27.03.2026, 16:15 ✶
— Słucham? – Jonathan miał nadzieję, że się przesłyszał, ale najwyraźniej nie miał takiego szczęścia. – Czy... Czy ty myslałeś, że... Na bogów przecież to jest mój chrześniak! A nawet gdyby nim nie był on byłby dla mnie za młody!
Brak słów. Po prostu brak słów. A niestety tych słów jeszcze potrzebował, bo kolejne rewelacje wcale nie były lepsze. Patrzenie na Gabriela stało się w tym momencie naprawdę ciężkie. Miał wrażenie, że jego umysł nie był po prostu w stanie pojąć, jak powinien się zachować, gdy jednocześnie wpatrywał się w oczy, które kiedyś wywoływały w nim tyle miłości, co później strachu i gniewu. To bolało. Przez tyle lat obawiał się o życie swojej rodziny z jego ręki, a kiedy był gotowy ponownie mu zaufać i nie martwić się faktem, że były kochanek przebywał w tym samym mieście, ten wypowiadał słowa absolutnie karygodne tylko dlatego, że się zakochał.
Podszedł bliżej Gabriela, stając nim oko w oko.
– Rozumiem. Porozmawiam potem o tym z Hannibalem. Podoba mi się ta zabawa o robieniu sobie na złość. Też chcę zagrać. Pomyślmy... Gdybym miał ci zrobić na złość to... Może wykorzystałbym kilka kontaktów w Ministerstwie Magii, aby Biuro Międzygatunkowej Współpracy Między Czarodziejami a Wampirami zaczęło składać ci regularne wizyty. Myślę, że jeśli martwisz się w tym czy twoja przyjaciólka darzy cię uczuciem, to można łatwo zweryfikować jej cierpliwość nudną biurokracją i powtarzającymi się pytaniami, które musiałaby znosić przez znajomość z tobą? – Mówił spokojnie. Tak spokojnie jak tylko mógł, co chwila przypominając sobie o tym że przecież chciał życzyć Gabrielowi jak najlepiej. – A może powinienem sam ci wypominać, że sam cię kochałem i sam cierpiałem gdy to się skończyło. – Wziął głęboki oddech, czując że powiedział za dużo, ale nie zakończył na tym swojej wypowiedzi. – A może... Może powinienem odpuścić robienie tobie na złość i zauważyć, że skoro mamy się przyjaźnić to wolałbym po prostu abyś nauczył się kończyć nasze spotkania w sposób sympatyczniejszy, niż kończenie ciągłości moich żeber, lub nagle wychodzenie.
Brak słów. Po prostu brak słów. A niestety tych słów jeszcze potrzebował, bo kolejne rewelacje wcale nie były lepsze. Patrzenie na Gabriela stało się w tym momencie naprawdę ciężkie. Miał wrażenie, że jego umysł nie był po prostu w stanie pojąć, jak powinien się zachować, gdy jednocześnie wpatrywał się w oczy, które kiedyś wywoływały w nim tyle miłości, co później strachu i gniewu. To bolało. Przez tyle lat obawiał się o życie swojej rodziny z jego ręki, a kiedy był gotowy ponownie mu zaufać i nie martwić się faktem, że były kochanek przebywał w tym samym mieście, ten wypowiadał słowa absolutnie karygodne tylko dlatego, że się zakochał.
Podszedł bliżej Gabriela, stając nim oko w oko.
– Rozumiem. Porozmawiam potem o tym z Hannibalem. Podoba mi się ta zabawa o robieniu sobie na złość. Też chcę zagrać. Pomyślmy... Gdybym miał ci zrobić na złość to... Może wykorzystałbym kilka kontaktów w Ministerstwie Magii, aby Biuro Międzygatunkowej Współpracy Między Czarodziejami a Wampirami zaczęło składać ci regularne wizyty. Myślę, że jeśli martwisz się w tym czy twoja przyjaciólka darzy cię uczuciem, to można łatwo zweryfikować jej cierpliwość nudną biurokracją i powtarzającymi się pytaniami, które musiałaby znosić przez znajomość z tobą? – Mówił spokojnie. Tak spokojnie jak tylko mógł, co chwila przypominając sobie o tym że przecież chciał życzyć Gabrielowi jak najlepiej. – A może powinienem sam ci wypominać, że sam cię kochałem i sam cierpiałem gdy to się skończyło. – Wziął głęboki oddech, czując że powiedział za dużo, ale nie zakończył na tym swojej wypowiedzi. – A może... Może powinienem odpuścić robienie tobie na złość i zauważyć, że skoro mamy się przyjaźnić to wolałbym po prostu abyś nauczył się kończyć nasze spotkania w sposób sympatyczniejszy, niż kończenie ciągłości moich żeber, lub nagle wychodzenie.