- Lywalizacja zawsze była naszą specjalnością. Wymuszoną, ale specjalnością. - Powiedziałem, nisko, wodząc palcem po krawędzi wanny. - Dwoje ludzi, któszy od początku mieli ochotę się całować, wymyśliło sobie najbalsiej poklętną nalację w histolii, szeby tylko tego nie pszyznaś. To asz plosiło się o jakieś większe potknięcie. - Zerknąłem na Prue, z nieskrywanym przekornym, trochę ironicznym rozbawieniem w oczach, takim, które mówiło „wiem, jak to brzmi, i nie zamierzam tego łagodzić”.
Im dłużej wracałem myślami do tego wszystkiego, tym wyraźniej widziałem schemat, którego nie planowałem, nie projektowałem go świadomie. Krążyliśmy wokół siebie, wchodząc sobie w drogę i znikając z niej, jakby coś uparcie nie pozwalało nam się rozminąć na dobre. Dwoje dojrzewających dzieciaków, którzy zachowali się „rozsądnie”, bo bali się być uczciwi wobec samych siebie, więc zapłacili za to latami niedopowiedzeń. Nie potrafiłem udawać, że nie widzę wzoru, chociaż przez lata próbowałem to robić - mimowolnie za każdym razem, po kolejnej nieprzewidzianej interakcji, nawet wbrew własnej chęci, rozbierałem to na czynniki pierwsze, próbowałem racjonalizować sobie wszystkie te sytuacje i emocje, jakie im towarzyszyły, tłumaczyłem je sobie charakterami, temperamentami, nieodpowiednim momentem, dumą, ambicją, przypadkiem, ironicznym zrządzeniem losu, złą synchronizacją. Każde z tych wyjaśnień było logiczne, każde miało sens, problem polegał na tym, że żadne nie tłumaczyło całości. Krążyliśmy wokół siebie z uporem godnym lepszej sprawy, zbliżaliśmy się i oddalaliśmy, jakby coś uparcie pilnowało, żebyśmy ani nie zderzyli się zbyt wcześnie, ani nie rozeszli na dobre. Za każdym razem, gdy wydawało się, że to już koniec, to naprawdę się domknęło, los - albo cokolwiek to było - wpychał nas z powrotem na ten sam tor. Czasem brutalnie, czasem niemal niezauważalnie. Robiłem naprawdę wiele, żeby pójść w inną stronę, za każdym razem kończyło się tak samo, nie od razu, nie zawsze spektakularnie. Po prostu… Wracaliśmy do siebie myślami, spojrzeniami, niedopowiedzeniami. Były chwile, jak nawet ta właśnie teraz, po tylu latach, w tym miejscu, gdy przypominałem sobie ten pierwszy dzień, zupełnie wyraźnie, jakby nie wydarzył się wiele dekad wstecz. To uczucie, które pojawiło się szybciej, niż powinno - nie zachwyt, nie romantyczny impuls, raczej świadomość, że ta osoba zostanie w moim życiu na dłużej, jakby coś we mnie już wtedy wiedziało, że to nie będzie epizod, to się nie zamknie jednym rozdziałem. Od początku było w tym coś nieprzypadkowego i właśnie tak pozostało na dalsze lata - nawet kiedy się nie lubiliśmy, nawet kiedy robiliśmy sobie nawzajem krzywdę słowami, nawet wtedy, kiedy udawaliśmy, że to tylko rywalizacja, tylko napięcie, tylko chwilowe zwarcie charakterów. Ta cała historia o „niekompatybilnej kompatybilności” była wygodna, ale prawda była prostsza - od początku było między nami za dużo, a nie za mało. Nie w tym niewinnym sensie, raczej w kategorii „jak inaczej moglibyśmy spożytkować te wszystkie impulsy, skoro udajemy, że jesteśmy tylko… Czymkolwiek innym”.
- Blandy plofesola była balsiej beslitosna, nisz sądziłem. - Krzywy uśmiech przemknął mi po ustach. To tłumaczyło więcej, niż bym wtedy chciał, bo była ta sama dla obojga - zdradliwa, lepka w pamięci, a jednocześnie rozmywająca granice tak samo jak wspomnienia - im dłużej o tym mówiliśmy, tym wyraźniej widziałem, że oboje przyjęliśmy role, które pozwalały nam przetrwać bez zadawania pytań. Tamtej nocy też udawałem, że wiem, co robię, nawet jeśli robiłem to inaczej niż późniejszego poranka - udawałem to całe życie, różnica była taka, że dawnemu mnie łatwiej było w to uwierzyć. Tak, byłem przekonujący, zawsze byłem, zwłaszcza kiedy coś naprawdę miało dla mnie znaczenie i nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić. Reputacja była wygodnym alibi, łatwiej było udawać, że to był wybryk, niż przyznać, że coś mnie przerosło.
Byliśmy uparci, dumni, przerażeni możliwością, że odpowiedzi mogłyby nas zranić bardziej niż niewiedza. Prawda była taka, że graliśmy w tę samą grę, nawet niekoniecznie stojąc po przeciwnych stronach planszy. Udawaliśmy, że nic się nie stało i wszystko było jasne, bo to było łatwiejsze niż przyznać się do niewiedzy. Do tego, że kontrola, z której byliśmy dumni, zawiodła oboje.
Spojrzałem na nią uważnie z tym rodzajem czułości, który pojawiał się, gdy człowiek widział własne błędy w cudzym lustrze, bo tego wieczoru zrozumiałem coś, co wcześniej było tylko mglistym domysłem. Nie byłem jedynym, który stracił grunt pod nogami, nie byłem jedynym, który obudował się wersją wydarzeń wygodną jak zbroja. Przez długi czas odruchowo sięgałem po zachowania świadczące o tym, że przestaliśmy do siebie pasować, jednocześnie robiąc dosłownie wszystko, co mogłem, by sprowokować Prudence do reakcji - to z zasady się po prostu rozlatywało, teraz widziałem, że raczej oboje wybraliśmy wersję, która najmniej bolała w danym momencie. Bardzo wygodną narrację, swoją drogą - taką, która pozwalała nie dotykać sedna. Udawaliśmy przed sobą, że wszystko jest jasne, bo przyznanie się do niewiedzy było zbyt kosztowne.
Teraz była tu, blisko, realna, a jednocześnie nadal miała w sobie echo tamtych dawnych wersji siebie, które poznałem na przestrzeni lat, było też wiele tych, których nigdy nie widziałem, ale to nie na nie zwracałem uwagę, tylko na te drobne podobieństwa, które kiedyś doprowadzały mnie do skrętu wnętrzności na wiele różnych sposobów i z wielorakich pobudek - nagle wszystko zaczynało się układać w jedną linię, zamiast w chaotyczne punkty. Powoli weryfikowaliśmy te wszystkie założenia, błędne wnioski, ostrożne dystanse - znałem te jej aż za dobrze, bo moje wyglądały niemal identycznie, tylko były zapisane innym charakterem pisma. Kiwnąłem głową, krótko, gdy mówiła o czarnej dziurze w pamięci, chociaż jednocześnie coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej, pojawiło się to znajome ukłucie winy, nawet jeśli rozumiałem już, że nie było tu jednego winnego.
Nawet kiedy byliśmy po przeciwnych stronach, nawet kiedy się raniliśmy słowami, nigdy nie była dla mnie wrogiem. Była raczej kimś, z kim nie potrafiłem sobie poradzić, ale zamiast to przyznać, wolałem grać twardziela. Była kimś, kogo nie umiałem sobie poukładać, w tym tkwiła znacząca różnica, nie była moim wrogiem, dlatego żadnemu z nas nie przyszło do głowy rzeczywiście grać tamtą nocą. Udawaliśmy przed sobą, że wszystko jest jasne, bo przyznanie się do niewiedzy było zbyt kosztowne, ale czy chodziło o tylko tyle? Teraz chyba wychodziło na to, że nie - nawet, gdybym pamiętał wszystko, nie wyciągnąłbym tego przeciwko tej dziewczynie, ona przeciwko mnie też nie, a jednak właśnie o to była największa obawa, moja i jej.
Ta malinka była dla mnie jednocześnie dowodem i utrapieniem, jedyną namacalną rzeczą, której mogłem się uczepić, więc uczepiłem się jej jak idiota - dorobiłem do niej historię, która pasowała do mojej reputacji i do tego, jak wtedy myślałem o sobie. Z tej perspektywy wszystko wyglądało jak źle dobrana hipoteza, którą oboje uznaliśmy za wystarczająco sensowną, żeby na niej oprzeć lata milczenia.
- Pozwalała mi loswaszaś scenaliusze, ale szaden s nich nie był dobly. Kaszdy plowadził do tego samego wniosku, sze coś wasznego mogło się wydaszyś i nie potlafię tego nazwaś bes loswalania sobie głowy. - Poruszyłem dłonią w wodzie, obserwując, jak niewielkie fale rozbijają się o brzegi wanny. Paradoksalnie to, że miałem dowód, mnie wtedy bardziej rozhuśtało niż uspokoiło.
Problemem nigdy nie było to, że coś poszło nie tak - tylko to, że oboje baliśmy się przyznać, jak bardzo poszło dokładnie tak, jak chciało. Nie wiedziałem, jak to nazwać, to nie był plan rozpisany gdzieś ponad nami - niespecjalnie wierzyłem w takie rzeczy, ale też nie umiałem powiedzieć, że to był zbieg okoliczności. Zbyt wiele razy mogliśmy się minąć, teoretycznie życie dawało nam ku temu idealne warunki. Może to była po prostu konsekwencja tego, kim byliśmy - tego, że pewne rzeczy, nawet jeśli się od nich ucieka, nie przestają istnieć. Jeśli to jednak było „przeznaczenie”, to w bardzo nieefektownej formie - bez fanfar, bez znaków na niebie - raczej pod postacią serii upartych powrotów do tego samego punktu, aż w końcu przestajesz uciekać. Droga była wyboista, czasem absurdalnie, momentami niepotrzebnie okrutna, ale skoro skończyliśmy tu, w tej wannie, tej nocy, jako małżeństwo… To najwyraźniej nie dało się tego przejść inaczej. Nie było we mnie patosu ani wielkich deklaracji, była tylko spokojna akceptacja faktu, że coś, czemu przez lata odmawiałem nazwy, i tak zrobiło swoje.
- Mhm, s dzisiejszej pelspektywy to wszystko jest dość iloniczne. - Powiedziałem zwyczajnie, podczas gdy ciemność za olbrzymim oknem trwała, rozpięta nad miastem jak czarne, migoczące płótno. Londyn pulsował światłem, a jednak wydawał się odległy, niemal nierealny, miasto za szybą lśniło dalej, noc była młoda, a ja miałem wrażenie, że po raz pierwszy od dawna nic nie wymyka się spod kontroli. „Los”. „Przeznaczenie”. Zawsze miałem do tych słów ostrożny stosunek, ale siedząc z nią w tej wannie, trudno było całkiem je zignorować. Słuchałem jej uważnie, naprawdę uważnie, bez tej dawnej potrzeby szukania kontrargumentów, bez ironii jako tarczy, teraz już nie musiałem się bronić. Byłem jej mężem - to słowo wciąż układało mi się w głowie jako coś nowego, ale cholernie właściwego. Oparłem łokieć o rant wanny i przetarłem twarz dłonią.
Kiwnąłem głową, powoli, bez pośpiechu, bo nie było tu nic, czemu należałoby zaprzeczać.
- Tak. - Powiedziałem zwyczajnie. - Pszyjąłem dokładnie tę lolę, któla była dla mnie najbalsiej wyuczona. Tę, w któlej nie musiałem się pszyznaś, sze czegoś nie wiem, nie pamiętam, bo coś wymknęło mi się spod tej zajebiście nieistniejącej kontloli nad szkolną planszą. - Oparłem się ciężej, splatając dłonie. - Wiem. Balsiej nisz mógłbym wtedy powiedzieś. Pszyznanie się do luki w pamięci… - Pokręciłem głową. - To nie jest drobiazg, zwłaszcza kiedy całe szycie opiela się na tym, sze masz wszystko poukładane, nazwane, zapamiętane. To było twoje pole pszewagi. Oddaś je komuś takiemu jak ja, w tamtym czasie? Nie do pomyślenia. - Pokiwałem powoli, z tej perspektywy wszystko układało się aż nazbyt logicznie, choć wtedy wydawało się kompletnie rozjechane. - Ty uznałaś, sze to było niepolozumienie. Ja, sze najlepiej w tym nie gszebaś. Spotkaliśmy się dokładnie w połowie dlogi, znowu, tylko po dwóch lósznych stlonach ściany, jak zwykle.
Przeciągnąłem palcem po tamtej bliźnie pod dolną wargą, zakrytej zarostem, odruchowo, bez zastanowienia. Kiedyś była czymś, co przyciągało moją uwagę za każdym razem, gdy dotykałem twarzy, nawet jeśli nie była dobrze widoczna, teraz była tylko faktem, fragmentem mnie, który przestał domagać się uwagi. Zrobiłem to mechanicznie, jak gest, który ciało pamięta lepiej niż głowa. Ślad po czymś, co bolało wtedy bardziej, niż byłem gotów przyznać. Teraz ten ślad już nie miał w sobie ciężaru, nie ciągnął myśli wstecz, nie uruchamiał starych reakcji, po prostu był.
- Nie chciałabyś wtedy byś w mojej głowie. Wkulwiałaś mnie, i to konkletnie. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, nie musząc wspominać, że to nie to nie było wyłącznie złe wkurzenie - mój ton głosu jasno to sugerował - to było to, które sprawia, że myślisz o kimś za często, za długo i w kompletnie nieakceptowalnych momentach. - Selio. Byłem wściekły. Na ciebie, na siebie, na to, sze nie mogłem pszestaś o tobie myśleś, chociasz balso się stalałem. - Prychnąłem krótko, rozbawiony. - Nie mogliśmy się pszyjaźniś, to było s góly skazane na polaszkę. - Pokręciłem głową, bo był tu haczyk. - Ale uczciwie? To nie była asz taka stlata, bo to, co między nami było, od początku szło w inną stlonę. - Dobrze było to stwierdzić na głos, nawet po takim czasie. Opuściłem dłoń i spojrzałem na Prue spokojnie - ta blizna nie była już ostrzeżeniem ani dowodem czegokolwiek, tak samo jak tamta malinka przestała mieć znaczenie w oderwaniu od wszystkiego, co przyszło później.
To, co ważne, było tu, teraz, i tego już nie musiałem sobie przypominać dotykiem. Bez metafizyki. Bez kosmicznych intencji. Nie plan wszechświata, nie los z wielkiej litery, raczej uparta tendencja rzeczy do układania się w jeden kierunek, mimo że oboje próbowaliśmy iść w inne strony. Przecież podejmowaliśmy drastyczne próby - byłem w tym całkiem konsekwentny. Znikałem, paliłem mosty, zmieniałem kontekst, ludzi, role. Pojawiało się stanowczo za dużo okazji, w których mogliśmy się minąć na dobre, a jednak tego nie zrobiliśmy. Krążyliśmy wokół siebie latami, wchodząc sobie w życie i znikając z niego w najgorszych możliwych momentach, jakby coś uparcie nie pozwalało nam się rozminąć na dobre, ale z moim podejściem trudno było mi uznać, że to było z góry napisane. Wiedziałem tylko, że im więcej o tym rozmawialiśmy, tym trudniej było nie dostrzec wzoru, który gdzieś tam się pojawiał, czy tego chcieliśmy, czy nie. Krążyliśmy wokół siebie latami, to była faktografia, nie romantyzowanie - spotkania, zniknięcia, powroty, zderzenia w najmniej logicznych momentach - gdyby ktoś mi to rozrysował na schemacie, uznałbym, że autor przesadził, tak się nie da, a jednak.
Była blisko, coraz bliżej, jej kolano dotknęło mojego uda, palce musnęły pierś, aż w końcu dzieliły nas już tylko te ostatnie, okrutnie świadome centymetry, w których mieściło się całe napięcie świata. Patrzyłem w jej oczy, brązowe, teraz ciemniejsze, ale jednocześnie błyszczące, jakby noc wlała się w nie razem z odbiciem miasta, i nie potrafiłem, nie chciałem odwrócić spojrzenia. Ten pierwszy pocałunek był powolny, głęboki, niecierpliwy w swojej cierpliwości - taki, który nie potrzebował potwierdzeń, bo sam był odpowiedzią. Był dokładnie taki, jakiego potrzebowaliśmy, i na czym zdecydowanie nie mieliśmy poprzestać, nie dzisiaj, nie kiedykolwiek. Bez słowa zsuwając dłonie na jej talię, przyciągnąłem ją do siebie, lekko w górę, czując pod palcami ciepłą skórę, napięcie mięśni, to drobne drżenie wyczekiwania, które zniknęło, gdy usiadła na moich udach, ciężarem idealnie dopasowanym do miejsca, w którym powinna być. Woda chlupotała cicho, para osiadała na szybie, rozmazując światła miasta w abstrakcyjne plamy, a ja miałem wrażenie, że noc zamknęła się wokół nas szczelnie, zostawiając tylko smak pocałunków, przyspieszone oddech i to spokojne, pewne poczucie, że to był ten absurdalny cud - to, że jednak tu dotarliśmy.
Całowałem ją dalej, po prostu całowałem, pozwalając, by ten gest zawarł w sobie wszystko, co mieliśmy w tej chwili, bez pośpiechu, bez myśli o tym, co dalej, z jej ciężarem na mnie i miastem za plecami, które mogło patrzeć przez szkło, ale nie mogło nas dosięgnąć, bo tej nocy, w tej wannie, należeliśmy wyłącznie do siebie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)