14.02.2026, 19:02 ✶
Ostatnimi czasy Baldwin Malfoy łapał się na rzeczy przedziwnej. Nieważne, w którym momencie dnia - czy o poranku, w południe, gdy siedział na próbach do nowego spektaklu czy wieczorami, gdy wreszcie znajdował sekundę oddechu i siadał do najnowszego obrazu - Scarlett Mulciber krążyła po jego myślach. Czasem bardziej, czasem odrobinę mniej, ale wciąż gdzieś w nich była. Wodziła na pokuszenie niczym Esmeralda, z tej zajebiście topornej i grubej książki pożal się boże francuskiego pisarzyny. Hugo? Nawet nazwisko miał debilne. Laska była cyganką i chyba ją chcieli powiesić za czary (co pewnie znaczyło, że ta mugolka potrafiła czytać i rozwiązać zajebiście trudne równanie jakim było 2+2x2), ale pojawił się jakiś typ z garbem i tego nie zrobili? A może zrobili? Cholera ich wie, przeczytał parę stron, kiedy ta książka mu spadła na łeb z półki, na którą próbował sięgnąć.
Na szczęście Scarlett mugolską cyganką nie było, co jednak wcale nie przeszkadzało jej rozwiązywać zapewne skomplikowanych działań matematycznych, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co by wolał cygana nad piękną czystokrwistą pannę. Ta tfu.
Był wieczór, kiedy wreszcie przekroczył próg Necronomiconu. Ze względów bezpieczeństwa Scarlett musiała się tu wprost teleportować z Pokątnej, póki nie znała lepiej Nokturnu. A raczej - póki Nokturn nie znał lepiej jej.
Wrócił do domu.
Dziwna to była myśl, że teraz jego dom zamykał się w czterech ścianach zakładu pogrzebowego i ramionach Mulciberówny. I może ostatnimi czasy ciężej im było znaleźć nockę dla siebie, bo pewna ghoulka uznała, że spanie w swoim łóżku jest passe i w ogóle kto to wymyślił, żeby dorośli sami spali z dala od dzieci, ale kiedy tak leżał leniwie przesuwając dłonią po blond włosach śpiącej Scarlett, z wtuloną w siebie Fridą, która udawała że śpi… życie nie wydawało się być znów takie tragiczne. A może były to po prostu pijackie myśli, bo im bardziej Baldwin uświadamiał sobie, że mógłby się zestarzeć w tym cholernym zakładzie z nią przy boku, a ręce drżały mu nad kolejnym portretem Calanthe gotowe do zdrady wobec umiłowanej bliźniaczki. Poprawiał włosy, które nieświadomie malował w złym, nie, nie złym, po prostu… innym odcieniu, poprawiał rysy, które ze szkicu na szkic traciły siostrzane rysy na rzecz tych mulciberowych. Kolor oczu. Ich kształt. Ostatnie płótno spalił na środku Eurydyki,gdy uświadomił sobie, że nie potrafi wykrzesać jednego wspomnienia z siostrą, które nie byłoby skażone jej obecnością. Patrzył jak płonie na kamiennej posadzce, ignorując marudzącą na dym Sabrinę i nielicznych gości, którzy najwyraźniej dostali PTSD po spalonej nocy i spieprzyli gdzie pieprz rośnie. I pozwolił zbliżyć się tylko Ojcu, by odpalił od ogniska papierosa. Sam zresztą go potem wypalił, bo Armand tylko uśmiechnął się kpiąco i gdzieś zniknął. Znał ten uśmiech. Pierdolony uśmiech Poety Podziemi.
Tamtej nocy nie wrócił do Necronomiconu, a kiedy pojawił się o świcie cuchnął wódką, fajami i tymi żałośnie słodkimi perfumami Sabriny, czując się równie żałośnie co momencie, w którym z niego wyszedł.
Dzisiaj jednak nie zboczył po drodze na Podziemne Ścieżki. Nie wstąpił nawet do żadnego baru po drodze z teatru. Swoją świeżo zapuszczoną brodę miał wciąż jeszcze ujebaną farbą przez co mniej niż król gór wyglądał na mugolskiego świętego mikołaja. Ale to tam nieważne.
Natychmiast po przekroczeniu progu zakładu jego wzrok spoczął na Fridzie, która siedziała w korytarzyku na przytarganym z pokoju kocyku z jej ulubionym misiem Puchatkiem i najwyraźniej… urządzała piknik z zawieszoną na ścianie Visenyą, która z jakiegoś powodu nie uciekła poza ramy. Co prawda matka nieszczególnie wydawała się zachwycona zabawą, ale uparcie siedziała w swoim fotelu co jakiś czas unosząc i opuszczając filiżankę, z którą ją namalował. Cóż… może pasowało jej po prostu doborowe towarzystwo, bo w pikniku uczestniczyła również Maria Antonina, głowa Marii Antoniny i pluszowy smok Sir Billiam Humphfrey Izydor IV.
Baldwin przeszedł obok, nie spoglądając nawet na Visenyę, która prychnęła na stan w jakim się znajdował.
- Bawisz się grzecznie z babcią?- Zapytał Fridę, która pokiwała głową unosząc filiżankę z wyimaginowaną herbatą. Nie zerwała się na widok Malfoy’a, więc uznał, że jest jej tu dobrze i ją po prostu zostawił. Zignorował kolejne głośne prychnięcie. Nie odważyła się na komentarz. I dobrze.
Myślami znów wrócił do Scarlett, gdy kierował się po schodach do ich pokoju. Nie był może za duży, zdecydowanie mniejszy niż mieszkanie na Horyzontalnej, ale… był chyba wystarczający. Nawet udało im się wepchnąć tam biurko, co by mogła studiować prawo czarodziejów i robić te wszystkie szalone zadania od swojej prababki. Byłoby miło, gdyby wróciła już z kancelarii. Mogliby gdzieś wyskoczyć.
- Yo Scarlettka, jesteś?- Wepchnął głowę przez uchylone drzwi, rozglądając się uważnie po pokoju.
!BINGO A1
Na szczęście Scarlett mugolską cyganką nie było, co jednak wcale nie przeszkadzało jej rozwiązywać zapewne skomplikowanych działań matematycznych, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co by wolał cygana nad piękną czystokrwistą pannę. Ta tfu.
Był wieczór, kiedy wreszcie przekroczył próg Necronomiconu. Ze względów bezpieczeństwa Scarlett musiała się tu wprost teleportować z Pokątnej, póki nie znała lepiej Nokturnu. A raczej - póki Nokturn nie znał lepiej jej.
Wrócił do domu.
Dziwna to była myśl, że teraz jego dom zamykał się w czterech ścianach zakładu pogrzebowego i ramionach Mulciberówny. I może ostatnimi czasy ciężej im było znaleźć nockę dla siebie, bo pewna ghoulka uznała, że spanie w swoim łóżku jest passe i w ogóle kto to wymyślił, żeby dorośli sami spali z dala od dzieci, ale kiedy tak leżał leniwie przesuwając dłonią po blond włosach śpiącej Scarlett, z wtuloną w siebie Fridą, która udawała że śpi… życie nie wydawało się być znów takie tragiczne. A może były to po prostu pijackie myśli, bo im bardziej Baldwin uświadamiał sobie, że mógłby się zestarzeć w tym cholernym zakładzie z nią przy boku, a ręce drżały mu nad kolejnym portretem Calanthe gotowe do zdrady wobec umiłowanej bliźniaczki. Poprawiał włosy, które nieświadomie malował w złym, nie, nie złym, po prostu… innym odcieniu, poprawiał rysy, które ze szkicu na szkic traciły siostrzane rysy na rzecz tych mulciberowych. Kolor oczu. Ich kształt. Ostatnie płótno spalił na środku Eurydyki,gdy uświadomił sobie, że nie potrafi wykrzesać jednego wspomnienia z siostrą, które nie byłoby skażone jej obecnością. Patrzył jak płonie na kamiennej posadzce, ignorując marudzącą na dym Sabrinę i nielicznych gości, którzy najwyraźniej dostali PTSD po spalonej nocy i spieprzyli gdzie pieprz rośnie. I pozwolił zbliżyć się tylko Ojcu, by odpalił od ogniska papierosa. Sam zresztą go potem wypalił, bo Armand tylko uśmiechnął się kpiąco i gdzieś zniknął. Znał ten uśmiech. Pierdolony uśmiech Poety Podziemi.
Tamtej nocy nie wrócił do Necronomiconu, a kiedy pojawił się o świcie cuchnął wódką, fajami i tymi żałośnie słodkimi perfumami Sabriny, czując się równie żałośnie co momencie, w którym z niego wyszedł.
Dzisiaj jednak nie zboczył po drodze na Podziemne Ścieżki. Nie wstąpił nawet do żadnego baru po drodze z teatru. Swoją świeżo zapuszczoną brodę miał wciąż jeszcze ujebaną farbą przez co mniej niż król gór wyglądał na mugolskiego świętego mikołaja. Ale to tam nieważne.
Natychmiast po przekroczeniu progu zakładu jego wzrok spoczął na Fridzie, która siedziała w korytarzyku na przytarganym z pokoju kocyku z jej ulubionym misiem Puchatkiem i najwyraźniej… urządzała piknik z zawieszoną na ścianie Visenyą, która z jakiegoś powodu nie uciekła poza ramy. Co prawda matka nieszczególnie wydawała się zachwycona zabawą, ale uparcie siedziała w swoim fotelu co jakiś czas unosząc i opuszczając filiżankę, z którą ją namalował. Cóż… może pasowało jej po prostu doborowe towarzystwo, bo w pikniku uczestniczyła również Maria Antonina, głowa Marii Antoniny i pluszowy smok Sir Billiam Humphfrey Izydor IV.
Baldwin przeszedł obok, nie spoglądając nawet na Visenyę, która prychnęła na stan w jakim się znajdował.
- Bawisz się grzecznie z babcią?- Zapytał Fridę, która pokiwała głową unosząc filiżankę z wyimaginowaną herbatą. Nie zerwała się na widok Malfoy’a, więc uznał, że jest jej tu dobrze i ją po prostu zostawił. Zignorował kolejne głośne prychnięcie. Nie odważyła się na komentarz. I dobrze.
Myślami znów wrócił do Scarlett, gdy kierował się po schodach do ich pokoju. Nie był może za duży, zdecydowanie mniejszy niż mieszkanie na Horyzontalnej, ale… był chyba wystarczający. Nawet udało im się wepchnąć tam biurko, co by mogła studiować prawo czarodziejów i robić te wszystkie szalone zadania od swojej prababki. Byłoby miło, gdyby wróciła już z kancelarii. Mogliby gdzieś wyskoczyć.
- Yo Scarlettka, jesteś?- Wepchnął głowę przez uchylone drzwi, rozglądając się uważnie po pokoju.
!BINGO A1