Chociaż piękny ogród Maida Vale należał to ich rodziny, to jednak nie każdy jej członek interesował się kwiatami i tym, co się tam działo. Początkowe zainteresowanie, które wybuchło na początku miesiąca, w większości już zmalało, przykryte zresztą tragedią Spalonej Nocy i mało kto zdawał się pamiętać o fenomenie, jaki rozkwitł w środku Londynu. Fenomenie, który sprawiał, że Victoria ciągle była niespokojna i nie chodziło wcale o to, że chodziła przemęczona przez pracę (choć to na pewno też się do sprawy przyczyniało). Wnioski, jakie płynęły z tego wszystkiego, co działo się w ogrodzie, nie napawały optymizmem, a na domiar wszystkiego potrzebowała się dostać na Polanę Ognisk, żeby potwierdzić lub zaprzeczyć słowom ciotki Lorelei.
Z miłą chęcią jednak przyjęła, że Laurence wykazywał jakieś zainteresowanie sprawą czarnych róż i gdy moment w trakcie rodzinnej kolacji na to pozwolił, z miłą chęcią opuściła jadalnię, by wybrać się wraz z kuzynem do ogrodu.
Nie miała na sobie żadnego okrycia wierzchniego, żadnego sweterka, chusty ani płaszcza, choć wrześniowe temperatury były już dużo niższe niż w lecie, a już zwłaszcza wieczorem. Ale nie czuła, że musi przed rodziną cokolwiek udawać, nie było żadną tajemnicą to, co przydarzyło jej się podczas felernego Beltane w maju, nie zamierzała więc kryć przed własnymi krewnymi tego, co się działo. A więc, że naprawdę była tak lodowata, jak pisali w gazetach. Tak zimna, że nie było takiego ognia, który mógłby ją ogrzać; nie odczuwała więc, że jest zimno i niosło to ze sobą pewne niebezpieczeństwo, ale nie była w stanie nic na to poradzić.
Czarne róże nadal były w ogrodzie, gdy wraz z Laurencem wyszli i postawili pierwsze kroki na żwirowej ścieżce. Ich słodki zapach unosił się w powietrzu, a piękno było niezaprzeczalne, a przynajmniej dla kogoś, kto miał jakieś pojęcie o kwiatach. Piękne, bez suchych miejsc, bez żółtych plam na miękkich, smoliście czarnych płatkach kwiatów, które naturalnie nie występowały w takim kolorze. Pięły się po murku, rzeźbach muz, a gdzieniegdzie nawet po drzewach, a przynajmniej w tej części ogrodu, w której się właśnie znajdowali.
– Co myślisz? – zapytała kuzyna, gdy już miał chwilę, by przyjrzeć się temu dziwnemu zjawisku. W ogrodzie panowała nieco dziwaczna atmosfera, może nie grozy, ale nie dało się zaprzeczyć, że widok wielu tajemniczych róż był zastanawiający. – Nie zmieniło się to od dwóch tygodni, wygląda to wszystko tak samo.