– Nie dręcz ich za mocno. Widziałam rozpiskę na październik i listopad, chyba będą mieli dużo roboty przy spektaklach – nie znała się na tym, ale tak na oko kompletnego laika napisanie sztuki to jedno, a potem trzeba było dopasować role, nauczyć się ich, zrobić jakąś choreografię, pewnie stroje… Zajmowało to najpewniej czas. W sumie nie wiedziała, czy aktorzy robili sobie jakieś dłuższe przerwy pomiędzy seriami występów i jak to się wszystko odbywało, czy przechodzili z jednego tytułu na drugi w biegu. Świat sztuki był jej pod tym względem kompletnie obcy (bo jedyną sztuką jaką uprawiała było warzenie eliksirów).
– Czyli to bardziej przedstawienie dla uważnego widza, skoro dużo tam symboliki – uważnego, kojarzącego dużo spraw, a więc i przesłanie skrywało się pomiędzy wierszami, a nie było podane wprost. Być może tak było łatwiej, zważywszy że rzecz kręciła się wokół Merlina, który był tak legendarny jak i prawdziwy, lecz wiele faktów już dawno zatarło się w ludzkiej pamięci. – Śpiewają tam? To musical, czy bardziej klasyczna sztuka? – podpytywała z ciekawości, bo skoro Chris wspomniał o tancerkach, to jakoś pomyślała sobie, że może jest tam więcej muzyki, najpewniej jakichś śpiewów. – Hmm, ulubiona kuzynka? – zaczepiła go jeszcze i zmrużyła oczy w lekkim uśmiechu. – Może czują się zobowiązani, wiesz, w końcu nazwę wzięli z tego starego teatru – chyba zburzonego, a może spalonego – Victoria nie pamiętała zbyt dobrze, nie była przesadnie dobra z historii i tych wszystkich dat i szczegółów, chociaż trochę się jednak orientowała.
– Wypić… Wydaje mi się, że na czas balu mamy tu w ogrodzie fontannę z winem. Masz ochotę? – kojarzyła, że miała stanąć gdzieś blisko centrum ogrodu, niedaleko wejścia do oranżerii. – Mogą się więc bić na licytacji dowoli – dodała i nawet odwróciła głowę, jakby zerknąć w kierunku wejścia do rezydencji. Nie było jednak słychać żadnych wielkich hałasów zwiastujących bójkę.