Nie wyobrażał sobie jak to było obejść się bez swojego pupila tak długi czas, jak musiała to zrobić Astoria. Jakaś jego część mówiła, że to nie było to samo uczucie, które towarzyszyło mu kiedy musiał zostać bez towarzystwa smoczognika. W końcu nazwisko zobowiązywało i uświadczyć Rowle'a bez tego niewielkiego stworzenia, to było jak jakiś Avery nie będzie związany ze sztuką. Ale coś innego, ta głęboko ukryta sympatia i nić porozumienia, jaka wiązała go z Astorią, podpowiadała mu że martwiła się dokładnie tak samo, jak i on by się martwił.
Zabrał jej podopiecznego już jakiś czas temu, zapewniając mu dom i schronienie w Snowdonii. W pewien sposób jaszczurka wróciła do korzeni, bo jakby nie patrzeć to pochodziła przecież z jego hodowli. Szkoda tylko, że okoliczności tym razem okazały się o wiele bardziej przygnębiające i nakazujące ostrożne postępowanie. Podawane mu specyfiki, zadziałały jednak bez jakiegokolwiek problemu. Smoczognik przestał być osowiały, nabrał sił i z nową werwą wzbijał się w powietrze czy wzniecał iskry. Zawsze, kiedy stworzenia którymi się opiekował wracały do zdrowia, czuł że te wszystkie lata spędzone na zgłębianiu tajemnic świata fauny nie poszły na marne. Może nawet można było to nazwać dumą, która powoli rozlewała się przyjemnym ciepłem po całym ciele, pozwalając by skostniały w nim gad zamruczał z zadowoleniem.
Skoro stworzenie poczuło się lepiej, należało oddać je właścicielce.
Avery Hall i posiadłość Rowle'ów pewnie nie mogły się bardziej od siebie różnić. W jednym królowała sztuka, a drugim na każdym kroku dało się uświadczyć przypomnienia, że było to rodzina magizoologów. Stworzenia wyglądały zza każdego rogu i z obrazu. Uwiecznione na płótnach oczy śledziły niemo przechodniów, a rzeźby czy spreparowane okazy pozwalały się podziwiać. Pełno w tym było ciężkich brązów i zieleni, które dopełniały naturalistyczny klimat Snowdonii.
Avery Hall zawsze przypominało Leviathanowi jakieś klasycystyczne dzieło. Sztuka tutaj miała smak i była odpowiednio wywarzona. Rzeźby prezentowały sobą coś więcej, niż zaledwie bycie kolejnymi okazami, a zamknięte w ramy portrety i krajobrazy posiadały w sobie... to coś. Jakąś artystyczną iskrę, w której dało się wyczuć pasję autora i próbę przekazania większych emocji, niż zwykłego uwiecznienia widoku czy stworzenia.
Patrzył na te wszystkie dzieła sztuki z pewnym zastanowieniem, kiedy je mijał. Gdy zdarzało mu się podziwiać jakieś piękne widoki czy zamknięte w ramy obrazy, mimowolnie myślał czasem o Avery - o tym jak ona widziała świat oczami kogoś, kto z tego typu pięknem obcował na co dzień. Czy doceniałaby go w taki sam sposób jak on? A może z miejsca przechodziła do podchwytywania jakichś drobnych detali, które kryły się w światłocieniu lub oddziaływaniu barw. Kiedy nie uciekał myślami do niej, obracał je dookoła Laurenta, kolejnej osoby w jego życiu, która wciąż podtrzymywała jakąś jego wrażliwszą stronę. Która była sztuką samą w sobie.
- Namalowałabyś mi coś? - zapytał z pewnym zastanowieniem, odstawiając klatkę ze smoczognikiem na blat stołu, spojrzeniem jeszcze przez chwilę trzymając się dużego obrazu który zawieszono w centralnym punkcie pomieszczenia. Te, które go otaczały, zdawały się dobrane tak by w naturalny sposób stanowić jego uzupełnienie.