03.02.2026, 13:28 ✶
Chłopiec dawał Helloise wszystkie wskazówki, aby poczuła, że coś jest nie tak, lecz dziewczyna nigdy nie domyśliłaby się prawdziwego powodu. Pewnie był biedny — widziała w Hogwarcie dzieci, które robiły się nerwowe, gdy zapytało się o ich mamusie i tatusie. Zwykle gdy wcisnęło się nos w ich szaty, miały specyficzny zatęchły zapach. Gdy siadała koło nich w ławkach, widziała pocerowany po parę razy materiał ubranek. A może chłopiec po prostu był szlamą, a może jego rodzice byli lokalnymi dziwadłami. W tamtej chwili: nie obchodziło jej to.
Gdy rozstawali się tamtego dnia, za nic wzięła sobie wołanie Samuela, że jego las jest najlepszy — a okazało się prorocze. Nim nastała zima 1963 roku, Helloise zdążyła się o tym przekonać. Kochała Walię i okolice rezerwatu z niegasnącym sentymentem, lecz to, co odnalazła w Kniei, było bogatsze, głębsze. Wśród zarośli gęstej, podmokłej puszczy krył się bezlik sekretów, i każdego dnia odkrywać można było nowe. Góry Snowdonii były surowe, niegościnne, hartowały wszystkie żyjące tam stworzenia. W przeciwieństwie do domowych stron Knieja nie rzucała czarownicy bezwzględnego wyzwania. Las pokochał ją w szeptach liści, opowiadał jej o matce i opowiadał o tych, którzy szli przed nią. Wokół smoczego serca owinął się bluszcz, łuskę obrosły mchy, ogień zgasł. Helloise Rowle zzieleniała, zakochała się po uszy w lasku z Doliny.
Nie zmieniła się przez lata wiele z wyglądu, lecz w obyciu przygasła, jakby kto jej powyrywał pazury z całymi macierzami. Spętały ją zielone witki, stajał gniew i zniknęła gwałtowna zadziorność. Rowle przestała ryczeć jak nieokrzesane dzikie zwierzę, zaszumiała leśnym spokojem. Choć była to przemiana niosąca ukojenie i ciszę, to smutna u samego swojego źródła. Gdy Helloise zaczęła dostrzegać u siebie pierwsze jej oznaki, wciąż tlił się w niej gniew. Karała samą siebie za każdy jeden raz, gdy milczała, zamiast walczyć. Łzy cisnęły jej się do oczu, gdy nie znajdowała sił, żeby się stawiać. Oszalała z przeświadczenia, że traci siebie.
A potem osiadła. Nie patrzyła już wstecz inaczej niż z bladym uśmiechem. Może dorosła. Może okrzepła w niej mądrość lasu, którą odziedziczyła po matce Greengrass. A może to trucizna opium, którą poiła Helę opiekunka, poczyniła w niej takie spustoszenie. Może się pogodziła, może zapomniała, może przestało jej zależeć.
Tamtego dnia po nabożeństwie w Kowenie spacerowała po Dolinie, wdychając świeże powietrze. Nie spieszyło się jej do wnętrza zgrzanej chaty. Śnieg skrzypiał pod kozakami, śnieżynki roztapiały się na zaczerwienionych od mrozu policzkach, a oddech zbijał w obłoczki. Nie spodziewała się towarzystwa. Gdy ujrzała dzieło postawione w ogródku przy chacie oraz jego autora, uśmiechnęła się sama do siebie. Nie spodziewała się również pakunku.
— Och, dziękuję ci. Babcia straci całą radość z narzekania na to, że jej brakuje — zaśmiała się. — Chyba wyszła do lasu. — Przyjęła sadło, obróciła się na pustą chatę, po czym spojrzała nad ramieniem Samuela na niedźwiedzia. — Będę miała na kogo wyglądąć z okna. Nie zziębnie? — Odwinęła własny szalik udziergany z trzech różnych, niepasujących do siebie kolorów włóczki i okręciła go wokół szyi śniegowego miśka o szyszkowych kłach.
Przepadała za wizytami leśnego chłopca. Nie zadawała nigdy zbyt wielu pytań ani o niego, ani o matkę, choć może pytania powinny się nasunąć. Postrzegała go jako część tego miejsca, które pokochała przecież; a nie rozliczała niczego, co żyło w Kniei, ze statusu krwi. Knieja sama potrafiła uregulować hierarchię istot, którymi się opiekowała — nie trzeba jej było w tym pomocy. Hela cieszyła się więc tylko, że miewa tu towarzystwo, choćby sporadyczne.
— Chodź. — Czarownica stuknęła obcasem w ubity śnieg przy chacie, a kurze kolanko kucnęło wraz z całym domkiem, zapraszając do przytulnie ciepłego wnętrza. Helloise poszła prosto do kuchni i zaczęła myszkować w szafach. Spomiędzy zbiorów staruchy Teofili wygrzebała koszyczek i zadowolona podsunęła go Samuelowi pod nos. — Mam dużo cukierków. Dostałam na Yule. Nie przejem tego, wybieraj, na co masz ochotę.
Tak jak on częstował ją przed paru laty na straganach prostą landrynką, tak teraz Helloise zaoferowała Samowi kosz pełen najlepszych słodyczy z Miodowego Królestwa. Czego tam nie było: cukrowe pióra, lodowe myszy, pieprzne diabełki, musy-świstusy, czekoladowe różdżki i co tylko dusza zapragnie. Nawet trzy takie kosze zapewne miałyby dla dziewczynki, która dzieciństwo spędziła w czystokrwistym domu, mniejszą wartość niż jedna landrynka dla potajemnie podjadającego cukierki chłopca, lecz chociaż tak Hela mogła spróbować zrobić mu przyjemność.
Gdy rozstawali się tamtego dnia, za nic wzięła sobie wołanie Samuela, że jego las jest najlepszy — a okazało się prorocze. Nim nastała zima 1963 roku, Helloise zdążyła się o tym przekonać. Kochała Walię i okolice rezerwatu z niegasnącym sentymentem, lecz to, co odnalazła w Kniei, było bogatsze, głębsze. Wśród zarośli gęstej, podmokłej puszczy krył się bezlik sekretów, i każdego dnia odkrywać można było nowe. Góry Snowdonii były surowe, niegościnne, hartowały wszystkie żyjące tam stworzenia. W przeciwieństwie do domowych stron Knieja nie rzucała czarownicy bezwzględnego wyzwania. Las pokochał ją w szeptach liści, opowiadał jej o matce i opowiadał o tych, którzy szli przed nią. Wokół smoczego serca owinął się bluszcz, łuskę obrosły mchy, ogień zgasł. Helloise Rowle zzieleniała, zakochała się po uszy w lasku z Doliny.
Nie zmieniła się przez lata wiele z wyglądu, lecz w obyciu przygasła, jakby kto jej powyrywał pazury z całymi macierzami. Spętały ją zielone witki, stajał gniew i zniknęła gwałtowna zadziorność. Rowle przestała ryczeć jak nieokrzesane dzikie zwierzę, zaszumiała leśnym spokojem. Choć była to przemiana niosąca ukojenie i ciszę, to smutna u samego swojego źródła. Gdy Helloise zaczęła dostrzegać u siebie pierwsze jej oznaki, wciąż tlił się w niej gniew. Karała samą siebie za każdy jeden raz, gdy milczała, zamiast walczyć. Łzy cisnęły jej się do oczu, gdy nie znajdowała sił, żeby się stawiać. Oszalała z przeświadczenia, że traci siebie.
A potem osiadła. Nie patrzyła już wstecz inaczej niż z bladym uśmiechem. Może dorosła. Może okrzepła w niej mądrość lasu, którą odziedziczyła po matce Greengrass. A może to trucizna opium, którą poiła Helę opiekunka, poczyniła w niej takie spustoszenie. Może się pogodziła, może zapomniała, może przestało jej zależeć.
Tamtego dnia po nabożeństwie w Kowenie spacerowała po Dolinie, wdychając świeże powietrze. Nie spieszyło się jej do wnętrza zgrzanej chaty. Śnieg skrzypiał pod kozakami, śnieżynki roztapiały się na zaczerwienionych od mrozu policzkach, a oddech zbijał w obłoczki. Nie spodziewała się towarzystwa. Gdy ujrzała dzieło postawione w ogródku przy chacie oraz jego autora, uśmiechnęła się sama do siebie. Nie spodziewała się również pakunku.
— Och, dziękuję ci. Babcia straci całą radość z narzekania na to, że jej brakuje — zaśmiała się. — Chyba wyszła do lasu. — Przyjęła sadło, obróciła się na pustą chatę, po czym spojrzała nad ramieniem Samuela na niedźwiedzia. — Będę miała na kogo wyglądąć z okna. Nie zziębnie? — Odwinęła własny szalik udziergany z trzech różnych, niepasujących do siebie kolorów włóczki i okręciła go wokół szyi śniegowego miśka o szyszkowych kłach.
Przepadała za wizytami leśnego chłopca. Nie zadawała nigdy zbyt wielu pytań ani o niego, ani o matkę, choć może pytania powinny się nasunąć. Postrzegała go jako część tego miejsca, które pokochała przecież; a nie rozliczała niczego, co żyło w Kniei, ze statusu krwi. Knieja sama potrafiła uregulować hierarchię istot, którymi się opiekowała — nie trzeba jej było w tym pomocy. Hela cieszyła się więc tylko, że miewa tu towarzystwo, choćby sporadyczne.
— Chodź. — Czarownica stuknęła obcasem w ubity śnieg przy chacie, a kurze kolanko kucnęło wraz z całym domkiem, zapraszając do przytulnie ciepłego wnętrza. Helloise poszła prosto do kuchni i zaczęła myszkować w szafach. Spomiędzy zbiorów staruchy Teofili wygrzebała koszyczek i zadowolona podsunęła go Samuelowi pod nos. — Mam dużo cukierków. Dostałam na Yule. Nie przejem tego, wybieraj, na co masz ochotę.
Tak jak on częstował ją przed paru laty na straganach prostą landrynką, tak teraz Helloise zaoferowała Samowi kosz pełen najlepszych słodyczy z Miodowego Królestwa. Czego tam nie było: cukrowe pióra, lodowe myszy, pieprzne diabełki, musy-świstusy, czekoladowe różdżki i co tylko dusza zapragnie. Nawet trzy takie kosze zapewne miałyby dla dziewczynki, która dzieciństwo spędziła w czystokrwistym domu, mniejszą wartość niż jedna landrynka dla potajemnie podjadającego cukierki chłopca, lecz chociaż tak Hela mogła spróbować zrobić mu przyjemność.
dotknij trawy