W redakcji Proroka Codziennego natknąć się można było na wielu smakoszy. Dyskusje o londyńskich knajpach odbywały się wśród dziennikarzy nadzwyczaj często. Henry, bądź co bądź, nie mógł nie podsłuchać, że w niejakim Rejwachu na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu serwowano wspaniałe śniadania po cenach przystępnych nawet dla jego portfela. Zazwyczaj chłopak był oczywiście krytyczny wobec innych osób gotujących. Miał wyrobiony smak – najpierw na potrawach gotowanych przez swoją babcię, potem przez siebie samego. Dlatego przychodził do Rejwachu z nastawieniem z lekka krytycznym. Chciał sprawdzić, czy rzeczywiście ich kucharz gotował tak dobrze jak mawiano.
Przybył pod restaurację dość wcześnie rano, jeszcze przed pracą. To były właściwie pierwsze godziny otwarcia pubu. Witryna wyróżniała się na tle Nokturnowych domostw, które nie zachęcały nawet do stania w ich pobliżu (a nuż z okna poleci jakaś paskudna klątwa). Chłopak kojarzył, że właściciel dokonał cudu z remontem tego miejsca. Kiedyś stała tu rudera, a teraz przychodzili tu nawet renomowani przedstawiciele Prorokowej redakcji. Jednocześnie miejsce to wydawało się przyjazne ludziom takim jak Henry. Nie dało się poczuć przytłoczenia, jakie objawiało się na przykład podczas bankietu po premierze Ekstazy Merlina. Brak wyobcowania był miłą niespodzianką.
Już sięgał po klamkę, gdy nagle zauważył, że z drugiej strony drzwi ktoś inny już za nią chwytał. Chłopak, chyba niewiele starszy od niego. Henry cofnął więc rękę, by uniknąć niezręcznej sytuacji. Dał nieznajomemu otworzyć drzwi, zrobił krok do tyłu, by go przepuścić.
Właśnie w tej chwili wszystko trafił szlag.
Kiedy chłopak przechodził obok, w powietrzu rozległ się głośny śmiech. Nie! Chichot. Metaliczny i dzwoniący, nieprzyjemny dla ucha. Coś przed oczami Henry'ego zaczęło migotać, świat przerodził się w amalgamat kolorowych plam, aż w końcu zniknął całkowicie. Chłopak zacisnął mocno powieki. Przypominało to uczucie spadania, które pojawiało się czasem, gdy próbował zasnąć. Jakby duch nie do końca był świadom własnego ciała. A chichot wwiercał mu się w mózg, wprawiał bębenki uszne w dziwaczny, ale nadzwyczaj nieprzyjemny rezonans.
A potem zamilkł. Henry otworzył oczy i serce podskoczyło mu do gardła. Przed sobą ujrzał kogoś, kogo nigdy by się nie spodziewał ujrzeć, nawet w najbardziej kuriozalnych snach. Stał przed nim: jasnowłosy, blady i podobnie zdezorientowany.
Patrzył na siebie samego.
– O kurwa... – zdołał jedynie wydusić.