• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[13.07.1969] Vita Mildrethae

[13.07.1969] Vita Mildrethae
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
25.01.2026, 16:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 00:20 przez Aaron Andrew Moody.)  
Mieszkanie Alastora i Millie

Nikt nie odpowiadał, gdy Aaron zapukał do drzwi, wszedł więc do mieszkania sam. Obiecał Alastorowi, że odnowi w wolnej chwili zabezpieczenia rodzinnej sieci, a przy okazji zerknie na pęknięcie szerzące się wzdłuż ściany sypialni. Nie chciał odkładać tego w nieskończoność, zwłaszcza, że chodziło o matrycę zaklęcia ochronnego. Zdrzemnął się więc może z godzinkę po dyżurze, żeby się zregenerować, a potem pozbierał graty, bo w skrzynce z narzędziami miał jak zawsze potworny bałagan. Musiał jeszcze załatwić parę rzeczy, zegar wiszący w przedsionku wskazywał więc na kilka minut po pierwszej, kiedy Aaron wreszcie teleportował się na miejsce. W tykaniu zegara było coś irytująco regularnego. Coś, co przypominało o upływie czasu, nawet gdy w mieszkaniu wszystko zdawało się tkwić w bezruchu. Na zewnątrz słońce stało wysoko, przygniatając miasto ciężarem upału. W środku panowała jednak ciemność. Grube zasłony zaciągnięto szczelnie, broniąc przystępu światłu dnia. Tylko jego smugi rozlewały się plamami na podłodze salonu, w którego progu stanął Aaron.

Przez dłuższą chwilę przypatrywał się wystawce z pustych butelek, którymi założona została ława w salonie. Między nimi leżały pędzle o stwardniałym włosiu, zaschnięte palety i naczynka z mętną wodą, na których ściankach osiadały warstwy kolorów. Brudna tęcza rozwarstwiona na dnie szkła. Na dnie wydawała się być też rozwalona na kanapie Millie. Kaskada ciemnych włosów spływała po poduszce, przypominając rozbryzg farby na sztaludze stojącej w kącie salonu. W półmroku nie potrafił dojrzeć konturów obrazu. Nie potrzebował. Wiedział, że płótno będzie niedokończone, zatrzymane w połowie gestu, w połowie myśli artystki. Artystki, bo przecież Millie chciała być artystką, nie aurorem. Wyobrażał sobie, że farba miejscami wciąż błyszczy wilgotno. Wyobrażał sobie też, że gdzie indziej pęka już cienką skorupką, zdradzając, że minęło wystarczająco dużo czasu, żeby artystka... Zdążyła się rozmyślić.

Gdyby Aaron nie poczuł promieniującego do szczęki bólu, nie zdałby sobie sprawy z tego, że zaciska zęby. Wystarczyłoby jedno machnięcie różdżki, żeby przenieść wszystko do kuchni. Potem trzeba to będzie włożyć do worka i wynieść na śmietnik... Potem. Na razie nie był w stanie na to wszystko patrzeć. Skupił wzrok na córce. Za bardzo przypominało mu to o schowanej na wieczór butelce wódki, którą kupił wczoraj, tuż przed wyjściem na nocną zmianę. O zgrzewce piwa czekającej na niego w lodówce.

Aaron Moody miał zasady, których się trzymał. Celem wyprawy po alkohol nie mógł być więc nigdy alkohol sam w sobie. Nie, alkohol kupowało się tylko "przy okazji". Nigdy tuż po otwarciu, nigdy tuż przed zamknięciem sklepu. Nigdy w środku nocy.
Każda z takich wypraw musiała zostać wcześniej starannie zaplanowana.
Najpierw koszyk należało wypełnić produktami spożywczymi, zachowując się przy tym w możliwie neutralny sposób. Odpowiednio duży tłok. Godziny szczytu, kiedy obsługa była zbyt zajęta, żeby zwrócić na niego uwagę. Zapamiętać twarz kolejnego klienta, który niespecjalnie przejmował się uprzejmościami. Tak jak wszyscy chciał przecież zdążyć z zakupami przed końcem przerwy na lunch! A chociaż Aaron wolał zwykle robić zakupy wczesnym popołudniem, gdy wokół niego nie przewijało się tak wielu ludzi... Zbliżała się rocznica. A w rocznicę śmierci Madeleine zawsze pił więcej.
Zmuszony został więc do dostosowania strategii pod okoliczność.
Zabawnie to brzmiało. Strategia. Jak gdyby planował jakąś sekretną operację, a nie upodlenie w zaciszu mieszkania.
Aaron zerknął na stojącego niepodal łysiejącego mugola w średnim wieku, który wnikliwie studiował sporządzoną na kartce listę zakupów. Dłuższą chwilę mrużył skryte za grubymi okularami oczy, zerkając raz to na trzymaną w ręku kartkę, raz to na półkę z płatkami śniadaniowymi. W końcu poddał się, przywołując krzątającą się obok ekspedientkę.
"Pamięta pani, które kupuje moja żona?"
Aaron zacisnął rękę na różdżce schowanej w kieszeni. Nogi same poniosły go dalej.
Chociaż wiedział bardzo dobrze, w której alejce znajdzie to, czego szukał, zmusił się, żeby przejść połowę sklepu, zanim skierował swoje kroki w stronę właściwych półek. Alkohol nigdy nie mógł trafić do koszyka jako pierwszy. To także była jedna z zasad. Sięgnął po butelkę opatrzoną znajomą etykietą. To samo, co zawsze. Zmiana wymagałaby refleksji, a on udawał przecież, że kupuje wino do obiadu. Wino, które pije do wysmażonego befsztyku w każdy czwartek! Po prawdzie, nie lubił nawet za specjalnie wina, ale szybciej szło się takim skurwić. Wsadził je do koszyka, bo wiedział, że nad następnym wyborem będzie mógł już nieco dłużej podumać. Przeszedł wzdłuż półki, udając, że przypatruje się cenom. Wódkę należało kupić droższą, jak gdyby kupowało się prezent. W końcu dawno niewidziani przyjaciele mieli wpaść na grilla. Dlatego kupił jeszcze zgrzewkę piwa. Nic nie smakuje tak dobrze, jak karkówka marynowana w jasnym piwie, mógłby się zaśmiać, gdyby ktoś zapytał go o zawartość koszyka. Wiedział, że nikt nie zapyta. A jednak czuł się pewniej ze swoim wymyślonym alibi. Nawet w pracy napomknął mimochodem, że będzie grillował w ten weekend. Wszystko po to, żeby zachować pozory.
Odwrócił się na pięcie i opuścił alejkę tak szybko, jak było to możliwe bez zwracania na siebie uwagi.

Millie nie umiała nigdy zachować pozorów. Wszystkie emocje wypisane miała na twarzy, nawet wtedy, gdy próbowała je ukryć pod tą swoją udawaną nonszalancją. Wyjebaniem, mającym sprawiać wrażenie, że niczego nie bierze na poważnie, niczego nie bierze do siebie. Gdy spała, wydawała się jednak spokojną. Twarz miała wygładzoną, jak gdyby sen zdejmował z jej ramion ciężar, z którym wiecznie nosiła się na jawie. Mimochodem zauważył, że na policzku ma ślad farby. Tak drobny, że niemal niezauważalny, gdyby nie kontrastował z bladą skórą dziewczyny.

Aaron wyciągnął rękę w stronę córki, jak gdyby chciał odgarnąć kosmyk włosów opadający jej na czoło, gestem niemal czułym. Niemal pieszczotliwym. Zamarł jednak, gdy Millie nagle poruszyła się we śnie. Wymamrotała coś niezrozumiale, a może tylko tak mu się zdawało. Cofnął rękę. Chwila już minęła. Aaron odsunął się, zanim Millie zdążyła się przebudzić.

– Ciężka noc w robocie? – rzucił ostro, starając się zdusić w sobie gniew. Nie potrafił. Wciąż słychać było w jego głosie złość.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#2
25.02.2026, 21:47  ✶  
To nie była strategia.

To była kwestia przetrwania.

Kiedy życie boli, kiedy nienawiść do siebie wzmaga tak mocno, że nie możesz znieść swojej głowy, swoich oczu, swoich myśli, swoich uczuć, swojego ciała, swojej duszy, swojego kurwa wszystkiego. Noc była… nie inna niż poprzednie, musiałaby przyznać. Nie było w niej nic aż takiego niezwykłego. Próbowała malować, miała przynieść przecież kolejny obraz na kolejny kurs kolejnego bezpodstawnie kretyńskiego marzenia.

Gdybyś tyle czasu poświęcała na treningi, ile poświęcasz na to bazgrolenie.

Echo słów, prawdziwych czy echem wyrzutu wymyślonych przez umęczoną świadomość, umysł, który och tak, jak bardzo potrzebował nie czuć tak wiele. Po pierwszej butelce było łatwiej. Wściekłe słodka szczurza trutka. Bourbon? Chyba. A potem tylko ona i dom i farba. Próba odreagowania opierdolu Bonesa, za spierdolenie kolejnych miesięcznych raportów.

Co by powiedział Twój ojciec i brat? Przecież miałaś w tym roku rozpocząć kurs aurorski, ale nie mogę tego tak zostawić Moody.

Miękkie nogi, kolor, miękkie ruchy nadgarstkiem i taniec, niekończący się taniec. Śpiew, łabędzi śpiew zbyt płynnie przeszedł w bezwolne wycie, kiedy wyjebała się o kanapę i znalazła za nią jakąś szmatę Mav.

Stać Cię na więcej

Co właściwie było na tym pierdolonym obrazie? Nie miało to już znaczenia. Zajęcia zaczynały się o dziewiątej i tak je przegapiła przypadkiem. Sama koncepcja w procesie tworzenia zmieniała się jednak płynnie w impresjonistycznej konwulsji ekstazy i bólu, wyśnionej miłości, która napędzała ją niczym więcej jak obrzydzeniem do samej siebie. Głodem, niemożliwym do nasycenia. Pragnieniem niemożliwym do wygaszenia. Skończyć obraz to jak skończenie życia. Chciała to zrobić. Nigdy nie mogła.

Figura musiała być otwarta. Zepsuta.

Tak jak ona była otwarta.

Zepsuta.

Z odmętów własnego śmietnika wyciągnęła w okolicach trzeciej połowę eksperymentów destylacjach własnego autorstwa, aby odpowiednio przypieczętować swój stan. Ktoś śmiał się, że od tego oślepnie. Kpiła z tego oczywiście, fantazjując na bezdechu jak bardzo zrujnowałoby to relację Alastora, gdy ten w końcu rzuciłby wszystko by być psem przewodnikiem kalekiej siostry. Psem. Przewodnikiem. Wilkołakiem. Przewodnikiem. Potworem. Przewodnikiem.

Tylko mój

Myśl wyryta w głowie sprawiała że miała ochotę zerwać sobie skórę z twarzy, a może to zapach rozpuszczalnika do farb? A może to ostatnia chaotyczna frustracja, gdy padła na kanapę znieczulona alkoholem tak bardzo, że gdyby ktoś ją zerżnął nieheblowaną rączką od pędzla, to by nawet nie poczuła, nie zauważyła różnicy wobec tego jak bardzo kochał ją świat.

Spokój.

Porcelanowa laleczka.

Pobożne życzenie grzesznika.

- Spierdalaj. - warknęła, nakrywając się zakurzoną poduszką, ale zrobiła to zbyt zamieszyście i zjebała się z kanapy na podłogę.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#3
06.04.2026, 23:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2026, 23:40 przez Aaron Andrew Moody.)  
Ciężka noc w robocie? Wstrętna, przepełniona ironią zaczepka, prowokująca, żeby wymyśliła usprawiedliwienie dla swego stanu. Być może to nie gniew czuł, gdy stał tam, otoczony przez puste butelki, pojemniczki z farbą, pędzle i inne przybory do malowania. Gniew był jednak lepszym niż bezradność. Bardziej produktywnym. Gdy spadła z kanapy, kopnął więc nogą w stojącą obok ławę, żeby przypadkiem nie wyrżnęła w nią głową.

A może po to, żeby nie miała jak sięgnąć po alkohol.

Zabrzęczały stojące na stoliku butelki, rozdzwoniło się szkło. Miał nadzieję, że ozwały się w jej głowie jak kościelne dzwony, których huk miał według legendy zbudzić pochowanego pod wzgórzami Glostonbury króla Artura. Czy dzwony, zdolne obudzić pogrążoną w śnie armię wojów, zdołałyby wyrwać jego dziecko z tego przeklętego marazmu? Bo Millie wciąż była przecież dzieckiem. Jak mógł w niej nie widzieć dziecka, gdy jedyne, na co było ją stać, to dziecinne odpyskowanie ojcu. Być może powinien być w stosunku do niej mniej pobłażliwym. Kazać jej wziąć się wreszcie w garść. Może wtedy nie byłaby tak słaba. Może wtedy umiałaby o siebie zadbać. Gdyby nie wracał tutaj, próbując kolejny raz naprawić... Nie pęknięcie szerzące się wzdłuż ściany w sypialni, tylko jej życie.

Ale on zawsze za bardzo się o nią bał. Zawsze wracał.

– Wstawaj – rzucił krótką komendą. Jego cierpliwość, gdy chodziło o Millie, miała równie krótki lont.

Mówił przez zęby.

Nie dotarły jeszcze do niego najnowsze wieści od Bonesa. Przyjaźnili się od lat, a ten, znając charakter Moody'ego, dawkował mu starannie doniesienia na temat postępów córki. Dawkował mu rozczarowania, a może po prostu próbował oszczędzić mu wstydu.

Wstyd miał smak wódki.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (1211), Millie Moody (407)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa