• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
Grudzień 1970, Pierwsze ataki Śmierciożerców

Grudzień 1970, Pierwsze ataki Śmierciożerców
hiraeth
You think I’ll be the dark sky so you can be the star?
I’ll swallow you whole.
wiek
37
sława
V
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
jubiler, kaletnik
182cm, niebieskie oczy, wąskie źrenice, splamienie gadzią chorobą, dobrze zbudowany jak na kalekę, nosi widoczną biżuterię, w tym kolczyki w obu uszach

Seisyll Rowle
#1
30.03.2026, 13:14  ✶  
Pierwsze ataki Śmierciożerców
Grudzień 1970

– Powiedz coś.

Przez moment odpowiadała mu wyłącznie cisza, dopiero po dłuższej chwili do jego uszu dotarł cichy pomruk, w którym usilnie próbował doszukać się głosu własnego brata, ale nie potrafił, chociaż to częściowo on stworzył tę pieruńską konstrukcję zasłaniającą teraz twarz Lazarusa. Projekt nowej maski mającej ukrywać ich oblicza przed oczyma wścibskich stawał się coraz doskonalszy. Seisyll chciałby powiedzieć, że była to jego zasługa, ale miał zbyt dużo oleju w głowie i wiedział dobrze, że podpisać się mógł głównie pod jej estetyką. Mimo wszystko, nawet kiedy odpowiadał głównie za detale… miał z tego prawie tak dużą satysfakcję, jak z innych elementów stroju Śmierciożerców, którego projekt stworzyli w Kromlechu kilkanaście tygodni temu.

Był w tym jakiś absurd, wiedział o tym. Planowali właśnie zamach na jednej z głównych ulic Londynu, a on poprawiał Lazaruosowi kołnierz… kostiumu? Czarodziejska szata, do której stworzył skórzane elementy miała stać się jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych dzieł. Był to twór zbiorowy, ale jakże ważny – bo przecież te maski i szaty miały stać się symbolem. Wszyscy mieli kojarzyć ten krój, te maski, te żelazne okucia. Oto twór mający jednocześnie chronić ciała przed zaklęciami Brygadzistów, jak i być czymś niezwykle estetycznym. Modowy statement zamachowców – tak, absurd. A jednocześnie Seisyll wiedział, że to było istotne i nadawało całości charakteru, którego absencji mogły powstydzić się inne zgrupowania.

– Długo jeszcze mam czekać? – Lazarus wydawał się rozzłoszczony, ale metalowa siatka przy ustach, zaklęta przez Ulricha wciąż skutecznie modulowała jego głos na tyle, aby przypadkowa osoba nie zdołała rozpoznać w nim szefa Departamentu.

– Nie – powiedział, ale niezbyt spieszył się w oplataniu go pasem zaciskającym się wokół wyrzeźbionej talii. – Zaraz możemy wychodzić. A jak wrócimy, chcę żebyś przymierzył nową marynarkę. Uszyłem ci też spodnie, bo Yaxleyowie przywieźli mi naprawdę dobre skóry.

Nie widział twarzy brata, ale wiedział dobrze, że Lazarus uśmiechnął się. Nie był to uśmiech pozytywny, nie były to też zachwyt ani wdzięczność – Lazarus uśmiechał się w określony sposób, kiedy docierało do niego, że jego młodszy brat wahał się lub bał. Seisyll nie miał mu zbyt dużo do powiedzenia w odpowiedzi na nagłą ciszę i własne domysły, więc poprawił tę smutną, opadającą mu na oczy grzywkę, odchrząknął i zapiął klamrę, po czym odwrócił się w celu założenia na twarz własnej maski. Jeszcze się do niej nie przyzwyczaił.

––

– Poczekaj z tyłu, może załatwię to sam.

Nie podobał mu się ten modulator. A może nie podobał mu się ton brata. Mimo tego zatrzymał się, uważnie lustrując spojrzeniem szyld miejsca docelowego.

Dobroczynność. Troska. Co za zabawne słowa. Tak dużej liczbie ludzi wydawało się, że rozumieją w pełni ich znaczenie, ponieważ kiedyś przeczytali słownikową definicję i zatrzymali na niej sposób, w jaki o nich myśleli. Państwo Bower, których Lazarus miał właśnie zabić, zapewne zostaliby umieszczeni obok tejże słownikowej definicji, bo od lat troszczyli się o mniej majętnych, zagubionych, zaszczutych. Ciężko było doliczyć się, ilu mugolaków uratowali przed ruiną z czysto altruistycznych pobudek, stawiając opór narracji mającej ostatecznie zgnieść zwolenników Nobby’ego Leacha. Ale co jeśli dobroczynnością stawało się usuwanie szkodników? Co jeśli aktem łaski stawało się wysłanie na miejsce braci Rowle, bo nie znęcali się nad innymi i załatwiali sprawy po cichu. Co jeśli… troską była decyzja starszego brata o dokonaniu morderstwa samodzielnie, bo chwilę temu, w kryjówce przy Charing Cross, w przerażonych oczach dostrzegł małego chłopca, któremu chciał oszczędzić cierpienia? Wyręczanie się w morderstwach, a… przecież to i tak Seisyll będzie musiał ich oskórować. Zabawne słowa, zdecydowanie – a przynajmniej stawały się nimi, kiedy obracały się w głowie szaleńców, którzy postanowili stać się wrogami systemu i wszystkiego, co nie chciało płynąć zgodnie z ich wolą.

––

Powróciwszy do Llanberis, Seisyll nie oglądał się za siebie. Musiał to z siebie zmyć. Musiał wyszorować skórę, żeby ściągnąć z siebie pamięć o krzyku i rozpaczy. Musiał przestać pachnieć ludzką krwią, musiał… stać się na powrót sobą. Bo nie był wtedy sobą, tak? Seisyll Rowle był człowiekiem tak intensywnym jak dźwięk bębnów w ciemną noc sabatu Samhain, a nie… kimś tak prostacko okrutnym…

Chciał myśleć o eutierii. O widok siostry obmywanej nurtem rzeki. O swoich dzieciach. O przyszłości i przeszłości. O wszystkim, tylko nie o tym, na czym skupiały się teraz jego kosmate myśli.

Znów pisał. Wydawało mu się, że tyle mu pozostało z człowieczeństwa.

Helloise,

Dziękuję, że spędziłaś ze mną tych kilka dni. Mam wrażenie, że nie muszę tego pisać, bo i tak to rozumiesz, ale może pewne słowa przelane na papier zasmakują inaczej? Spróbuję więc.

Lubię patrzeć na Ciebie, kiedy siedzisz w moim ogrodzie. Jest coś uspokajającego w sposobie, w jaki się poruszasz i patrzysz na drzewa, które okalają mój dom i Gwaith y Ddraig. Kiedy byłem młodszy koszmarnie przerażała mnie myśl, że mogłyby pojmać Cię tutejsze Afronwyry, ale wczoraj, kiedy już sobie pojechałaś, spojrzałem w wir wodny kotłujący się za mostem i dotarło do mnie, że przestałem czuć ten lęk. Przestałem wierzyć w to, że cokolwiek mogłoby zmusić Cię do działania wbrew Twojej woli. Może nasza dorosłość miała przynieść właśnie to – zrozumienie, że to Ty jesteś jak woda, jak strumień. To ty byś je zwiodła, a nie one Ciebie.

Lubię myśleć, że jesteśmy pod tym kątem do siebie podobni. Uczyniliśmy się królami naszych włości i zarządzamy nimi wedle swojej modły. Nigdy mi to dotychczas nie przeszkadzało. To, że byliśmy razem, a jednocześnie osobno. Wspólnie, ale zajmując się własnymi sprawami. Wydarzyło się jednak kilka rzeczy, a może po prostu zrobiłem się stary – w każdym razie coraz częściej dociera do mnie, że potrzebuję widzieć Cię częściej.

Nie chcę wyrywać Cię z Kniei, więc będę przyjeżdżał.

Odłożył pióro na bok, zanosząc się przedziwnym, niezrozumiałym dla siebie szlochem. Po powrocie do domu próbował domyć ręce, ale nie potrafił wyszorować zalegającej na nich krwi. Ona się musiała weżreć w linie papilarne, pod paznokcie. Wszechświat robił mu na złość, karał go w jakiś sposób za to co uczynił – a może to Matka spoglądała na jego działania z powątpiewaniem.

Czy dało się żyć w konflikcie z samym sobą? Jak można było z taką pewnością przyczynić się do zabicia człowieka, być pewnym sprawiedliwości losu, a jednocześnie opłakiwać jego śmierć? Opłakiwać? Z powątpiewaniem we własną poczytalność otarł łzę spływającą mu po policzku. I podniósł pióro jeszcze raz.

Kocham Cię,
Seisyll

A później zostawił tusz do wyschnięcia i posłał smoczognika do Doliny.


walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
31.03.2026, 14:29  ✶  
Potrafiła powiedzieć, że kłamał, odkąd przekroczył jej próg. Ta ułuda dobrego dnia, który wspólnie spędzili, działa się przecież za obopólnym niewypowiedzianym porozumieniem. Ona wiedziała, że coś jest nie tak, i on wiedział, że ona o tym wie — a jednak jak gdyby nigdy nic spacerowali po lesie, rozmawiali, milczeli. Pokazywała mu, czym się zajmuje, powyciągała buteleczki pysznie rozgrzewających eliksirów i zaprezentowała cały komplet drewnianych ozdób przeznaczonych na świąteczne drzewo mające wkrótce stanąć w centralnym miejscu w Kowenie. Dla ciebie też coś robię na choinkę, opowiadała, ale musisz poczekać jeszcze trochę, jeszcze czegoś mi brakuje. Helloise była więc dokładnie taka sama jak zawsze i on próbował również być tego dnia jak zawsze, lecz za każdym razem, gdy spotykały się oczy rodzeństwa, zdawały się rozmawiać ze sobą szczerze, niezależne od tych wszystkich powierzchownych gestów. Oczy Seisylla były smutne. Nie pierwszy raz w ostatnim czasie zdawał się nieswój. Już przez tych kilka dni w Beddgelert był dziwny, lecz — choć z ciężkim sercem — siostra znalazła dla niego cierpliwość, pozwoliła sprawom dojrzewać bez jej natrętnej ingerencji.
Nie mogę dużo o tym mówić, bo przysięgałem trzymać gębę na kłódkę, ale sama wiesz jak jest – to, że o tym nie gadam, nie usuwa tego z mojej głowy, pisał jej. Nie pozostawało w tym wiele dla domysłu. Oczywistym było, że działo się coś złego. Nie podobała jej się zarówno własna niewiedza, jak i ułuda, którą grali. Dostrzegała w tym odcienie czegoś na kształt desperacji, a jednak nie miała serca, by bezceremonialnie podrzeć tę grę na strzępy i domagać się prawdy od samego początku. Kłamała więc dla niego i wespół z nim — że ją obchodzą te rzeźbione gwiazdy i śnieżynki, i że ten smak mikstury jeszcze się poprawi, może na coś korzennego, ale to później. W rzeczywistości potrafiła myśleć tylko o tym, co Seisyll przed nią chowa i dlaczego.
Zostawał na noc — nawet jeśli nie taki był jego pierwotny plan, to go ubłagała.
Przygotowała mu miejsce w swojej pracowni na rozkładanej sofie, gdzie — gdy zgęstniał wieczór — zniosła naręcze świeżej pościeli. W tym pokoju pełno było rozrzuconych po kątach zaczętych prac, materiałów, narzędzi, na podłodze zalegały też stosy atlasów przyrodniczych czy woreczki tajemniczych proszków. I zieleń — rośliny pnące się po kratach pod ścianami, wypływające z wiszących donic i strzelające z tych poustawianych między meblami. Znakiem pory roku była obecność drewnianych zabawek. Helloise nie robiła ich zwykle na sprzedaż, przed Yule jednak zdarzało jej się ulegać i stworzyć dla czyjejś córki magiczny dom dla lalek z miniaturowymi mebelkami czy drewniane ptaszki, które rzucone w powietrze fruwały po pokoju.
Zaścielając łóżko, czarownica nie odezwała się słowem. Ta cisza była wymowna i intensywna. Seisyll mógł wyczuć, że zaraz go zapyta — coś było w tym, jak marszczyła brwi i jak zaciskała niecierpliwie usta, żeby przypadkiem nie zacząć za wcześnie. Patrzyła uporczywie za okno, jakby szukała w dali na dworze wsparcia, mimo że przez ciemności nie dostrzegała wiele. To był jeszcze czas, gdy zimowa noc nad Knieją była dla Helloise kojąca. Byłaby gotowa wyjść w nią w tej chwili, taka bosa i w samym szlafroku narzuconym na koszulę nocną.
— Wystarczy. Nie możesz dłużej milczeć — wydała wreszcie łagodny, choć niepozbawiony stanowczości werdykt, ledwie skończyła oblekać pierzynę. Odwróciła się sztywno do brata i ani w spojrzeniu, ani w żadnych gestach nie kryła dłużej zatroskania. — Jaka przysięga jest czegoś takiego warta, Syl? — Wzięła jego dłoń w obie swoje dłonie. Przecież była w tym z nim. Była aktywną uczestniczką jego zmartwienia, nawet jeśli nie wiedziała, co go dręczy. — Wobec kogo taka wierność, że to przede mną chowasz? Źle mi, gdy przestajesz do mnie mówić, i widzę przecież, że tobie też źle.


dotknij trawy
hiraeth
You think I’ll be the dark sky so you can be the star?
I’ll swallow you whole.
wiek
37
sława
V
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
jubiler, kaletnik
182cm, niebieskie oczy, wąskie źrenice, splamienie gadzią chorobą, dobrze zbudowany jak na kalekę, nosi widoczną biżuterię, w tym kolczyki w obu uszach

Seisyll Rowle
#3
31.03.2026, 16:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2026, 16:31 przez Seisyll Rowle.)  
Naprawdę chciał, żeby to wszystko było takie proste. Porzucenie na moment własnej kuźni, żeby zobaczyć pracownię Helloise wydawało się dobrym pomysłem. Zobaczenie, że nie tylko jego życie toczyło się rytmem natury i uderzeń młota, oddanie się w ręce pozornie bezkresnego lasu i dłoni, które trzymając jego smutną, rozgrzaną twarz przynosiły ukojenie większe niż cokolwiek innego – cóż innego miałoby dźwignąć go na nogi? Seisyll kochał swoją siostrę. Nie kłamał w liście, przyznając się do poszukiwania między nimi podobieństw – łącząca ich nić porozumienia była prawdopodobnie najgrubszą z tych, jakie udało mu się spleść w burzliwym życiu. Może dlatego mimo ukojenia dla rozszarpanej duszy, Dolina Godryka była jednocześnie miejscem, którego powinien unikać – bo to był przecież sekret, jakiego miał nie zdradzać nikomu. A przynajmniej nie w pierwszych miesiącach wzniecania wojny domowej.

Ale to przecież była Helloise.

– Myszko, przecież wiesz, że nie mówię tego, żeby nie ściągać na ciebie kłopotów. – Nawet jeżeli oboje wiedzieli, że nie była już dzieckiem i mogła tę prawdę udźwignąć.

Siedział na pościeli, z brodą wspartą o swoje palce. Piekielnie smutne oczy Seisylla wykonały powolny ruch, kiedy przesunął rozmyte spojrzenie w górę, na stojąca nad nim zielarkę. Wydawało mu się, że jeszcze wczoraj leżała z nim na łóżku i słuchała zakończeń bajek, które wymyślał w oparciu o opowieści własnego przodka. Dzisiaj była w wieku, w którym powinna już pewnie wyjść za mąż, ale nie wyszła. Może nigdy nie wyjdzie. Była zbyt silna i zbyt uparta, aby nie utorować sobie swojej ścieżki, nawet jeżeli wpółświadomie przedzierała się przez życie z lekcjami, jakie zaszczepiły w niej przekazywane ukradkiem myśli Salazara Slyherina. Czy to on jej to zrobił? Czy zrobił to też Lazarusowi? Sam nie był pewien, czy powinien czuć się bardziej dumny niż winny.

Rodzina pełna wariatów, dla których życie leśnych zwierząt i dębów znaczyło więcej, niż życie ludzi próbujących przetrwać.

Kropla drążyła skałę.

Uciekł tym spojrzeniem w bok. Niby nic nie mówił, ale znała go już na tyle żeby wiedzieć, że w końcu wreszcie pęknie. Nie sposób było zliczyć ile razy próbował uciec od tej myśli, jak bardzo chciał to zgnieść i zakopać w ogródku, tę prawdę o swoim jestestwie, której nigdy nie będzie mógł wymazać. A jednak zrobił to – wyjawił jej go, przed czym uciekał, nawet jeśli przed samym sobą wciąż nie potrafił się do tego przyznać.

Podwinął rękaw bawełnianej piżamy. Pobladła skóra na na lewej ręce, chociaż Seisyll był opalony od ciągłego przebywania na dworze w promieniach słońca, od razu zdradzała, że coś z nią było nie tak. Minęła sekunda, dwie, a on stęknął z bólu, kiedy tusz malujący na niej symbol Morsmordre wynurzył się i Helloise mogła dostrzec tatuaż czaszki łykającej ogromnego węża.

– Wiesz, o jego rebelii – powiedział z pełnym przekonaniem, że wieść o potwornym manifeście sięgnęła całej Anglii. – Pomogliśmy mu – Lazarus jak zawsze był tu w domyśle, to on przecież pakował Seisylla w ciągłe kłopoty i nie trzeba było tęgiej głowy, żeby połączyć kropki – w zabiciu tego małżeństwa, co sprzedało las w Wiltshire w zamian za życie cholernych szlam i mugoli, a później mówili, że śmierć zwierzyny była wypadkiem. – W jego głosie można było wyczuć pogardę. Nie żałował wcale tej dwójki, nawet jeśli ręka mu się trzęsła na samą myśl o tym, jak podcinał czyjejś żonie gardło. – Jebać ich, Helloise – wydusił z siebie wreszcie. – Ale nie wiedzieliśmy, że mają dziecko. Nie pozwoliłem Lazarusowi go zabić, bo wyglądało jak – Helena. – Momentalnie pobladł. Spojrzał na siostrę jeszcze raz, a później wrócił do wlepiania spojrzenia w podłogę. – Nawiedza mnie to. Dzieci nie powinny wiedzieć takiej śmierci – pokręcił głową, sięgając na szafkę nocną do swojego płaszcza. Dźwignął się z miejsca, w akompaniamencie brzdęknięcia metalowej nogi.

Przez dłuższą chwilę nie dodał do tego nic. Poszukiwał w ciszy pomiędzy nimi zapewnienia, że wciąż łączyła ich miłość. Cokolwiek, co mogło przywrócić mu po tym, co powiedział jego własne człowieczeństwo, wyciągnęłoby go z tonącego okrętu, którym była jego własna głowa.

A może jego przeznaczeniem było utonąć?

Teraz był pewien jednego – musiał zapalić krążąc po wrzosowiskach.

Postać opuszcza sesję


walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
01.04.2026, 23:25  ✶  
Spodziewała się, że usłyszy coś podobnego. Nigdy by go przecież nie zdradziła — nie sądziła, że to ta obawa mogłaby mu przyjść do głowy.
— Nie rób tego. Nie ze mną. — Nie była zła, ale w jej zatroskaniu zabrzmiała ostrzegawcza nuta.
Nawet gdyby Syl zdecydował się milczeć uparcie, ona nie pozwoliłaby tematowi odejść, nie na stałe. Być może przyczaiłaby się, aby co jakiś czas próbować na nowo pochwycić jego troski. Rozglądałaby się za wskazówkami w innych miejscach. Nie chciała, żeby z czymkolwiek od niej uciekał, żeby cokolwiek ich oddaliło. To byłaby zdrada, gdyby odsunął ją od siebie i swojego cierpienia, aby ją chronić.
Gdy Seisyll podwinął rękaw, stojąca dotychczas Helloise uklękła na podłodze przy nim i patrzyła — patrzyła, jak na jego przedramieniu pojawił się mroczny znak. Coś przewróciło się w niej nieprzyjemnie. Cofnęła się nieznacznie, rozszerzyły się jej oczy, w których odbiła się pełna niedowierzania rozpacz. Czarownica otworzyła usta, jakby miała zaprotestować, ale nie umarło jej na wargach, zanim zdążyła je wypowiedzieć. Nie było już przeciwko czemu protestować, kiedy tusz malował się tak wyraźnie. Ktoś sięgnął pod skórę jej brata i go sobą oznaczył. Jej brata — tego, na którego od najmłodszych lat patrzyła w górę. On był siłą, która ją inspirowała i ukształtowała, musiała ukształtować choć w części. Nawet kiedy sama nad sobą Helloise czuła czasem uwierającą obecność ograniczeń, jakąś granicę tolerancji dla swoich zachowań czy wizję wyzwań, z których bezpieczniej było się wycofać, to nigdy nie myślała, że podobne ograniczenia dotykają Seisylla. A teraz widziała znak piętnujący jego poddaństwo wobec kogoś. I kim ten Czarny Pan był? Kim on był? Nieważne, ile gniewu i niezgody zawrzało w Helloise, fakt stał przed nią dokonany w symbolu i nic nie mogła począć.
W tamtej chwili — klęcząc przy udręczonym bracie oznaczonym Morsmorde, podnosząc na niego oczy z niekrytym niedowierzaniem — Helloise zorientowała się, że okazała się głupcem. Oczywiście, że słyszała o Manifeście Voldemorta, lecz wzruszała dotychczas ramionami, zbywała to byle jakim komentarzem, nie myślała o tym wcale wiele. Nie była ślepa na tyle, aby nie mieć zupełnie podejrzeń — spodziewała się w pełni, że te deklaracje będą czymś, co zainteresuje jej rodzinę, co spodoba się wielu spośród nich, może i spróbują do Voldemorta dołączyć. Nawet jeśli, co z tego? myślała lekceważąco i wracała do swoich zajęć. Może i voldemortowski rozmach robił wrażenie, ale oni byli Rowle. Zawsze — niezależnie od tego, z kim się w domu zgadzała, a z kim nie — patrzyła na swoich braci, wujów, bratanków i innych krewnych jako na ludzi mocnych, a i pamięć o ojcu była w jej głowie obrazem człowieka silnego i autorytatywnego. Ani przez moment więc w tych pierwszych tygodniach rebelii nie przeszło jej przez myśl, że przeznaczona dla jej krewnych będzie rola usłużnych żołnierzy należących do kogoś. To było dla niej zbyt nieprawdopodobne, żeby w ogóle miało szansę wykluć się w jej wyobraźni. Wtedy, gdy wszystko się dopiero zaczynało, Helloise założyła, że jeśli przyszłoby jej rodzinie brać w tym udział, to będą tam jak równy z równym. Może nawet Lazarus wpadnie na jakiś absurdalny pomysł, żeby tego wywrotowca wykorzystać do swoich celów, tak samo jak pociągał za sobą Seisylla w najgorsze tarapaty.
Nie tak się stało. Choć to był ledwie krótki moment pomiędzy ujrzeniem mrocznego znaku a nadejściem historii Seisylla, to zmieniła się w tym momencie perspektywa Helloise — zagościło w niej coś niewygodnego.
Odsunęła ten dyskomfort prędko na bok. Bo Seisyll zabił.
— Jak miałoby cię to nie nawiedzać? — Tylko tyle potrafiła w pierwszej chwili zaskoczona powiedzieć, bo wciąż jeszcze nie ochłonęła po przyjęciu wyznania.
Nie cofnęła się po tym od Seisylla. Spojrzała na jego deklarację popełnionej zbrodni i obok poruszenia wezbrała w niej ostra zaciętość. Kusiło ją w pierwszym odruchu poddać się beznadziei brata, jego smutkom i zwątpieniu, zapłakać nad nim bezradnie — lecz nie dała się utopić pod falą współczucia.
Zabili ich. To wszystko. To wszystko. Był w tym ciężar — ale to wszystko. On sobie z tym poradzi.
Nienawidziła w tamtej chwili dziecka Wiltshire’ów za to, co zrobiło Seisyllowi. Przeklinała dzień, w którym się urodziło. Żałowała każdego dnia, w którym nie umarło. Może Lazarus niepotrzebnie się ugiął i powinien był to doprowadzić do końca, przeszło jej impulsywnie przez myśl. Nie. Nie. To dziecko nie było warte jej brata, dobicie by jego sumieniu nie pomogło.
— Czujesz... to dobrze, że wciąż czujesz — powiedziała czule, próbując chwytać spojrzenie smutnych oczu, które uciekały od niej w dół, na podłogę, na boki. Ona czekała jego spojrzenia stale i otwarcie, bez strachu, gotowa przyjąć cokolwiek w nim znajdzie. — Bałbym się, gdybyś przyszedł i powiedział, że to wszystko nie zrobiło z tobą nic. Jesteś silny. Ty i ja jesteśmy tacy sami. Silni. Napisałeś, że nie wierzysz, że porwie mnie nurt. Ja wiem, że ciebie to, co zrobiliście, też nie porwie. To dziecko cię nie porwie. Zrobiłeś dobrze. Seisyll, nie bój się na mnie patrzeć. Nigdy nie bój się na mnie patrzeć — poprosiła nieustępliwie, biorąc jego twarz w dłonie.
Przejmowała ją bezsilna rozpacz, gdy myślała o tym przeklętym wspomnieniu dziecka, które będzie go dręczyć, a jednocześnie pozostała pod tym wszystkim zdeterminowana. To nie pod nią otworzyły się zdradliwe odmęty — Helloise stała wciąż na twardej ziemi, mogła go podtrzymać. Nigdy nie widziała tych zabitych ludzi ani ich dziecka — nie żałowała żadnego z nich ani przez moment. W komforcie tego dystansu mogła całą sobą być po stronie Seisylla. Lazarus powinien być odpowiedzialniejszy. Nie potrafiła nie przypisać części winy i jemu. On, Voldemort, ci ludzie, to dziecko — ale nie Syl. Helloise korzystała ślepo z prawa miłości, żeby pominąć jego winę i być tylko dla niego.
Był silny, bo nie był pusty i odczuwał jak człowiek. Dzięki temu mógł ją kochać i za to ona mogła kochać jego. Potrafili oboje dostrzec wartość życia — ważyło wiele, ale nie było bezcenne. Przemijało, bywało odbierane. Tak było od zawsze.
Gdy Seisyll wstał, ona chwilę jeszcze w milczeniu tkwiła nieruchomo na podłodze. Wciąż wszystko w sobie układała. Podniosła się nadspodziewanie energicznie, ledwie spostrzegła, że mężczyzna zabiera płaszcz. Nie zamierzała puszczać go dziś w noc samego z demonami.
— Jak wrócimy, przyniosę nam tu jeszcze drugą kołdrę.

Koniec sesji


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (1607), Seisyll Rowle (1711)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa