• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[20.10.72] total eclipse of the common sense | Benjy, Prue

[20.10.72] total eclipse of the common sense | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
05.05.2026, 20:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 20:26 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Październikowe słońce, o ile tak można było nazwać bladą i rozmytą plamę na horyzoncie, powoli chowało się za kominami sąsiednich domów, kiedy wreszcie z ciężkim westchnieniem przekroczyłem próg domu. Rzuciłem moją skórzaną torbę na ławeczkę w przedpokoju, wcale nie przynosząc barkom ulgi - wręcz przeciwnie, od rana czułem irytującą lekkość niesionych utensyliów, zamiast tego specyficznego ciężaru, do którego byłem przyzwyczajony przez lata poruszania się z praktycznie całym swoim dobytkiem i bezustannych zmian otoczenia. Tę lekkość, która przypominała mi o tym, jak mało warte zachodu okazało się dzisiejsze, mocno przeciągnięte w czasie zlecenie, i że zdecydowanie wolałem zajmować się czymś bardziej żywym niż zdejmowaniem głupot. Spędziłem bite sześć godzin na odczynianiu prymitywnych uroków zabezpieczających starą piwnicę w rezydencji w Sussex, chociaż zleceniodawca obiecywał mi skomplikowane pieczęcie i wyzwanie godne moich konkretnych, specyficznych umiejętności - zamiast tego dostałem podmokłe klepisko i kilka zaklęć na poziomie podstawowym, do zdjęcia przez kogoś, kto skończył piąty, może szósty rok szkoły i potrafił czytać instrukcje z pierwszego z brzegu podręcznika. Buty, gdy wreszcie zdjąłem je ze stóp, zostawiły na wycieraczce wyraźne ślady błota, którego nie miałem siły teraz sprzątać, więc po prostu przeszedłem prosto do kuchni, ignorując głuchą ciszę panującą w pustych o tej porze pokojach naszego nowego domu.
W kuchni panował ten specyficzny, chłodny, zamglony półmrok typowy dla brytyjskich jesiennych popołudni, do którego nadal na nowo się przyzwyczajałem, więc odruchowo zapaliłem światło i podszedłem do blatu, a potem ruszyłem dalej, żeby sprawdzić aktualną zawartość spiżarni. Prue najwyraźniej wciąż była w pracy lub utknęła gdzieś w Londynie, co tylko pogorszyło mój i tak marny humor, bo liczyłem na to, że zastanę ją już w domu z kotem na kolanach i z zaparzoną herbatą. Wyciągnąłem ciężką, żeliwną patelnię z dolnej szafki, postawiłem ją na ogniu i zacząłem energicznie kroić cebulę, próbując skupić się na rytmicznym uderzaniu noża o drewno, co pozwoliło mi odrobinę się rozluźnić po tej wyjątkowo jałowej wyprawie. Praca wolnego strzelca miała przynosić mi upragnioną wolność oraz dreszcz emocji, jednak dzisiejsze popołudnie udowodniło, że rzeczywistość klątwołamacza zajmującego się pomniejszymi zleceniami w stosunkowo niedużym okręgu - przynajmniej jak na moje niegdysiejsze zasięgi - składała się głównie z nudnych formalności i użerania się z ludzką głupotą. Klient, stary i przeraźliwie skąpy czarodziej z ubożejącego dobrego domu, obserwował każdy mój ruch, trzymając w kościstej ręce zniszczony zegarek kieszonkowy i dopytując co chwilę, dlaczego zdejmowanie bariery trwało tak długo - nie miałem ochoty mu tłumaczyć, że pośpiech przy osłabianiu struktur magicznych groził co najmniej utratą palców lub trwałym paraliżem, więc po prostu zacisnąłem zęby i dokończyłem robotę bez żadnych zbędnych słów. Teraz, stojąc nad paleniskiem w moich ulubionych, lekko przetartych na kolanach spodniach, które prawdopodobnie powinienem był zmienić tuż po wejściu, czułem, że jedyną dobrą rzeczą w tym, skądinąd zmarnowanym, dniu będzie porządny, ciepły posiłek i wreszcie powrót mojej żony do domu, i o ile nie miałem wpływu na to drugie, to pierwsze mogłem nam zagwarantować - zapach smażonego masła zaczął już zresztą powoli wypełniać pomieszczenie, mieszając się z wonią deszczu i tytoniu, którą przyniosłem na moim płaszczu, teraz wiszącym tuż przy drzwiach do kuchni. Rozbiłem kilka jajek na rozgrzaną patelnię, obserwując i dorzuciłem do nich resztki boczku, które udało mi się znaleźć, po czym obróciłem się, by sięgnąć do sprzętu grającego i przerwać ciszę. Z radia stojącego na parapecie poleciał jakiś cichy, rockowy kawałek, którego rytm już sekundę później wybijałem wolną ręką o krawędź blatu, nie potrafiąc tak po prostu stać w bezruchu, nawet jeśli niewiele się działo. Cóż - skądże miałbym wiedzieć, że była to cisza przed burzą, prawda? W końcu zawsze mieliśmy tak normalne życie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
05.05.2026, 21:33  ✶  

Lato już dawno odeszło w zapomnienie, jesień w pełni rozgościła się w stolicy. Drzewa, które mijała Prudence podczas swojej drogi w kierunku domu były coraz bardziej ogołocone, niewiele liści pozostawało na gałęziach. Mgła zaczęła otulać mijane przez nią kamienice i inne budynki. Było chłodno, w powietrzu unosił się zapach zgnilizny, może bardziej wilgoci. Dni były coraz krótsze, światło latarni jak mogło próbowało rozjaśnić okolicę, jednak nie dało się nie poczuć zimnego dreszczu na plecach przypominającego o tym, że zbliżał się ten mniej przyjemny czas w roku, właściwie to już trwał. Właściwie nigdy nie miała z tym problemu, lubiła zaszyć się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty w ręku, zapomnieć się na chwilę, zgubić w treściach czytanych przez nią książek.

Spieszyło jej się do domu, jeszcze niedawno nie do końca znała to uczucie. Nie miała problemu z tym, aby zostać w pracy dłużej, godzinę, czy dwie, może nawet i osiem jeśli wymagała tego sytuacja. Odkąd jednak zmieniła swój stan cywilny to i jej priorytety się zmieniły. Tempo jej wędrówki było raczej szybkie, przez co nie zauważyła postaci wyłaniającej się z ciemności na którą wpadła. Nie była zadowolona z tego, kogo zobaczyła, wiedziała, że to nie mógł być przypadek, szczególnie, że znajdowała się już blisko ich wspólnego domu. Zacisnęła dłoń w pięści, wbiła paznokcie w skórę. Naprawdę miała wiele do powiedzenia tej kobiecie, tyle, że nie zdążyła tego zrobić. Rozmyła się we mgle tak szybko jak się pojawiła. Prue była zła, że na moment się zawiesiła, że pozwoliła się zaskoczyć, niby przywykła do tego, że jej umysł płatał jej takie figle, ale dlaczego akurat w tej chwili. Z jej ust wymsknęło się ciche warknięcie. Nie było sensu jej szukać, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Alice mogła się jej obawiać. Tylko dlaczego kręciła się w pobliżu ich domu? Czego tu szukała, po co tu przylazła? Czy Benjy zdążył już wrócić, czy rozmawiali, czy coś się stało? Oddychaj. Powiedziała do siebie w myślach, jak powiedziała tak też zrobiła. Odetchnęła głęboko, uspokoiła oddech i ponownie ruszyła przed siebie. Była zdenerwowana, bo nie miała pojęcia, co może zastać w ich domu, a miała już pewne doświadczenia związane z tą kobietą, nie należały one do najprzyjemniejszych. Obiecała sobie, że jeśli kiedyś na siebie wpadną to powie jej wszystko co myśli na ten temat, może nawet pozwoli sobie na to, żeby ją skrzywdzić, bo nikt nie zasługiwał w jej oczach na to tak bardzo jak ona. Należała jej się zapłata za to wszystko, co zrobiła Benjy'emu. Cóż, nie wyszło, przez co była okropnie zirytowana.

Przyspieszyła kroku, chciała się znaleźć w domu jak najszybciej, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku.

W końcu udało jej się dotrzeć do bramki prowadzącej do ich domu. Przekroczyła ją i w kilka sekund znalazła się przed drzwiami wejściowymi. Dostrzegła palące się światło, więc jej mąż znalazł się tutaj dzisiaj przed nią, już miała wejść do środka, kiedy dostrzegła na ziemi list, nie był zaadresowany do niej, wiedziała jednak kto go zostawił. Schyliła się, aby go podnieść, z kopertą w dłoni w końcu weszła do środka. List mógł świadczyć o tym, że Alice nie pozwoliła sobie na nic więcej, z drugiej strony nie mogła być tego pewna.

W jej nozdrza uderzył zapach palonego masła, sugerowało to, że jej mąż znajdował się w kuchni, gotował, towarzyszyły temu jakieś ciche dźwięki muzyki. Prudence zdjęła płaszcz, buty, po czym w końcu ruszyła w stronę kuchni trzymając w dłoni tę nieszczęsną kopertę, zignorowała podłogę, która nie należała do najczystszych, zapewne nie zdążył jeszcze tego ogarnąć. Zatrzymała się w progu, obserwowała go przez chwilę kiedy krzątał się nad patelnią. Nie wyglądał, jakby coś go mocno zirytowało, więc może nie było tak źle, jak zakładała. Sama zaś dosyć mocno się zirytowała tym, co wydarzyło się przed chwilą, można było dostrzec po wyrazie jej twarzy w jakim była humorze, policzki miała rumiane nie tylko od tego, że wiatr nie do końca przyjemnie dmuchał jej w twarz.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
06.05.2026, 00:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2026, 00:35 przez Benjy Fenwick.)  
Radio cicho brzęczało jakimś świeżym rockowym kawałkiem, którego brzmienie ledwo przebijało się przez moje własne, niezbyt optymistyczne myśli krążące wokół zmarnowanego czasu, bo przecież nie dało się ukryć, że mogłem ten dzień spędzić w znacznie bardziej produktywny sposób - choćby na wykonywaniu prac remontowych w domu, od których trochę się migałem, dając sobie na nie przynajmniej pół roku - zamiast babrać się w wilgotnej piwnicy dla kilku nędznych galeonów. Podkręciłem odrobinę głośność, próbując zrzucić z siebie ten specyficzny rodzaj zmęczenia, który w moim odczuciu zwykle towarzyszył powrotowi z pracy poniżej własnych możliwości, wtedy, kiedy człowiek czuł, że marnuje czas, zamiast robić coś naprawdę istotnego. Cisza panująca w domu, chociaż zwykle kojąca po całym dniu użerania się z oporną materią cudzych zaklęć, tym razem miała w sobie coś zbyt głębokiego - zupełnie tak, jak przed burzą, jednak tym razem to porównanie nie przeszło mi akurat przez myśl, o ironio - drażniła mnie niemal tak samo, jak to nieszczęsne zlecenie w Sussex, które zamiast solidnej dawki adrenaliny i skomplikowanych zwrotów akcji zaserwowało mi jedynie zalążki bólu głowy po konieczności znoszenia ględzenia starego skąpca. Nie spodziewałem się, że dziś to ja będę tą osobą, która jako pierwsza przekroczy bramę i pozapala światła - nie to, by nie zdarzyło się to wcześniej, jednak byłem święcie przekonany, iż zastanę już Prue na jej typowym miejscu, gdyż godzina wcale nie była szczególnie młoda, a pogoda zdecydowanie nie sprzyjała zachodzeniu po zakupy - ośmieliłbym się nawet stwierdzić, że nasze systemy pracy i podejście w znacznym stopniu definiowały to, kto był „tym nieprzewidywalnym”... I zdecydowanie nie była to moja żona - nawet, jeśli ostatnio pozwalała sobie na zdecydowanie więcej kreatywnego chaosu, na co patrzyłem z nieskrywaną przyjemnością.
Nie liczyłem minut, nie spoglądałem na zegarek, nie miałem ku temu żadnych podstaw, i jeśli coś ją zatrzymało albo to ja niedokładnie zapamiętałem jej grafik, z pewnością miałem się tego dowiedzieć w swoim czasie, nawet w tej sytuacji politycznej nie zwykłem świrować przez drobną weryfikację założeń. To nie były nawet żadne konkretne plany, w końcu w takich miejscach, jak biuro koronera, nie sztywne godziny, lecz sztywni ludzie ustalali grafik - czasem bardzo dosłownie. Stałem nad patelnią, zajmując się przygotowaniem ciepłej, sycącej kolacji, która - choć niezbyt wyrafinowana, nawet jak na mnie - w założeniu miała być przyjemnym początkiem nadchodzącego chłodnego, październikowego wieczoru. Stopniowo dorzucałem kolejne składniki na drugą patelnię, przygotowując pozostałe dodatki, podczas gdy za oknem świat powoli tonął w gęstniejącej mgle, a resztki liści opadały z drzew z tą samą rezygnacją, z jaką ja przyjmowałem kolejne minuty samotności w kuchni. Nie lubiłem stagnacji związanej z oczekiwaniem, lecz tym razem zdecydowanie miałem co robić, więc skupiłem się na wyznaczonym sobie zadaniu, nie na monitorowaniu okolicy. Od tego drugiego mieliśmy już zresztą w okolicy znacznie bardziej wykwalifikowanych ludzi, do których zdecydowanie nie miałem podjazdu, ponieważ mieszkali tu oni znacznie dłużej i mieli naturalny talent do poszukiwania sensacji, jakiego ja zdecydowanie nie odkryłem w sobie przez lata skakania z miejsca na miejsce. Nadal trochę trudno było mi się przyzwyczaić do stałego adresu, chociaż - jak dotąd - nie miałem żadnego powodu, by czuć się z tym źle, mógłbym nawet stwierdzić, iż mieszkanie w jednym miejscu miało cały szereg zalet, o których wcześniej nie byłbym w stanie pomyśleć, co dopiero je wymienić, ale teraz zrobiłbym to bez namysłu, nawet jeśli wiązało się to z akceptacją kilku… Niedogodności zawodowych.
Zasyczałem pod nosem, gdy kropla gorącego tłuszczu prysnęła mi na ranę na wierzchu dłoni, ale nawet nie odsunąłem się od ognia, bo rytmiczne skwierczenie masła, jajek i boczku było jedyną rzeczą, która zagłuszała irytujące echo pretensji mojego dzisiejszego klienta, wciąż brzmiące mi w uszach po tych wszystkich godzinach spędzonych w wilgotnej, cuchnącej pleśnią piwnicy. Czułem na karku ciężar całego dnia, a świadomość, że zmarnowałem tyle czasu na rzucanie elementarnych przeciwzaklęć na zamki, które i tak ledwo trzymały się zardzewiałych zawiasów, sprawiała, że miałem ochotę po prostu rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś, gdzie magia nie służyła wyłącznie do ukrywania rodzinnych rupieci przed komornikiem - najchętniej gdzieś dalej niż do Austrii, chociaż wizja naszej nadchodzącej podróży poślubnej trochę poprawiała mi humor. W radiu David Bowie śpiewał coś o zmianach, co wydało mi się wyjątkowo ironiczne w kontekście mojej obecnej egzystencji najemnika do wynajęcia, więc tylko podkręciłem gałkę głośności wolną ręką, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo ta brytyjska, jesienna aura wyssała ze mnie resztki energii - piździernik za oknem zdawał się wdzierać do środka każdą szczeliną w drewnianych ramach, niosąc ze sobą zapach mokrych liści i tej specyficznej, londyńskiej wilgoci, która osiadała na wszystkim, potęgując moje poczucie bezużyteczności po zleceniu, które mogłaby wykonać średnio rozgarnięta sowa z różdżką w dziobie - praca klątwołamacza zawsze kojarzyła mi się z nieprzewidywalnością, zaskoczeniem i piaskiem w zębach, a nie z wycieraniem nosa staremu dziadowii, który trząsł się nad każdym syklem, jakby to miało uratować jego podupadający ród przed nieuchronnym zapomnieniem, ale… Przecież każdy miewał gorsze momenty… Gdybym tylko wiedział, że te konkretne nie były wcale najgorsze, jakie mogły mnie dzisiaj spotkać…
Ale nie wiedziałem, przynajmniej jeszcze przez jakieś trzy sekundy kolejnej piosenki - gdzieś w połowie wybijania rytmu wolną dłonią o blat usłyszałem wreszcie charakterystyczny szczęk klucza w zamku i ciężki odgłos otwieranych drzwi frontowych, co sprawiło, że poczułem nagły przypływ spokoju, bo dom bez Prue wydawał mi się po prostu za duży i niepokojąco martwy. Kiedy w końcu obróciłem się na pięcie z łopatką w dłoni, gotowy powitać ją jakimś lekkim, być może lekko ironicznym komentarzem o długim dniu, uśmiech zamarł mi na ustach, zanim w ogóle zdążył się w pełni uformować - stała w progu, ale zamiast spodziewanego zmęczenia, praktycznie od razu dostrzegłem na jej twarzy palące rumieńce i ten specyficzny rodzaj wściekłości zmieszanej z niepokojem, który sprawiał, że spojrzenie oczu mojej żony stawało się ostre jak brzytwa. Widywałem je wcześniej wiele razy - zbyt wiele, by źle to zinterpretować albo jakkolwiek się łudzić, nawet jeśli w tym momencie nie miałem pojęcia, o czym świadczyło, co było jednym z gorszych uczuć - zazwyczaj wiedziałem, czym mogłem jej wywołać, ale teraz… Teraz miewaliśmy większe problemy niż szkolne kłótnie.
Poczułem znajomy, stary instynkt, by sięgnąć po różdżkę - ten sam, który tak usilnie starałem się dusić na rzecz tego nowego, ustabilizowanego życia - drżący w moich koniuszkach palców, zwłaszcza że cisza rozciągająca się między nami przestała być nasycona kojącym spokojem wspólnego domu, stając się ciężkim, wibrującym napięciem domagającym się natychmiastowego wyjaśnienia. Cała wcześniejsza irytacja na skąpego klienta z Sussex wyparowała w ułamku sekundy, ustępując miejsca chłodnemu skupieniu będącemu lepszą alternatywą od pozwolenia narastającemu niepokojowi o to, co mogło wytrącić moją zwykle opanowaną żonę z równowagi do tego stopnia, że aż promieniowała taką dawką stłumionej furii, przejąć kontrolę nad moimi myślami. Przez głowę przemknęło mi tysiąc scenariuszy - od problemów w pracy po jakieś cholerne fatum wiszące nad naszą okolicą - ale żaden z nich nie pasował idealnie do tej mieszanki emocji, którą miała wypisaną na twarzy, więc po prostu zamarłem z tą nieszczęsną łopatką w górze, czując, że domowa sielanka, którą próbowałem wyczarować przy pomocy smażonego jedzenia i radia, właśnie rozpadła się na kawałki.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
06.05.2026, 20:05  ✶  

Gdyby wyszła z pracy minutę wcześniej, albo później wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie wpadłaby na nią, znalazłaby tylko ten przeklęty list przed drzwiami ich domu. Nie wiedziała, czy było to lepszą opcją. Nie miałaby do siebie pretensji o to, że udało jej się wypuścić ją z rąk, a przecież była tak blisko, aby zrobić tej okropnej babie krzywdę. Chętnie wydrapałaby jej oczy, tymczasem zawiesiła się przez swój wadliwy umysł w czasie i przestrzeni. Była zła, na siebie, na nią, na cały świat. Nie znosiła, gdy coś nie szło po jej myśli, a obiecała sobie samej, że podejmie odpowiednie kroki gdy kiedyś na nią trafi. Nie powinna reagować emocjonalnie, ale w tym przypadku nie do końca potrafiła inaczej. Okropnie denerwowało ją to, że Alice skrzywdziła Benjy'ego, że mieszała mu w głowie, że był czas kiedy była odpowiedzialna za jego stan i nie potrafiła docenić tego, co dla niej poświęcił. Odruchowo zaciskała dłonie w pięści, paznokcie wbijały jej się w skórę, zawsze w ten sposób próbowała dusić w sobie emocje. Koperta, którą trzymała w dłoni nieco się pomięła. Nie, żeby uważała to za coś istotnego.

Benjy wyglądał zwyczajnie. Przyglądała mu się dłuższą chwilę, aby ocenić szkody. Nie mogła mieć przecież pewności, że tamta nie postanowiła z nim porozmawiać. Może nie chciał jej pokazać, że coś się wydarzyło? Może postanowił utrzymać to w tajemnicy? Nie przestawała się w niego wpatrywać, jej wzrok bardzo intensywnie go przeszywał. Nie sądziła, że tak szybko mógłby zmienić nastrój, gdyby z nią rozmawiał pewnie byłby nieco bardziej wkurzony, ale czy na pewno? Łączyło ich kiedyś przecież wiele, byli ze sobą blisko, była jego żoną, miała być matką jego dziecka. Przełknęła głośno ślinę, jej umysł podsuwał jej coraz bardziej abstrakcyjne myśli. Niedobrze. Musiała się uspokoić, bo przecież nie wiedziała, czy w ogóle coś się wydarzyło.

Powinna była się odezwać, kiedy weszła do domu. Milczenie wydawało jej się jednak bardziej słuszne, nie do końca wiedziała jak zacząć temat, co jeśli sam nie chciał go z nią poruszać? Z drugiej strony ten list, ta koperta mogła potwierdzać to, że do spotkania nie doszło. Ściskało ją w żołądku, była naprawdę zdenerwowana, chociaż przecież nie powinna. Jakaś popierdolona kobieta nie powinna wzbudzać w niej takich emocji, ale nie potrafiła nic z tym zrobić.

Jej mąż całkiem nieźle się bawił przygotowując im kolację, to miał być jeden z tych przyjemnych, październikowych wieczorów, a już czuła, że nie będzie należał do zbyt miłych.

- Znalazłam przed drzwiami kopertę. - Przeszła do rzeczy, nie przywitała się, co nie było w jej stylu, ale chciała mieć to z głowy. Nie zamierzała ukrywać przed nim tej korespondencji, bo niby dlaczego miała to robić. Nie powinna jej też interesować jej treść, bo było to zaadresowane do niego.

- a kiedy wracałam do domu, wpadłam na Twoją byłą. - Dodała jeszcze mimochodem, jakby ją to zupełnie nie obchodziło, jakby wcale się z tego powodu nie wkurzyła, wyraz jej twarzy mówił jednak zupełnie coś innego, a akurat z Prudence można było czytać niczym z otwartej księgi. Weszła do kuchni, położyła tę nieszczęsną kopertę na jednym z blatów, minęła ukochanego i sięgnęła do jednej z szafek, potrzebowała się napić, być może to mogło ją odrobinę uspokoić. Przyniosła ze sobą do domu specyficzny zapach medykamentów i jesiennego wiatru. Znalazła to czego szukała, w jej dłoniach znajdowała się właśnie butelka whisky, którą nalała sobie do szklanki. Nie podniosła wzroku, wpatrywała się w bursztynowy kolor alkoholu, po krótkiej chwili sięgnęła po szkło i wypiła jego zawartość jednym haustem, przyjemne ciepło zaczęło rozchodzić się po jej ciele, nie miała pojęcia, czy jedna szklanka wystarczy, aby ukoić jej nerwy, więc postanowiła wypić i drugą. - Rozmawiałeś z nią? - W końcu wydusiła z siebie te słowa, jej głos zadrżał, mówiła zresztą szeptem, jakby bała się o to zapytać, nadal na niego nie patrzyła, jakby obawiała się tego, co może wyczytać z jego twarzy, albo co może jej odpowiedzieć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
08.05.2026, 23:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2026, 23:55 przez Benjy Fenwick.)  
Wróciłem do domu z tą naiwną, wręcz podejrzaną potrzebą zwyczajności, która od jakiegoś czasu zaczęła mnie nachodzić coraz częściej, chociaż jeszcze niedawno uznałbym ją za coś obcego, niemal śmiesznego, niepasującego do mnie ani do życia, jakie prowadziłem przez ostatnie lata. Chciałem po prostu poczuć zapach smażonego jedzenia, usiąść z żoną w fotelach przy rozpalonym kominku, usłyszeć trzask ognia i pozwolić, by czas płynął powoli, odmierzany rytmem wskazówek zegara, a nie kolejnymi sytuacjami kryzysowymi. Być może powinienem był wiedzieć, iż życie rzadko kiedy respektowało podobne potrzeby, zwłaszcza w wykonaniu ludzi obarczonych widmami przeszłości, tymi, których przecież nigdy nie brakowało w naszej historii - nie bez przyczyny przełom dwóch minionych miesięcy nie był dla nas łaskawy - Prudence niczym nie zasłużyła sobie na to, co niosły przeżyte przeze mnie historie, popełnione błędy prowadzące ku tamtym wszystkim wątpliwościom, czy bycie razem, chociaż tak upragnione w głębi serca, nie miało odbić się na niej w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Nie chciałem, by pokutowała za to, co ciągnęło się za mną niczym ponury cień, a co dziś po raz kolejny zyskało realną twarz wyłaniającą się z mroków mglistego, jesiennego wieczoru.
Nie potrzebowałem słów ani wyjaśnień, nie potrzebowałem żadnych dramatycznych sygnałów, wystarczyło mi to, co zobaczyłem w pierwszej sekundzie, kiedy na nią spojrzałem, bo jej twarz mówiła więcej, niż zawarłaby w jakimkolwiek zdaniu, nawet gdyby próbowała ubrać to w typowe dla siebie, najdelikatniejsze formy. Stałem z tą nieszczęsną łopatką w dłoni, czując narastającą konsternację wymieszaną z tym specyficznym rodzajem nerwowego niepokoju, bliższego zwierzęcemu napięciu niż panice, który przebijał się na wierzch, mimo że próbowałem zachować spokój. W końcu nie miałem jeszcze żadnych informacji ponad to, co byłem w stanie wyczytać z rysów żony - tyle tylko, iż było to dostatecznie dużo, by całe odprężenie wypracowane przy rytmach Bowiego i skwierczącym boczku wyparowało ze mnie w mgnieniu oka. Chociaż październikowy wiatr dmący na zewnątrz był wystarczająco kąśliwy, by zaczerwienić czyjąkolwiek skórę, szczególnie tak delikatną, te konkretne rumieńce na jej policzkach nie miały nic wspólnego z temperaturą otoczenia, stanowiły wyraźne świadectwo emocji, które nią targały. Prue nie była zaś typem osoby pozwalającej afektom brać nad sobą górę bez wyraźnego powodu, a już na pewno nie wracała do domu z taką wściekłością wymalowaną na twarzy tylko dlatego, że ktoś w pracy źle opisał coś w raporcie. Widok jej zaciśniętych ust i dłoni kurczowo ściskającej pogniecioną kopertę sprawił, że cała moja irytacja na zmarnowany dzień w Sussex zniknęła, ustępując miejsca instynktownej czujności, którą nabyłem przez lata użerania się z zagrożeniami znacznie poważniejszymi niż przypalone masło. A potem powiedziała te słowa…
Przez moment dźwięki radia stały się jedynie głuchym, odległym szumem zagłuszanym przez tętno bijące w moich uszach.
- Co? - Spytałem, chociaż znaczenie tych zdań już zaczęło przebijać sobie drogę w głąb mojego umysłu, obijając się o czaszkę i sprawiając, że świat wokół mnie ograniczył się wyłącznie do widoku żony i jej paznokci wbijających się w szczupłe dłonie, w których trzymała ten przeklęty dowód, iż nie było to wyłącznie moim urojeniem. Nie śniło mi się to - prawda? Nie usnąłem przy kuchennym stole, gdyż mój umysł zdecydowanie nie byłby w stanie stworzyć tego scenariusza, był na to zbyt absurdalny, za bardzo irracjonalny, w końcu mieliśmy być tu bezpieczni od wpływu przeszłości - to miał być nasz nowy start… Paradoksalnie, rzeczywiście czułem, że to był dopiero początek, tyle tylko, iż czegoś zupełnie niechcianego - że ta jedna informacja miała rozciągnąć się widmem nad całym naszym wieczorem i rozbić go na kawałki, jak za poprzednim razem, gdy moja była wkradła się w naszą rzeczywistość, usiłując zatruć nasze życie. W mojej głowie od razu pojawiło się to, o czym rozmawialiśmy w momencie, który wydawał się jednocześnie bliski i daleki, gdyż od tamtej pory wydarzyło się tak wiele. Mimo to ponownie poczułem przekonanie, które coraz trudniej było mi ignorować - to, że Alice mogła mieć coś wspólnego z tym, co stało się z poprzednim mieszkaniem Prue, a teraz znalazła nas tutaj, w naszym nowym domu, kryjąc się gdzieś w ciemnościach…
Po co?
Moje spojrzenie uciekło na ułamek sekundy w kierunku okna, moment później spoczęło jednak z powrotem na białej kopercie, akurat w momencie, w którym ta wylądowała na blacie - widok białego prostokąta w świetle kuchennej żarówki wyglądał niemal obscenicznie w swojej prostocie, jednak nie to przyciągnęło całą moją uwagę. Był tym fakt, iż Pruey minęła mnie tak po prostu, bez słowa, praktycznie od razu kierując się ku szafce z alkoholem. Musiało być… Było źle, naprawdę źle. Na pograniczu świadomości zarejestrowałem zmianę w mojej dotychczasowej postawie, nie dało się jej nie dostrzec, mięśnie mojej szczęki zacisnęły się tak mocno, że aż zarejestrowałem ból promieniujący w skroniach… Przeczesałem palcami włosy i odwróciłem na moment wzrok, próbując zebrać myśli, które zaczęły rozchodzić się w zbyt wielu kierunkach naraz. Nie musiałem nawet otwierać tego listu, aby poczuć ciężar manipulacji, którą bez wątpienia zawierał, co dopiero mówić o wyrażeniu chęci rozmowy z kimś, kto od dawna był dla mnie niczym więcej niż mglistym cieniem przeszłości. Alice należała do sfery, którą dawno temu odciąłem - nie przez zapomnienie, tylko przez świadomą decyzję, pewne drzwi po prostu się zatrzaskuje i nie zostawia uchylonych, bo wtedy zawsze znajdzie się coś, co spróbuje się przez nie przecisnąć…
Fizycznie nie ruszyłem się ani o krok, nadal trwałem tam, gdzie stałem, z dłonią opartą o blat i z twarzą, która powoli twardniała coraz bardziej - gniew przyszedł szybko, ale nie był ślepy, miał konkretny kierunek, był reakcją na próbę postawienia mnie w roli, której już dawno nie odgrywałem. Próbowałem jednak utrzymać mimikę w ryzach, bo nie chciałem, żeby pierwszą rzeczą, jaką zobaczy Prue, gdy wreszcie na mnie spojrzy, była złość skierowana w jej stronę, skoro nie była jej adresatem. Pytanie o to, czy rozmawiałem z Alice, mimo to, uderzyło mnie boleśniej niż jakikolwiek fizyczny cios, niosąc ze sobą gorzki posmak niesprawiedliwości - sama myśl o dobrowolnej wymianie choćby jednego zdania z byłą wydawała mi się w tej chwili szczytem absurdu. Właśnie to uderzyło mnie najmocniej - fakt, iż nagle znalazłem się w miejscu, w którym musiałem tłumaczyć kwestie, które uważałem za zamknięte, wyjaśnione i niepodlegające dyskusji. To było podważenie wszystkiego, co budowaliśmy, wszystkiego, co dla mnie było oczywiste, ale dla niej najwyraźniej przestało takie być.
- Myślisz, sze gdybym s nią losmawiał, stałbym tutaj i smaszył dla nas jajka s boczkiem, jak gdyby nigdy nic? - Odbiłem pytanie z nutą goryczy, której nie potrafiłem ukryć - fakt, że w ogóle musiałem to wyjaśniać, palił mnie bardziej niż pryskający tłuszcz - przełknąłem żółć podchodzącą do gardła i choć chciałem ją uspokoić, mój głos brzmiał twardo, niemal szorstko, nie potrafiłem wykrzesać z siebie ani odrobiny delikatności, gdy w głowie huczało mi od pytań o cel tej wizyty. - Nie. - Odpowiedziałem od razu, bez zawahania, ton miałem niższy, bardziej płaski, niż planowałem, ale spojrzenie nie uciekło ani na moment z sylwetki żony. - Nie losmawiałem s nią, nawet jej nie widziałem.
Nadal nie skracałem dystansu, odległość między nami stała się nagle bardziej odczuwalna, niż powinna, a ja tkwiłem w miejscu z tą cholerną świadomością, że ktoś próbował nam coś zepsuć w dokładnie tym momencie, w którym zaczęło być dobrze. Nie zamierzałem na to pozwolić, nawet jeśli oznaczało to, że najpierw będę musiał zdusić w sobie całą resztę mrocznych emocji, które właśnie się pojawiały…
- Kilkanaście lat, Pluey. - Odezwałem się znowu, ciszej, ale z wyraźnym napięciem, które nie znikało, nawet jeśli próbowałem je od siebie odsunąć. - Tyle czasu minęło od momentu, kiedy cokolwiek nas łączyło, i to się nie zmieni tylko dlatego, sze nagle postanowiła się pojawiś pod naszymi dszwiami albo na ślodku ulicy.
Patrzyłem, jak Prue sięgnęła po butelkę stojącą w głębi szafki - robiła to mechanicznie, jakby jej ciało szukało ratunku w znanych gestach, podczas gdy umysł wciąż tkwił przy białej kopercie - obserwowałem w milczeniu, gdy bursztynowy płyn wypełniał szklankę. W kuchni znów zapanowała cisza, przerywana jedynie skwierczeniem na patelni, zostawiając nas oboje w zawieszeniu pomiędzy tym, co zbudowaliśmy, a cieniem, który właśnie rzuciła na nas przeszłość.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
10.05.2026, 21:02  ✶  

Powinna być gotowa na to, że coś zacznie się pieprzyć. Przez chwilę bowiem znowu było zwyczajnie, neutralnie, mieli szansę ponownie cieszyć się każdą chwilą, rzeczywistość jednak wolała im udowadniać, że spokój raczej nie był im pisany. Nie spodziewała się tego, że ten wieczór potoczy się w takim kierunku, nie zakładała, że wracając do domu spotka jego nienormalną byłą, jak widać jednak na załączonym obrazku wypadało przywyknąć do tego, że zamierzała zaburzać ich rzeczywistość. Nie był to pierwszy raz, kiedy przypominała o swojej obecności. To, co prawdopodobnie zrobiła z jej mieszkaniem było najwyraźniej dopiero początkiem tej całej przeprawy. Była zła na siebie, że nie udało jej się zareagować, że jej umysł znowu ją zawiódł, że zamarła w tamtym momencie. Nigdy sobie tego nie wybaczy, pozostawało jej wierzyć, że nadarzy się kolejna okazja, aby trafić na tamtą kobietę. Niby nie chciała jej widzieć, nie chciała, aby ich niepokoiła, z drugiej jednak strony miała ochotę wygarnąć Alice co dokładnie o niej myślała.

Była zła, nie ukrywała wcale swojej irytacji, zresztą zdawała sobie sprawę z tego, iż raczej nie potrafiłaby tego zrobić. Jej twarz pokazywała wszystkie emocje, jakie ją w tej chwili wypełniały. Nie była wkurzona na swojego męża, właściwie nieco martwiła się tylko tego, że tamta wmanipulowała go w jakąś rozmowę, wiedziała, że obawy należały raczej do bezpodstawnych, bo Benjy był jedną z tych osób, która potrafiła sobie doskonale radzić z osobami, których nie chciała widzieć, mimo wszystko gdzieś tam tłumaczyła to sobie tak, że mieli wspólną, być może bardzo odległą historię, ale jednak ona istniała.

Słowa, które powiedziała wydawały jej się być bardzo konkretne. Nie owijała w bawełnę, powiedziała, to co jej się przytrafiło, a mimo wszystko usłyszała to co? padające z jego ust. Nie chciała się powtarzać, najchętniej w ogóle nie poruszałaby tego tematu, a jednak wiedziała, że to nie byłoby odpowiednie, bo zaczęłoby ją męczyć to, że o to nie zapytała. - Spotkałam Alice, kiedy wracałam do domu. - Powtórzyła się, skoro potrzebował to usłyszeć bardziej wyraźnie, to wydusiła z siebie te słowa.

Nie miała pojęcia skąd właściwie była żona jej męża wiedziała, gdzie mieszkają, nie miała pojęcia skąd wiedziała o jego powrocie, o tym, że byli razem, póki co wolała się na tym nie skupiać, bo i tak te informacje, które już posiadała powodowały u niej wystarczająco zmartwień. Nie podobało jej się to, że kręciła się obok. Ufała Benjy'emu, ale nie ufała Alice, nie była w stanie przewidzieć tego, jak bardzo zafiksowała się na tym, żeby mieszać w ich życiu, a wiedziała, że nie należała do najprzyjemniejszych osób i lubiła robić na złość - nie sądziła, aby na przestrzeni lat miało się to zmienić.

Prue położyła ten nieszczęsny list na blacie, nie chciała wiedzieć, co znajdowało się w środku, mogła go wyrzucić i udać, że go nie znalazła, zignorować to, że ją spotkała, ale to spowodowałoby, że nie omówiliby problemu, jaki zaczynał istnieć. Nie do końca wiedziała w jaki sposób powinna się zachować, więc zrobiła to, co uważała w tej chwili za najprostsze, zamierzała się napić, istniała szansa, że alkohol będzie odpowiedzią. Najwyżej rano będzie tego żałowała.

Gdy wypiła pierwszą szklankę, przyjemne ciepło zaczęło wypełniać jej ciało, postanowiła nalać sobie kolejną, kiedy to zrobiła wdrapała się na blat i na nim usiadła. Póki co wpatrywała się w szklankę, którą trzymała w dłoni, obracała nią i spoglądała na to jak bursztynowy trunek rozlewał się po jej brzegach. Być może nie powinna była o to pytać, ale nie mogła się powstrzymać, przecież nie mogła mieć pewności, a może mogła mieć, na pewno nie stałby tak spokojnie w tej kuchni i przygotowywał dla nich posiłku, gdyby z nią rozmawiał. Poczuła, że żołądek zaczął jej się zaciskać, jakby wiązał się w nim supeł, była zdenerwowana, być może zła na siebie, że w ogóle wzięła to pod uwagę. Nadal nie do końca wiedziała, jak powinna reagować na tę kobietę.

W końcu uniosła wzrok i na niego spojrzała. Nie chciała obwiniać go o to, że na nią wpadła, nie miał najmniejszego wpływu na to, że jego żona była nieszczególnie stabilna. - To dobrze. - Nie podobało jej się to, że Alice pojawiała się tak blisko nich, że pozwalała sobie na mieszanie w ich całkiem stabilnym życiu. Mogliby teraz siedzieć gdzieś w salonie i zajmować się czymś dużo przyjemniejszym, a musieli przeprowadzać tę rozmowę.

- Po prostu obawiałam się, że skoro była tak blisko to postanowiła Cię nagabywać. - Wolała wyjaśnić z czego wynikało jej nastawienie. Nie miała zaufania do Alice, to, co mówiła brzmiało głupio, doskonale o tym wiedziała.

- Nie podoba mi się to, że jest tak blisko. - Nie wiedziała, jakie były intencje tej kobiety i dlaczego chciała się kontaktować z Benjy'm akurat teraz, nie wierzyła jednak w przypadki, czuła, że musiało być to związane z tym, że wreszcie zaczęło im się układać.

- Wiem, że nie masz na to wpływu. - Zaczęła mówić dalej, nie chciała, żeby sądził, iż jest zła na niego, że ma do niego jakieś pretensje, po prostu nie do końca czuła się pewnie z tym wszystkim.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
11.05.2026, 21:34  ✶  
Każda sekunda milczenia potęgowała tylko to duszne napięcie, a ja czułem się winny temu, że cienie z mojego przeszłego życia wciąż miały czelność kłaść się na progu naszego wspólnego domu. Czułem aromat whisky mieszający się z wonią deszczu przyniesioną przez Prudence z pogrążonego w mroku podwórza i medykamentów, które nagle zdominowały całe pomieszczenie, ich intensywność niespodziewanie zaczęła wdzierać mi się w nozdrza, wybijając się ponad wszelkie inne zapachy i drażniąc coraz bardziej pobudzone zmysły. Wiedziałem, jak bardzo nienormalne to było - nigdy nie należałem do spokojnych, cierpliwych i opanowanych ludzi, wręcz przeciwnie, byłem ich całkowitym zaprzeczeniem, lecz w tym momencie czułem się całkowicie wytrącony z jakiejkolwiek równowagi. Nie musiała nawet powtarzać swojego przekazu, wszystko we mnie już spięło się w gotowości do tego, co zdecydowanie potrzebowało czasu, by wyryć się w mojej głowie. Kiedy jednak już tam dotarło…
„Spotkałam Alice, kiedy wracałam do domu…”
Słyszałem każde słowo, nawet jeśli wolałbym, żeby to imię nigdy więcej nie odbiło się echem od kafelków w naszej kuchni, lecz zupełnie nie wiedziałem, w jaki sposób miałbym na to zareagować, skoro wszystko, co nasuwało się intuicyjnie, nie było żadnym rozwiązaniem - nie mogłem tak po prostu chwycić koperty z dłoni Prue, aby podrzeć ją na drobne fragmenty, a kominek nie był jeszcze rozpalony… W przeciwieństwie do ognia pod patelnią, na której dogorywało to, co miało być naszą wspólną kolacją. Zgasiłem palnik zdecydowanym ruchem, bo zapach przypalonego masła w połączeniu z eliksirami wykorzystywanymi na zapleczu biura koronera zaczął drażnić moje nozdrza niemal tak mocno jak świadomość, że po całym dniu użerania się z prymitywną magią w jakiejś zapomnianej przez bogów dziurze w Sussex, musiałem teraz we własnym domu stawiać czoła widmu osoby, która powinna dawno zostać jedynie martwym wspomnieniem, a nie powodem, dla którego moja żona szukała ukojenia w alkoholu, zamiast po prostu odpocząć po swojej własnej, ciężkiej pracy. Sposób, w jaki zaciskała palce na szklance, z kłykciami białymi niczym kreda i wzrokiem utkwionym w bursztynowym płynie w sposób sugerujący chęć utopienia w nim obrazu kobiety, która powinna pozostać jedynie duchem mojej przeszłości, sprawił, że moja krew najpierw zastygła, a potem zawrzała tą specyficzną furią, jaką zazwyczaj rezerwowałem dla najbardziej popapranych, niebezpiecznych sytuacji. Kuchnia, która jeszcze dziesięć minut temu miała być moim azylem po upokarzająco nudnym zleceniu, nagle stała się polem bitwy z demonami przeszłości, o których istnieniu wolałbym zapomnieć raz na zawsze, zwłaszcza w kontekście kobiety, której jedynym prawdziwym talentem było niszczenie wszystkiego, czego się dotknęła. To nie był zwykły przypadek, że kręciła się tutaj właśnie teraz, w ten konkretny październikowy dzień, gdyż zawsze posiadała ten niemal zwierzęcy instynkt wyczuwania momentów, w których człowiek czuł się choć odrobinę stabilniej, by wtedy właśnie uderzyć ze swoją potrzebą atencji i niszczenia wszystkiego, czego sama nie potrafiła zbudować. Wspomnienie tego, jaka była, nie wymagało wysiłku, nie potrzebowałem sięgać daleko, wystarczyło kilka konkretnych obrazów, które wracały same, kiedy tylko ktoś wypowiadał jej imię, i każdy z nich utwierdzał mnie w tym samym.
- Oczywiście, sze ci się nie podoba. Jasna splawa. - Powiedziałem, wolniej, niż byłem przyzwyczajony, z wyraźną kontrolą w głosie, która kosztowała mnie więcej, niż powinna. Bierność wobec nachalności Adelais była dla mnie najbardziej frustrującym elementem tej całej układanki, ponieważ przywykłem do rozwiązywania problemów za pomocą różdżki i konkretnego działania, a nie poprzez znoszenie czyjejś obecności na obrzeżach mojego życia. To było wyrachowane postępowanie - uderzenie dokładnie w momencie, gdy nasze wspólne życie zaczęło nabierać trwałych kształtów, a świadomość, że stała tam, na zewnątrz, obserwując naszą furtkę i wchodząc po schodach na ganek, podczas gdy ja w środku zajmowałem się przygotowaniem kolacji, wywołała we mnie mdłe poczucie porażki w roli kogoś, kto obiecał żonie bezpieczeństwo, lecz pozwolił sobie całkowicie stracić uwagę. Powinienem był być czujniejszy…
Przesunąłem dłonią po twarzy, wolno, czując pod palcami cholerne napięcie każdej komórki mojego ciała, które nie chciało odpuścić, chociaż naprawdę starałem się brać pod uwagę wszystko, nie tylko to, co czułem w tej chwili. Nie mogliśmy pozwolić na to, czego najpewniej pragnęła moja była - na to, by nasz wieczór zamienił się w koszmar pełen wyrzutów, domysłów i napięcia - opuściwszy rękę, spojrzałem na jeszcze raz w kierunku Prue, przez moment bez słowa wpatrując się w jej nogi zawieszone nad blatem, już bez tej pierwszej konsternacji, za to z czymś cięższym, bardziej stwardniałym. W innych okolicznościach uznałbym jej wspinanie się na blat za coś, co momentalnie wywołałoby uśmiech na mojej twarzy, niechybnie jakoś bym to wykorzystał, choćby po to, by oprzeć się rękami po obu stronach jej ciała i wyłudzić od niej całusa, ale nie teraz… Nie dzisiaj. Dziś tylko wziąłem głębszy oddech, w dalszym ciągu nie ruszywszy się z miejsca, czekając aż wreszcie na mnie spojrzy - to, że dotąd tego nie zrobiła mówiło równie wiele, co wypowiadane przez nią słowa.
- Losumiem, skąd to się wzięło, selio, losumiem, ale… Kurwa. Powinienem. Powinienem mieś wpływ, Sun… Wiesz to ty, wiem to ja… - I nic z tego nie wynikało. Urwałem, zaciskając na chwilę zęby, bo myśli nie układały się w moich ustach tak gładko, jak powinny, właściwe słowa nigdy nie przychodziły mi naturalnie w takich momentach - zamilkłem, stojąc naprzeciwko jedynej osoby, na której tak naprawdę mi teraz zależało, nadal w tej samej kuchni, która jeszcze chwilę temu była zwyczajna, nasza, lecz teraz stała się pełna czegoś gęstego, niewygodnego, co nie chciało tak po prostu zniknąć, nawet jeśli oboje bardzo byśmy tego chcieli. To, co najważniejsze, siedziało gdzieś głębiej w mojej piersi, kłębiło się w zakamarkach umysłu i nie wychodziło na zewnątrz z łatwością, chociaż wiedziałem, że nie mogłem tego zostawić w pół zdania, wrzucić listy do ognia i zrobić tego, co należało uczynić, bez gadania, bez angażowania Sunny w coś, co - według naszej rozmowy - miało być naszą wspólną sprawą.
- Ona nie ma tu czego szukaś - podjąłem na nowo, starając się nie emanować złością, która buzowała w moich żyłach - nie miała wtedy, nie ma telas, i nie będzie miała jutlo, niezalesznie od tego, ile listów zostawi pod naszymi dszwiami i ile lasy splóbuje się wpiepszyś w nasze szycie. A to - skinąłem lekko głową w stronę koperty - szczesze mówiąs, gówno mnie obchodzi, co tam jest napisane. Jeśli chcesz, moszesz to przeczytaś, jeśli nie, po plostu weś to spal.
Nie zamierzałem się wczytywać w cudze wyznania, nie sądziłem również, aby Prue tego chciała, jednak było dla mnie jasne, iż z nas dwojga, to ona powinna mieć tę wątpliwą przyjemność, by móc zadecydować, co zrobić dalej - w końcu to w jej ręce trafiła ta przeklęta koperta - zanim mieliśmy przejść do całej reszty ustaleń, która niechybnie na nas czekała…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
12.05.2026, 07:07  ✶  

Prudence starała się być rzeczowa, mimo tego, że czuła ogromną irytację i najchętniej w tej chwili coś by zniszczyła, ale ona raczej nie pozwalała sobie na uwolnienie emocji w ten sposób. Wybrała więc bezpieczniejszą opcję, próbowała ukoić nerwy alkoholem, co też niezbyt często się zdarzało, jednak jakoś musiała to przetrawić. Zastanawiała się nad tym, czy powinni przywyknąć do tego, że gdzieś tam zawsze będzie krył się cień, który będzie ich zaskakiwał w najmniej oczywistym momencie? Można było w ogóle się do tego przyzwyczaić? Żyć ze świadomością, że w każdej chwili ktoś może mieć ochotę położyć swoje łapska na tym, co udało im się stworzyć i wypracować? Westchnęła ciężko. Musiała to przemyśleć, znaleźć jakiś plan, pozbyć się kłopotu. Tyle, że to nie było wcale takie proste, bo ten kłopot był żywą, niestabilną osobą, która skutecznie wyprowadzała ją z równowagi, ją i jej męża, nie musiała wcale z nim rozmawiać, wystarczyło, że istniała i kręciła się gdzieś niedaleko nich.

- Nie podoba mi się również to, że niekoniecznie wiem, jak sprawić, żeby przestała zakłócać nasz spokój. - Dodała jeszcze, pewnie zupełnie niepotrzebnie, spodziewała się bowiem, że i Benjy jest tym sfrustrowany. Nie powinien się z tym borykać, odciął się od tej kobiety, to ona nie potrafiła zapomnieć, to ona domagała się interakcji, to ona ciągle zaznaczała swoją obecność w jego życiu.

Irytowało ją to, że nie była w stanie nic wymyślić, nie znosiła takich sytuacji, bo zawsze przecież było jakieś rozwiązanie, nie mogła jednak zakopać jego byłej w ich ogródku, chociaż to wydawało się być najbardziej skuteczną metodą na pozbycie się problemu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że mogła ponownie pojawić się pod ich drzwiami właściwie w każdym momencie, znowu podrzucić jakąś notatkę, list tylko po to, żeby zaburzyć ich spokój. Taka już była, lubiła mieszać i manipulować, zasadzać ziarno niepokoju.

Nie tak miał wyglądać ten wieczór, ile jeszcze razy przyjdzie im się mierzyć z czymś podobnym z powodu tej niestabilnej kobiety? Nie wydawało jej się, aby zakończyła swoje działania, musiało być jej okropnie nie w smak to, że pomimo tych wszystkich komplikacji w końcu byli szczęśliwi.

- Na niektóre rzeczy nie da się mieć wpływu, nawet jeśli bardzo chciałoby się, żeby było inaczej. - Szczególnie, gdy chodziło o innych ludzi, którzy nie do końca panowali nad swoim zachowaniem, którzy nie potrafili zapomnieć. Benjy zrobił wszystko, co mógł. Odsunął się od niej, przerwał tę niszczącą go relację, a jednak ona nadal próbowała mieszać w jego w końcu stabilizującym się życiu. Nie wydawało się Prue, że miała taką moc sprawczą, że mogłaby zniszczyć to, co tworzyli, jednak wcale nie było takie proste budowanie fundamentów mając świadomość, że gdzieś tam jest ktoś, kto może chcieć to sabotować.

Być może niepotrzebnie się tym podzieliła, mogła nie wspominać o tym, że ją spotkała, powinna zignorować ten list, który znalazła przed ich drzwiami, dzięki temu on byłby spokojniejszy, nie miałby świadomości, że tamta czai się gdzieś niedaleko, że ciągle podejmuje próby... Prudence pozwoliła swoim nerwom przejąć nad nią kontrolę, przez co teraz musieli o tym rozmawiać, a nie wydawało jej się, że byli w stanie podczas tej rozmowy dojść do jakichś konkretnych wniosków.

- Czy ignorowanie jej istnienia, mimo, że ciągle znajduje się gdzieś niedaleko jest bardzo nierozsądne? - Zapytała się jeszcze, bo miała co do tego pewne obawy, ale przecież mogli działać w ten sposób. Palić wszystkie listy, nie dopuszczać do kontaktu, kto jednak wiedział, jak Alice zareaguje na ignorancję? Skąd mogli wiedzieć, że nie postanowi zrobić czegoś innego, jeśli ta mało inwazyjna metoda nie przyniesie żadnego efektu. Była niestabilna, to najprawdopodobniej ona zniszczyła jej mieszkanie, jeśli spróbuje zrobić to samo z tym miejscem? Co wtedy?

Prue dopiła zawartość swojej szklanki, podciągnęła też nogi na blat, odstawiła szkło obok siebie i wzięła do ręki butelkę, póki co zastanawiała się, czy powinna dalej wlewać w siebie alkohol. Była zła, że ich spokój został naruszony, nie podobało jej się to wcale. - Wiem, że nie ma czego tutaj szukać, ale jednak postanowiła to robić, czy jest szansa, że jej się to znudzi, że przestanie? - Jak długo bowiem mogła postępować w ten sposób? Może powinni to przeczekać, Benjy mimo wszystko znał ją kiedyś, być może wiedział cokolwiek o tym w jaki sposób działała, być może znał mechanizmy, które nią kierowały.

- Nie chcę tego czytać, nie zamierzam dawać jej tej satysfakcji. - Z drugiej strony poniekąd osiągnęła swój cel, wprowadziła zamieszanie, spowodowała, że o niej rozmawiali, chociaż wcale tego nie chcieli, była tutaj obecna mimo, że nikt jej nie chciał, to ją frustrowało.

Był to moment, w którym postanowiła dolać sobie kolejną porcję alkoholu, sytuacja odrobinę ją przytłoczyła, nikt nie przygotował jej bowiem na to w jaki sposób powinna sobie radzić z byłą żoną swojego męża, a szkoda, że nie istniała do tego jakaś instrukcja, chętnie by ją w tej chwili przeczytała.

- Przepraszam, że w ogóle prowadzimy tę rozmowę, nie chciałam, żebyś musiał się tym martwić. - Była na siebie zła, że podjęła ten temat, ale jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się to właściwe, teraz w to wątpiła, nie chciała bowiem martwić Benjy'ego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
12.05.2026, 23:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.05.2026, 23:16 przez Benjy Fenwick.)  
Nawet w najbardziej ponurych założeniach nie spodziewałem się wieści przyniesionych wraz z powrotem Prue do naszego domu - być może popełniłem błąd, jakim było pozwolenie sobie na to, by zapomnieć o okolicznościach, o których rozmawialiśmy na początku miesiąca, może zbyt łatwo odsunąłem od siebie myśl, że Alice rzadko kiedy tak po prostu odpuszczała, a jeśli posunęła się do zdewastowania mieszkania przy Horyzontalnej tylko dlatego, że była zazdrosna o coś, co nie istniało między nami już od dawna, zdecydowanie nie miała dać sobie spokoju po ślubie, jednak nie czułem ani smutku, ani przerażenia. Byłem wkurwiony, nie mniej, nie więcej… Bardziej niż zwykle, mocniej niż kiedykolwiek, nawet wtedy, gdy reagowałem znacznie gwałtowniej niż w tej chwili, miotałem się od ściany do ściany, dwa kroki w jedną, dwa kroki w drugą stronę, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Napięcie weszło głębiej pod moją skórę, myśli zaczęły krążyć szybciej, ostrzej, a to cholerne poczucie, że powinienem coś zrobić, konkretnie, skutecznie, raz na zawsze, rozpychało się w klatce piersiowej i nie znajdowało ujścia. Stałem nieruchomo, dusząc się tym poczuciem, zbyt nieruchomo jak na kogoś, kto zwykle reagował szybciej niż myślał, czułem w sobie narastające ciśnienie, które nie znajdowało przełożenia w ruchu ani w słowie, tylko krążyło pod skórą, szarpało mięśnie, podsuwało obrazy, których nie chciałem oglądać - myśli odbijały się jedna od drugiej i wracały do tego samego punktu, do twarzy Adelais sprzed lat, do tego, co po sobie zostawiła, do tego, co teraz znowu próbowała wyciągnąć na wierzch…
Przesunąłem dłonią po zaciśniętej szczęce, wolno, czując pod palcami zmęczenie i napięcie, które siedziało mi w mięśniach od momentu, kiedy padło to konkretne imię, i nie zamierzało odpuścić. W głowie układałem warianty, jeden po drugim, lecz każdy z nich kończył się w tym samym miejscu, w ścianie, w braku sensownego ruchu, który nie dawałby tej żmii dokładnie tego, czego chciała. Rozmowa była nagrodą, reakcja była nagrodą, nawet złość była czymś, co mogła spróbować przerobić na swoją korzyść, a ignorowanie, które do tej pory działało, przestało wystarczać, skoro zaczęła podchodzić bliżej, zostawiać ślady pod naszymi drzwiami.
Z klątwami radziłem sobie bez zawahania, z ludźmi jeszcze prościej - wiedziałem, gdzie uderzyć, wiedziałem, jak zakończyć sprawę szybko, definitywnie, bez powrotów, lecz w tym jednym wypadku stałem w miejscu, napotkawszy coś, czego nie mogłem po prostu złamać w pół bez konsekwencji, które uderzyłyby nie tylko we mnie. To nie było takie proste, bo tym razem nie chodziło o jedną osobę, którą mógłbym tak po prostu odciąć od siebie poprzez konfrontację, zmianę miejsca zamieszkania, przyjęcie zlecenia w innym kraju czy w nowym mieście, ignorowanie listów, ucinanie prób kontaktu i setki innych opcji - nie chodziło wyłącznie o mnie i o to, w jaki sposób działała Alice, gdy usiłowała przypomnieć mi o swojej obecności, tylko o coś, co próbowało wejść między fundamenty domu, który budowaliśmy z Prudence, rozlać się cieniem po naszym ogrodzie, rozciągnąć się ponad rzeczami, które powinny zostać nietknięte…
-To nie jest kwestia losądku. - Przyznałem, krótko, z wyraźną irytacją, która przebiła się przez kontrolę i nie znikała wraz z upływem czasu, tylko zmieniała kształt, przeszła z jednego miejsca w drugie, zostawiając po sobie ślad pod postacią moich napiętych barków i zesztywniałej postawy. - Ignolowanie jej byłoby najlepszą opcją, gdyby była nolmalna, gdyby losumiała glanice, gdyby zatszymała się wtedy, kiedy powinna. - Parsknąłem cicho, bardziej z niedowierzaniem niż z rozbawieniem, bo absurd tej sytuacji uderzał mnie dopiero teraz w pełni, kiedy wszystko zostało nazwane na głos. - Tylko, sze ona tak nie ma. - Dodałem, wyraźniej, twardziej. - Nigdy nie była. Nie wiem, co jeszcze mose mieś w zanadszu. - Tym razem nie było miejsca na lekkość, bo każda rzecz, jaką mówiliśmy, trafiała dokładnie tam, gdzie i tak bolało - w poczucie, że powinienem był mieć nad tym kontrolę, że powinienem był zamknąć ten rozdział raz na zawsze, skutecznie, bez możliwości powrotu, a jednak coś prześlizgnęło się i teraz wisiało w naszej kuchni pod postacią jednej koperty i kilku zdań, które nie powinny były nigdy paść. Nie podniosłem listu, nawet nie sprawdziłem, do którego z nas został zaadresowany, zostawiłem go tam, gdzie leżała, bo miałem wrażenie, że samo dotknięcie już było ustępstwem, na które nie chciałem sobie pozwolić, ale cała reszta…
Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałem prostego rozwiązania, nie miałem jednego ruchu, którym mógłbym zamknąć temat raz na zawsze, chociaż całe życie działałem właśnie w ten sposób - brałem problem, rozbijałem jedno o drugie, budowałem zabezpieczenia, bariery, ściany, rozbrajałem pułapki, kończyłem sprawę i szedłem dalej. A tera… To było najgorsze - uczucie, że miałem narzędzia, miałem doświadczenie, miałem w sobie wszystko, co było potrzebne do rozwiązania problemu, tylko że każde wyjście, które przychodziło mi do głowy, prowadziło do niej, do rozmowy, do reakcji, do dania jej dokładnie tego, po co przyszła… Ignorowanie istnienia Alice było najprostsze, było logiczne, było jedyną opcją, która nie dawała tej suce paliwa, a jednak najwyraźniej przestało wystarczać, skoro teraz próbowała znaleźć lukę, by wedrzeć się do tej samej przestrzeni, co my, skoro zostawiała listy pod naszymi drzwiami, skoro trafiała na Prudence na ulicy.
- Szansa… - Zatrzymałem się na moment, moje spojrzenie zawisło gdzieś w przestrzeni, nie na Prudence, nie na niczym konkretnym, tylko w próżni, przy przeświadczeniu, które nie dawało mi spokoju - tym, że to nie był jednorazowy numer, to był dopiero początek czegoś, co zamierzała przeciągnąć tak długo, jak tylko mieliśmy na to pozwolić… - Nie, nie znudzi jej się szybko. - Przyznałem bez upiększania. - Pewne jest tyle, sze plędzej czy później zmieni obiekt zaintelesowania albo splóbuje czegoś głupszego. Blak leakcji ją wkulwi, a wkulwiona będzie plóbowała dalej, dopóki coś innego nie odwlósi jej uwagi. Zawsze tak miała. - Kącik ust drgnął mi przelotnie, bez humoru. W głowie miałem jedną myśl, uparcie wracającą, że powinienem to przeciąć jednym ruchem, rozwiązać, zamknąć temat raz na zawsze, tylko że nie widziałem żadnego ruchu, który nie dawałby jej dokładnie tego, czego chciała, czyli mojej uwagi, mojego czasu, mojej reakcji. Stałem i wiedziałem, że gdybym miał przed sobą coś, co dałoby się rozwiązać siłą, klątwą, prostą konfrontacją, nie byłoby tematu, a tutaj wszystko sprowadzało się do tego, że każda opcja była dokładnie tym, czego ona chciała. To wkurwiało mnie najbardziej - uczucie, że ktoś taki próbował ustawiać planszę pod siebie, w jej oczach z pewnością każdy nasz logiczny ruch był już przewidziany, milczenie nie działało, a odezwanie się było dokładnie tym, na co liczyła. Dokładnie tak jak wtargnięcie między nas, wzbudzenie tych wszystkich emocji.
Wróciłem spojrzeniem do Prue, podążając wzrokiem niżej, na jej dłonie, butelkę, na sposób, w jaki dolewała sobie kolejną porcję, coś mnie przy tym ukłuło, krótko, nieprzyjemnie, bo wiedziałem, że to wszystko nie powinno było się tu znaleźć, nie w tym domu, nie między nami…
- Nie pszeplaszaj. - Powiedziałem od razu, ostrzej, niż planowałem, ale nawet się przy tym nie zająknąłem. - To nie ty lobisz ploblem. To jest mój syf. Mój pieldolnik, któly najwylaśniej uznał, sze ma jeszcze coś do powiedzenia. - Powiedziałem bez żadnego łagodzenia przekazu, bez próby ubrania tego w coś lżejszego. - Mój, nie twój. To ja to na nas splowadziłem. Znajdę sposób, szeby to uciąś. - Nie była to obietnica rzucona na wiatr, nie tym razem, nie wtedy, gdy chodziło o coś tak poważnego. - Bez glania w jej glę, bez dawania jej tego, czego chce. Możemy go spaliś, wyszuciś, możemy zrobić cokolwiek. - Rzuciłem, zerkając na kopertę z wyraźną niechęcią. - Ale najpielw potszebuję się czegoś napiś. - Zatrzymałem się na tym, czując, że jeśli powiem jeszcze jedno słowo za dużo, nasza rozmowa znowu zacznie skręcać w złą stronę, a tego nie chciałem, nie przy niej, nie w tym miejscu, które jeszcze chwilę temu było po prostu naszą bezpieczną przystanią, oazą na przedmieściach Londynu, zanim wszystko poszło w diabły…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#10
13.05.2026, 21:23  ✶  

Tak jak się spodziewała jej pomysł okazał się nie mieć większego sensu. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie trafił się im łatwy przeciwnik. Pamiętała ją ze szkoły, pamiętała jaką parszywą osobą była i najwyraźniej to miało się nigdy nie zmienić, nie potrafiła odpuszczać. Ignorowanie jej zachowania mogło przynieść odwrotny efekt od zamierzonego, faktycznie trudno było przewidzieć, co jeszcze może zrobić, do czego się posunąć. Nie podobało się to wcale Prudence, nie była też do końca przygotowana do takich konfrontacji. Co właściwie mogli zrobić? Powiedzieć jej, żeby trzymała się od nich z daleka, dobre sobie, czuła, że to mogło się skończyć czymś przeciwnym. Nie miała pojęcia co ją właściwie motywowało, być może po prostu przeszkadzało jej, że były mąż zaczął układać sobie życie w przeciwieństwie do niej.

- Sugerujesz więc, że powinniśmy się spodziewać wszystkiego. - Nie brzmiało to szczególnie optymistycznie. Tym bardziej, że Benjy wiedział na co ją stać, to znaczy wiedział, że trudno jest określić do czego może się posunąć.

Ponownie do ich życia wkradł się niepokój, czarnowidztwo. W tym momencie nie powinni jej lekceważyć, wręcz przeciwnie. Nie spodziewała się, że ich spokój zostanie tak szybko zaburzony, najwyraźniej życie zamierzało im udowadniać, że nigdy nie można przestawać być czujnym. Mogli się tego spodziewać, było zbyt dobrze przez te ostatnie kilka dni.

Nie do końca wiedziała co właściwie powinni zrobić, czekać na jej kolejny krok? Odwracać się ciągle za siebie zastanawiając się, czy akurat nie postanowi się pojawić. To nie brzmiało kolorowo, nie mogli się jej przecież pozbyć, więc nie bardzo widziała inną możliwość. Niepokoiło ją to, zwłaszcza, że czuła, że faktycznie to Alice była tą, która zdemolowała jej mieszkanie. Zbyt wiele w tym wszystkim było zbiegów okoliczności, spotkała ją przecież tuż przed tym, kiedy do tego doszło, gdzie ostatnia ich interakcja miała miejsce jeszcze w Hogwarcie. To musiało być ze sobą powiązane. Najwidoczniej faktycznie przeszkadzało jej to, że ona i Benjy się do siebie w końcu zbliżyli.

- Będzie przekraczała granice dopóki nie zareagujemy, dopóki nie zobaczy, że ma na nas jakiś wpływ. - Skomentowała jeszcze to, co powiedział jej mąż. Nie brzmiało to najlepiej, ale przynajmniej wiedzieli z jakim człowiekiem mają do czynienia, chociaż nieszczególnie wiele to zmieniało, po prostu mogli założyć, że będzie próbowała na wszystkie możliwe sposoby zaburzyć ich spokój. Zaczynała ją od tego boleć głowa, nie znosiła sytuacji, w której brakowało jej pomysłów na to, jak można było sobie poradzić z problemem. Będą musieli działać spontanicznie i jak ostatnio zaczęła doceniać drobny chaos, który wkradał się do jej życia, tak to zupełnie jej się nie podobało. Nie mogli przecież mieć pewności na czym się zatrzyma, do czego się posunie.

- Nasz syf Benjy, to jest nasz syf. - Postanowiła go nieco sprostować, chociaż wiedziała, że raczej mu się to nie spodoba, jednak od kiedy byli małżeństwem to problemy również były wspólne, czy mu się to podobało, czy nie. Wolała, żeby o tym pamiętał. Zresztą wydawało jej się, że prędzej znajdą jakieś wyjście z sytuacji jeśli będą działali razem, mieli różne metody, różne sposoby działania, co mogło okazać się w tym momencie ich przewagą. Być może uda im się z czasem coś wymyślić.

- Możemy więc to spalić, chociaż i tak już w jakiś sposób na nas wpłynął, nawet jeśli nie został przeczytany. - To jej się nie podobało, bo tak, czy siak Alice osiągnęła jakiś efekt tym działaniem. Wprowadziła między nich niepokój, popsuła im ten wieczór, który miał być całkiem przyjemny i spokojny. Coś udało jej się na tym ugrać. Nie chciała jej dawać satysfakcji, wolałaby, aby jej to zupełnie nie ruszyło, tyle, że nie miała pojęcia, czy nie postanowiła zapukać do drzwi, nie miała pewności, że nie zaczęła osaczać Benjy'ego i przez to poruszyła ten temat. Obiecała sobie, że więcej tego nie zrobi, jeśli znajdzie znowu coś, co nie powinno się znaleźć pod ich drzwiami to po prostu to wyrzuci i uda, że nie istniało, tak chyba będzie prościej.

Uniosła się nieco, aby sięgnąć po drugą szklankę. Postawiła ją na blacie tuż obok swojej i nalała trunku do obu z nich. Nie musiał powtarzać, rozumiała potrzebę sięgnięcia po alkohol, bo sama ją odczuwała. Być może dzięki temu zrobi się odrobinę lżej, a może i pomoże im znaleźć jakieś rozwiązanie. - Chodź. - Powiedziała cicho, przesunęła też jedną z pełnych szklanek po blacie w jego kierunku. To nie miała być dla nich lekka noc.




!BINGO C3

Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5447), Pan Losu (65), Prudence Fenwick (3677)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa