03.04.2026, 11:19 ✶
– Spytałabym czy wszystko w porządku… ale to chyba byłoby teraz głupie pytanie – powiedziała Brenna, postukując ołówkiem w kartkę, na której część zapisków sporządzono piórem, a część właśnie ołówkiem. Na biurku w bibliotece Księżycowego Stawu, wciąż nie w stu procentach uporządkowanej, piętrzyły się książki oraz notatki na różne tematy.
Te wyciągnięte na wierzch dotyczyły fal.
Brenna miała z falami ten problem, że sama nauczyła się ich stosunkowo niedawno, po naprawdę długiej walce, bo nie bardzo miała ochotę wpuszczać do swojej głowy czyjekolwiek myśli. Nie była więc pewna, czy zdoła nauczyć się posługiwania nimi kogoś innego, a główni kandydaci do nauczania, z Patrickiem na czele, przebywali teraz bardzo… bardzo daleko. Przeglądała więc różne opisy, techniki, a oczywiście brat był potencjalnie na pierwszy ogień do testów. Wszak możliwość męczenia go zawsze i wszędzie byłaby bardzo cenna… Nie wspominając o tym, że nie musiałaby się zastanawiać, gdzie jest i co mu nie jest, gdyby Voldemort znowu postanowił zrzucić z nieba deszcz popiołów i ognia.
Tyle że sama nie była pewna, jak jej z tym wszystkim idzie.
Ale te „pierwsze kroki w nauce fal” były trochę podstępem, żeby go tu ściągnąć, bo nie tylko o to chodziło…
– Zapytam więc może…? Hm. Chcesz mi o czymś powiedzieć? Albo chcesz o coś spytać? – zapytała, odchylając się na krześle, tak że balansowało na tylnych nogach i mogło skończyć się to tak, że Brenna poleci do tyłu. Ale przynajmniej na razie zachowywanie równowagi szło jej całkiem zgrabnie.
Trudno powiedzieć, co miała na myśli. Może Posępną Wyspę, z której ledwo wrócili. Może ogólną, beznadziejną zdawałoby się sytuację po Spalonej Nocy. Może po prostu wszystko, bo, co najbardziej prawdopodobne, zwyczajnie martwiła się o brata. Erik zawsze był człowiekiem pogodnym, który lubił widzieć w ludziach i świecie wokół wszystko, co najlepsze, a teraz zdawało się, że wszystkich, wszystko, spowijają coraz mocniejsze cienie.
Brenna nie chciała przegapić momentu, w którym te cienie otoczą jej brata i postanowią go zadusić.
Na wos, jak to całe układanie planów nauki idzie.
Te wyciągnięte na wierzch dotyczyły fal.
Brenna miała z falami ten problem, że sama nauczyła się ich stosunkowo niedawno, po naprawdę długiej walce, bo nie bardzo miała ochotę wpuszczać do swojej głowy czyjekolwiek myśli. Nie była więc pewna, czy zdoła nauczyć się posługiwania nimi kogoś innego, a główni kandydaci do nauczania, z Patrickiem na czele, przebywali teraz bardzo… bardzo daleko. Przeglądała więc różne opisy, techniki, a oczywiście brat był potencjalnie na pierwszy ogień do testów. Wszak możliwość męczenia go zawsze i wszędzie byłaby bardzo cenna… Nie wspominając o tym, że nie musiałaby się zastanawiać, gdzie jest i co mu nie jest, gdyby Voldemort znowu postanowił zrzucić z nieba deszcz popiołów i ognia.
Tyle że sama nie była pewna, jak jej z tym wszystkim idzie.
Ale te „pierwsze kroki w nauce fal” były trochę podstępem, żeby go tu ściągnąć, bo nie tylko o to chodziło…
– Zapytam więc może…? Hm. Chcesz mi o czymś powiedzieć? Albo chcesz o coś spytać? – zapytała, odchylając się na krześle, tak że balansowało na tylnych nogach i mogło skończyć się to tak, że Brenna poleci do tyłu. Ale przynajmniej na razie zachowywanie równowagi szło jej całkiem zgrabnie.
Trudno powiedzieć, co miała na myśli. Może Posępną Wyspę, z której ledwo wrócili. Może ogólną, beznadziejną zdawałoby się sytuację po Spalonej Nocy. Może po prostu wszystko, bo, co najbardziej prawdopodobne, zwyczajnie martwiła się o brata. Erik zawsze był człowiekiem pogodnym, który lubił widzieć w ludziach i świecie wokół wszystko, co najlepsze, a teraz zdawało się, że wszystkich, wszystko, spowijają coraz mocniejsze cienie.
Brenna nie chciała przegapić momentu, w którym te cienie otoczą jej brata i postanowią go zadusić.
Na wos, jak to całe układanie planów nauki idzie.
Rzut Z 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.