• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [07.10.1972] Maida Vale (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)

[07.10.1972] Maida Vale (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#1
02.03.2026, 01:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2026, 03:18 przez Astoria Avery.)  
07.10.1972,
Maida Vale

Noc dojrzała niezauważenie. To, co jeszcze kilka godzin temu pulsowało światłem, muzyką i rozmowami, teraz powoli gasło. Śmiechy stały się rzadsze, bardziej ochrypłe. Kroki cięższe. Maski przekrzywione niedbale, jakby ich właściciele zapomnieli, że miały coś ukrywać.
Jej ciało, choć wspomagane eliksirami i siłą woli, miało swoje granice. Wrażenia osiadały na niej jak kurz - światło, dźwięki, zapachy perfum mieszające się z alkoholem, zbyt wiele spojrzeń, zbyt wiele słów. Każde z osobna niewinne. Razem przytłaczające. Jej natura była krucha - reagowała intensywniej, szybciej się wyczerpywała. Tam, gdzie inni czuli jedynie ekscytację, ona odczuwała napięcie rozciągnięte cienką nicią pod skórą. W pewnym momencie przestała słuchać rozmów. Muzyka zaczęła brzmieć jak echo, dochodzące z innego pomieszczenia, choć wciąż była tuż obok. Powietrze w sali stało się ciężkie, przegrzane, nasycone obecnością zbyt wielu ciał. Znów potrzebowała oddechu. Wyszła bez pośpiechu, niemal niezauważalnie, zsuwając się z centrum wydarzeń jak cień, który wraca na swoje miejsce, gdy światło przygasa. Marmurowe schody prowadzące do ogrodu były chłodne pod podeszwami. Już na pół drogi poczuła zmianę - nocne powietrze otuliło ją miękko, rześko, przynosząc ulgę niemal natychmiastową. Wciągnęła powoli powietrze w płuca. Ogród Lestrangów rozciągał się przed nią w półmroku, rozświetlony dyskretnymi lampionami, które rzucały ciepłe, złote kręgi na żwirowe alejki. Cienie wydłużały się i splatały ze sobą, tworząc iluzję głębi, której nie było. Drzewa wydawały się wyższe, bardziej milczące. Krzewy czarnych róż rosły w dalszej części ogrodu. Myśl o powrocie do domu przyniosła jej cichą ulgę. Własne ściany. Własna cisza. Przestrzeń, w której nie trzeba było niczego udowadniać ani interpretować. Łóżko, w którym ciało mogło wreszcie rozluźnić się bez tej nieustannej gotowości. Księżyc przesunął się nieco wyżej, a jego światło osiadło na jej włosach i ramionach jak cienka warstwa srebra. Przed nią, w samym sercu ogrodu, majaczyła oranżeria. W świetle księżyca przypominała raczej szkatułkę niż budowlę. W oddali, między altaną a rozświetloną dyskretnie oranżerią, dostrzegła ruch - sylwetki splecione zbyt blisko, zbyt miękko, by mogły być przypadkowe. Astoria odwróciła wzrok niemal natychmiast.
Skręciła więc w przeciwną stronę, w głąb bardziej zacienionej części ogrodu, gdzie żwirowa ścieżka prowadziła między posągami.Gdzieś z lewej strony zaszeleściły liście, jakby coś niewielkiego przemknęło między krzewami.
Wtedy go zobaczyła.
Najpierw tylko cień - wysoka, męska sylwetka wyłaniająca się spomiędzy drzew.Szedł szybkim, nieuwaznym krokiem, z głową lekko pochyloną, jakby pogrążony w myślach albo zirytowany czymś, co zostawił za sobą w sali balowej. Jego buty miażdżyły żwir bez subtelności, rozrzucając drobne kamienie na boki. Zdawał się nie widzieć, że na drodze tuż przed nim leżała skulona drobna postać elfa. Tak niewielka, że w półmroku niemal stapiała się z otoczeniem. Jeden nieuważny krok i ciężka podeszwa wbiłaby się w kruche ciało bez najmniejszego oporu.
- Stój! - krzyknęła, zanim zdążyła pomyśleć. Nie czekając na reakcję, ruszyła naprzód. Zbyt szybko. Żwir nie wybaczał pośpiechu. Jej stopa osunęła się na drobnych kamieniach, suknia zahaczyła o wystający fragment ścieżki. Przez ułamek sekundy świat przechylił się niebezpiecznie, ale zdołała odzyskać równowagę. Oddech wyrwał się z jej piersi nierówno. - Patrz jak chodzisz, do cholery! - wyrzuciła z siebie ostro, jeszcze blada po utracie równowagi. I wtedy zobaczyła.
Nie było tam skulonej sylwetki. Nie było drobnych ramion ani przerażonych oczu. Na żwirze, tuż przy krawędzi ścieżki, leżał jedynie ciemny liść - szeroki, postrzępiony, może z dębu, może z jednego z krzewów, tworząc złudzenie kształtu bardziej organicznego, niemal żywego. Gra światła zrobiła resztę.
Poczuła, jak ciepło wstydu powoli wspina się po jej szyi, aż do policzków. Wyprostowała się powoli, starając się odzyskać resztki godności, choć słowo "przepraszam" nie przeszło jej przez gardło.


Odkryj wiadomość pozafabularną
!BINGO C1


learn the rules
then
break some

Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
02.03.2026, 01:32  ✶  
Walentynkowe Bingo
adres pola: C1
wariant: 3
typ: zdarzenie

Zaczęło się przewidywalnie jak na to, że spłonęła znaczna część miasta – prośba o pomoc wisząca na lokalnej tablicy ogłoszeń nieopodal waszego adresu. Może trzeba było uporządkować zaniedbany ogród, może pomóc starszej czarownicy naprawić dach po Spalonej Nocy. Spędzacie cały dzień ubrudzeni, zmęczeni i… dziwnie szczęśliwi. Czasem najprostsze dobro smakuje najlepiej – zwłaszcza gdy dzielicie je we dwoje, a zachodzące słońce zastaje was siedzących obok siebie na schodach z kubkiem herbaty, którą zaparzono wam w ramach podziękowania.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#3
02.03.2026, 10:17  ✶  

Ta farsa zdawała się powoli kończyć. Bal maskowy jak zwykle dla młodego Lestrange'a przebiegał pełen zakłóceń, stresu i irytacji. Gdyby nie fakt, że organizowała go jego rodzina, nigdy nie pomyślałby, by się tu pojawić. Maski, tajemnice - owszem, to był jego świat. Ale bale? Tańce, drinki, przytłumione światła i muzyka, a także tłum ludzi: to zdecydowanie nie było miejsce, w którym znalazłby się dobrowolnie. I jeszcze to spotkanie z Agathą... Nine spodziewał się jej tutaj - zresztą wyraźnie zaznaczył ochronie, że mieli jej tu nie wpuszczać, że mieli mieć na nią baczenie. Listy, które dostawał, były coraz częstsze, a ostatnie ich spotkanie nie wróżyło niczego dobrego. Słowa ex wciąż dźwięczały mu w uszach, jak wypowiedziana, ostra groźba. Wiedział, że musi się tym zająć, ale co innego go w tej chwili trapiło.

Pogrążony w myślach kroczył pomiędzy alejkami ogrodów, wdychając świeże powietrze. Jakim cudem ta czarnowłosa cholera go rozpoznała? Osób o podobnej do niego sylwetce było na balu dużo. Nikomu nie zdradzał, jaką miał maskę. Czy to możliwe, że gdy identyfikowali go na początku, Agatha stała w tłumie i świdrowała go wzrokiem? To było logiczne wytłumaczenie, które jednak wcale go nie uspokajało. Pomoc w Dziurawym Kotle zaczynała mu ciążyć na teraźniejszości. Zwyczajnie go męczyła, nie pozwalając przeszłości o sobie zapomnieć. Jeżeli chciał ruszyć dalej i patrzeć w przyszłość z uniesioną głową - musiał odciąć się od przeszłości. A przy tej kobiecie rozwiązanie było jedno. Śmierć. Jego umysł był jednak zbyt przebodźcowany, by tworzyć w tej chwili plan. Nawet zalążek nie zdołał wykiełkować, bo tłum i masa ludzi w maskach wyczerpały go psychicznie. Gdy tylko odzyska równowagę, ulotni się. Teleportuje do domu i pójdzie prosto pod prysznic. Myśl o chłodnej wodzie, która zmyje z niego smród tej imprezy była kusząca. Podobnie jak kusząca była wizja miękkiego łóżka, które otuli jego zmęczone ciało gdy tylko dotknie czystej, świeżej pościeli. Rodolphus wkładał już rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki, chcąc sięgnąć po różdżkę, by móc teleportować się poza obrębem posiadłości, gdy usłyszał krzyk.

Krzyk dziwnie znajomy. Jeden z tych, których zapomnieć się nie dało z prostego powodu: sprawiał, że włoski na karku stawały dęba, a krew w żyłach zaczynała mocniej krążyć, zmieszana z adrenaliną. Rozpoznałby ten krzyk nawet na drugim krańcu świata. Niewiele myśląc ruszył w stronę jego źródła, zaciskając palce na rękojeści różdżki. I chociaż nie było to wołanie o pomoc, zmęczone ciało zareagowało instynktownie. Gdy wyszedł zza wysokich różanych krzaków, był gotowy do wyciągnięcia różdżki i miotnięcia zaklęciem w tego, kto w jego głowie wpadł na Astorię. Ale... Nikogo poza nią nie było. Zaskoczony poluzował uchwyt na różdżce.
- Wszystko w porządku? - zapytał cicho, nie decydując się jeszcze na ściągnięcie maski. Prawdę mówiąc to na moment zapomniał, że miał ją jeszcze na twarzy. Rozglądał się. Napastnik uciekł? Nie zdziwiłby się, mimo niewielkiego wzrostu i kruchości ciała Astoria potrafiła sprawić, że ludzie wokół niej woleli się oddalać w podskokach niczym zające przed myśliwymi.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#4
03.03.2026, 01:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2026, 03:19 przez Astoria Avery.)  
Serce nie zdążyło jeszcze zwolnić, dłonie nadal miała chłodne, a pod skórą pulsowało zmęczenie, które sprawiało, że świat wydawał się odrobinę zbyt ostry. Szelest krzewu nieopodal, jakby coś przecisnęło się przez róże zbyt ciężko jak na wiatr. Serce zaczęło walić w piersi z taką siłą, jakby próbowało wyrwać się na zewnątrz. To nie był już tylko jeden mężczyzna na ścieżce. To było wrażenie, że do niego ktoś dołącza. Że z drugiej strony ogrodu wyłania się drugi cień. Że są we dwoje. Że ją okrążają. Oczami wyobraźni wróciła do nocy pożaru i mugolaków próbujących ją zabić. To niemożliwe, żeby ktoś tu na nią czyhał, a jednak racjonalne myśli poddały się nieprzepracowanej traumie.
- Na brodę Merlina! - podskoczyła, odwracając się gwałtownie na tembr męskiego głosu. Charakterystyczny ciężar spółgłosek. Zbyt dobrze go znała, by pomylić z kimkolwiek innym. Sylwetka wciąż była obca przez maskę, ale ruchy były już znajome. Nie znajdowała się w zagrożeniu.
Wciągnęła powietrze głęboko, świadomie. Chłód nocy wypełnił jej płuca, piekąc lekko w gardle. Wypuściła je powoli, licząc w myślach, jakby chciała przekonać własne ciało, że zagrożenie minęło. Jeszcze raz. Wdech. Wydech. - Mógłbyś nie wyskakiwać zza krzaków i nie straszyć czarownic? - warknęła, unosząc wysoko podbródek. Puls powoli przestawał dudnić w skroniach. Teraz widziała go wyraźniej. Linia barków, sposób, w jaki stał nieco zbyt prosto, jakby w każdej chwili gotów był ruszyć naprzód. Maskę, która zamiast ukrywać, podkreślała jego surowość. Ogród odzyskiwał kontury. Posągi muz znów były tylko kamieniem. Liść na ścieżce tylko liściem. A mężczyzna, na którego wcześniej krzyczała? Ulotnił się jak cień. Ścieżka była cicha. Obróciła się powoli, badając ogród uważniej. Czy naprawdę ktoś tam był? Wszystko było zbyt wyraźne, zbyt cielesne, by mogło być wytworem wyobraźni. A jednak? Czy to możliwe, że zmęczony umysł zaczął podsuwać jej obrazy, których wcale nie było? Że półmrok ogrodu, gra świateł między liśćmi i kamieniem, wystarczyły, by stworzyć sylwetkę, która nigdy nie istniała? Oplotła się ramionami, nie tyle z chłodu, co z potrzeby ugruntowania się w czymś namacalnym. Materiał sukni pod palcami był realny. Żwirek pod podeszwą twardy. Zapach róż intensywny i prawdziwy.
- Nie wiem - odpowiedziała na pytanie z zawahaniem, bo miała wrażenie, że wcale nie było w porządku. Coś tu zdecydowanie nie grało. Uniósł się lekki podmuch wiatru, poruszając liść tak, że znów przesunął się o kilka cali po żwirze. Jakby ogród drwił z jej nadinterpretacji. - Zdaje się, że wyobraźnia płata mi figle ze zmęczenia.
W jej myślach nagle mignęło wspomnienie sprzed kilku minut - para, którą widziała w oddali, splecione dłonie, przytłumiony śmiech. A teraz Rodolphus wyłaniający się znikąd. Te kropki połączyły się w jej głowie zaskakująco szybko.
- Potajemna schadzka? - zapytała z przekąsem, ruchem głowy wskazując altanę w oddali. Nawet jeśli, to przecież nic jej to nie obchodziło. Mógł robić co i z kim chciał, to przecież nie o to chodzi. A właściwie o co? Była zdecydowanie zbyt zmęczona na analizę i jakiekolwiek wnioski. Chciała już po prostu wrócić do domu, ale najpierw musiała się uspokoić i skupić, żeby się przypadkiem nie rozszczepić przy teleportacji.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#5
03.03.2026, 12:15  ✶  

Nie chciał jej przestraszyć. Ruszył niemalże instynktownie, pamiętając Spaloną Noc i ten wieczór, w którym Astoria potrzebowała pomocy. Wiedział, kogo zaproszono na ten bal i doskonale wiedział, że maski potrafiły zapewnić anonimowość - a pomimo ochroniarzy anonimowość kusiła do robienia rzeczy, przed którymi ludzie się powstrzymywali. Od ich ostatniego spotkania wcale nie minęło zbyt wiele czasu, lecz dla niego dziwnym trafem czasoprzestrzeń wokół Astorii zaginała się i odnosił wrażenie, że widział ją zaledwie wczoraj. Widział jej lekki uśmiech, widział jej błysk w oku, widział jak zaciska palce na kubku z grzańcem. Widział jej sylwetkę otoczoną dymem, lecz to mieszało się z widokiem, który zaczynał go prześladować we śnie. Z krwią na dłoniach, półprzytomną, bardziej kruchą niż była w rzeczywistości. Powolnym ruchem Rodolphus ściągnął maskę, o której przypomniał sobie, że wciąż tkwiła na jego twarzy.
- Wybacz - odpowiedział bez cienia skruchy w głosie, a gdy maska opadła, na jej miejsce wstąpił uśmiech. Jeden z tych szerszych, rozbawionych, pierwotnych. Nie chciał jej wystraszyć, ale skłamałby gdyby nie powiedział, że odczuł przyjemne łaskotanie satysfakcji, że w ogóle udało mu się ją zaskoczyć. - Ostatnio chodzenie po krzakach i straszenie czarownic to moje nowe hobby.
Lestrange wzruszył lekko ramionami, niewinnie wręcz, zupełnie jakby przed Astorią stał nastolatek, który został przyłapany na podglądaniu całującej się pary. W jego oczach nie było widać skruchy, raczej szczenięce rozbawienie.
- Jeżeli schadzką nazywasz próbę ucieczki z balu, organizowanego przez własną rodzinę, to tak - odbił piłeczkę, nie dając się jej zbić z pantałyku. Spoważniał jednak, widząc że Astoria była mniej sobą, niż zwykle. Wypiła za dużo? A być może ktoś - wyjątkowo nie on - ją wystraszył? Ktoś jej groził? Rodolphus zrobił dwa kroki w kierunku kobiety, by miękko wyciągnąć dłoń w jej kierunku. Nie przyzna jej się, że jedyną osobą, z którą chciałby w tej chwili odbywać potajemne schadzki, była ona. - Odprowadzić cię? Ktoś cię zaczepiał? Wydajesz się być poruszona.
W jego głosie przebrzmiewała troska i coś jeszcze. Niepokój. Nic dziwnego - w końcu dopiero co krzyczała na kogoś, a to, co działo się w posiadłości i na jej terenach, zawsze było interesem rodziny. Gdyby ktoś jej groził lub skrzywdził, mogła być pewna, że Lestrange by tego tak nie zostawił. Teraz jednak niczym dżentelmen oferował jej swoje ramię. W połączeniu z niewinnym, szczerym uśmiechem, który znowu wpłynął na jego usta, wydawał się być... Ludzki. Tak po prostu, bez udawania, bez półprawd i odcieni szarości. Zmęczenie również odbijało się na jego twarzy, nie był w stanie go ukryć. Nienawidził takich imprez i to nie było dla nikogo tajemnicą, sam zresztą chyba jej o tym wspominał.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#6
07.03.2026, 03:33  ✶  
Twarz mężczyzny wyłoniła się z półmroku ogrodu powoli, jak obraz, który najpierw jest tylko zbiorem cieni, a dopiero po chwili układa się w coś znajomego. Astoria przez moment tylko na niego patrzyła. Po tym szalonym wieczorze miło było dla odmiany zobaczyć czyjeś pełne oblicze, bez maski skrywającej detale.
Chłodne nocne powietrze powoli wypełniało jej płuca, wypierając resztki tamtej duszności, która jeszcze przed chwilą ściskała jej klatkę piersiową. Czuła, jak serce stopniowo zwalnia, choć wciąż uderzało trochę zbyt mocno, trochę zbyt wyraźnie, jakby próbowało nadrobić chwilę paniki.
Jego uśmiech - szeroki, niemal chłopięcy - był tak nieprzystający do napięcia, które jeszcze przed chwilą ją oplatało, że aż absurdalny. Przez krótką sekundę miała ochotę się na niego naprawdę rozzłościć. Zamiast tego poczuła jednak coś osobliwego, trudnego do nazwania. Jakby przypadkiem zajrzała przez uchylone drzwi do pokoju, do którego nigdy nie była zaproszona. Nie było w tym nic niewłaściwego, a jednak instynkt podpowiadał, że to nie był widok przeznaczony dla przypadkowych obserwatorów. W końcu przez lata przywykła do zupełnie innego obrazu. Od kiedy Rodolphus Lestrange uśmiechał się w ten sposób? Czuła się tak, jakby na moment zobaczyła wersję człowieka, której wcześniej nie znała.
Nie była jednak osobą, która zbyt chętnie okazywała dezorientację. Jej twarz pozostała więc niemal spokojna. Linie mimiki wygładziły się, a w spojrzeniu pojawiła się ta znajoma równowaga, którą wypracowała przez lata - umiejętność ukrywania reakcji, zanim zdążą przybrać zbyt wyraźną formę. Tylko przez moment jej wzrok zatrzymał się na jego oczach, jakby próbowała znaleźć w nich coś znajomego, coś, co przywróciłoby dawny porządek. Ale zamiast tego zobaczyła tylko zmęczenie.
- Doprawdy? Wspaniałe hobby - prychnęła pod nosem, przesuwając dłonią po włosach, które lekko wysunęły się z misternie upiętej fryzury podczas jej gwałtownego ruchu. - Powinieneś koniecznie wpisać je do rodzinnych kronik. Rodolphus, pogromca krzewów i postrach czarownic. - w jej głosie było jeszcze trochę napięcia, ale powoli ustępowało miejsca temu charakterystycznemu, lekko zgryźliwemu tonowi, który zwykle pojawiał się, gdy odzyskiwała grunt pod nogami.
- Akurat, bo ci uwierzę - wywróciła oczami, gdy odbił piłeczkę. Jedno nie wykluczało drugiego, a ona naprawdę widziała niedawno jakąś parę w oddali i jej przypuszczenia wydawały się bardzo prawdopodobne. Mimo to nie ciągnęła tematu, bo nie spodziewała się usłyszeć prawdy. Skupiła się za to na samym fakcie ucieczki z balu. - Było aż tak źle? - uniosła lekko brwi i dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie widziała go przez cały wieczór. Czyżby ukrywał się w ogrodach przez ten czas? Nawet jeśli nie lubił takich balów, to chyba zdążył się do nich przyzwyczaić w jakimś stopniu. Były nieodzowną częścią życia czarodziejskiej arystokracji.
- Nie, nikt mnie nie zaczepiał. Wydawało mi się, że widzę... - zaczęła, ale potem uświadomiła sobie, że wypowiedzenie tego na głos było zbyt wstydliwe, a sytuacja zbyt absurdalna. Nie chciała się tak przed nim obnażać. Zacisnęła z powrotem usta i pokręciła głową. - Nieistotne. Będę wdzięczna, jeśli mnie odprowadzisz.
Gdy zaproponował ramię, zawahała się tylko na krótką chwilę. Jej palce były chłodne, ale chwyt pewny.
- Twoje... towarzystwo nie będzie cię szukać? - rzuciła lekko, niemal niedbale, jakby chodziło wyłącznie o zwykłą kurtuazję.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#7
09.03.2026, 11:52  ✶  

Parsknął śmiechem, bo Astoria nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, jak blisko prawdy była. Czyż nie biegał po krzakach z Nicholasem, tuż przed tym jak mieli zamordować mugolaków? Czyż nie uganiał się za chwastami z Charlesem, byleby tylko Victoria się nie dowiedziała? Czyż nie przedzierał się przez las, gubiąc całkowicie orientację i polegając na tych, którzy ją mieli, żeby siać zniszczenie i... strach, który dotykał również czarownice? I chociaż Avery nie miała tego na myśli, to trafiło w sedno. Jednak wpisanie tego nietypowego hobby do rodzinnej kroniki przykryłoby cieniem rodowe nazwisko. Każdy wiedział, że poglądowo było im niezwykle blisko Czarnego Pana. Oficjalnie jednak nigdy nie opowiedzieli się za żadną ze stron, a teraz... W obliczu tej wielkiej tragedii organizowali licytację, przykrytą płaszczykiem półprawd, których nikt nie skonfrontuje z rzeczywistością. Komu tak naprawdę przekażą zebraną sumę na licytacji? Bo oczywistym było, że nie szlamom.
- Ranisz mnie - chwycił się teatralnym gestem za serce. Nie wierzyła mu: oczywiście, że nie. Nie spodziewał się, że będzie inaczej. - A ty? Co tu robisz sama, po ciemku? Wiem, że jest tu bezpiecznie, w końcu to rodzinna posiadłość, lecz... Przezorny zawsze ubezpieczony, szczególnie w tych czasach.
To było odbicie piłeczki. Szukał Astorii przez cały bal, chociaż nie można było powiedzieć, że zaglądał każdej kobiecie w maskę. Rozglądał się za nią, wciągał woń powietrza i perfum innych kobiet, spodziewając się, że w końcu dostrzeże tę jedną. Tak się jednak nie stało. Po spotkaniu z Agathą był rozedrgany, miał ochotę uciec i był właśnie w trakcie realizacji tego planu, gdy pojawiła się ona. Niczym anioł śmierci na końcu ścieżki życia.
- Było męcząco - odpowiedział gładko, ukrywając mały element tej skomplikowanej układanki. Agathę. Nie miał pojęcia jak czarownica znalazła się na balu, ale musiał to wyjaśnić. Jego ex wyprowadziła go z równowagi bardziej, niż jakakolwiek kobieta na tym świecie. Spodziewałby się prędzej klątwy od Bellatrix, niż zajadłości durnej kelnerki z Dziurawego Kotła.

Otoczyła palcami jego ramię, a on się uśmiechnął. Było męcząco - w tych słowach zawierał się cały ładunek emocjonalny, towarzyszący mu na balu. Nie lubił bali, szczególnie maskowych. Czuł, że traci wtedy kontrolę. Dodajmy do tego Agathę i niechybną rozmowę z kuzynem w następnych dniach, bo przecież ten pomógł mu pozbyć się natrętnej ex. Dlatego gdy Astoria rzuciła lekko pytanie o jego towarzystwo, nie skojarzył go z początkowym oskarżeniem o nocne schadzki. Był zmęczony, jego umysł pracował wolniej, a ciało domagało się opadnięcia na miękkie poduszki.
- To będzie dla mnie zaszczyt. I przyszedłem sam - odpowiedział nieco zdziwionym tonem, nie rejestrując z początku drugiego dna w tym pytaniu. - Ty zakładam że również, bo w innym wypadku towarzysz by cię odprowadził.
A przynajmniej tak nakazywała etykieta. Odprowadzić partnerkę a potem ewentualnie wrócić na przyjęcie, żeby zachlać mordę. Najlepiej w bibliotece, tam gdzie nie będzie świadków i plotkarzy. Był niemal pewien, że co najmniej kilku gości właśnie tak zrobiło.
- Dobrze się bawiłaś? Słyszałem, że na licytacji pojawiły się interesujące przedmioty i zebrano całkiem sporą sumę. Niestety nie mogłem dołączyć, nie wiem więc nawet, co dokładnie moja rodzina wyciągnęła ze skarbca - a szkoda, bo chętnie kupiłby chociażby jakiś ciekawy eliksir. Niby miał to za darmo, ale wiedział że gdyby o niego poprosił: zaczęłyby się pytania. Pytania, na które nie chciał odpowiadać.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#8
16.03.2026, 17:13  ✶  

Kiedy parsknął śmiechem, Astoria uniosła na niego spojrzenie z lekkim zaskoczeniem, choć nie pozwoliła, by w pełni wybrzmiało ono na jej twarzy. Ten dźwięk był niemal tak samo nieoczekiwany jak wcześniejszy uśmiech - trochę zbyt szczery, trochę zbyt swobodny jak na człowieka, którego przez lata pamiętała raczej jako powściągliwego obserwatora niż kogoś, kto reaguje tak otwarcie. Przez krótką chwilę przyglądała mu się uważniej, jakby próbowała odczytać, czy to tylko przelotny kaprys nocy, czy może coś, czego wcześniej po prostu nie zauważała. Może wypił zbyt dużo wina, żeby się znieczulić? To również by do niego nie pasowało, ale ostatecznie czy znała go na tyle dobrze, żeby to ocenić? Ostatecznie wywróciła oczami na jego teatralny gest, jakby w ciemnym ogrodzie etykieta już nie obowiązywała. Albo chciała po prostu dobitnie pokazać, że nie pozwoli się tak łatwo oszukać.
Kiedy zapytał, co robiła sama w ogrodzie, jej spojrzenie na moment powędrowało w stronę żwirowej ścieżki. Lampiony rozstawione wzdłuż alejek rzucały na nią miękkie, złotawe światło, które łagodnie rozmywało cienie między krzewami. Ogród wydawał się teraz niemal spokojny, jakby chwilowa panika była tylko krótkim pęknięciem w powierzchni tej nocnej ciszy.
- Zmęczyłam się gwarem na sali, chciałam trochę odpocząć w samotności i pospacerować. A potem poczułam się na tyle zmęczona, że postanowiłam wracać do domu - odpowiedziała zgodnie z prawdą, bo włóczenie się po ogrodzie tylko po to, żeby się z kimś poobściskiwać, było poniżej jej poziomu. Bal był długi, głośny, pełen ludzi i rozmów, które z czasem zaczęły mieszać się ze sobą w jeden, trudny do odróżnienia szum. Ogród był dla niej po prostu ucieczką. Gdyby się nie przestraszyła po drodze, mogłaby już wrócić do domu, a tak spotkała Rodolphusa i wszystko przeciągnęło się w czasie.
Ogród był spokojny teraz, niemal senny. Trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka minut wcześniej jej ciało było napięte jak struna, gotowe do ucieczki. Panika wycofała się już niemal całkowicie, pozostawiając po sobie jedynie cienkie echo w przyspieszonym jeszcze rytmie serca.
- Tak? A co w szczególności tak cię zmęczyło? - podniosła lekko brew, jakby nie mogła uwierzyć, że nie był w stanie przeżyć jednego balu organizowanego przez jego rodzinę bez marudzenia. Może faktycznie wydarzyło się coś szczególnego? Nie widziała go przez cały wieczór, a już same eliksiry przygotowane przez Lestrange'ów powodowały wiele zamieszania.
Gdy odpowiedział na jej pytanie o towarzystwo, jego słowa przyjęła z tą samą pozorną obojętnością, którą zwykle okrywała drobne ciekawości. Jedynie przez moment w jej spojrzeniu pojawiła się ledwie dostrzegalna nuta ulgi, tak subtelna, że łatwo było ją pomylić z refleksją. Jej dłoń spoczywała na jego ramieniu lekko, niemal niedbale, ale nie była to niechciana bliskość. Czuła pod palcami ciepło materiału i stabilność ruchu, gdy ruszyli ścieżką. Ten kontakt miał w sobie coś uspokajającego, nie dlatego, że go potrzebowała, lecz dlatego, że był prosty. Bez napięcia. Bez gry.
- Przyszłam z przyjacielem - odpowiedziała lekko, nie odnosząc się do odprowadzenia. Nie chciała teraz rozpoczynać monologu, że przecież nie potrzebowała mężczyzny w roli obrońcy lub rycerza na białym koniu, który odprowadzi ją do domu. Do tej pory radziła sobie sama, a etykieta była przez nią łamana, kiedy było jej to wygodne i nie niosło za sobą konsekwencji. Choć oczywiście uprzedziła Leviathana, żeby przypadkiem gdzieś na nią nie czekał.
- Właściwie całkiem dobrze się bawiłam. Myślę, że wiele osób potrzebowało takiej odskoczni od życia pełnego trosk po pożarze - nie było w tym nic odkrywczego. Tańce, alkohol, rozmowy ważne i te mniej, błahe problemy po wypiciu eliksirów - to wszystko pozwalało się rozerwać, odciągnąć myśli od konsekwencji ognia, z którymi wielu borykało się do tej pory. - Było kilka fajnych przedmiotów i eliksirów. Nawet sama skusiłam się na jeden amulet. - powiedziała spokojnie, przesuwając wzrok gdzieś przed siebie, na żwirową ścieżkę, po której szli. W końcu odważyła się zapytać dość bezpośrednio: - Nie przekażecie dochodu na szlamy, prawda?

!Maida Vale


learn the rules
then
break some

Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#9
16.03.2026, 17:13  ✶  

Maida Vale


Stojąc przy sztucznym stawie, zauważasz dziwną grę świateł na dotychczas pozornie spokojnej tafli wody. Gdy nachylasz się, by spojrzeć, pojawia się na niej obraz przypominający odbicie twarzy, ale nie twojej – to twarz młodej kobiety o długich, czarnych włosach, która unosi rękę w niemym geście ostrzeżenia. W chwili, gdy próbujesz się cofnąć, czujesz, wilgoć osiadającą na twojej dłoni, a z wody wyłania się pojedynczy, czarny płatek. Zanim cokolwiek zrobisz, płatek rozpływa się, a staw wygląda, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

Do kości można odnieść się w dowolnym fragmencie sesji - w przypadku nieznajdowania się w miejscu docelowym, należy się w nie przemieścić i odegrać scenę z kostki. Postaci Świra wydaje się, że doświadczył widzenia Pani Księżyca. Postaci będącej częścią rodu Lestrange lub posiadającej sensowne, fabularne uzasadnienie (na przykład bycie historykiem specjalizującym się w historiach czystokrwistych rodów) udaje się rozpoznać w kobiecie matkę Isabelli Lestrange, czyli babcię czwórki sióstr Lestrange. Postacie biorące udział w tej sesji nie mogą już użyć kości Maida Vale w ten sam dzień fabularny. Daty sesji nie można przesunąć.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#10
16.03.2026, 17:39  ✶  

- To, co i ciebie - odpowiedział swobodnie, z ulgą przyjmując fakt, że Avery była najwyraźniej zbyt zmęczona, by czepiać się tej nieszczęsnej schadzki. Która nie miała miejsca, ale przecież podczas balu wydarzyło się coś, co wytrąciło go z równowagi. Agatha. Osoba, która nie odpuści. Nie odpuściła nawet wtedy, gdy zaręczył się z Bellatrix - wtedy by ją chronić wybrał się pod Dziurawy Kocioł, żeby rozmówić się ze swoją ex. Nie podziałało, a potem zerwali z Black. Plotki o tym powinny już dawno się roznieść po magicznej socjecie: panienka Black miała dosyć Rodolphusa, który miał kij w dupie i wolał siedzieć w Departamencie Tajemnic i babrać się w ludzkich organach, niż chodzić z nią na bale. Zerwane zaręczyny miały mniej konsekwencji, niż się spodziewał, ale informacje o tym musiały dotrzeć do Agathy. Nie widział innego logicznego wyjaśnienia, dla którego kobieta przyszła na bal i szukała właśnie go. - Gwar ludzi, duchota, eliksiry, krzyki podczas licytacji. Dużo jestem w stanie znieść, w końcu rodzina jest najważniejsza, lecz moja wytrzymałość ma swoje granice.
Nie marudził, że boli go głowa od tego zaduchu, a poza tym muzyka, którą grano, nie była w jego guście. No i ten frazes o rodzinie... Gdyby stanął naprzeciwko ukochanej Victorii, kiedy ma na sobie maskę śmierciożercy, posłałby w jej stronę mordercze zaklęcie. Dobre sobie: rodzina jest najważniejsza.

- Mam wrażenie, że to jeden z powodów, dla których zorganizowano ten bal - powiedział, przyznając jej rację. Ludzie potrzebowali odskoczni. - Poza tym słyszałem, że rodzina próbowała zatrzeć niemiłe wrażenie po weselu Perseusza i Vespery. Byłem tam tylko przez chwilę, lecz widziałem biegające kapibary, w które zamieniali się ludzie, a także szlamowaty cyrk.
Ostatnie słowa niemal wypluł z siebie, a maska roześmianego, młodego człowieka opadła niemal natychmiast. Nosił w sercu pielęgnowaną od narodzin nienawiść, podobnie jak i ona. Prowadził ją ścieżką, która wiła się wokół niewielkiego jeziorka. Wiedział, że staw był sztuczny, w końcu mieszkał tu przez jakiś czas.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział, zerkając na kobietę niemal z wyrzutem. - Faktem jednak jest to, że ucierpiało sporo czystokrwistych. Na przykład rezydencja moich kuzynek i ich rodziców spłonęła. A i oni nie byli jedyni. Rozgłośnia Radiowa jest spalona, z Prorokiem też jest źle. Wszystko trzeba odbudować - a na to potrzebne są pieniądze. Chociażby z licytacji amuletów. Sam nie wiem, co skrywają skrytki bankowe mojego wujostwa, ale podejrzewam, że nie przepłaciłaś za niego.
Oczywistym było, że Lestrange nie zamierzali dotować szlamowatych organizacji. Z tego co mówił Rodolphus, chcieli się raczej skupić na odbudowie czystokrwistych domów i interesów.
- Słyszałaś o czarnych różach, które pojawiły się na krótko przed pożarem w naszych ogrodach? - zapytał, zwalniając nieco kroku. Spojrzał na spokojną taflę jeziora, przy której znajdowała się ławeczka. Przy niej właśnie pięły się czarne róże, o których mówił.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (3317), Pan Losu (258), Rodolphus Lestrange (2370)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa