne, widocznie jednak jej przeczucia mówiły prawdę, musiało się między nimi wtedy wydarzyć więcej niż pamiętała.

- Nie do końca się z tym zgadzam, na pewno chciałabym pamiętać akurat to. - Może wtedy szczególnie za sobą nie przepadali, jednak nie wątpiła w to, że wolałaby to pamiętać, obserwowała uważnie jego dłonie, które kreśliły po ciele, sugerował jej gdzie go wtedy dotykała. Nie była tym szczególnie zaskoczona, miała świadomość, że już wtedy wisiało między nimi to napięcie, które musiało w końcu zostać zaspokojone. Szkoda, że wspomnienie zniknęło, być może wtedy ich relacja wyglądałaby zupełnie inaczej, może nie, grunt, że wreszcie na siebie trafili w odpowiednim czasie i miejscu, już nic nie miało ich rozdzielić.

- Niezaprzeczalnie ciało pamięta więcej, przynajmniej u większości ludzi. - Nie przestawała go obserwować, widziała bardzo dokładnie jak jego ręka powoli się przesuwała tym razem po miejscach, z którymi miała szansę bliżej się zapoznać, nadal pozostawały jednak miejsca których nie dotykała, na szczęście miała czas, aby wszystkie je bardzo dokładnie poznać, nauczyć się ich na pamięć, na pewno nie przegapi żadnej okazji.

Nachylił się nad nią, znajdował się coraz bliżej, napięcie w powietrzu było coraz bardziej wyczuwalne, nigdzie się jednak dzisiaj nie spieszyli, mogli pozwolić sobie jeszcze odrobinę zwlekać z tym, co miało nadejść. Wiedziała, że będzie to spektakularne zakończenie dnia, a może spektakularny początek nowej drogi życia.

- Powiedziałabym, że to niemożliwe, a jednak nie sądzę, żebyś miał powód, aby mnie okłamywać. - Próbowała się skupić, ponownie zmrużyła oczy, wiele razy chciała wrócić do tamtych wspomnień, ciągle jednak nie wracały, nadal nie miała pojęcia co właściwie wydarzyło się między nimi tamtej nocy. Skoro wspominał o malince, przeczucia ją nie myliły, dobrze jej się wtedy wydawało, że przekroczyli granicę.

- Nie da się ukryć, że daleko mi było do niewiniątka, jednak mało kto zdawał sobie z tego sprawę. - Już wtedy ją znał bardziej niż wszyscy inni, zawsze pokazywała mu więcej, nawet wtedy gdy nie powinna. Coś ich łączyło od momentu w którym się poznali, pojawiła się ta więź, której nie dało się tak po prostu zapomnieć.

- Widzisz, może gdybym wtedy miała nieco więcej informacji, gdybyś mnie, aż tak bardzo nie upił, może nie wybrałabym jedynej dla mnie wtedy słusznej drogi. Wiesz przecież, że nie mogłam wtedy po prostu zapytać o to, co się stało, to nie miało racji bytu. Dystans był więc najbardziej wskazany. - Na tamtym etapie życia miała do niego bardzo specyficzne podejście, zresztą on do niej również. To nie mogło się udać i mimo, że czuła wtedy między nimi dziwne napięcie, mimo, że ciało sugerowało, że doszło do czegoś więcej, to wolała się przed tym bronić, tak było prościej, wygodniej, dzięki temu uniknęli komplikacji. Nie, żeby udawanie, że coś nie miało miejsca miało zmienić przeszłość, na tamten moment nie widziała jednak innej drogi. Może to i lepiej.

- Zresztą Ty też nie byłeś wtedy szczególnie wylewny. - Poranek po pamiętnym Yule był nieco niezręczny, ale na tym się skończyło. Wrócili do tego, co było dla nich wtedy normalne. Powoli układanka znowu zaczęła jej się składać w całość, nie była dla niego wtedy szczególnie miła z powodu swoich obaw, dopiero teraz do niej docierało to, że faktycznie mogli poczuć się odrzucony, skoro zupełnie zignorowała to, że do czegoś między nimi wtedy doszło. Gdyby nie jej dziury w pamięci zapewne byłoby prościej, teraz mogli jednak tylko nad tym wszystkim gdybać. Mieli wiele takich niedopowiedzeń w przeszłości, na szczęście teraźniejszość wyglądała zupełnie inaczej. Nie obawiali się sobie mówić o swoich pragnieniach, czy uczuciach przez co rozpoczęli nową, wspólną drogę jako małżeństwo. W końcu, nie dało się oprzeć wrażeniu, że byli dla siebie pisani po tym, co razem przeżywali przez lata.

Nie mogła się oprzeć temu, by dotknąć tę czekoladę na jego skórze, prosiła się o to, zresztą nie było już sensu zwlekać z dotykiem,  zbyt długo na to czekali. Dotykała go delikatnie, właściwie to ledwie muskała jego skórę, ale jednak nie dało się zignorować tego gestu, zresztą wiedziała, że tego nie zrobi. Dosyć szybko również wyciągnął dłoń w jej stronę, nie spieszył się nigdzie, jakby pierwszy raz miał możliwość dotykać jej nagiego ciała, które ukrywało się pod coraz to mniejszą warstwą piany, skutecznie się jej pozbywali. Ten delikatny dotyk był wystarczający, aby napięcie zaczynało domagać się ujścia. Ku temu zmierzali, powoli, niezaprzeczalnie, nie było już od tego odwrotu, nie tym razem, wręcz przeciwnie mogli w końcu zacząć się w tym zatracać, bo przecież tego chcieli.

Objął jej nadgarstek i prowadził dłoń, powoli, po ciepłej skórze, nieuchronnie nadchodził moment, w którym będą mogli znowu poddać się sobie, przepaść w tych wszystkich pragnieniach i uczuciach, tym razem ze świadomością, że to dopiero początek, że przed nimi wiele takich wieczorów i poranków. Prudence odrobinę drgnęła, właściwie to przesunęła się w jego kierunku, by znaleźć się jeszcze bliżej.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
04.01.2026, 02:11  ✶  
Najpierw prychnąłem, naprawdę głupio, tak, jakbym właśnie usłyszał coś kompletnie absurdalnego, choć wcale takie nie było. Oparłem się wygodniej o krawędź wanny, woda zafalowała ciężko wokół naszych ciał. Była ogromna, absurdalnie duża, jakby zaprojektowana właśnie po to, żeby ludzie mogli w niej siedzieć nago i rozmawiać o rzeczach, które przez lata nie miały gdzie wybrzmieć. Światła Londynu odbijały się w szybie, ale ja patrzyłem tylko na nią. W tych spojrzeniach było wszystko - pragnienie, pewność, czułość i to szczególne napięcie, które pojawia się tylko wtedy, gdy nic już nie trzeba ukrywać, kiedy można być dokładnie tam, gdzie się jest, z kim się jest, bez planu ucieczki w głowie. To nasze „zawsze” nie było abstrakcyjną obietnicą, tylko czymś bardzo fizycznym, osadzonym w tej chwili, w ciszy między nami, w tym, jak pozwalaliśmy napięciu rosnąć, nie bojąc się go. Jesienna noc zrobiła swoje, zmieniła wszystko, nie musieliśmy jeszcze niczego robić, by to poczuć. Mogliśmy wreszcie pozwolić sobie na luksus powolności, na to, by nie skracać drogi, nie przeskakiwać etapów, nie brać wszystkiego naraz, jakby za chwilę miało zostać odebrane. Nikt niczego nie odliczał, nic nie pchało nas do przodu, nie było zegara tykającego gdzieś nad głową, nie było jutra, które trzeba brać pod uwagę - to było nowe, zaskakująco nowe, mimo całej naszej historii. Wcześniej zawsze coś wisiało w powietrzu, niedopowiedzenie, granica, termin ważności, świadomość, że za chwilę trzeba będzie się wycofać, odsunąć, udawać. Teraz tego nie było, jedna, konkretna decyzja zamknęła to wszystko za nami, ślub, który wzięliśmy, nie ciążył, nie ograniczał, tylko zdejmował z ramion ciężar, którego istnienia nawet do końca nie byliśmy świadomi.
Pokiwałem głową z tym półuśmiechem, który był czystą zaczepką, a nie zaprzeczeniem, jakbym nie mógł się zdecydować, czy bardziej mnie to bawi, czy rozbraja. Przez chwilę jeszcze pozwoliłem sobie na tę grę, na spojrzenie, które mówiło - „no dalej, spróbujmy to ustalić”. Woda poruszyła się leniwie, gdy oparłem się wygodniej, jak gdybym właśnie szykował się do opowieści, której długo nie chciałem opowiadać, jeszcze przez moment pozwoliłem sobie jednak na milczenie, z tym zaczepnym wyrazem twarzy, jakbym wciąż miał ochotę ją podpuścić.
Pozwoliłem sobie na krótkie parsknięcie śmiechem - takim głupim, zupełnie nie na miejscu, a potem jeszcze głupszym, bo im dłużej o tym myślałem, tym bardziej absurdalne to wszystko się wydawało - kiedy wspomniała o tym, że ją wtedy „upiłem”. 
- Ej, spokojnie. - Podniosłem dłonie w geście niewinności. - Piłaś sama s siebie, balso ambitnie. Ja tylko… Nie intelweniowałem. - Spojrzałem na nią znacząco. Nachyliłem się bliżej, ale nie po to, żeby skrócić dystans do końca, jeszcze nie, wanna była ogromna, ciepła, a my mieliśmy luksus zwlekania. Czułem napięcie, gęste, niemal elektryczne, ale tym razem nie musieliśmy się nigdzie spieszyć.
- Wiesz, sze bszmi to jak balso stalannie pszygotowana linia oblony, jak na tak klótki czas. - Odmruknąłem. - „Moja pamięś zwykle jest niezawodna, ale…”. Balso plofesjonalne. - Nachyliłem się nieco bliżej, woda poruszyła się leniwie, a ja spojrzałem na nią spod rzęs, rozbawiony, ale uważny. - Nie zlosum mnie źle. - Dodałem lekko. - Kupuję welsję s alkoholem. To było… Imponująco duszo blandy. Tego wieczolu oboje byliśmy zadaniowi. - Pokręciłem głową, akurat to wspomnienie nie wracało z opóźnieniem. - Muszę się jednak nie zgodziś s moim wkładem, piłaś, jakbyś dokładnie wiedziała, co lobisz. -  Wzruszyłem ramionami. - Nawet jeśli ja, idiota, załoszyłem, sze skolo dotszymujesz mi kloku, to masz lepszy limit nisz myślałem. - A nie powinienem, oj, nie.
Pozwoliłem palcom przesunąć się po krawędzi wanny, a potem po własnym przedramieniu, już bardziej automatycznie niż prowokacyjnie.
- Pamiętasz losmowę, a potem smak blandy. - Powtórzyłem, bardziej konstatując fakt niż polemizując. - I to się akulat zgadza d moją welsją wieczolu. - Uniosłem kącik ust krzywo. Jedna chwila - rozmowa, śmiech, ten cały świąteczny chaos Yule… A następna to poranek. Bez ostrzeżenia, bez tego znajomego momentu „powinienem przestać”. Uśmiechnąłem się, z tym rozluźnieniem, które przychodzi dopiero wtedy, kiedy nie trzeba już niczego bronić, teraz mogłem się z nią droczyć bez kalkulowania strat. Przesunąłem dłonią po własnej skórze wolno, przesadnie teatralnie, tylko po to, żeby zobaczyć, jak śledzi ten ruch wzrokiem. - I właśnie dlatego mam ploblem s uwieszeniem, sze to tak po plostu… Wypalowało. - Dodałem z lekkim rozbawieniem, pozwoliłem sobie jeszcze na chwilę tego zawieszenia, na spojrzenie spod rzęs, na ten ton, który sugerował, że mam całą układankę, nawet jeśli w rzeczywistości brakowało mi połowy elementów.
I…
- Dobla… - Rzuciłem w końcu, nadal z uśmiechem. - Dobla, to jusz nie będę udawał. - Stwierdziłem, rozluźniony, zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy każde słowo było ostrożne, a każdy gest wyliczony. Zaśmiałem się znów, ciszej, już bardziej pod nosem. - Zazwyczaj miałem kontlolę. Zawsze. Wiedziałem, gdzie jest glanica. A tamtego wieczolu… - Machnąłem ręką. Czułem, jak jej spojrzenie wędruje po mnie, jakby próbowała dopasować to do własnych brakujących fragmentów. - Pszestałem liczyś. Piłem jeszcze na kolacji w Wielkiej Sali, niby spokojnie, niby s lesztą, a potem jakoś poszło. - W moim uśmiechu było więcej zaczepności niż skruchy. Wzruszyłem ramionami, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, chociaż doskonale wiedziałem, że nie była.
- To był jeden s naplawdę nielicznych momentów w całym moim szyciu, kiedy schlałem się szybko, mocno i… Taśma - pstryknąłem palcami dla podkreślenia - ulwana. Bez ostszeszeń, bez stopniowego zjazdu. Jedna chwila jestem, dluga mnie nie ma. - Zamilkłem na moment, pozwalając, by to wybrzmiało, zanim nie roześmiałem się w głos, zupełnie niekontrolowanie. Najpierw głupio, tym krótkim parsknięciem, a potem już głupiej, szerzej, jakby to wszystko nagle stało się absurdalne i lżejsze, niż było przez te wszystkie lata. Woda w wannie poruszyła się leniwie, kiedy odchyliłem głowę do tyłu, a echo śmiechu odbiło się cicho od kafli.
- Mhm… - Podkreśliłem wymownie, wciąż z uśmieszkiem, kręcąc głową. - Skolo jusz wszystko ląduje na stole. - Spojrzałem na nią z tym rozbrajającym, trochę bezradnym rozbawieniem. - Byłem niewylewny, bo plaktycznie nic nie pamiętałem. - Powiedziałem wprost, gdy wzruszyłem ramionami, jakby to było najprostsze wyjaśnienie świata. - Ani tlochę po powlocie s talasu. Zelo. Ciemność. - Parsknąłem jeszcze raz, już ciszej. - Jak się budzisz lano i wiesz tylko tyle, sze było… Inaczej, a mózg odmawia współplacy, to uwiesz mi, ostatnią szeszą, na jaką masz ochotę, jest otwielanie ust i mówienie czegokolwiek, co mogłoby się obróciś pszeciwko tobie. - Uniosłem brew, zaczepnie, ale bez cienia złośliwości - spoglądałem na nią, sprawdzając, czy to wreszcie brzmiało wystarczająco absurdalnie, by było potwierdzeniem tego, czego pewnie nie spodziewała się usłyszeć. Jednocześnie ciągnąłem, bo czemu nie.
- A potem się spotkaliśmy. I… - Zawahałem się na sekundę, szukając właściwego słowa. - Zachowywałaś się tak, jakbyś cholelnie mocno szałowała. - Powiedziałem, przeczesując palcami lekko wilgotne włosy i ocierając dłonią twarz z kropelek pary. Nie było w tym oskarżenia, raczej sucha obserwacja, jakbyśmy rozkładali na stole stare fotografie i nazywali to, co na nich widać - to było banalne w swojej prostocie, aż śmieszne, ale wtedy wydawało się jedynym logicznym wnioskiem. Pokręciłem głową, bardziej nad sobą niż nad nią, to był moment, w którym uznałem, że stoję na przegranej pozycji. Skoro ewidentnie przekroczyliśmy granicę, a ona następnego dnia trzymała dystans, była chłodna, zachowawcza… No to co miałem myśleć?
Spojrzałem na nią spod rzęs, uważnie, jakby sprawdzając, czy jeszcze nadążała za tą wersją mnie sprzed lat. Nie zachowywałem się tak wtedy dlatego, że byłem sprytny, tylko dlatego, że byłem zmęczony i zbity z tropu, to była zbroja, nawet jeśli wyglądała jak miecz. Zsunąłem się nieco głębiej w wodę, po czym parsknąłem znów, już znacznie lżej.
Westchnąłem cicho, bardziej rozbawiony sobą niż zażenowany, z tym samym rozbrajającym uśmiechem. Byłem zamknięty na dialog o naszym wieczorze, bo bałem się, że jak powiem jedno słowo za dużo, to sam sobie wykopię dół, z którego nie wyjdę. Woda w wannie poruszyła się leniwie, gdy zmieniłem pozycję, opierając się wygodniej.
- Miałem luki w pamięci, kaca, jakiego nie szyczę wlogowi, i balso niepszyjemne poczucie, sze coś zaszło, coś nie wyszło, ale nie mam większości infolmacji. A to, uwiesz mi, nie jest komfoltowe. - Spojrzałem na nią, na to skupienie w jej oczach, sposób, w jaki próbowała złożyć to wszystko w jedną całość. Wiedziałem, że zawsze pamiętała wszystko, każdy szczegół, każde słowo, nie miałem tylko pojęcia, skąd to się brało, dlatego właśnie tak bardzo mnie to wtedy przeraziło. - Zwłaszcza kiedy ma się pszed sobą kogoś, kto zawsze pamięta. I zaczyna się zastanawiaś, czy ta śliczna, nieustępliwa osoba tym czymś nie zacznie za chwilę glaś. Albo nie zagla w pszyszłości. Łatwo było pszyjąś, sze cokolwiek się stało, ty masz kalty, a ja nie. - Spojrzałem na nią znacząco. - Plawda jest taka, sze nie wiedziałem, czy coś pszekloczyliśmy, poza tymi paloma pocałunkami w usta, czy nie, czemu jusz się nie lubimy, i czy za chwilę nie dostanę tym w twasz. - Pokręciłem głową. - Nie będę udawał, sze byłem wtedy chodzącą klalownością umysłu. - Oparłem się wygodniej o brzeg wanny, pozwalając, by woda poruszyła się leniwie. - Byłem święcie pszekonany, sze jeśli to poluszę, to tylko pogolszę sytuację, wyjdzie na to, sze mam golsą pozycję, mniej algumentów i więcej do stlacenia. - Woda delikatnie falowała, a ja pozwoliłem sobie mówić dalej, bo coś w jej spojrzeniu mówiło, że słuchała naprawdę. Zmrużyłem oczy, jakbym znów widział tamten poranek, to niezręczne napięcie, tę ostrożność, której wtedy nie potrafiłem nazwać.
- Załoszyłem, sze skolo całkiem możliwe, sze jakaś glanica została pszekloczona, a ty dalej, lub znowu, tszymasz mnie na dystans, to znaczy, sze to była jednolazowa, głupia akcja. - Uniosłem brew, jakby sam fakt wciąż mnie zadziwiał. Czasem naprawdę trudno było odróżnić coś prawdziwego od czegoś odegranego albo, jak w tym wypadku, najwyraźniej wyimaginowanego. - Nigdy nie byłem mistszem w ladzeniu sobie s ploblemami tego typu. - Zerknąłem na nią z ukosa, rozsiadłem się wygodniej, rozluźniony, jakbym właśnie przyznał się do czegoś banalnego, a nie do jednej z największych słabości w tamtym czasie. - Zwłaszcza takimi, w któlych mogłem, wblew woli, wyjść na despelata. - Spojrzałem na nią w tej ogromnej wannie, w ciepłej wodzie, w noc poślubną, i kącik ust znów mi drgnął. Przesunąłem dłonią po powierzchni, zostawiając za sobą drobne fale, rysując w niej nieokreślone kształty.
- Bloniłem się. - Skinąłem głową, jakby potwierdzając oczywistość, to było logiczne, wtedy przynajmniej - to był moment, w którym wszystko we mnie się zamknęło. Czym innym były sprzeczki, kłótnie, docinki, to się dało przeżyć, to nawet bywało oczekiwane, znajome. Czym innym było otwarte żałowanie.
Proste? Nie, ale w głowie niekochanego gówniarza, który bardziej potrzebował akceptacji, niż kiedykolwiek potrafiłby to przyznać, to było krystalicznie jasne. „Dominuj, zanim zostaniesz zdominowany” - tak wyglądały wtedy praktycznie wszystkie moje relacje z ludźmi, z wykluczeniem garstki najbliższych, szczególnie na tamtym etapie życia. Byłem bucem, bo to było bezpieczniejsze niż pokazywanie słabości, które ktoś mógłby później obrócić przeciwko mnie, tym bardziej, że tamtym czasie rzadko kiedy znajdował się zupełnie neutralny człowiek, który nie miał wobec mnie jakichkolwiek intencji. Jak nie otwarcie, to po cichu, jak nie od razu do rzeczy, to naokoło, jak nie dziś, to na potem, jak nie teraz, to z myślą o haku na przyszłość - o tak, nie były to zawsze rzeczy czysto materialne albo fałszywie schlebiające, niektórzy wychodzili z założenia, że hak zawsze się przydaje.
- W tamtym momencie zawsze tlaktowano mnie pszes jakiś plyzmat. - Powiedziałem lakonicznie. - Pieniędzy, nazwiska, wpływów, dostępu, atencji, pęknięcia, potknięcia. - Nie było w tym chełpienia się byciem w centrum uwagi. Byłem wystarczająco bogaty, żeby nie myśleć o pieniądzach. Miałem nazwisko, które otwierało drzwi. Byłem popularny, rozrywkowy, podobno atrakcyjny. Ludzie do mnie lgnęli. Czasem aż za bardzo. - A ja colas goszej odlószniałem coś plawdziwego od czegoś glanego. - Spojrzałem jej w oczy. - Więc tszymałem kalty pszy oldelach. Zawsze. Niemal. - Uniosłem dłoń, jakbym zaznaczał granicę. - Nie chciałem wchodziś w detale. - Spojrzałem na nią uważnie. - Odszucenie bazujące na doświadczeniu jest balsiej upokaszające nisz tysiąc najbaldziej zaszaltych teoletycznych kłótni. - Zamilkłem na moment, pozwalając temu wybrzmieć. - A potem ta malinka… - Powiedziałem wprost, uśmiech przemknął po moich ustach, ale zaraz potem opadł. Zawahałem się, po czym westchnąłem i machnąłem ręką, jakby dalsze droczenie straciło sens. - Ona mnie, kulwa, dobiła. - Urwałem, przesunąłem dłonią po karku, po czym prychnąłem.
Woda była ciepła, wanna absurdalnie duża, a noc poślubna robiła fascynujące rzeczy z dystansem, który kiedyś był dla mnie równie naturalny jak oddychanie. Przesunąłem dłonią po powierzchni wody, kreśląc powolne kręgi. Byliśmy blisko, wystarczająco, żebym czuł ciepło Prudence i to skupione spojrzenie, które zawsze miało w sobie coś z analizy, a coś z czystej ciekawości.
- Naplawdę. Jakby ktoś powiedział „o, plosę, jesteś w dupie, oto dowód, sze coś zaszło, a ty nawet nie wiesz, co”. - Parsknąłem krótko, bez owijania w bawełnę. Spojrzałem na nią z tym rozbrojonym uśmiechem, którego kiedyś bym nie pokazał za żadne skarby. - Wolałem byś antagonistą. - Powiedziałem wprost. - Kimś ostlym, niewygodnym, kogo łatwo wpakowaś w lolę „tego złego”. Nie epizodem do wypalcia, o któlym się nie mówi. - Skwitowałem, bardziej jak ktoś, kto mówi coś po latach, a nie jak ktoś, kto próbuje się tłumaczyć.
- Nie zamieszałem pokazaś, sze nie wiem, co się stało, jestem w ciemnej dupie bez mapy. - Pokręciłem głową, bardziej konstatując fakt niż się z niego spowiadajac czy wspominając to uczucie, ten moment, kiedy zobaczyłem coś, czego nie potrafiłem logicznie wytłumaczyć, a co jednocześnie wydawało się mówić za dużo. Stwierdziłem fakt, bez próby wybielania. Woda falowała, kiedy zmieniłem pozycję, zanurzając się nieco głębiej. Przesunąłem się bliżej niej, już swobodniej, ciało reagowało, ale wciąż była w tym kontrola.
- Więc gdybyś mnie wtedy zapytała… - Spojrzałem na nią, na sposób, w jaki mnie obserwowała, uważnie, jak zawsze, i poczułem coś pomiędzy czułością a ironicznym rozbawieniem losem. Siedzieliśmy w tej wannie wielkości małego basenu, nago, w noc, która miała być celebracją wszystkiego, co przeszliśmy, i wszystkiego, co jeszcze przed nami. Ciepła woda oblewała naszą skórę, piana powoli znikała, jakby sama uznała, że już nie ma sensu czegokolwiek zasłaniać. Byłem rozluźniony, naprawdę rozluźniony, w sposób, na który rzadko sobie pozwalałem. To była moja żona. Nie musiałem grać. - Nie mam pojęcia, co bym odpowiedział. - Naprawdę. Byłem w rozsypce, z kacem i z dumą, która próbowała jeszcze udawać, że stoi prosto.
Uniosłem brew.
- I tak, nie byłem wtedy dla ciebie najpszyjemniejszym człowiekiem. - Przyznałem. - Ale są szeczy, któlych nigdy bym nie naduszył dla własnych zysków. Nie glałbym czymś takim. Myślę, sze gdzieś tam powinnaś to wiedzieś. - To było odważne założenie, ale część mnie sądziła, że bliskie prawdzie. Miałem młodsze siostry, nawet jako kawał gnoja nie zrobiłbym niczego, czego nie chciałbym, żeby ktoś zrobił im. Ta postawa to była zbroja, nawet jeśli wyglądała jak miecz.
- A bioląc pod uwagę, gdzie telaz jesteśmy… - Dodałem zaczepnie. - Powiedziałbym, sze histolia i tak zatoczyła balso pszyzwoite koło. - Pokiwałem głową powoli, bo w gruncie rzeczy mogłem operować wyłącznie tym, co mi mówiła, nie miałem dostępu do jej luk w pamięci, do tego, co jej umknęło albo zostało wycięte przez alkohol, miałem tylko jej relację i własne obserwacje, a to, co mówiła, miało właśnie ten jeden wspólny mianownik.
Teraz, kiedy to do mnie wracało, widziałem wyraźnie, jak bardzo oboje krążyliśmy wokół siebie, jak bardzo się mijaliśmy, udając, że to tylko zwykłe „nic”, tamten poranek po Yule był niezręczny, szorstki, wróciliśmy do normalności, bo tylko to potrafiliśmy wtedy zrobić. A jednak normalność nigdy już nie była do końca normalna.
Zaśmiałem się cicho, tym razem naprawdę ciepło.
- Więc chyba musimy to zaliczyś do niewyjaśnionych tajemnic - mruknąłem, nachylając się odrobinę - skolo szadne s nas nie ma pełnego pakietu infolmacji, któle i tak nie byłyby pszysatne. - Uśmiechnąłem się do niej, teraz już bez ciężaru, bez dawnych tarcz. Przysunąłem się jeszcze bliżej, ciepło jej ciała było teraz nie do przeoczenia.
- Na szczęście - dodałem cicho - telas i tak jesteś moją soną i… - Pochyliłem się jeszcze bliżej, zaczepnie, miękko, pozwalając, by moje kolano dotknęło jej nogi. - Tym lasem moszemy wszystko zapamiętaś balso dokładnie. - Moje palce poruszyły się wolno, bardziej jak komentarz niż gest, jeszcze raz kreśląc po skórze mapę, którą znałem aż za dobrze, nawet jeśli wtedy znałem ją tylko instynktownie. Było w tym coś prowokującego, ale też miękkiego, pozbawionego ciężaru. Przez chwilę jeszcze pozwoliłem sobie na tę drobną sugestię, na lekkie droczenie się, które zawsze było naszym językiem. Mrugnąłem do Prue, przeciągając spojrzeniem po jej twarzy.
Teraz było inaczej, teraz nie było już miejsca na domysły ani na wycofanie się w pół kroku. Kiedy dotknęła czekolady na mojej skórze, poczułem to natychmiast, jak impuls przechodzący przez ciało - jej palce były delikatne, niemal ostrożne, ale w tym geście nie było wahania, raczej decyzja. W tym pierwszym dotyku było w tym coś prowokacyjnie niewinnego, ledwie muśnięcia, a jednak dokładnie wiedzieliśmy oboje, że to pierwszy krok, ten, którego już nie cofniemy. Długo na to czekaliśmy, zbyt długo, żebym miał zamiar to ignorować, moja skóra reagowała, napięcie zbierało się nisko i ciężko, a ja nie zamierzałem go gasić. Piana nie była już przeszkodą, raczej wymówką, z której oboje przestaliśmy korzystać. Objąłem jej nadgarstek pewnie, prowadząc jej dłoń po mojej skórze tak, jakbym od dawna wiedział, gdzie powinna trafić, już nie jako demonstrację, a zaproszenie. Wanna była ogromna, ciepła, a noc należała do nas. Oddychałem wolniej, głębiej, czując to narastające, ciężkie pożądanie, które nie było już impulsem, lecz czymś osadzonym głębiej, dorosłym, pewnym, to nie była ucieczka od szarej rzeczywistości ani przypadek, to był wybór, powtórzony świadomie, bez strachu przed porankiem.
Byłem szczęśliwy - nie euforycznie, nie naiwnie - głęboko, tak, jak bywa tylko wtedy, gdy wszystko w końcu trafia na swoje miejsce, kiedy przeszłość przestaje ciążyć, a przyszłość nie przeraża. Nie zamierzałem tego ignorować. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, spokojnie, bez pośpiechu, z tą pewnością, której nie trzeba było demonstrować gwałtownością. Palce odnalazły jej nadgarstek i zamknęły się na nim pewnie, prowadząc jej dłoń po mojej skórze dokładnie tam, gdzie chciałem, żeby była. Czułem, jak to napięcie domaga się ujścia, ale pozwalałem mu jeszcze trwać, bo było w tym coś niemal ceremonialnego - ta świadomość, że możemy się w tym zatracić, i tym razem nic nas nie rozdzieli, to nie jest koniec wieczoru, tylko początek drogi, na którą wreszcie weszliśmy razem. To, że siedzieliśmy tu razem, nago, mówiło więcej niż jakiekolwiek wyjaśnienia, których kiedyś zabrakło.
Woda wokół nas stawała się tylko tłem, kiedy Prue przesunęła się bliżej, odpowiedziałem tym samym, skracając dystans do tej cienkiej granicy, przy której oddech drugiej osoby stawał się wyraźnie odczuwalny.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
05.01.2026, 01:04  ✶  

Nie była to pierwsza rozmowa podczas której wyjaśniali sobie swoje niedopowiedzenia z przeszłości. Okazywało się bowiem, że sporo ich poczynań wymagało wyjaśnienia, nie było tak oczywistych jak mogło się zdawać na pierwszy rzut oka. Warunki były jednak na pewno bardzo wyjątkowe. Niezbyt często przecież znajdowali się w podobnym otoczeniu, w wielkiej wannie, która wydawała się być do tego stworzona, do tego z widokiem na stolicę. Nie musieli się nigdzie spieszyć, noc była jeszcze młoda, miała im przynieść pewnie wiele wspomnień wartych zapamiętania. Otoczenie nie miało jednak najmniejszego znaczenia, liczyło się tylko i wyłącznie to, kto znajdował się z nią w tym miejscu, to na nim skupiała się cała jej uwaga, nie na światłach miasta które migotały przez szybę. Skupiona była tylko i wyłącznie na swoim mężu.

- Byłam zdecydowanie mniej doświadczona od Ciebie. - To nie było żadnym argumentem, jednak musiała jakoś się wybronić. Tamtej, pamiętnej zimowej nocy przekroczyła swoje wszystkie granice, nie spodziewała się tego, że spożywanie alkoholu zakończyć się dla niej wielką, czarną dziurą w pamięci, chociaż powinna to przewidzieć, zwłaszcza, że była w tej dziedzinie wyjątkowym laikiem. - Być może podeszłam do tego trochę zbyt ambitnie, jednak wszystko przez to, że trafiła mi się trudna konkurencja, zresztą jak zawsze, ciężko było z Tobą rywalizować. - Nie podchodziła wtedy do tego jak do zawodów, jednak nie chciała pozostawać w tyle, co nie skończyło się dla niej dobrze. Zresztą na pierwszy rzut oka można się było tego spodziewać, ich różnica w doświadczeniu i masie robiła swoje. Naprawdę sądziła, że ona pamiętał więcej z tamtego wieczoru i okropnie ją to wtedy drażniło, obawiała się tego, że będzie mógł to wyciągnąć w najmniej spodziewanym momencie, dlatego zachowywała się tak, a nie inaczej.

- Wiem, że trudno w to uwierzyć, jednak wspomnienia akurat z tej nocy wyparowały, nie wszystkie, ale większość. - Najwyraźniej nie tylko jej pamięć została ofiarą wypitej zbyt dużej ilości trunków. Wtedy łatwo przyszło jej założyć, że było zupełnie inaczej, że to był jego plan, że chciał, żeby tak się stało. Zresztą nie robił nic, aby zmienić to wrażenie.

- Tak, ja zawsze wyglądam jakbym wiedziała co robię, nawet jeśli jest zupełnie inaczej, grunt to sprawiać wrażenie profesjonalisty. - Całkiem prosta sprawa, nawet jeśli miało ją to doprowadzić do czegoś, czego przyszło jej później żałować. - Nie sądzę, żebym miała wtedy jakiś konkretny limit, to były moje początki z alkoholem, zresztą od tamtego dnia nigdy więcej nie miałam w ustach brandy, okazała się być za bardzo zdradliwa. To był pierwszy raz, kiedy się upiłam, wiesz? - Nie sądziła, aby zdawał sobie z tego sprawę, chociaż może, wtedy nie sprawiała pozorów osoby, która przekraczała granice przyzwoitości, raczej wręcz przeciwnie.

- Dobrze, że chociaż to się zgadza, przynajmniej mamy jakieś punkty wspólne. - Byli tam tylko we dwójkę, wcześniej nie próbowali odtworzyć wersji wydarzeń tamtego wieczora, to było całkiem zabawnym doświadczeniem - wracanie do tego po latach. Najwyraźniej jednak nie mieli ustalić żadnych, nowych faktów, bo ich nie posiadali. Pokonała ich brandy profesora, po którą wtedy tak chętnie sięgali, a szkoda im bardziej bowiem w to brnęli tym bardziej była ciekawa tego, co faktycznie się między nimi wtedy wydarzyło.

Potem zaczął mówić, opowiadać o tym, jak wyglądał wtedy początek jego wieczoru. Nie miała świadomości, że zaczął go dużo wcześniej, to by wyjaśniało dlaczego wspomnienia urywały się w podobnym momencie. Niby pili równo, co sugerowałoby, że to ona była bardziej podatna na alkohol, ale jednak nie do końca wszystko było takie proste jak jej się wydawało. Założenia nie do końca miały sens, wszystko zaczęło się spinać w całość, chociaż nie przynosiło żadnych wyjaśnień.

- Czyli naprawdę spotkało to nie tylko mnie, ciekawy zbieg okoliczności, jakbyśmy nigdy nie mieli się dowiedzieć tego, co faktycznie zaszło w tej wieży astronomicznej. - Los sobie z nich zakpił i to całkiem nieźle, doprowadził do kolejnych niedomówień, niewypowiedzianych oskarżeń. Łatwo wtedy przychodziło im przyjmowanie nie do końca słusznych wersji wydarzeń, zresztą czy właściwie mieli podstawy, by szukać jakichś innych wyjaśnień? Nie do końca. Nie był to najlepszy etap ich znajomości, prościej było przyjąć taką wersję, niż szukać odpowiedzi, ryzykując również utraceniem swojej dumy.

- Przyjęliśmy więc podobne rozwiązanie i założenia. Okropnie byliśmy wtedy uparci, aż się nie chce wierzyć. - Podejrzewała, że tak jak i ona chciał dostać odpowiedzi na nurtujące go pytania, jednak również ich nie zadał. Spoglądała na niego uważnie, wiedziała, że jest z nią szczery. Nie było sensu się teraz nad tym wszystkim rozwodzić bo to niczego nie zmieniało, najwyraźniej nawet po tylu latach nie mieli trafić na brakujące elementy układanki.

- Nie do końca wiedziałam, czego powinnam żałować, tak było łatwiej, bo miałam ten sam problem, co Ty, nie pamiętałam zbyt wiele i wydawało mi się, że Ty wiesz wszystko, a to był pierwszy raz, kiedy brakowało mi informacji, gdy straciłam kontrolę, musiałam się zdystansować. - Nie widziała w tamtym momencie innej możliwości, pamiętała, że dobrze się bawili, później nic, zupełnie nic - pustkę, a czuła, że zrobiła coś czego nie powinna, co nie do końca wypadało, czego być może podskórnie pragnęła, ale nie mogła po to sięgać.

Przesunęła dłonią po grzywce, która opadała jej na twarz. - Myślałam, że możesz tego użyć przeciwko mnie, nie ma się co oszukiwać, ale nie byliśmy wtedy w stosunku do siebie szczególnie delikatni. - Raczej czekali na swoje kolejne potknięcia. To było normalne, że zakładali najgorsze możliwości, może łatwiej byłoby sobie to wyjaśnić w tamtej chwili, ale chyba nieszczególnie chcieli to robić. Najwyraźniej bali się konfrontacji. Zresztą to chyba zadziałało, bo udawali, że nic takiego się nie wydarzyło, chociaż każdy z nich przez chwilę nosił ciężar tamtych wydarzeń i żył w nieświadomości.

- Tak, łatwo było przyjąć swoją wersję wydarzeń, bardzo łatwo. - Fakt, nie mógł wiedzieć, że jej niezawodna pamięć tym razem okazała się być niewystarczająca, aby wygrać walkę ze zbyt dużą ilością wypitego alkoholu. Miał prawo tak jak i ona się bronić przed ewentualnymi konsekwencjami, szczególnie że dość szybko zmieniła swoje podejście do jego osoby, zrobiła to z tego samego powodu co on, co oczywiście nie wyjaśniało wszystkiego, jednak byli młodzi, mieli prawo do popełniania takich błędów. Rozmowa mogła okazać się kluczem do tego, by mogli sobie to wyjaśnić, ale nie ma się co oszukiwać, nie byli wtedy najlepszymi rozmówcami.

- Ty miałeś przynajmniej tę malinkę, ja poza kilkoma wspomnieniami czarną dziurę i wrażenie, że coś poszło nie tak, jak powinno, i nie miałam pojęcia co. Założyłam, że uznałeś to za nieporozumienie, no i, że nie do końca pasowało Ci, że to byłam ja, zresztą byłeś całkiem przekonujący podczas tej rozmowy o poranku. Wzięłam sobie Twoje słowa bardzo do siebie. O Twojej reputacji i całej reszcie, uznałam, że wolisz do tego nie wracać, że to był nie do końca zaplanowany wybryk i tyle. - Przez dłuższą część życia wydawało jej się, że na pewnym etapie życia po prostu przestali być ze sobą kompatybilni. Zdążyli to już sobie wyjaśnić, rozmawiali na temat przeszłości, jednak kiedy wracali do tych pojedynczych wspomnień coraz więcej jej się rozjaśniało, obrazek stawał się pełniejszy. Dużo jej wtedy umykało, za dużo, nie sądziła, żeby miało to coś zmienić, jednak dobrze było po latach wyjaśnić pewne niedopowiedzenia.

- Tak właściwie, może masz rację, Ty miałeś dowód, że coś zaszło, mogłeś rozważać różne scenariusze, ja byłam nieco spokojniejsza, chociaż przeczuwałam, że straciłam kontrolę, bez dowodów jednak nie do końca wiedziałam jak bardzo. - Może tak było łatwiej, mogła żyć w błogiej nieświadomości, pojawiały się różne przemyślenia na temat tamtego wieczoru, jednak nigdy nie miała żadnego dowodu na to, co mogło się wydarzyć.

- Przyjąłeś rolę, która była dla Ciebie najwygodniejsza, nie ma się co dziwić, sama nie byłam wtedy szczególnie przyjemna, bo najłatwiej było mi się dystansować, brak informacji powodował, że nie czułam się pewnie, a nie miałam zamiaru zadawać pytań, to byłoby zbyt kompromitujące, zresztą przyznanie Ci się wtedy do tego, że czegoś nie pamiętałam? - Podkręciła głową. - To było nie do pomyślenia. - W końcu zawsze to było jej największą przewagą, nie mogła pozwolić sobie na to, aby ją stracić, więc oboje udawali przed sobą, że wszystko było jasne i klarowne, że podjęli taką decyzję, a nie inną z konkretnych pobudek. Okropnie rozsądne zachowanie, ale czego można się więcej spodziewać po dojrzewających dzieciakach.

- Tak, może nie byłam pewna, ale starałam się wierzyć w to, że nie zrobiłbyś mi czegoś takiego. - Nawet jeśli w tamtym momencie nie byli ze sobą szczególnie blisko, to naprawdę nie miała go za największą szuję, zresztą pokazywał jej od czasu do czasu, że gdzieś tam, głęboko pamięta o tym, że kiedyś potrafili ze sobą rozmawiać. Nigdy tak do końca nie uważała go za swojego wroga, nawet wtedy kiedy strzelali w siebie piorunami z oczu i rzucali epitetami, które raniły ostrzej niż noże.

- Zdecydowanie los miał na nas swój własny plan, może droga była nieco wyboista, ale ważne, że udało się jakoś dojść do celu. - Krążyli wokół siebie od lat, coś ich do siebie przyciągało, już pierwszego dnia gdy go poznała miała wrażenie, że to nie jest tylko chwilowa znajomość, i tak się stało. W końcu znaleźli się w tej wielkiej wannie, podczas swojej nocy poślubnej, nie dało się uciec przed przeznaczeniem, nawet jeśli podejmowało się dosyć drastyczne próby.

- Nie widzę innej możliwości, skoro i Tobie i mnie brakuje danych, to co wydarzyło się w wieży astronomicznej musi pozostać tajemnicą. - Ona niczego nie pamiętała i on też, to było całkiem sprawiedliwe, nikt inny nie mógł udzielić im tych informacji, więc musieli na to przystać.

Pochylił się nad misy, uśmiechnęła się lekko, gdy usłyszała, że nazwał ją swoją żoną, nie był to pierwszy raz, ale jednak nadal te słowo padające z jego ust robiło na niej ogromne wrażenie, przychodziło mu to tak naturalnie, jakby nie było innej możliwości, jakby od zawsze mieli skończyć razem w takiej konfiguracji, być może właśnie tak miało być. - Gwarantuję Ci, że tej nocy nie umknie  mi żaden szczegół. - Umysł nie miał powodu, aby płatać jej figli, zamierzała zresztą bardzo dokładnie zapamiętać każdy moment, te które były już za nimi i te, które miały się wydarzyć, nie wątpiła, że tak się stanie.

Skoro znaleźli się już tak blisko siebie, przesuwali się w swoją stronę, łaknęli swojej bliskości nie zamierzała się powstrzymywać. Sięgnęła do jego ciała, robiła to delikatnie, powoli, bo przecież czas przestał ich gonić, tej nocy został ich sprzymierzeńcem. Nie miało być już żadnego pośpiechu, żadnych niedopowiedzeń, nie musieli się martwić o przyszłość, bez względu na to, jak będzie wyglądała to będą się w niej znajdować razem, a ta informacja była jedynym czego potrzebowała, aby być spokojną.

Nie czuła jeszcze nigdy takiego szczęścia, świadomości, że wreszcie wszystko znajduje się na swoim miejscu, że nie może być lepiej. Wszystko się jakoś ułożyło, dojrzeli do tego, aby podjąć decyzję, dzięki której mogli dzielić ze sobą życie. Podjęli decyzję bez zastanowienia, nie musieli nad tym rozmyślać, bo wszystko było dla nich jasne.

Teraz mogli skorzystać z tej chwili spokoju, zatracić się w sobie, sięgnąć po to, co już należało do nich. Prowadził jej dłoń po swoim ciele, powoli, niespiesznie, nie musieli się nigdzie spieszyć, mieli przed sobą całą noc na to, by dokładnie nacieszyć się bliskością, poznawać swoje ciała, jakby nigdy wcześniej tego nie robili.

Ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie, czuła jego oddech, nie dało się też ignorować napięcia, które rosło między nimi, pożądanie stawało się niemalże namacalne, już za chwilę mieli się w nim zatracić, póki co jednak nie najgorzej wychodziło im oddalanie tego momentu, wiedziała, że są na granicy. Ciała domagały się swojej bliskości, były za sobą stęsknione po tej drobnej przerwie, którą na nich wymusili. Prue nie zamierzała kazać im dłużej zwlekać, wręcz przeciwnie - uniosła nieco głowę, mimo tego, że znajdowali się w wannie, to nadal nad nią górował, jak zawsze zresztą. Przez chwilę spoglądała w oczy swojego męża, jakby chciała z nich wyczytać jego myśli, a później uniosła się odrobinę, aby sięgnąć do jego ust, chciała na nich złożyć pocałunek, powolny, głęboki, bo przecież nigdzie się nie spieszyli.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (11753), Prudence Fenwick (8934)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa