Na całe szczęście albo nieszczęście, należał do ludzi pewnych siebie, odłożył więc wszelkie wątpliwości na bok i pojawił się pod znanym już sobie adresem.
I po zrobieniu paru kroków, z paczką w rękach, potknął się i omal nie wywrócił o coś, co leżało w trawie. Udało mu się jakimś cudem nie upuścić paczki i nie paść widowisko na ziemię – chyba gdyby tak się stało, ze wstydu by się stąd teleportował.
Rosier zaklął pod nosem, co czynił niezwykle rzadko. Rozejrzał się najpierw, upewniając, że nikt nie był świadkiem tej scenki, bo był człowiekiem, który bardzo nie lubił, gdy ktoś widział go w okolicznościach choćby zbliżonych do upokarzających, a potem opuścił wzrok. W trawie coś leżało: coś, co mogło być dziwnym kamieniem, dziwną rzeźbą albo jajkiem. Christopher przykląkł na moment, trochę zaintrygowany, zanim podniósł to znalezisko. Nie znał się na magicznych zwierzętach, bo mogąc wybierać szkolne przedmioty, o stokroć wolał siedzieć w ławce na numerologii niż karmić jakieś gargulce na błoniach, ale był prawie pewny, że to nie jest zwykła skała. Może to coś, co zostało upuszczone, kiedy siostry Lestrange się tutaj wprowadzały?
– Dostawa od Rosierów – oświadczył chwilę później, po zapukaniu do drzwi, gdy te się otworzyły i uśmiechnął do Victorii znad trzymanego pudła. – To pani paczka, panno Lestrange. A to… czy to pani jajko? – dodał, wręczając jej paczkę, a potem demonstrując także swoją „zdobycz”, odnalezioną w ogrodzie.
!Jajo z kalendarza