• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight.

[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
15.02.2026, 23:43  ✶  

Był to bardzo zaskakujący wieczór. Nie spodziewała się tego, że będzie się tak dobrze bawić podczas Yule, jeśli zostanie w szkole. Zakładała, że będą to najgorsze święta w jej życiu, jednak było wręcz przeciwnie. Ten wieczór wydawał się być miłą odmianą, nowym początkiem? Póki co trudno jej było stwierdzić czym, jednak mógł trwać nieskończenie. Czuła lekkość, która nie pojawiała się dawno, nie w jego towarzystwie, a jednak jakoś udało im się dzisiaj do siebie dotrzeć, najwyraźniej magia świąt potrafiła zdziałać cuda. Wierzyła, naprawdę w tej chwili wierzyła, że może być tylko lepiej.

Świat nieco wirował jej przed oczami, ale to też ułatwiało wiarę w to, że ten dzień, wieczór mógł zmienić wiele. Naprawdę wydawało jej się, że podejmuje słuszne decyzje, że w końcu jakoś uda im się dojść do porozumienia, właściwie już mieli to za sobą, a to był dopiero początek. Nie byli wobec siebie chłodni, wręcz przeciwnie, tak szybko udało im się zmienić podejście, że wydawało jej się to być naprawdę logiczne. Lgnęli do siebie, przestali jeżyć się na swój widok, dopuścili się do siebie jak dawniej i było to najbardziej słuszną decyzją, jaką mogli podjąć. Nie sądziła, że coś może to zmienić. Naprawdę wierzyła w to, że ten wieczór mógł być czymś, co mogło warunkować wszystko. Pijana Prudence spoglądała na rzeczywistość z ogromnym optymizmem i nadzieją.

Tęskniła za nim przez lata, tęskniła za Wish'em, który był jej najbliższym przyjacielem, któremu mogła powiedzieć o wszystkim, który przeżywał z nią wszystkie jej życiowe tragedie, ale i sukcesy. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie był jej zupełnie obojętny, nawet kiedy ją od siebie odsunął, kiedy wpadali na siebie tylko po to, by mówić sobie o tym, jak się nienawidzą. Nie mogła nic zrobić z tym uczuciem, które w niej kiełkowało, próbowała udawać, że nie istnieje, jednak mogła oszukać wszystkich wokół, ale nie samą siebie, wiedziała, jak to wygląda, nie sądziła jednak, że i on może chcieć się do niej zbliżyć.

Ten czas, który dzisiaj spędzili razem zmienił jej sposób myślenia. Nie zachowywałby się w ten sposób, gdyby również nie pragnął zobaczyć jak to jest, sprawdzić jak smakują jej usta, poczuć ciepło jej ciała. To było miłą odmianą, naprawdę w tym momencie nie sądziła, że cofną się do tego, jak wyglądała ich relacja przez ostatnie lata. Łatwo było im się do siebie znowu zbliżyć, zbyt łatwo, to mówiło samo za siebie.

Spędzili na zewnątrz trochę czasu, było to całkiem magicznym doświadczeniem, Hogwart z tej perspektywy wyglądał pięknie, śnieg nie przestawał prószyć, przez co zamek wydawał się wyglądać zupełnie inaczej. Miała wrażenie, że znajduje się gdzieś między jawą, a snem, ale był to raczej jeden z tych snów, których miała nigdy nie zapomnieć. Wish pociągnął ją ze sobą do wieży, zauważył, że robiło jej się chłodno, dbał o nią, zawsze tak robił, dostrzegał te drobne szczegóły, które świadczyły o jej dyskomforcie. Ledwie znowu znaleźli się w wieży, ledwie zamknęły się za nimi drzwi, a odwrócił ją do siebie i pocałował, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, jakby nie mogło być inaczej. Nie chciała opuszczać tego miejsca, podobała jej się ta nowa rzeczywistość, w której się znaleźli, podobało jej się to do czego doprowadzili. Nie spodziewała się, że jeśli się do siebie zbliżą, to będzie dla niej, aż tak właściwe. Zupełnie nie negowała podejmowanych przez siebie decyzji, co było pewnie zasługą wypitego alkoholu, ale nie tylko, przecież zastanawiała się nad tym, jakby to było znaleźć się tak blisko niego, poznać smak jego ust, już wiedziała i nie zamierzała tego zapomnieć.

Kiedy przyciągnął ją do siebie, oparła swoje dłonie na jego klatce piersiowej, dobrze było czuć pod opuszkami palców ciepło jego ciała, zapominała o chłodzie, który jeszcze przed chwilą przeszywał jej ciało, przy nim łatwo było zapomnieć o wszystkim, zawsze miał ten dar, tyle, że nigdy jeszcze nie korzystali z niego w ten sposób. To okazało się być zupełnie nowym, aczkolwiek bardzo przyjemnym doświadczeniem, miała nadzieję, że będą to powtarzać, w tej chwili właściwie nie widziała innej możliwości, nie kiedy już wiedziała, jak to jest.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
16.02.2026, 01:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2026, 01:27 przez Benjy Fenwick.)  
Jeszcze chwilę wcześniej śmiałem się z czegoś, czego już nie pamiętałem, z własnych słów albo ze spojrzenia Prue, które było zbyt miękkie i błyszczące jak na kogoś, kto przez ostatnie lata patrzył na mnie jak na błąd w obliczeniach. Teraz zamknąłem za nami drzwi wieży, trochę zbyt energicznie, a drewno odpowiedziało głuchym uderzeniem, które odbiło się głośnym echem gdzieś wysoko nad naszymi głowami, ale to też nie miało żadnego znaczenia, prawda - nic poza nią nie miało - śnieg topniał w jej włosach, kilka wilgotnych kosmyków przykleiło się do jej policzka, a ja, z powagą godną kogoś o wiele bardziej trzeźwego, uznałem to za najważniejszą rzecz, jaką należało natychmiast naprawić. Nie powiedziałem przy tym nic, ale nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia, wręcz przeciwnie, miałem zbyt wiele, w dodatku alkohol uczynił ze mnie fatalnego cenzora. Tyle tylko, że nie czułem potrzeby wykorzystywania ust do zbędnego kłapania ozorem, gdy zamiast tego mogliśmy się całować.
Byłem pijany, niezaprzeczalnie - to była jedyna uczciwa wersja wydarzeń - mój umysł już nawet nie próbował nadążyć za tym, co się wydarzyło, układać tego w logiczną strukturę, przypisywać temu znaczenia, które nie byłoby groźne dla trzeźwej wersji nas dwojga, alkohol zbyt skutecznie sabotował tę operację, zostawiał mnie z samym faktem, że tego wieczoru coś się zmieniło i wcale nie chciałem wracać do przeszłości. Zdecydowanie wolałem być tu i teraz, otulony ciepłym oddechem, który czułem na swojej szyi, z ciężarem dłoni na mojej klatce piersiowej, którą Prue w pewnym momencie zatrzymała dokładnie nad moim sercem, jakby tym ruchem zamierzała sprawdzić, czy nadal działało prawidłowo - nie działało, biło zbyt szybko, zbyt nierówno, zdradzało mnie z beznadziejną szczerością, której nie mogłem kontrolować - i z tą jedną jedyną myślą, że to było śmieszne. Tak, to wszystko było śmieszne - te lata unikania się, chłodne spojrzenia, słowa rzucane jak zaklęcia ofensywne. Tak łatwo okazało się móc przekroczyć granicę, którą przez lata traktowaliśmy jak mur nie do ruszenia, tylko po to, żeby odkryć, że była zrobiona z papieru - cała ta starannie zbudowana konstrukcja dystansu rozpadała się teraz bez walki, jakby od początku była tylko dekoracją - to było całkiem przezabawne, ale przecież mogłem się z tego otwarcie śmiać, bo…
Byłem schlany, niedorzecznie mocno - czułem to w sposobie, w jaki moje ciało ignorowało zwyczajowe sygnały ostrzegawcze, a myśli nawet nie próbowały już wybiegać w przyszłość, nie analizowały konsekwencji, nie budowały żadnych bezpiecznych wyjść ewakuacyjnych. Nie pamiętałem momentu, w którym przestałem myśleć rozsądnie, prawdopodobnie wydarzyło się to gdzieś pomiędzy drugą butelką brandy a jej śmiechem, tym konkretnym śmiechem, który zawsze trafiał we mnie jak urok rzucony z bliska, lecz tym razem nie próbowałem go nawet odbijać od zbudowanej wokół siebie tarczy - całkowicie opuściłem osłony - zamiast tego odwzajemniłem wesołość Pruey, pozwalając sobie na zrobienie tego wszystkiego, o czym wcześniej myślałem wyłącznie w chwilach, które przedtem uznawałem za słabość - dziś nią nie były, dziś były naturalną konsekwencją wydarzeń między nami. Moje palce splotły się z chłodnymi palcami Prudence, bez pośpiechu, bez żadnej kalkulacji, i chociaż to było najbardziej podejrzane ze wszystkich możliwych stanów, w jakich mogłem się z nią znaleźć, bo oznaczało, że cały ten teatr dystansu, te starannie dobrane słowa, te konfrontacje, które były naszą specjalnością, zupełnie nie miały sensu… Naprawdę miałem to gdzieś.
Czułem to w głowie, w lekkim opóźnieniu każdego ruchu, w tej bezczelnej pewności, że nic mnie dzisiaj nie obowiązywało - nie było przeszłości, nie było przyszłości, nie było tego wszystkiego, co zwykle stawiało mnie pół kroku za nią, albo pół kroku przed nią, nigdy dokładnie obok niej. Teraz byłem dokładnie tam, gdzie trzeba, bo istniało tylko to miejsce, ta chwila, ona, my, ja. Świat nie miał ostrych krawędzi, wnętrze wieży astronomicznej było lekko przesunięte, jak obraz widziany przez wodę, jednak oczy Prudence błyszczały w półmroku inaczej niż zwykle, jaśniej, mocniej, bardziej otwarcie, bez tej ostrożności, którą nauczyliśmy się wobec siebie stosować. Wyglądały jak dwa światła latarni - to było najdziwniejsze i jednocześnie najbardziej oczywiste spostrzeżenie, jakiego kiedykolwiek dokonałem - zupełnie tak, jakby ich blask umożliwiał mi powrót do miejsca, którego nie pamiętałem, ale które mimo to należało do mnie bardziej niż cokolwiek innego. Uśmiechnąłem się szerzej, swobodnie, upojony nie tylko alkoholem, ale nią, tym momentem, tą możliwością, która nagle przestała być teorią, a stała się faktem.
Powinienem był przypomnieć sobie wszystkie powody, dla których trzymałem ją na dystans, wszystkie racjonalne konstrukcje, które budowałem latami, cegła po cegle, z perfekcyjną starannością, ale czułem jej dłonie na swojej klatce piersiowej i przez moment byłem absolutnie przekonany, że jeśli przestanie mnie dotykać, rozpadnę się na kawałki, rozsypię jak źle uformowana figura ze śniegu… Więc przyciągnąłem ją bliżej, bardziej instynktownie niż świadomie, aż nie było już między nami żadnej przestrzeni, żadnego miejsca na wątpliwości, na rozsądek, na cokolwiek poza tym jednym, konkretnym faktem - pachniała chłodem z zewnątrz i czymś znajomym, czymś, co pamiętałem lepiej niż własne wymówki, a ja cholernie, absurdalnie mocno chciałem otulić się tym zapachem.
Pocałowałem ją znowu, tym razem bez zawahania, bez tego mglistego wrażenia zdziwionej słuszności, które towarzyszyło wcześniejszym pocałunkom, teraz było w tym coś całkowicie oczywistego - coś, co pasowało do niej i do mnie bardziej niż wszystkie nasze kłótnie razem wzięte.
- Widzisz? - Wymruczałem gdzieś pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim, opierając czoło o jej czoło, uśmiechając się w sposób absolutnie nieodpowiedzialny. - To było strasznie proste. - Mruknąłem cicho, z rozbawieniem, które nie miało w sobie ani grama żalu. Nie wiedziałem, czy mówiłem do niej, czy do siebie - może do tej części mnie, która przez lata udawała, że to niemożliwe, nie ma sensu, lepiej będzie trzymać się z dala, udając obojętność z taką przesadą, że aż zaczęła przypominać wrogość. Teraz wszystko to wydawało się śmieszne, prawie dziecinne, mogliśmy zrobić to już dawno temu, w końcu oboje tego chcieliśmy - było to najprostsze równanie, jakie kiedykolwiek rozwiązałem.
Byłem pijany, tak bardzo pijany, że nie istniało jutro, nie istniał poranek, nie istniał żaden świat poza tą wieżą, naszymi oddechami i tym cichym, elektrycznym napięciem, które przestało być napięciem, a stało się czymś prostym, czymś właściwym. To wszystko wydawało mi się tak bezsensownie właściwe, tak perfekcyjnie nieodpowiedzialne, że aż piękne. Uśmiechnąłem się znowu, pod nosem, całkowicie miękko, bez tej zwyczajowej ironii, bez maski, którą nosiłem jak drugą skórę - tak - byłem pijany, pijany na tyle, żeby nie pamiętać, dlaczego to wszystko było zakazane, pijany na tyle, żeby nie wierzyć w żadne konsekwencje, w żadne „później”, w żadnego mnie, który miałby się z tego wycofać, bo w tej chwili byłem absolutnie pewien jednej rzeczy - to miało sens, ona miała sens, i ja, po raz pierwszy od bardzo dawna, też. Znaliśmy się, mimo wszystko, mogliśmy być razem szczęśliwi, wystarczyło tylko, byśmy sobie na to pozwolili - to było takie łatwe.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
16.02.2026, 21:27  ✶  

Bardzo łatwo przyszło jej przyjęcie tej nowej rzeczywistości, w której mogła go dotykać, patrzeć mu prosto w oczy, znowu śmiać się przy nim bez obaw, że mógłby to wykorzystać przeciwko niej. Nie spodziewała się, że to może być takie proste, ale dzisiaj, wyjątkowo wszystko jej ułatwiał, być może ona też nie należała tego wieczoru do osób szczególnie zawziętych. Nie czuła potrzeby, by się przed nim bronić, nie widziała ku temu żadnego powodu. Nie, kiedy on zachowywał się zupełnie inaczej, tak jak wtedy, kiedy był najważniejszą osobą w jej małym świecie.

Prosto było do tego przywyknąć, swój wpływ na to miała na pewno brandy, którą w siebie wlali, ale słyszała o tym, że alkohol powodował szczerość, po którą raczej nie chciało się sięgać, niszczył filtry, przesuwał granice, tak było i w tym przypadku. Wiedziała jak na niego reaguje, nie odważyłaby się jednak po tym wszystkim, co sobie robili patrzeć na niego inaczej, niż na swojego wroga, widać to były tylko pozory, które poszły w niepamięć przy pierwszej okazji, kiedy nie do końca panowali nad tym, co działo się w ich głowach. Nie wydawało jej się zastanawianie się nad tym, dlaczego trzymali się od siebie z daleka, to nie miało najmniejszego znaczenia, kiedy wreszcie mogli przestać się pilnować i zrezygnować z tej udawanej nienawiści. Musiała ubierać tę maskę, musiała jakoś radzić sobie z tym, jak wyglądała ich relacja, co wcale nie oznaczało, że sprawiało jej to przyjemność, że wybrałaby dla nich taki los. Wiele razy wspominała tamten czas, gdy byli przyjaciółmi, łapała się na tym, że jej tego brakowało, jak widać nie wszystko było stracone, być może nawet mogli sięgnąć po coś więcej. W tej chwili te różnice, które się między nimi pojawiły nie miały najmniejszego znaczenia, skupiała się tylko i wyłącznie na tym, że wreszcie wszystko toczyło się tak, jak tego chciała, chociaż właściwie w tej chwili sama nie do końca wiedziała czego chciała, no, może poza tym, że wyjątkowo właściwe wydawało się ponownie pocałowanie go.

Nad resztą będzie się zastanawiała później, musiało być jakieś później, nie był to jednak problem na teraz, teraz warto było skupić się na tym, że w końcu było inaczej, lepiej, że on też tego chciał, więc tak jak i ona musiał grać, udawać, że tak bardzo za nią nie przepada. Nie dało się tak łatwo zmienić nastawienia do kogoś zupełnie niespodziewanie, miała rację co do swoich przypuszczeń i teraz dostawała za tym argumenty. Nie, żeby jakoś specjalnie się nad tym zastanawiała, nie myślała jasno, postanowiła więc skupić się po prostu na tu i teraz, kiedyś nadejdzie moment, w którym zacznie rozmyślać, wyjątkowo jednak w tej chwili nie uważała, że słuszne było analizowanie, nie chciała tego robić, rozkładać na czynniki pierwsze, nie tym razem. Tak po prostu miało być, tyle.

Znaleźli się w wieży, wrócili do środka, póki co jednak nigdzie się stąd nie wybierali, to była ich bezpieczna przestrzeń, przynajmniej tej nocy, nie musieli martwić się tym, że ktoś ją zaburzy, mogli tutaj trwać dopóki tylko mieli ochotę, a zdecydowanie w tej chwili jeszcze nie chciała stąd odchodzić. Miała wrażenie, że stworzyli swoją wyjątkową, może nieco pijaną bańkę, w której przez moment mieli być szczęśliwi, to brzmiało jak nie najgorszy plan. Byli ukryci przed całym światem, pozbawieni masek, czy sztucznych odruchów, to było ciekawą odmianą, bardzo ciekawą.

Pocałowali się po raz kolejny, ledwie znaleźli się w wieży, przyciągnął ją do siebie, jakby to było najbardziej właściwe dla niej miejsce, zbliżył usta do jej ust i znowu to zrobili, mogłaby zatracać się w tych pocałunkach bez końca. Nic nie wydawało jej się być w tej chwili bardziej na miejscu, okropnie łatwo było się w tym zacząć zapominać.

- Widzę. - Tak naprawdę to nie do końca widziała, bo miała przymknięte powieki, jednak doskonale wiedziała o czym mówi, czuła to samo, a przynajmniej wydawało się jej, że wypełniają ją podobne uczucia i emocje. Strasznie łatwo było przekroczyć granicę, wystarczyła odpowiednia sytuacja, odrobina alkoholu, a teraz stali przed sobą nie mogąc oderwać od siebie dłoni i ust. Gdyby ta nienawiść rzeczywiście była prawdziwa nie zmieniliby tego w krótką chwilę.

- Strasznie proste, nie wiem dlaczego tak długo zwlekaliśmy, dobrze, że poszliśmy po rozum do głowy. - Wydawało jej się to w tej chwili czymś na kształt oświecenia, przed którym bronili się przez lata. Nie mogła uwierzyć, że tak długo zwlekali z tym, by się do siebie zbliżyć, przecież wszystko, przynajmniej w tej chwili świadczyło o tym, że to było najlepszym, co mogło im się przytrafić, gdyby tak nie było, to na pewno nie czułaby się w ten sposób. Nie brnęłaby w to z taką lekkością, a on by jej nie wtórował.

Uniosła głowę i otworzyła oczy, by na niego spojrzeć, chciała zapamiętać tę chwilę, bo nie spodziewała się, że kiedykolwiek dojdzie do takiego momentu między nimi, widziała uśmiech na jego twarzy, powodował, że ona również się uśmiechała, jak mogłaby nie, kiedy patrzył na nią w ten sposób. To była jedna z najbardziej magicznych nocy w jej życiu, zamierzała do niej często wracać, nie wątpiła, że tak się będzie działo, tak samo, jak do tych innych wspomnień, sprzed lat, kiedy byli swoimi przyjaciółmi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
19.02.2026, 21:25  ✶  
Chociaż jeszcze przed chwilą byliśmy na zewnątrz, zaśnieżony świat poza wieżą praktycznie dla mnie nie istniał, nie było jutra, nie było konsekwencji, nie było tych wszystkich powodów, dla których powinniśmy byli stać po przeciwnych stronach, był tylko półmrok, śnieg za oknem, my razem - nie „obok siebie”, nie… Cokolwiek innego. „Razem” - w tym najprostszym możliwym sensie - naprawdę, nie gdzieś obok, nie po drugiej stronie niewidzialnej linii, którą sami kiedyś narysowaliśmy, tylko dokładnie tu, tak blisko, że wystarczyło przesunąć dłoń o kilka centymetrów, żeby poczuć ciepło jej talii pod palcami, chociaż jeszcze kilka godzin temu wszystko wydawało się dużo bardziej skomplikowane, praktycznie nie do przeskoczenia. W tej chwili nie wahałem się ani przez ułamek sekundy, tylko przyciągnąłem ją bliżej, od razu po zatrzaśnięciu ciężkich drzwi, bez żadnego konkretnego powodu, poza tym, że mogłem to zrobić, bo najwidoczniej oboje tego chcieliśmy. Moje dłonie zacisnęły się lekko na materiale nietoperzowego swetra, przesuwając sploty włóczki pomiędzy palcami, jakbym obawiał się, że jeśli wpuszczę go zbyt szybko, to cała ta chwila okaże się wyłącznie oniryczną fantazją podszytą alkoholem, majakiem po zbyt dużych ilościach soku dyniowego z wkładką, i stojąca przede mną dziewczyna zniknie w chłodzie słabo oświetlonego pomieszczenia, rozpływając się w ciszy, udowadniając mi, że to wszystko to był tylko sen.
A przecież to było realne, musiało takie być, nawet tego nie kwestionowałem, nie próbowałem dopatrywać się w tym niczego, prócz naszych wspólnych pragnień i może odrobiny tej świątecznej magii, którą zazwyczaj ironicznie wyśmiewałem, a dziś poczułem w każdej komórce mojego ciała. Gdyby to była tylko gra, jedno z nas już by się wycofało, jak zawsze, a my staliśmy tu, jakby ta wieża była centrum wszechświata - byłem pewny, że to coś znaczy, czułem to w sposobie, w jaki oddychała moja Pruey, w tym, że nie cofnęła się ani o krok - spoglądałem na nią z bliska, naprawdę z bliska, jakbym próbował nauczyć się jej twarzy na nowo, mrugając tylko w chwilach, gdy naprawdę musiałem to zrobić. Była taka sama i zupełnie inna jednocześnie, znajoma w sposób, który zazwyczaj zarazem bolał i koił, lecz dzisiaj przynosił wyłącznie ciepło. Pamiętałem, że wieża astronomiczna zawsze była najzimniejszym miejscem w całym zamku, ale tej nocy nie czułem chłodu - albo przestał istnieć, albo brandy skutecznie go zagłuszyła, zamieniając zimowy ziąb w coś odległego i nieistotnego. Uśmiech nie schodził mi z twarzy - ten głupi wyraz, którego nie potrafiłem powstrzymać, nawet gdybym próbował - alkohol krążył mi w głowie, popychając mnie do przodu, każąc mi mówić rzeczy, których normalnie bym nie powiedział, ułatwiając wiarę w prawdy, które normalnie rozebrałbym na czynniki pierwsze, aż przestałyby mieć sens. Czułem go w krwiobiegu, w ciepłym pulsowaniu w skroniach, w tej bezczelnej odwadze, która podsuwała mi słowa szybciej, niż rozsądek zdążył je zatrzymać.
Zaśmiałem się cicho, kiedy Prudence przytaknęła wypowiedzianym przeze mnie słowom, rzecz jasna, nawet przez chwilę nie wahając się dodać coś od siebie, bo przecież zawsze tak miała, raczej nie zwykła tłumić w sobie komentarzy na temat mojego czy naszego zachowania - w tym momencie nie byłem pewien, czemu przez ostatnie lata uważałem to za irytujące, skoro właśnie tak wyglądała wartka rozmowa, polegała na szczerych reakcjach i szybkich spostrzeżeniach - i pokręciłem lekko głową, bez słów, komentując tym samym naszą opieszałość. Nie czułem się zobowiązany potakiwać oczywistości, ja również cieszyłem się z pójścia po rozum do głowy, jak dzieciak, nadal nie odsuwając się ani o centymetr. Moje dłonie wciąż spoczywały na jej talii, jakby to była ich naturalna pozycja, jak gdyby należały tam od zawsze, a wszystko inne było tylko pomyłką lub odroczeniem.
- Wiesz... wiesz, sss-so cojes’ jesst... Cojesst najjjlep... najlepsze? He? Najlepsiejsze? - Zapytałem cicho, nachylając się trochę bliżej, nasze nosy prawie się zetknęły, ale tym razem nie złożyłem pocałunku na jej ustach. Sekundę później odsunąłem głowę o kilka centymetrów - tak, że mogłem przyjrzeć się twarzy Prue, temu, jak na mnie patrzyła, jakby naprawdę mnie widziała, nie tę wersję, którą pokazywałem wszystkim innym, nie tę zbudowaną z kpiny, sarkazmu i chłodu, tylko tę wcześniejszą, tę, którą znała, zanim nauczyłem się być kimś, kto potrafił ją odepchnąć i nie okazać, jak bardzo go to też zabolało. - Żenic... Nic się właś-cie… Że nizz’ się w’aściwie nie zmien’ło. Dalej tu ’steeś. Blisko. I jaaa też. - To nie była do końca prawda, zmieniło się wszystko, ale w tej chwili byłem absolutnie przekonany, że to tylko szczegóły techniczne. Właśnie dlatego uśmiechałem się jak idiota - to był ten uśmiech sprzed naszych problemów i nieporozumień, sprzed gniewu, sprzed dumy, sprzed momentu, w którym nauczyliśmy się ranić precyzyjniej niż ktokolwiek inny.
- Zaczęliśmy dobrze, p-potem się... Popsło, ale dalej’steś... No, tobą. Jesteś tak-taka bystra, a taki z ciebie głuptas… Tak na mnie... Tymi oczami... Paczysz... Jakbyś wiedziała o mnie... Wszystko. Takie rzeczy... Nikt inny... Nikt nie ma fstępu... Nikt nie mapra-a, nikt nie ma prawa wiedzieć, słońce - wyszczerzyłem się trochę bardziej krzywo, przesunąłem palcami po jej boku, trącając ją lekko palcami, z rozbrajającą bezczelnością kogoś, kto zapomniał, że powinien się powstrzymywać przed dotykiem - a ty… Ty c’esz. Byś mogła. Iii nadddal m-mnie to trochę psze’raża, a trochę… Nakręca. Kręcisz m-mnie. Cholernie… Fsz’systkim. Fieszto? Oshym... Oshym to… Wyglądasz... U-uroczo wt’ych rogach, seriooo, tak… No… - Uniosłem brwi, wymownie odchrząkując, jakbym nagle zapomniał języka, którym posługiwałem się przez całe życie. Zaśmiałem się pod nosem, krótko, kręcąc lekko głową, bo wszystko wirowało - wieża, noc, ona, najbardziej ona - i nie byłem pewien, czy to alkohol, czy fakt, że stała tak blisko, więc z pewnością doskonale wiedziała, o czym właściwie mówiliśmy. To było wyznanie, na które nigdy nie pozwoliłbym sobie na trzeźwo, jednak teraz wydawało mi się to całkiem… Normalne.
Przesunąłem jedną dłoń wyżej, na plecy Prudence, czując pod palcami ciepło jej ciała bijące przez materiał, i przez chwilę po prostu tak zostałem, nie ruszając się, bo nawet ten sam ten dotyk był dla mnie wystarczającą odpowiedzią na wszystkie pytania, których nigdy nie zadaliśmy na głos. Nie potrafiłem przestać do niej lgnąć, odsunąć się, odejść, zresztą, nawet gdybym spróbował, nie sądziłem, żeby moje ciało mnie posłuchało. Wszystko we mnie było zbyt rozproszone, zaabsorbowane samym faktem, że miałem ją tu, tuż obok siebie, w ramionach, i że patrzyła na mnie w ten sposób, jakby nic nie było między nami zepsute, a te wszystkie kłótnie były tylko nieporozumieniem, które można było strząsnąć z ramion, jak śnieg po powrocie z tarasu widokowego. Patrzyłem na nią z bliska, naprawdę patrzyłem, nie przez pryzmat dawnych uraz, nie przez filtr dumy ani tej idiotycznej potrzeby, żeby zawsze mieć przewagę - jej oczy były inne, spoglądały na mnie z zupełnie nowym blaskiem, albo może zawsze takie były, tylko wcześniej nie pozwalałem sobie tego zobaczyć? Ją z pewnością nigdy nie chciałem gromić jej nienawistnym wzrokiem, to nie leżało w żadnym miejscu na liście moich skrytych potrzeb. Ten wieczór rozbroił we mnie coś, co przez lata siedziało napięte, nie czułem już ciężaru własnego nazwiska, nie czułem ciężaru przyszłości, która zwykle wisiała nade mną jak wyrok, czułem za to całą masę innych rzeczy - nowych, ale niezupełnie nieznanych - i coraz bardziej chciałem odkryć wszystko, co kryło się dziś w ciemności, co miała nam do zaoferowania ta świąteczna noc, nawet jeśli zupełnie nie wiedziałem, do czego mogło nas to doprowadzić. Nie myślałem o tym ani trochę, po prostu delektowałem się prostotą tej chwili, zupełnym brakiem napięcia i ciężkości.
Moje dłonie spoczywały na talii Prue tak pewnie, naturalnie, jakby wszystkie te lata były tylko niepotrzebnym objazdem, długą, absurdalną pętlą prowadzącą dokładnie do tego miejsca. Czułem pod palcami nitki tego samego swetra, w którego ręcznie robiony wzór wgapiałem się kątem oka przez pół wieczoru, teraz wreszcie mogąc przekonać się, jak bardzo był miękki. Nie odepchnęła mnie, odwzajemniała pocałunki, nawet w półmroku dostrzegałem jej rumieniące się policzki, i to było najbardziej przekonującym argumentem za dalszym dotykiem, jaki kiedykolwiek dostałem.
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się szerzej, beztrosko, szczerze, tak jak nie uśmiechałem się do niej od lat. Alkohol zdjął ze mnie wszystko to, co zwykle pilnowało moich ruchów, moich słów, mojego oddechu - zostawił tylko mnie - tego mnie, którego znała wcześniej, ale może też nie do końca. Tamten dzieciak zdecydowanie nie postanowiłby tak bezczelnie sięgać po usta swojej przyjaciółki, to nie było to samo, co kiedyś, i wcale tego nie żałowałem.
Uniosłem dłoń i odgarnąłem pasmo włosów z jej twarzy, powoli, z jakąś dziwną koncentracją, nie próbując ukryć, iż w tym momencie to była najbardziej skomplikowana czynność, jakiej się kiedykolwiek podjąłem. Moje palce zatrzymały się na chwilę przy jej kości policzkowej, nie dlatego, że musiały, tylko dlatego, że chciałem mieć jeszcze jeden powód, żeby jej dotknąć.
Stałem przed nią i wszystko wydawało się nagle możliwe w ten sposób, w jaki możliwe są rzeczy tylko wtedy, gdy jest się wystarczająco pijanym, żeby nie widzieć granic, i wystarczająco szczęśliwym, żeby ich nie potrzebować. Uśmiechała się, zadzierając podbródek w ten sposób, o którym zdarzyło mi się myśleć, wyobrażając sobie coraz bardziej otwarte pocałunki, które teraz stawały się rzeczywistością, smakując jeszcze lepiej niż w jakiejkolwiek fantazji - to było najgorsze i najlepsze jednocześnie - mój wzrok zatrzymał się na jej twarzy, na ustach, które jeszcze chwilę temu całowałem, na policzkach zaróżowionych od zimna i alkoholu, i w końcu na tej czapce, która zsunęła się odrobinę, gdy poprawiłem tamten pukiel włosów. Parsknąłem cicho pod nosem, rozbawiony, nie mogąc tego nie zrobić, szczególnie, że przecież jakiś czas wcześniej dywagowaliśmy na temat tego idiotycznego nakrycia głowy, nie musiała nawet próbować mi go kraść, już należało do niej i wyglądała w nim zatrważająco uroczo. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz śmiałem się tak bez powodu, nie z czyjegoś błędu, nie z czegoś celowego, nie jako element gry, nie jako broń. Po prostu śmiałem się, bo ona tu była, bo patrzyła na mnie w ten sposób, jakbyśmy nigdy nie zmarnowali ani jednego dnia, ani jednej chwili na bycie kimś innym niż tym, kim byliśmy naprawdę. Znowu prychnąłem cicho, tym razem bardziej z niedowierzania niż z rozbawienia, i pokręciłem głową, jakbym próbował oprzytomnieć - chociaż w rzeczywistości przecież wcale nie miałem takiego zamiaru, pozwalając sobie na tę bliskość, bez żadnych zahamowań, bez tego ciągłego pilnowania się, które przez ostatnie lata było moim głównym odruchem w stosunku do niegdysiejszej najlepszej przyjaciółki - teraz nie pilnowałem niczego, nie chciałem już tego robić.
- Wiesz, że za kilka dni bę’zie nowy rok? Nasz... Nasz fszyssskich. Ostatni. Nasz ostatni, mała. Kończymy to. Konieeec buddy... Fffinito. Koniec... Koniec tych g-głupich podchodów. Koniec bycia bucem. Byłem b-bucem, nie? Przepraszam... W chuju mam to, co powiedzą inni. - Powiedziałem nagle, z tym samym głupim zachwytem, który nie miał w sobie nic z arystokratycznej powagi, którą zwykle nosiłem jak coś pomiędzy wyjściową szatą a zbroją. - Mam to w chu... W głębokim powaa-ważaniu, co powie s-stary i fszyscy. S-srututu... Mam to teraz f’huju. F’dupie to mam. Jebać to. ’steeś. Moja. Paczysz na mnie tymi... tymiozami i… Da-daj się złapać, no... Fiesz, że chcę cię złapać? Jak k-kafla. Nieee, nie jak kafla. Za rękę, jak za dzieciaka, ale… Fiesz. Możem być głu-upi razem?
„Nowy rok, nowe szanse i nadzieje”, niemal cały nasz świat wierzył w magię kalendarza, w te wszystkie daty, które rzekomo miały coś zmienić - ja wiedziałem, że to kłamstwo, zawsze drwiłem z ludzi, którzy wiecznie czekają na zlepek paru cyferek, by zacząć od nowa, jednak tutaj, w tej jedynej chwili, mój cynizm zniknął. Będąc tu teraz, sam uległem temu złudzeniu dziecinnej łatwości zamknięcia czegoś wraz z końcem kalendarza i tym samym uzyskania możliwości zasłużenia sobie na zupełnie świeży start wyłącznie dzięki podjęciu decyzji przed zerwaniem pierwszej nowej kartki. Zupełnie nie myślałem o tym, jak bardzo zawsze wyśmiewałem wiarę w nowe otwarcia, powtórne początki, ponieważ tej nocy, czując ciepło miękkich ust na upojonych nim wargach, przestałem być sceptykiem. Moje dłonie zatrzymały się na plecach Prue, nie robiąc nic więcej, tylko trzymając ją z tą leniwą pewnością, że mieliśmy dla siebie cały czas świata.
- Bo może tooo b-bszmi jak kiepski slogan, ale… Jesteśmy dorośli. Możem… Możemzrobić fszystko… Co k-kcemy… Fiesz to? - Urwałem, bo tej nocy jednocześnie brakowało i nie brakowało mi słów, język plątał się, jak chciał, a myśli pojawiały się i znikały, nie bacząc na to, czy przybrały właściwe formy. Przesunąłem ręką po jej ramieniu, powoli, bez pośpiechu, zatrzymując ją na jej karku, gdzie skóra była ciepła i miękka, zupełnie niepasująca do zimnej, kamiennej wieży. - Możem… Czego byś kciała? Powiedz tylko. Mogę ci dać... Fszystko. Tylko poe’c... Po’edz mi, czego cesz. Wszystko ci... Kupię, wyczaruję, ukradnę. Tylko poe'c. - Dodałem ciszej, patrząc jej w oczy, pochylając się i znowu muskając jej dolną wargę, bardziej drażniąc niż całując, jakbym chciał sprawdzić, czy naprawdę tu była, czy nie zniknie, jeśli przestanę jej dotykać. - Pooe-e’c. Poe’c mi… Po prostu poe’c, czego pragniesz. Tylko jenne s-słowo. Albo ociaż mrugnij. Merlinie, t-ty tak... Tak s-słodko paczysz. Ugh, chciałbym cię schrupać, s-serio… D-damci fszystko, tylko-mi-poe’ć... sss-słowo-ohonoru. - Powiedziałem to z tą samą bezczelną szczerością, która tej nocy wydawała się jedyną możliwą formą istnienia, to było najpiękniejsze kłamstwo, w jakie wierzyłem - albo może wcale nie było kłamstwem, tylko noworocznym życzeniem wypowiedzianym odrobinę zbyt wcześnie - było też tak strasznie proste, tak absurdalnie jasne, że aż obraźliwe wobec wszystkich lat, które zmarnowaliśmy na udawanie, że najchętniej zepchnęlibyśmy się nawzajem z klifu. Nie zachowywałem się normalnie, wiedziałem o tym, ale wcale nie chciałem wracać do tego, co było wcześniej. Pragnąłem tej zmiany, wspólnego siedzenia pod drzewem na błoniach, obejmowania się ramionami, spotkań po meczach i treningach, cholera, nawet przesiadywania razem w bibliotece nad ostatnimi nudnymi esejami - chciałem tego wszystkiego, a przede wszystkim - pragnąłem wiedzieć jedno.
- Oczym... Oczymteraz mślisz? O czym mślisz? Bo ja tylko o jednym... - Zapytałem w tej samej chwili, w której przyszło mi to do głowy, uśmiechałem się przy tym, ale w moim głosie było coś upartego, coś pewnego, coś, co nie zamierzało przyjąć żadnej wymijającej odpowiedzi, przynajmniej, dopóki nie zorientowałem się, w jaki sposób zabrzmiały moje słowa - wtedy odrobinę straciłem rezon, bujając się na piętach butów i starając się to poprawić. - Znaczy się... Nie. Nie-nie. Nie bierz mnie za prymitywa. Aż tak fstawiony nie jestem... Chyba. Nie zaleszy mi na tym, szebyśmyy, zna’szy na tym teeeż, bo tak stoisz… I tak pachniesz… Truskawkami? Biblioteką? I Merlinie, to napięcie mnie wykończy… Choc’iaż… Ale… Jasne, że o tym teeeż myślę, b-bardzo... Bo pachniesz... Ale mślisz o śnieżycy? Pizga tam, co? A tu ciepło... Ff-iesz, jak mi gorąco? Ale… J’eju... Ale... Ale m’yślę o czymś jeszcze. Ale… Zafszetobyło… Bo s-strasznie fciągasz, wiesz? I tak p-pachniesz... Merlinie, t-tak bardzo p-pachniesz… - Wziąłem głęboki oddech, próbując wrócić do wcześniejszej myśli. - Myślisz o tej śniiżysy na zewnącz? - Wbiłem w nią wzrok, przechylając lekko głowę, chociaż obraz trochę mi uciekał. - Czy jes’eś mądrzejsza ode m-mnie i k-kminisz tylko o tym... Jak f-fpytę mamy szczęśe... Że mnie właśnie całujesz? - To było bezczelne, zaczepne, może trochę narcystycznie brzmiące, ale tym razem to nie była kalkulacja - nie była to jedna z tych rzeczy, które mówiłem, żeby coś osiągnąć, sprowokować reakcję - to był żart, czysta, pijana wiara w to, że skoro już tu dotarliśmy, w końcu przestaliśmy uciekać, to tym razem nie zniszczymy tego zbyt wieloma zbędnymi myślami.
- Wiesz, s-so mślę ja? S-so mśli t-twój najjjlepszy rzucacz? Najlepszy, taa-ak... Powiec, że taaaa-k. - Nie czekałem, aż zapyta, przesunąłem nosem wzdłuż jej skroni, wdychając zapach jej włosów, pozwalając sobie na tę chwilę bez żadnych zabezpieczeń, bez żadnej ostrożności, której trzymałem się przez całe lata. - Myślę, że sspę’ziliśmy zbyt wiele czasu, u’ając ludzi, którymi nigdy nie byliśmy. Ja nie jessstem taki... Ja chcę cię ty’ko złapać. Jestem naj’lepszym ścigającym, nie? Nawet, jak sam ssię wj-wje-bałem w obrętsz… To daj się... Daj się sssłapać? - Patrzyłem na nią tak, jak patrzyłem kiedyś, bez dystansu, który zamieniał każde nasze spotkanie w pojedynek zamiast w rozmowę, i nagle nie rozumiałem, po co to wszystko było - po co te wszystkie ostre słowa. Po co to udawanie, że jej nie potrzebowałem. Po co to teatralne przekonanie, że było mi wszystko jedno. Nie było, nigdy nie było.
- Złapałem tyle kafli w tym sezonie, ale… Chciałbym cię ts’ymać za rękę, jak kiedś… Masz... Masz zimne łapki. Chłodne. Wsadź je... No, pod moją koszulę. Ogrzej się o mnie, jestem gorący jak... Nie wiem co. Mo’esz mnie dotykać, fszędzie, jak chcesz, nie gryzę... No, chyba że chcesz. Ja chcę, żebyśmy-my… Bo cię lubię. Masz tę czapkę z rogami, śmiesznie wyglądasz... Ale wiesz, w czym wyglądałabyś lepiej? O’błędnie. W moim szaliku. Albo w mojej koszulce meczowej. Chcę cię widzieć w moich barwach, we fszystkim, co moje. Wieszssso, Sunny… Fiesz o tym... Na pewno. Fszystko fiesz, ale… Sssuchaj mnie… Chchcę cię mmieć ppszy, fieszssso, fiesz... Sssso… Ten niebieski... Ravenclaw ma beznadziejne kkolory… Niebieski jest nudny… Llepiej byś fygla-fygla-dała na meszach… Ffiesz jak ssmu’no mi ttam bez ciebie? I wieszssso? Złoto fiesz... Złoto z czerfienią lepiej do ciebie pasują… - Zupełnie nie pilnowałem tego, co opuszczało moje usta. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz czułem się tak lekki w jej obecności - tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wszystkie te ciężkie, bezużyteczne ciężary, które nosiłem za długo, całą tę starannie zbudowaną obojętność, którą traktowałem jak drugą skórę, bo łatwiej było udawać, że nic nie czuję, niż przyznać, że czułem wszystko naraz. Teraz nic z tego nie zostało - została tylko ona i ja, i to absurdalne, cudowne poczucie, że świat wreszcie przestał być przeciwko temu czemuś, co zawsze między nami istniało, tylko zmieniało intensywność. Parsknąłem cicho, bardziej rozbawiony niż zirytowany - całe te nasze pojedynki, spojrzenia, wszystkie momenty, kiedy jedno z nas wychodziło z pokoju tylko dlatego, że drugie tam było - to wszystko było zupełnie niczym wobec kilku kwadransów świątecznej rozmowy w samym środku śnieżnej nocy, no i może jeszcze paru głębszych, bo przecież nie dało się ukryć ich wkładu w pierwsze kroki naszego sojuszu.
- Sommplikowaliśmy to. A fystarczyło tylko cię p-pocałować. I fszystko inne też wystarczy. - Cmoknąłem ją krótko, niemal zaczepnie, w sam środek nosa. - I to. - Jeszcze raz, tym razem wolniej, skupiając się na trafieniu w kącik miękkiej, lekko opuchniętej dolnej wargi dziewczyny. - I to. - Pocałowałem ją znowu, bez planu, bez strategii, bez wahania zasypując ją drobnymi pocałunkami - po włosach, czapce i po twarzy, nie próbując nic osiągnąć, tylko ponownie ją rozbawić.
Po pięciu, dziesięciu, a może piętnastu chaotycznych muśnięciach, zupełnie bez jakiejkolwiek koordynacji, odsunąłem się odrobinę, z tym czymś wymalowanym w oczach, co gdzieś we mnie przetrwało, mimo że przez ostatnie lata robiłem wszystko, żeby zdusić w sobie wszystkie cieplejsze reakcje.
- Chcę z ttobą fyyyść… Nie dlate’o, że ssię naje’ałem… Tylcho, nooo. Słowo honoru, bez ściemy.
Dotychczas wszystko między nami było strategią - kto pierwszy spojrzy, kto pierwszy ustąpi, kto powie coś ostrzejszego - teraz miałem wrażenie, że wygraliśmy coś znacznie lepszego niż kolejną potyczkę. Wygraliśmy chwilę, w której nie trzeba było udawać, więc nie zamierzałem tego robić.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
20.02.2026, 12:20  ✶  

Miała wrażenie, że czas się zatrzymał, że istniała tylko ta wieża astronomiczna i oni. To było naprawdę przyjemnym uczuciem, świadomość, że nikt, ani nic nie może w to ingerować. Być może było to tylko i wyłącznie wynikiem drobnego upojenia alkoholowego, przypadkowego spotkania w tym miejscu, jednak nie doszłoby do tego, gdyby faktycznie nie reagowali na siebie podobnie. To coś między nimi wisiało w powietrzu od lat. Bronili się przed tym, ale wystarczyła odpowiednia chwila, nieco burbonu, a oni w końcu przekroczyli granicę. Wyjątkowo nie miała nic przeciwko temu, dzisiaj nie rozmyślała, nie rozkładała wszystkiego na czynniki pierwsze i czuła, że to jest właściwe, że tak miało być. Była szczęśliwa, jak nigdy wcześniej. Świat wydawał się być miękki, ale przy tym okropnie przyjemny. Dawno nie czuła takiej lekkości.

Nie musiała udawać, że go nienawidzi, rzucać w niego tymi zimnymi spojrzeniami, mogła w końcu robić to, na co faktycznie miała ochotę, najwyraźniej nie tylko ona, bo przecież do tego co się między nimi działo potrzeba było dwojga, a on również wydawał się być zupełnie inny niż na co dzień. To było miłą odmianą, naprawdę miłą, chciałaby zostać w tej wieży na zawsze, mogłaby tak tkwić między jawą, a snem, wydawało jej się to całkiem właściwe. Wierzyła w to, że jest z nią szczery. Nie zachowywałby się w ten sposób, gdyby to była kolejna sztuczka, kolejna próba manipulowania nią, nie patrzyłby na nią w ten sposób. Naprawdę nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

Prue nie zachowywała się w ten sposób, nie miała w zwyczaju robić czegoś bez zastanowienia, tym razem było jednak zupełnie inaczej. Zresztą przy nim to było całkiem normalne, potrafił powodować, że nie zastanawiała się nad konsekwencjami swoich czynów, robił to kiedy byli dzieciakami, robił to też później, gdy szukała sposobów, aby uprzykrzyć mu życie, robił to też teraz, kiedy zupełnie nie myślała o tym, do czego to może doprowadzić, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że w końcu będzie normalnie, że faktycznie mieli szansę po tym do czego między nimi dzisiaj dochodziło na coś dobrego. Nie mogło być inaczej, nie czułaby przecież takiej lekkości.

Nie mogła odmówić sobie komentarza, nie należała do osób, które to robiły, przynajmniej kiedy była z kimś blisko. Zazwyczaj bowiem mimo tego, że dostrzegała wiele, to stała z boku i nie wtrącała się zbytnio gdy nie chodziło o nią. Inaczej wyglądało to, kiedy sprawy dotyczyły jej zachowania, czy tych na którym jej zależało. Mogła udawać, że tak nie było, grać, jednak od najmłodszych lat miała do niego sentyment, okazywała to w różne sposoby, w zależności od tego, czego akurat wymagała sytuacja. Nawet w nienawiść do jego osoby angażowała się bardziej niżeli do kogokolwiek innego. Gdyby tak nie było to byłaby obojętna, ignorowała jego zagrywki.

Czy wiedziała co było najlepsiejsze? Zmrużyła nieco oczy i zmarszczyła nos, próbując znaleźć odpowiedź na zadane przez niego pytanie. Starała się nie ruszać, chociaż świat wokół niej się rozmywał i odrobinę wirował, dłonie, które trzymał na jej talii jednak całkiem skutecznie przytwierdziły ją do podłoża. Nie mogła przestać skupiać się na tym dotyku, przynosił bardzo przyjemne ciepło, on zawsze nim emanował.

Co było w tym wszystkim najlepsze? Być może to, że w końcu nie musiała się przy nim pilnować, że mogła zdjąć tą niewygodną maskę, mogła z nim rozmawiać jak wcześniej, a nawet pozwolić sobie na coś więcej, mogła patrzeć się w jego oczy bez zastanawiania się nad tym, czy ją na tym przyłapie? Nie wiedziała, nie miała pojęcia, co było najlepszym z tego wszystkiego. Trudno byłoby jej wybrać jedną rzecz, czuła, że to wszystko, całościowo było najlepszym, co mogło jej się przytrafić.

Uśmiechnęła się, kiedy się odezwał. To brzmiało trochę jak jej przemyślenia. - Ty tu esteś i jeeestem ja. Prossste. - Pokiwała jeszcze głową, aby potwierdzić swoje słowa. Tak, byli tu razem, ciągle wokół siebie krążyli, nie sądziła, aby miało się to zmienić, traktowała to raczej jako jedną z nielicznych stałych w swoim życiu.

- Potem, potem to sięnieliczy. Jest teraas, terasieliczy. - Nie wydawał się jej istotny ten kilkuletni epizod kiedy ziali do siebie nienawiścią, to nie miało znaczenia, skoro poszli po rozum do głowy, nie było po co tego roztrząsać, do tego wracać, skoro już wszystko było dobrze. To miało być dobrze, na pewno nie wrócą po tym, co się dzisiaj wydarzyło do tego, co działo się wcześniej. Wydawało jej się to bardzo logiczne, najbardziej logiczne na świecie, bo przecież w tej chwili wszystko było takie proste i miłe i przyjemne. Nie mogło być lepiej, a po co psuć coś co było właśnie takie?

- ale to przessiebie, przesiebie zostałam głuptasem - Łatwo jej było uwierzyć w to, że stała się dla niego ciężarem, bardzo dobrze grał w tę grę, i chociaż nie chciała w to wierzyć, to kiedy zachowywał się w ten sposób to łatwo było jej to uznać za prawdziwe. - chciałabym wiedzieć wszyssssstko, ale nie wiem, nawet jak paczę to nie wiem nic. - Próbowała go rozgryźć, ale nie potrafiła tego zrobić, miała wrażenie, że przestała go znać, ale to nie było prawdą po prostu całkiem nieźle się ukrywał, na szczęście już wiedziała, jak to wygląda.

Poruszyła odrobinę głową, gdy wspomniał o tych rogach, chciała nimi poruszyć. Piekły ją policzki, bo mówił o tym, że mu się podobała i chyba nie kłamał, nie spodziewała się, że ktoś taki jak ona, może się wydawać atrakcyjny, nie dla niego. - Terass już wjjem. - Wszystko jej przecież powiedział, to wiedziała, co nie zmieniało faktu, że było to dla niej całkiem nowe, jednak nie wydawało się niewłaściwe. Naprawdę wierzyła w to, co do niej mówił, nie mógłby przecież tak doskonale kłamać.

Potwierdzeniem jego słów były kolejne pocałunki, które smakowały jak coś zakazanego, a jednocześnie najbardziej właściwego na świecie. Zatracała się w nich, bo mogła, czuła na swojej talii jego palce, później na plecach, ich ciepło przebijało się przez materiał swetra. Nie spodziewała się, że kiedyś będą mogli zbliżyć się do siebie w ten sposób, to nie tak, że  się nad tym nie zastanawiała, łapała się na podobnych myślach, kiedy dyskretnie go obserwowała, intrygowało ją to, jak smakowały jego usta, jak to by było ciągle być gdzieś obok, czy mieliby szansę sięgnąć po coś więcej. Nie mogła odpędzić od siebie tych myśli, choć wiedziała, że nie są właściwe, że nie powinna w ogóle pozwalać sobie na podobne koncepcje, nie była jednak w stanie z tym walczyć, to pojawiało się wbrew rozsądkowi. Teraz dostawała odpowiedzi na te wszystkie nurtujące ją pytania, wiedziała już jak to jest go całować, jak to jest znajdować się tak blisko niego i to przerosło jej oczekiwania, nie spodziewała się, że może być aż tak przyjemnie, aż tak dobrze, zwłaszcza, że nie zabijał jej już spojrzeniem, tylko patrzył jak na kogoś naprawdę wyjątkowego.

- Wiem, sssczekałam na to. - Odliczała dni, miesiące do końca roku szkolnego. Nie chciała dłużej chodzić do szkoły, wierzyła w to, że kiedy opuści mury Hogwartu w końcu łatwiej będzie jej się odnaleźć. Nie przepadała za tym miejscem, jasne radziła sobie nie najgorzej ale było tu wielu ludzi, którzy spoglądali na nią nieprzychylnie z racji na to, iż trochę odstawała od reszty. Ponoć dalej miało być inaczej, naprawdę w to wierzyła. - Troszkę byłeś... tak ooo. - Wyciągnęła przed siebie dłoń, zmrużyła przy tym oczy i pokazała coś na kształt niewielkiej odległości między palcami. - Oooocupinkę. - Dodała jeszcze, gdyby jej do końca nie zrozumiał. - ale ja teszniebyłam miła. - Oczywiście, że nie zamierzała udawać, że było inaczej, miała swój osobisty wkład w to, jak wyglądała ich relacja. - Ja nie latam, nie latam jak kaffel. - Nigdy nie rozumiała tych jego odniesień do qudditcha, to pewnie nie miało się zmienić, nigdy nie miało się zmienić. - Nie musisz mnie łapaśśśś, tu jestem przecież. Nie chce ussssiekać. - Jak w ogóle mógł sobie tak o tym pomyśleć. No stała tutaj, była w tej wieży z nim, nie chciała uciekać. Podobała jej się ta zmiana. Podobało jej się to, że sugerował, że to nie na chwilę, że faktycznie coś miało się zmienić, bo dlaczego by nie. Był taki odważny, chciał się postawić ojcu, dla niej? Niesamowite. - Jebaś wszyskich. - Dodała całkiem rezolutnie i pokiwała przy tym twierdząco głową. To brzmiało, jak sprytny plan, bardzo sprytny, na pewno musiał wypalić. Nic nie mogło przecież stanąć im na przeszkodzie, nie teraz, już nie. Byli dorośli, mogli robić to, na co mieli ochotę, argumenty Wish'a naprawdę do niej przemawiały. - Już jesteśmy głupi razem. - To się działo, nie musieli niczego zmieniać, to już trwało i wydawało jej się, że nie ma odwrotu, nie chciała, żeby był, dawno nie czuła się przecież tak lekko. Naprawdę jej się to podobało.

Było to całkiem odważne postanowienie noworoczne, jednak wcale go nie podważała. Nie miała w zwyczaju w ogóle robić takich rzeczy, raczej kiedy chciała coś zmienić robiła to od momentu, w którym w ogóle pojawiała się taka myśl, ale w tej chwili nie uznawała tego za coś głupiego, to brzmiało całkiem rozsądnie. Ten rok miał być tym, kiedy naprawdę wiele miało się zmienić, opuszczali szkolne mury, zaczynali dorosłość, fajnie byłoby mieć kogoś kto mógł w tym towarzyszyć, naprawdę fajnie, jeśli miałby to być właśnie Wish.

- Aleee, aleeee - Musiała mu wejść w słowo, ponownie zmrużyła przy tym oczy, coś właśnie przetrawiała. Niby dlaczego miał jej dawać cokolwiek, przecież nie dlatego chciała być obok niego, z nim. Nie o to jej chodziło. Nie musiał jej nic dawać, niczego nie potrzebowała poza tym, że po prostu był. - Nie chseniszego. - Starała się zabrzmieć bardzo pewnie, chociaż słowa nieco jej się plątały, wychodziły też z jej ust szybciej niż normalnie. - Jaa nie chseeee niszego. - Powiedziała wolniej, żeby mieć pewność, iż to do niego dotarło. - NIC NIEEE CHCE. - Jeszcze raz, dużymi literami, żeby wiedział na pewno.

- Nie musisz mi niszego dawać, bądźź tu poprossu. - No, to by było na tyle. Nie miała żadnych pragnień, nie chciała niczego, wystarczyło, żeby po prostu przy niej był, w taki sposób, bez masek, taki jaki był naprawdę. To było jedyne, na czym jej w tej chwili zależało.

Dużo pytań, dużo informacji, musiała jakoś za nim nadążyć, zapomniała jak szybko potrafił zmieniać temat, jak szybko przeskakiwał między nimi, rozmywający się świat jej tego nie ułatwiał, próbowała się skupić, żeby nie pozostać w tyle, ale to wcale nie było takie proste. Pociągnęła nosem, próbując sprawdzić, czy faktycznie pachniała tak jak mówił, nie wydawało jej się, nigdy nie zwracała na to uwagi, ale on tak, pewnie to było coś takiego, jak to, że on często pachniał wiatrem, słońcem i atramentem. Ludzie tak mieli, tylko nie zwracała uwagi na zapachy jakie roztaczali wszyscy, ten jego potrafiła rozpoznać.

- Nigdy nie naswałabym się prymitywem. - Zaprzeczyła całkiem głośno, co to to nie, skupiła się na tej części jego wypowiedzi, dopiero po chwili dotarło do niej, co mogło być tą jedną rzeczą o której myślał. Na jej ustach malowało się zdziwienie, ale czy powinno, przecież sama myślała o różnych rzeczach, niekoniecznie całkiem poprawnych. - Zapomniałam o śżnieszycy. - Bardzo łatwo było to zrobić, kiedy znaleźli się tutaj razem, chłód, który przynieśli z dworu został zastąpiony przez przyjemne ciepło, które niosły ze sobą jego dłonie, czy ciepły oddech, chcąc nie chcąc to na tym się skupiała, a nie śnieżycy, która szalała poza wieżą. - To drugie, bardziej, tosnaczy nie całkiem, dokładniej, wieższ, myślę otymsze, jest dobsze i fajnie i miło... i... - I zawiesiła na nim wzrok na dłużej, nie dokańczając swojej myśli.

- Najlepszy z najlepsiejszych, tak, comyszślisz? - Oczywiście, że chciała wiedzieć o czym myśli, oczywiście, że uważała go za najlepszego z najlepszych, nie mogło być inaczej, nawet jeśli zupełnie nie znała się na tym, czym zajmował się w wolnym czasie. Wiedziała, że był najlepszy, był najlepszy we wszystkim.

- Mogem? - Nie czekała na odpowiedź, bo w sumie dostała już zaproszenie, wiec chyba faktycznie mogła skorzystać z tej propozycji, jej palce, nieco chłodne wsunęły się pod jego koszulę i zatrzymały na brzuchu, ciepłym, umięśnionym, przymknęła na moment oczy, żeby za bardzo się na tym nie skupiać. Miała nadzieję, że nie odsunie się od niej przez ten chłód którym emanowała. - Tfojaaa koszulka byłaby jak sukienka, jesteś duuuszy, baaaaardzo duuuuuszy. - Najwyraźniej nie tylko jej brakowało tego, co kiedyś było oczywistością. Kiedy byli młodsi pojawiała się na wszystkich meczach, mimo, że tego nie lubiła, mimo, że nie znosiła tego całego latania na miotle za piłkami, robiła to tylko dlatego, że on grał w drużynie, a ona lubiła jego, więc to było całkiem prostym równaniem, że musiała siedzieć na trybunach i kibicować mu najgłośniej ze wszystkich. - Szalik jest ok, łatwiejszy, szalik moższe być, będę na boisku, to znaszczy na meczu, boisku njeee, ale przyjdę na szystkie. - Skoro tego chciał, jakże mogłaby mu tego odmówić. Jej palce bardzo powoli muskały jego skórę, nie była w stanie utrzymać ich w jednym miejscu, kiedy już znalazły się pod jego koszulą pozwoliła sobie nieco eksplorować jego ciało.

- Jusz szystko inne jest, dobrze juszzz jest. - Nie mogli nic zrobić z tym, że przez lata bardzo skutecznie trzymali się od siebie z daleka sprawiając sobie przy tym sporo przykrości, grunt, że udało im się dojść do porozumienia, wszystko wyjaśnić, wystarczyła jedna rozmowa podczas Yule, aby zmienili swoje nastawienie, to świadczyło samo za siebie, najwyraźniej ta nienawiść była bardziej na pokaz niż mogło się wydawać, przecież inaczej tak lekko nie przyszłaby im ta zupełna zmiana podejścia.

Roześmiała się w głos, kiedy jego usta trafiały po kolei w miejsca na jej ciele. Był taki uroczy, nie miała pojęcia ile muśnięć przed chwilą dotknęło jej ciało, ale było to naprawdę przyjemne, podobało jej się to podejście, podobała jej się ta zmiana, która między nimi zaszła, nie wyobrażała sobie, że może być między nimi, aż tak dobrze, że są skłonni zostawić za sobą wszystkie nieporozumienia, ale w tej chwili naprawdę wydawało jej się to prawdziwe, najbardziej prawdziwe ze wszystkiego, co wydarzyło się w jej życiu. Serce podskakiwało jej w klatce piersiowej, była podekscytowana tą zmianą, jaka między nimi zaszła.

Popatrzyła na niego, kiedy się odsunął. Wpatrywała się w chłopaka dłuższą chwilę. Trawiła w głowie jego słowa. Chciał być z nią? Tak na serio? Być, być, bez ściemy? Mrugnęła dwa razy. Naprawdę tutaj był, naprawdę to padło z jego ust. - Być ze mną? Tak serioserio być? - To brzmiało trochę jak coś co nie mogło się wydarzyć, chociaż w tej chwili, w tej chwili właściwie wszystko mogło się zdarzyć, więc może miało to sens. - Też chcę, tosnaczy nie ze sobąatobą. - Sprostowała, gdyby to nie było do końca jasne.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
22.02.2026, 04:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.04.2026, 21:14 przez Benjy Fenwick.)  
Piekło zamarzło, a ja razem z nim, chociaż wcale nie czułem mrozu, bo byliśmy już we wnętrzu zamku. Stałem na tej przeklętej, zaśnieżonej wieży, która nagle stała się najpiękniejszym miejscem w całym Hogwarcie, piękniejszym niż Wielka Sala w świąteczny wieczór, piękniejszym niż boisko do Quidditcha skąpane w słońcu. Patrzyłem na Prudence i czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach, rytmicznie, ciężko, podkręcona alkoholem i tym niewyobrażalnym, obezwładniającym szczęściem, które sprawiało, że czułem się nieśmiertelny. Wszystko inne - moje nazwisko, ten cholerny rygor, oczekiwania ojca, który pewnie teraz siedział w fotelu i planował własną i cudzą przyszłość, jak kolejny ruch na szachownicy - to wszystko przestało istnieć. Był tylko ten moment, miękki sweter pod moimi moimi palcami i dziewczyna, która patrzyła na mnie, jakbym naprawdę był kimś ważnym, a nie tylko aroganckim gówniarzem z dobrego domu.
Kiedy się zaśmiała i powiedziała, że tu jest i że ja tu jestem, i że to jest proste, poczułem, jakby kamień spadł mi z piersi - wielki, ciężki ostry głaz, który nosiłem tam od lat - zaśmiałem się cicho, czując, jak kręci mi się w głowie, ale tym razem to był ten rodzaj zawrotu głowy, który sprawia, że masz ochotę skakać z wieży, wierząc, że na pewno polecisz, nic gorszego.
Świat wirował, nie tak, jak po upadku z miotły, kiedy horyzont przechyla się niekontrolowanie, aż wreszcie grunt boleśnie uderza cię w potylicę, ale tak… Uśmiechnąłem się szeroko, czując tę niesamowitą, pijaną wolność - to było jak zrzucenie zbyt ciasnej szaty po całym dniu oficjalnego bankietu, wszystko to, co „powinienem”, nagle przestało istnieć. Patrzyłem na nią, a ona mrużyła te swoje mądre oczy, marszczyła nos tak, jak robiła to zawsze, kiedy próbowała rozwiązać jakieś cholernie trudne zadanie, tylko że teraz tym zadaniem byłem ja - ja i to, co wybełkotałem sekundę temu. Moje dłonie na jej talii... Merlinie, opuszkami palców czułem każdy splot zmrożonego, lekko wilgotnego od śniegu, wełnianego swetra, ale pod spodem było to ciepło, prawdziwe, pulsujące ciepło bijące od skóry dziewczyny, o której śniłem od czwartej klasy, nawet jeśli w tych snach na samym początku najczęściej kłóciliśmy się o to, kto ma lepsze oceny ze starożytnych run, nie zaczynaliśmy od pocałunków.
Tym razem moja Sunny stała tak blisko mnie, nie odsuwając się z własnej woli, że czułem wokół siebie aromat truskawek wymieszany z kurzem starej biblioteki i czymś, co mogłem zdefiniować jedynie jako „jej własny zapach” - uderzał mi do głowy mocniej niż ta przeklęta brandy, którą piliśmy wcześniej. Patrzyłem na nią i czułem, jak pod wpływem alkoholu i tej dziwnej, świątecznej atmosfery, wszystkie mury, które tak starannie budowałem przez ostatnie lata, sypią się w proch. Byłem pijany, jasne, obraz mi uciekał, pięty lekko mrowiły, gdy bujałem się na nogach, a język zdawał się być o dwa rozmiary za duży, ale jednocześnie nigdy w życiu nie czułem się tak… Trzeźwy, jakbym odnalazł coś, co zgubiłem lata temu w zakamarkach zamkowych korytarzy - miałem to absurdalne, obezwładniające poczucie, że w końcu, po raz pierwszy od Merlin wiedział ilu lat, oddychałem czystym powietrzem. To było tak fizyczne, tak namacalne uczucie, że byłem skłonny uwierzyć w jego prawdziwość i we wszystko, co sobie dziś mówiliśmy - nie było w tym żadnej magii, a jednocześnie był to najpotężniejszy urok, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Patrzyłem na Prue i widziałem w niej wszystko - całą naszą przeszłość, te wszystkie durne kłótnie, te momenty, kiedy chciałem nią potrząsnąć, i te, w których marzyłem, żeby chociaż raz spojrzała na mnie tak, jak patrzyła teraz - jakby świat nie był skomplikowaną szachownicą pełną nazwisk i układów, tylko jasną, zaśnieżoną scenerią tarasu, na którym byliśmy tylko my dwoje, jeszcze przed chwilą turlając się w śniegu i pozwalając sobie na wszystkie głupoty.
Zacisnąłem mocniej palce na jej swetrze, czując pod spodem ciepło, które zdawało się topić śnieg zalegający na parapecie. Świat wirował, wieża astronomiczna lekko się kołysała - albo to ja się kołysałem na piętach, nie byłem pewien, ale dłonie na jej talii trzymały mnie w pionie lepiej niż jakikolwiek czar stabilizujący. Kiedy wspomniała, że „teraz się liczy”, poczułem nagły przypływ filozoficznego natchnienia, które mogło zrodzić się tylko w głowie kogoś, kto wypił o trzy kolejki za dużo, a potem wszedł na najwyższy punkt w zamku.
- Nooo... no prooos’te... Jak... Jak fbi-fbi’cie gola... Nie, ff-bi-cie gola nie jess’t proste, ale... M-my... My tess’ teraz jess’teśmy proooś’ci. Nooo... Prossteeści jak... Jak lot na wpros’... Bez... Bez ty’h fszys’kich sss’zyf-frów i... I fo-fo-fojen podjaa-jazdowy’h. - To brzmiało dobrze, naprawdę dobrze, znacznie lepiej niż nasze zwykłe rozmowy. Nie byłem miły? No jasne, że nie byłem, byłem straszny, naprawdę, jednak jakimś cudem staliśmy tu, w tym półmroku, a ja czułem się tak, jakbym nagle, po latach walenia głową w mur, odkrył, że drzwi cały czas były otwarte, tylko wystarczyło przestać się szarpać z klamką. - Ale ja... Ja wcale nie chcia’em, żebyś była głuptasem… To było głuptasostfo… - Tak, tak - i nawet jeśli w tym momencie usiłowała pokazywać mi, że chodziło o „ociupinkę” niewłaściwe zachowanie, musiałem potrząsnąć głową. Byłem najgorszym rodzajem dupka, bo wiedziałem dokładnie, gdzie uderzyć, żeby ją zabolało, robiłem to, bo bałem się, że jak przestanę ją ranić, to ona zauważy, że trzęsą mi się ręce, kiedy przechodzi obok. A teraz? Teraz te ręce nie trzęsły się wcale - no, prawie wcale, ale takie „prawie” się nie liczyło, bo w moich oczach były pewne - zacisnąłem je odrobinę mocniej na jej plecach, przyciągając ją tak blisko, że czułem bicie jej serca - albo swojego - w sumie to już nie wiedziałem, gdzie kończę się ja, a zaczyna ona. Patrzyłem na nią, starając się skupić wzrok, co przychodziło mi z trudem, bo jej twarz dwoiła się i troiła, ale każda z tych wersji była tak samo pociągająca.
- Mer’linie, Sunny... T-ty ss’yba fiesz... fiesz, że ja cię... Ja cię f’cale nie n-nie nienawidzi’em, nie? Ja ty’ko... Ja ty’ko nie u-umia’em inaszej… -  Wybełkotałem, słowa wylewały mi się z ust, lepkie i chaotyczne, ale tak strasznie szczere, jak nigdy. - Jeba’ś to... Co b-było. M-masz rację, słońce... Te-teraz. Ty-ty’ko t-teraz sssię liszy. T-teraz i... I to sso bę-bę-zie, mosze trochę tesz. Ooo-ciupinkę. - Podobała mi się ta jednostka miary, słowo honoru. - Chciałabyś fiedzieć fszystko? Ja ci fszystko po’iem. Fszystko! Może-możesz mnie zapytać o co cesz. O to, co mam w szafce, o to, o czym śnię… Sokolwiek kcesz. - Pokiwałem mocno brodą, góra-dół, aż zakręciło mi się w głowie. Na szczęście to nie był ten rodzaj wirowania, który kończy się bliskim spotkaniem z posadzką wieży astronomicznej - chociaż, Merlin mi świadkiem, podłoga wydawała się dzisiaj podejrzanie niestabilna.
- Fiesz już? To dobrze. Bo ja fiedziałem... Znaczy... Myślałem, że fiesz, ale potem myślałem, że mnie… Fiesz, i ftedy ja zacząłem… Noo, fiesz. - Bo przecież nawet, jak nie wiedziała wszystkiego, to wiedziała wszystko, bo mogła mnie o wszystko pytać, to było logiczne, prawda?
Merlinie, jak ona na mnie patrzyła - spoglądanie z tak bliska w jej rozszerzone źrenice było otumaniające, całkowicie oszałamiające, zupełnie, jak niekontrolowany lot na miotle - ten moment, kiedy wpadasz w korkociąg i przez ułamek sekundy nie wiesz, gdzie jest ziemia, a gdzie niebo, ale masz to w nosie, bo adrenalina rozsadza ci żyły. Tylko że teraz to nie było nic głupiego, ani brawurowego, to była Prudence, moja Pruey, moja mała, mądra, pyskata Sunny, która właśnie stała w moich ramionach i mówiła rzeczy, od których serce biło mi szybciej niż podczas finału quidditcha. Czułem na sobie jej wzrok i miałem wrażenie, że te oczy, te wielkie, mądre ślepia, przewiercają mnie na wylot, docierając do miejsc, których sam nie odwiedzałem od lat. Czułem ogarniającą mnie ta dziwną pewność jutra - coś, czego nigdy wcześniej nie miałem - zawsze planowałem, zawsze kalkulowałem, a teraz? Teraz po prostu wiedziałem.
- Wieszssso… Ty… Ty nie masz pojęcia… Co ty robiszszsz… - Mruknąłem, bez wyrzutu, bardziej do siebie niż do niej, chociaż może… Moooże wiedziała? Może też to czuła? Bo ja… Ja czułem się... Lekki, tak cholernie lekki, jakbym zrzucił z pleców cały ten pancerz z herbem rodowym, wszystkie oczekiwania ojca, durne zasady dyktujące, kto z kim powinien rozmawiać i dlaczego ja niby miałem być tym złym. Byłem bucem, no jasne, że byłem, największym w całym Hogwarcie - mogłem to teraz przyznać na głos, bez zgryzoty, bez dumy, pierwszy raz w życiu czując aż taką ugodowość - ale kiedy poczułem jej ciało lgnące do mojego, pomyślałem wyłącznie to jedno „jebać to”, które nie wymagało głębszego rozwinięcia. „Jebać wszystkich”, Merlinie, to było najpiękniejsze wyznanie uczuć, jakie w życiu słyszałem, piękniejsze niż sonety, które pisały te gęsi z Hufflepuffu. Jebać te wszystkie lata, kiedy udawaliśmy, że się nienawidzimy, chociaż za każdym razem, gdy przechodziła obok na korytarzu, moje serce robiło fikołka, którego nie powstydziłby się żaden zawodowy miotlarz. Moja Pruey właśnie teraz, z tymi krzywymi rogami na głowie i rozmazanym spojrzeniem, przybiła pieczątkę na naszym wspólnym pakcie przeciwko całemu światu, jej rezolutne „jebaś wszystkich” było najsłodszą rzeczą, jaką usłyszałem w życiu. Moja ułożona, mądra Prudence przeklinała. Dla mnie. Ze mną. To było lepsze niż wygrany puchar domów - naprawdę.
A potem padły te słowa - te, które powinny mnie uspokoić, jednak sprawiły, że poczułem gwałtowny opór. „Nie chseniszego. Nic nie chce. Bądźź tu poprossu”.
Zmarszczyłem brwi, a mój pijany mózg natychmiast przeszedł w tryb „muszę-ci-dać-cały-wszechświat”.
- Mówisz, że nic nie ch-chsess? - Przechyliłem głowę na lewo i spojrzałem na nią, starając się złapać ostrość. Nawet jeśli wyglądała tak niesamowicie w tym świetle, lekko rozmyta na krawędziach, z rumieńcami i roziskrzonym spojrzeniem, gadała całkowite farmazony. - C-co? Jak to nic nie ch’esz? - Oburzyłem się z parosekundowym opóźnieniem, gdy tak naprawdę dotarły do mnie jej słowa, mój głos podjechał o oktawę wyżej - tylko po to, żeby zaraz zejść do prychnięcia i niezadowolonego burkotu. - Sssuchaj mnie... Sssuchaj mnie teraz uważnie, bo nie bę’dę powtarzał... Chyba. -  Nim się obejrzałem, złapałem jej twarz w obie dłonie, próbując sprawić, by patrzyła prosto na mnie, nawet jeśli już wcześniej nie odwracała wzroku. - Guzik prawda. Jesteś głuptasem, jeśli m’yślisz, że ci nic nie dam. Bo ja... Ja chcę. - Uważałem to za naprawdę solidny argument. - Chcę ci kupować szystko. Chcę ci dawać... Mosseee… Sss-swetry, i książki, i... I biżuterię, która bę’zie pasować do twoich oczu. - Potrząsnąłem lekko głową. - Będę tu. Jasne, że bę’dę. Tu, tam, w bibliotece, na meczu, w sssalonie... F-szędzie. Ale... Ale chcę ci dawać ssszeczy. Na święta, na urodziny... I bez okazji też. Bo... Bo mo’gę. Bo zasługujesz na fszystko, co najjjlepsze. Nawet jeśli mówisz, że nie ch’cesz... To ja ch’cę. Jak poczeba, bę’siemy sssię o to kłócić, fiesz? Kolejna kłótnia… - Minimalnie się skrzywiłem, bo wcale nie chciałem się z nią kłócić, na szczęście zaraz sam to sobie zracjobalizowałem, łagodząc okoliczności występowania potencjalnej kości niezgody. - Ale ta bę’zie... Fajna. Bo ja mogę ci dać... Fsszystko. Rozumiesz? Chssę cię f-fziąć na spacer do Miodowego Królestwa i f-fykupić połowę sklepu. Chssę iś na bal i sprawić, że każdy bęś-będźsie nam zazdrościć tego, jak na siebie paczymy. Chssę ci ukraść... Nie wiem... ukraść gwiazdę z nieba, chociaż... Chociaż to b-brzmi jak coś, co pedał pisałby w liście, nie? Ale... Ale ja tak myślę, bo ja jestem… Zedeter-zdeter-determinowalny. Mogę nawet… Nawetiśćstobądobibliotekiiudawaćżeczytamigapićsiętylkokątemoka. Umiem to! Słowo! - Próbowałem wypowiedzieć to z godnością arystokraty, ale wyszło coś, co przypominało raczej odgłos dławiącego się hipogryfa. Wyprostowałem się gwałtownie, mało nie tracąc równowagi, i wyszczerzyłem zęby w tym naprawdę szerokim uśmiechu, trzymając w ramionach jedyną dziewczynę, która kiedykolwiek potrafiła sprawić, że czułem się jednocześnie jak król świata i totalne zero - w zależności od okoliczności, które teraz były zdecydowanie łagodzące - to była prawda, absolutna, niepodważalna prawda, którą czułem w każdym uderzeniu serca, tak mocnym, że aż dudniło mi w uszach, zagłuszając wycie wiatru za oknem. Świat na zewnątrz był biały, zimny i wrogi, ale tutaj, w tej ciasnej, zakurzonej przestrzeni wieży astronomicznej, stworzyliśmy własną, ciepłą enklawę przypominającą coś na pograniczu snu i jawy. Ta chwila była jednocześnie niezwykła i tak niesamowicie realna, zapach stojącej przede mną dziewczyny - ten miks truskawek, starych pergaminów i czegoś, co należało tylko do niej - uderzał mi do głowy mocniej niż brandy, którą piliśmy wcześniej, chociaż na pograniczu zmysłów nadal wyczuwałem wiśnie w słodkim syropie. Chciałem powiedzieć, że byłem największym idiotą w całym Hogwarcie, i gdyby istniała kategoria w SUMach z „bycia totalnym debilem w stosunku do dziewczyny, na której ci zależy”, to dostałbym od razu Wybitny, ale… Zamrugałem gwałtownie, bo obraz twarzy Prue na moment mi się rozdwoił, a nie chciałem stracić ani sekundy z tego widoku. Przeszłość? Jebać przeszłość. Te wszystkie lata, kiedy rzucałem w nią sarkazmem, żeby tylko nie musieć przyznać, że śnię o niej po nocach? Spalone. Nieistotne. Liczyło się tylko tu i teraz - ciepło ciał kontrastujące z zimowym chłodem.
„Mogem?” - ja mogłem tylko wydać z siebie jakiś nieokreślony dźwięk, będący mieszanką przytaknięcia i jęku zachwytu. Mogła? Merlinie, mogła wszystko, nie musiała pytać, w tym momencie na wszystko bym jej pozwolił, a przecież ta propozycja wyszła ode mnie. Całe szczęście postanowiła się nie wahać, nie było w niej ani odrobiny zbędnej zachowawczości, to było naprawdę cudowne.
- H-haaa… - Wciągnąłem gwałtownie powietrze, jeśli to było możliwe, jeszcze bardziej się prostując. - M-merlinie... Pruey... Ale ty... Ty m-masz zimne te r-ręce. C-chłodne jak... Jak d-deno jeziora w styczniu. - Zadrżałem, ale nie odsunąłem się ani o milimetr, wręcz przeciwnie, wypiąłem pierś, chcąc, żeby czuła każde uderzenie mojego serca, które teraz waliło jak oszalałe. Czułem się, jakbym unosił się kilka centymetrów nad ziemią, a jednocześnie te jej dłonie, wsuwające się pod moją koszulę, kotwiczyły mnie w miejscu lepiej niż jakiekolwiek zaklęcie wiążące. Były takie zimne, naprawdę, naprawdę chłodne. Wciągnąłem głośno powietrze, aż mi w płucach zagwizdało, i na moment zesztywniałem, bo ten dotyk był realniejszy niż cokolwiek, co przeżyłem przez ostatnie siedem lat w tym zamku, ale zaraz potem, kiedy jej palce powędrowały milimetr za wysoko, prosto na moje żebra, syknąłem przez zęby i skrzywiłem się, odruchowo spinając mięśnie. No, tak - pamiątka po ostatnim treningu, ten cholerny tłuczek, którym oberwałem prosto w bok, bo gapiłem się na zamek, zamiast pilnować pola - zupełnie o tym zapomniałem, a nasza wspólna wywrotka na śnieg na tarasie zdecydowanie zrobiła swoje. - Ugh… - Zmarszczyłem brwi, przełykając ślinę, która zrobiła się ciepła i lekko metaliczna w moich ustach. - Tam... Cze’aaj… U’ażaj… T-tam... T-tam nie… - Westchnąłem, łapiąc ją lekko za nadgarstek, żeby na chwilę zatrzymać tę małą wędrówkę. - Masz... masz oko, słońce. Zawsze... Zawsze trafiasz tam, g’zie najbardziej... No, boli. Albo tam, g’zie... najmilsiej. - Westchnąłem ponownie, przesuwając jej rękę odrobinę niżej, na mięsień, który nie był obity. - Nnnie patrz tak… - Dodałem od razu. - Prze’yję. Fszystko prze’yję. - To była trójka, tylko trochę niefortunnie umiejscowiona. - Trzymaj je tam. Czymaj je... Wszę’zie, fszę-dzie chzie kcesz… - Kiwnąłem głową, znowu z większym entuzjazmem, nie zamierzając rezygnować z dotyku, nawet jeśli miałem tam teraz siniaka wielkości talerza, w kolorze dojrzałej śliwki przechodzącej w zgniłą zieleń - to nie było nic godnego uwagi, zwłaszcza teraz, chociaż ból był ostry jak brzytwa. Nie na tyle jednak, bym nie otrzeźwiał na to, co padło moment później - w żadnym wypadku - aż zamrugałem, unosząc brwi wyżej, niż zamierzałem. No, niby tak, rzeczywiście była między nami znaczna różnica postury, ale w ustach Pruey to zabrzmiało…
- Nooo… Fiesz… S-ssłyszałem już różne rzeczy, ale „duży” z twoich ust brzmi… Bszmi… - „Kurwa, kurwa, kurwa…” - Bardzo… Ku-kusi-iszyście. - Przesunąłem wolną dłonią po karku, tam gdzie skóra była najdelikatniejsza, mając ochotę uszczypnąć się raz czy dwa, bo poczułem, że zaraz znowu ją pocałuję - jak można nie całować kogoś, kto mówi, że jesteś „duży” i chce przychodzić na twoje mecze, nawet jeśli ich nienawidzi? To jest… To jest miłość, nie? Albo przynajmniej coś, co jest od niej… O-o-o wiele lepsze. Ale nie chciałem… Nie chciałem się, no, nawet w tym momencie nie zamierzałem głupio się narzucać, to było naprawdę szczere - nie chciałem być prymitywnym palantem, nie w stosunku do niej. Głośno przełknąłem ślinę, podczas gdy moja wyobraźnia - i tak już pracująca na najwyższych obrotach - natychmiast podsunęła mi dziesiątki dwuznacznych skojarzeń. Zupełnie nie panowałem nad tym, że twarz moją wykrzywił ten najbardziej bezczelny, flirciarski półuśmiech, od którego zazwyczaj dziewczyny w pokoju wspólnym dostawały rumieńców, ale to była Prue, moja Prue, na nią to nigdy nie działało… Prawda? Ale teraz… Teraz się od-uśmiechiwała, całowała mnie, dotykała tymi swoimi zimnymi rękami, co znacznie utrudniało mi myślenie jasno.
- Moja koszulka… Twoja suk’ienka… - Powtórzyłem, moje oczy zaświeciły się z zachwytu, którego nie potrafiłem, a nawet nie chciałem ukryć - mój wzrok stał się dziwnie mętny i lśniący jednocześnie. Moje tęczówki, pewnie zamglone, ale błyszczące od tego specyficznego rodzaju głodu, który nie miał nic wspólnego z kolacją w Wielkiej Sali, błądziły po twarzy Prue, starając się wyczytać w niej coś więcej. Jej usta były miękkie, ciepłe i tak cholernie znajome, chociaż przecież nigdy wcześniej ich nie dotykałem. - O f-fpytę... Sunny... Ty... Ty n-nawet nie wiesz, c-co mi robisz... Mówiąc takie rz’eszy. - Pochyliłem się tak blisko, że czułem na wargach jej urwane „i...” sprzed paru chwil, które wciąż tam drżało. Poczułem, że zrobiło mi się  jeszcze bardziej gorąco na samą myśl o tym, w jaki sposób ten materiał opadałby na jej uda, jak rano… Rano by w niej spała, rozczochrana, z tymi swoimi mądrymi oczami jeszcze wpółprzytomnymi. A widok Prudence Bletchley w szkarłatnej pelerynie i koszulce, ze splotami miękkiej bawełny kończącymi się gdzieś w połowie jej kolan, podwiniętej do ud… Cholera. Moja wyobraźnia, już i tak mocno doprawiona alkoholem, podsunęła mi kolejny obraz - tak wyraźny, że aż zakręciło mi się w głowie - czułem jej drobne, chłodne dłonie pod moją koszulą i przysięgam, że w tamtej sekundzie cały świat mógłby spłonąć, Hogwart mógłby zapaść się pod ziemię, a ja tylko bym się uśmiechnął, bo to było... To było to - to było to, o czym śniłem w te wszystkie noce, kiedy udawałem, że nienawidzę jej zapachu, że irytuje mnie jej głos i że te jej wielkie oczy wcale nie sprawiają, że mam ochotę rzucić wszystko i zaciągnąć ją gdzieś, gdzie nie ma nazwisk, oczekiwań i tej całej chorej dumy. Przeszedł mnie dreszcz, od lędźwi aż po same końce uszu, i nagle poczułem się tak niesamowicie, obrzydliwie żywy. Wszystko inne - te durne zasady, czystość krwi, oczekiwania starego, te wszystkie lata, kiedy musiałem udawać, że jej nie widzę - to zniknęło, rozpłynęło się w oparach brandy i soku dyniowego. Została tylko ona - moja mała, bystra, rogata Prue. Kiedy ten szczery, niepohamowany śmiech wyrwał się z jej gardła, poczułem się tak, jakbym przed chwilą wyminął trzech obrońców, ominął tłuczka o włos i wpakował kafla prosto w środkową obręcz, tylko że to było miliony razy lepsze - jej śmiech odbijał się od zimnych, kamiennych ścian wieży, wibrował w mroźnym powietrzu, a ja chciałem ją chwycić na ręce, okręcić wokół własnej osi i zatrzymać na zawsze, był jak najczystsze zaklęcie rozpraszające całe to cholerne zło, które nosiłem w sobie przez ostatnie lata. Wyobraziłem sobie ją na trybunach, w moim szaliku, z zimową czapką na głowie i… Mógłbym złapać dziesięć zniczy naraz, chociaż nawet nie byłem szukającym, to zupełnie nie miało znaczenia. Musiałem, po prostu musiałem, powiedzieć te kolejne słowa.
Odsunąłem się o milimetr, żeby zobaczyć jej reakcję na to impulsywne, ale jednocześnie przemyślane pytanie - widziałem, jak mruga, trawiła te słowa, a we mnie wszystko zamarło. Patrzyła na mnie, poruszając tymi swoimi długimi rzęsami, jakby próbowała przetworzyć informację, że ten pewny siebie palant właśnie złożył jej propozycję, która nie miała nic wspólnego z jednonocną przygodą po soku dyniowym z wkładką. Czy to alkohol otwierał mi usta? Tak. Czy to on dawał mi odwagę? Absolutnie. Ale czy to, co czułem, było kłamstwem? Ani trochę. To była najprawdziwsza prawda, jaką kiedykolwiek wykrztusiłem - to było wyznanie godne pijanego Gryfona, głupio-odważne, ale w tym momencie czułem się jak król świata - stałem na szczycie wieży, z najmądrzejszą i najcudowniejszą dziewczyną w całym Hogwarcie, i wiedziałem, że jutro będzie lepsze niż jakiekolwiek dzisiaj, które do tej pory przeżyłem.
- Serio-serio, Pruey… Serio-naj-serio… Najserio-seriej-szej. - Pokręciłem głową, czując, jak kosmyki włosów opadają mi na oczy, i znowu przysunąłem się tak blisko, że czułem bicie jej serca pod swoimi palcami. To nie było wyśmiewanie - Merlinie, jak ja mógłbym ją wyśmiać, kiedy ona stała przede mną z tymi swoimi wielkimi oczami i plączącym się językiem, próbując upewnić się, czy ja aby na pewno nie żartuję?
- Wiesz co... Wieszss co jest gorsze od... Od bycia prymitywem? - Mruknąłem, a mój głos obniżył się o oktawę, stając się chropowatym pomrukiem, który czułem aż w piersiach. - Bycie... bycie kłamcą. A ja... Ja już nie kce kłamać. Zawsze-zawsze. Znaszy. Nigdy-nigdy.  - Poczułem się, jakby ktoś mi strzelił prosto w serce zaklęciem oszałamiającym - tylko takim, które zamiast zwalać z nóg, stawia cię do pionu i mówi „stary, nie spierdol tego”, więc - naturalnie - starałem się mówić jaśniej, niż byłem w stanie. Moje dłonie znów znalazły oparcie na jej talii, kciuki zaczęły kreślić nerwowe kółka na materiale tego strasznie miękkiego swetra, który musiał być naprawdę ciepły, patrząc na to, jak bardzo się rumieniła. - Ja się lubię. To znaszy… - „Huh…” - Ze sobąatobą. - Tak, to było dobre słowo. - Od… No, od lat, mała. Od pociągu, fiesz? Od tego pierwszego razu, jak feszliśmy do przedziału i… Od momentu, kiedy… Kiedy pierwszy raz kazałaś mi spadać na drzewo, a ja… Ja pomyślałem, że to najfajniejsze drzewo, na jakim w życiu nie byłem. - Zaśmiałem się, marszcząc czoło, ale tak… Inaczej niż zwykle, nie było w tym ani grama durnej wyższości, żadnego kpiącego prychnięcia przed ani po tych słowach, którym przez lata częstowałem każdego, kto podszedł zbyt blisko - to był taki śmiech, który rodził się gdzieś głęboko w brzuchu, tam gdzie teraz te wszystkie motyle, czy inne magiczne robactwo, urządziło sobie poligon doświadczalny. To nie był ten mój głupi, drwiący rechot, którym częstowałem Ślizgonów na korytarzu czy irytujących pierwszoroczniaków, to był śmiech kogoś, kto właśnie wygrał życie, chociaż był zbyt wstawiony, żeby przejść prosto po linii. Był czysty - pijany, jasne - ale czystszy niż cokolwiek innego w tym zamku, bo ta odpowiedź…
Przywarłem moimi ustami do jej warg, tym razem głodniej, pewniej, ignorując pulsujący ból w boku, bo to, co działo się między nami, było tysiąc razy mocniejsze niż jakikolwiek tłuczek na świecie. Jej dłonie wciąż tam były, pod cienką warstwą materiału, cieplejsze niż jeszcze chwilę wcześniej, tak ciepłe, że miałem ochotę ściągnąć ten sweter z niej, zrzucić swoją koszulę i zapomnieć o tym, że na zewnątrz było pewnie minus dwadzieścia stopni i szalała śnieżyca. Chciałem tylko czuć skórę przy skórze, słyszeć urywany oddech i wiedzieć, jeszcze bardziej czuć, że to się działo naprawdę - chciałem jej pokazać wszystko, o czym nie potrafiłem powiedzieć - każdą chwilę tęsknoty, każdą zazdrość ubraną w kpinę i całą tę dziką, nieskrępowaną radość, że wreszcie, po tylu latach, daliśmy się sobie nawzajem złapać.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8000), Prudence Fenwick (3911)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa