30.03.2026, 13:14 ✶
Pierwsze ataki Śmierciożerców
Grudzień 1970
Grudzień 1970
– Powiedz coś.
Przez moment odpowiadała mu wyłącznie cisza, dopiero po dłuższej chwili do jego uszu dotarł cichy pomruk, w którym usilnie próbował doszukać się głosu własnego brata, ale nie potrafił, chociaż to częściowo on stworzył tę pieruńską konstrukcję zasłaniającą teraz twarz Lazarusa. Projekt nowej maski mającej ukrywać ich oblicza przed oczyma wścibskich stawał się coraz doskonalszy. Seisyll chciałby powiedzieć, że była to jego zasługa, ale miał zbyt dużo oleju w głowie i wiedział dobrze, że podpisać się mógł głównie pod jej estetyką. Mimo wszystko, nawet kiedy odpowiadał głównie za detale… miał z tego prawie tak dużą satysfakcję, jak z innych elementów stroju Śmierciożerców, którego projekt stworzyli w Kromlechu kilkanaście tygodni temu.
Był w tym jakiś absurd, wiedział o tym. Planowali właśnie zamach na jednej z głównych ulic Londynu, a on poprawiał Lazaruosowi kołnierz… kostiumu? Czarodziejska szata, do której stworzył skórzane elementy miała stać się jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych dzieł. Był to twór zbiorowy, ale jakże ważny – bo przecież te maski i szaty miały stać się symbolem. Wszyscy mieli kojarzyć ten krój, te maski, te żelazne okucia. Oto twór mający jednocześnie chronić ciała przed zaklęciami Brygadzistów, jak i być czymś niezwykle estetycznym. Modowy statement zamachowców – tak, absurd. A jednocześnie Seisyll wiedział, że to było istotne i nadawało całości charakteru, którego absencji mogły powstydzić się inne zgrupowania.
– Długo jeszcze mam czekać? – Lazarus wydawał się rozzłoszczony, ale metalowa siatka przy ustach, zaklęta przez Ulricha wciąż skutecznie modulowała jego głos na tyle, aby przypadkowa osoba nie zdołała rozpoznać w nim szefa Departamentu.
– Nie – powiedział, ale niezbyt spieszył się w oplataniu go pasem zaciskającym się wokół wyrzeźbionej talii. – Zaraz możemy wychodzić. A jak wrócimy, chcę żebyś przymierzył nową marynarkę. Uszyłem ci też spodnie, bo Yaxleyowie przywieźli mi naprawdę dobre skóry.
Nie widział twarzy brata, ale wiedział dobrze, że Lazarus uśmiechnął się. Nie był to uśmiech pozytywny, nie były to też zachwyt ani wdzięczność – Lazarus uśmiechał się w określony sposób, kiedy docierało do niego, że jego młodszy brat wahał się lub bał. Seisyll nie miał mu zbyt dużo do powiedzenia w odpowiedzi na nagłą ciszę i własne domysły, więc poprawił tę smutną, opadającą mu na oczy grzywkę, odchrząknął i zapiął klamrę, po czym odwrócił się w celu założenia na twarz własnej maski. Jeszcze się do niej nie przyzwyczaił.
––
– Poczekaj z tyłu, może załatwię to sam.
Nie podobał mu się ten modulator. A może nie podobał mu się ton brata. Mimo tego zatrzymał się, uważnie lustrując spojrzeniem szyld miejsca docelowego.
Dobroczynność. Troska. Co za zabawne słowa. Tak dużej liczbie ludzi wydawało się, że rozumieją w pełni ich znaczenie, ponieważ kiedyś przeczytali słownikową definicję i zatrzymali na niej sposób, w jaki o nich myśleli. Państwo Bower, których Lazarus miał właśnie zabić, zapewne zostaliby umieszczeni obok tejże słownikowej definicji, bo od lat troszczyli się o mniej majętnych, zagubionych, zaszczutych. Ciężko było doliczyć się, ilu mugolaków uratowali przed ruiną z czysto altruistycznych pobudek, stawiając opór narracji mającej ostatecznie zgnieść zwolenników Nobby’ego Leacha. Ale co jeśli dobroczynnością stawało się usuwanie szkodników? Co jeśli aktem łaski stawało się wysłanie na miejsce braci Rowle, bo nie znęcali się nad innymi i załatwiali sprawy po cichu. Co jeśli… troską była decyzja starszego brata o dokonaniu morderstwa samodzielnie, bo chwilę temu, w kryjówce przy Charing Cross, w przerażonych oczach dostrzegł małego chłopca, któremu chciał oszczędzić cierpienia? Wyręczanie się w morderstwach, a… przecież to i tak Seisyll będzie musiał ich oskórować. Zabawne słowa, zdecydowanie – a przynajmniej stawały się nimi, kiedy obracały się w głowie szaleńców, którzy postanowili stać się wrogami systemu i wszystkiego, co nie chciało płynąć zgodnie z ich wolą.
––
Powróciwszy do Llanberis, Seisyll nie oglądał się za siebie. Musiał to z siebie zmyć. Musiał wyszorować skórę, żeby ściągnąć z siebie pamięć o krzyku i rozpaczy. Musiał przestać pachnieć ludzką krwią, musiał… stać się na powrót sobą. Bo nie był wtedy sobą, tak? Seisyll Rowle był człowiekiem tak intensywnym jak dźwięk bębnów w ciemną noc sabatu Samhain, a nie… kimś tak prostacko okrutnym…
Chciał myśleć o eutierii. O widok siostry obmywanej nurtem rzeki. O swoich dzieciach. O przyszłości i przeszłości. O wszystkim, tylko nie o tym, na czym skupiały się teraz jego kosmate myśli.
Znów pisał. Wydawało mu się, że tyle mu pozostało z człowieczeństwa.
Helloise,
Dziękuję, że spędziłaś ze mną tych kilka dni. Mam wrażenie, że nie muszę tego pisać, bo i tak to rozumiesz, ale może pewne słowa przelane na papier zasmakują inaczej? Spróbuję więc.
Lubię patrzeć na Ciebie, kiedy siedzisz w moim ogrodzie. Jest coś uspokajającego w sposobie, w jaki się poruszasz i patrzysz na drzewa, które okalają mój dom i Gwaith y Ddraig. Kiedy byłem młodszy koszmarnie przerażała mnie myśl, że mogłyby pojmać Cię tutejsze Afronwyry, ale wczoraj, kiedy już sobie pojechałaś, spojrzałem w wir wodny kotłujący się za mostem i dotarło do mnie, że przestałem czuć ten lęk. Przestałem wierzyć w to, że cokolwiek mogłoby zmusić Cię do działania wbrew Twojej woli. Może nasza dorosłość miała przynieść właśnie to – zrozumienie, że to Ty jesteś jak woda, jak strumień. To ty byś je zwiodła, a nie one Ciebie.
Lubię myśleć, że jesteśmy pod tym kątem do siebie podobni. Uczyniliśmy się królami naszych włości i zarządzamy nimi wedle swojej modły. Nigdy mi to dotychczas nie przeszkadzało. To, że byliśmy razem, a jednocześnie osobno. Wspólnie, ale zajmując się własnymi sprawami. Wydarzyło się jednak kilka rzeczy, a może po prostu zrobiłem się stary – w każdym razie coraz częściej dociera do mnie, że potrzebuję widzieć Cię częściej.
Nie chcę wyrywać Cię z Kniei, więc będę przyjeżdżał.
Dziękuję, że spędziłaś ze mną tych kilka dni. Mam wrażenie, że nie muszę tego pisać, bo i tak to rozumiesz, ale może pewne słowa przelane na papier zasmakują inaczej? Spróbuję więc.
Lubię patrzeć na Ciebie, kiedy siedzisz w moim ogrodzie. Jest coś uspokajającego w sposobie, w jaki się poruszasz i patrzysz na drzewa, które okalają mój dom i Gwaith y Ddraig. Kiedy byłem młodszy koszmarnie przerażała mnie myśl, że mogłyby pojmać Cię tutejsze Afronwyry, ale wczoraj, kiedy już sobie pojechałaś, spojrzałem w wir wodny kotłujący się za mostem i dotarło do mnie, że przestałem czuć ten lęk. Przestałem wierzyć w to, że cokolwiek mogłoby zmusić Cię do działania wbrew Twojej woli. Może nasza dorosłość miała przynieść właśnie to – zrozumienie, że to Ty jesteś jak woda, jak strumień. To ty byś je zwiodła, a nie one Ciebie.
Lubię myśleć, że jesteśmy pod tym kątem do siebie podobni. Uczyniliśmy się królami naszych włości i zarządzamy nimi wedle swojej modły. Nigdy mi to dotychczas nie przeszkadzało. To, że byliśmy razem, a jednocześnie osobno. Wspólnie, ale zajmując się własnymi sprawami. Wydarzyło się jednak kilka rzeczy, a może po prostu zrobiłem się stary – w każdym razie coraz częściej dociera do mnie, że potrzebuję widzieć Cię częściej.
Nie chcę wyrywać Cię z Kniei, więc będę przyjeżdżał.
Odłożył pióro na bok, zanosząc się przedziwnym, niezrozumiałym dla siebie szlochem. Po powrocie do domu próbował domyć ręce, ale nie potrafił wyszorować zalegającej na nich krwi. Ona się musiała weżreć w linie papilarne, pod paznokcie. Wszechświat robił mu na złość, karał go w jakiś sposób za to co uczynił – a może to Matka spoglądała na jego działania z powątpiewaniem.
Czy dało się żyć w konflikcie z samym sobą? Jak można było z taką pewnością przyczynić się do zabicia człowieka, być pewnym sprawiedliwości losu, a jednocześnie opłakiwać jego śmierć? Opłakiwać? Z powątpiewaniem we własną poczytalność otarł łzę spływającą mu po policzku. I podniósł pióro jeszcze raz.
Kocham Cię,
Seisyll
A później zostawił tusz do wyschnięcia i posłał smoczognika do Doliny.
walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Salazar #7f4242