Przysięgam, że jeśli musiałbym spędzić w dusznym, przeestetyzowanym salonie Madame Malkin choćby minutę dłużej, chyba sam rzuciłbym na siebie Avadę. Nawet sam świętojebliwy Merlin nie zniósłby tego jazgotu. Matka od godziny kłóciła się z krawcową o odcień i długość lamówki na wyjściowej szacie mojej najstarszej siostry - wpadła w trans, korygując wszystko, co do milimetra, „u stóp ma być idealnie równo, rąbek nie może dotykać posadzki, a twój brat, nie, cicho, cicho, no, ależ PROSZĘ PANI…” - podczas gdy najmłodsza ryczała, bo rzekomo gryzła ją koronka, a pozostałe zachwycały się nad jakimś idiotycznym, samoprasującym się jedwabiem wykorzystywanym do szycia modelu „najpiękniejszej sukienki wieczorowej, jaką widziały”, mającym swoją fakturą imitować „blask tafli jeziora podczas bezchmurnej pełni księżyca”. „Och, jaki cudowny fason, jaki dostojny granat, przepiękny błękit! A może jednak lepiej byłoby skorzystać z tego odcienia lila?”, rzygać mi się zachciało już przy trzeciej rolce materiału, którą prawie dostałem w łeb, gdy wyrywały ją sobie z rąk, by jej się przyjrzeć.
Wykorzystałem moment, gdy ekspedientka upuściła szpilki, a matka odwróciła się, żeby skrytykować jej profesjonalizm, rzuciłem tylko krótkie „zaraz wracam” w przestrzeń - i tak nikt nie słuchał - po czym po cichu wyślizgnąłem się na ulicę, zostawiając za sobą ten zapach perfum i drogich materiałów. Przecież nie zamierzałem marnować ostatnich chwil laby na bycie wieszakiem na ubrania…
Miałem szesnaście lat, kieszenie pełne galeonów bezczelnie podkradzionych z ojcowskiego barku, w którym trzymał „luźne drobne”, i całe popołudnie wolności, zanim zorientują się, że zniknąłem i zaczną wysyłać za mną wyjce albo, co gorsza, naślą na mnie skrzata. Na zewnątrz magiczny Londyn tętnił życiem, znanym mi doskonale charakterystycznym późnowakacyjnym chaosem tuż przed rozpoczęciem szkoły, ostatnimi dniami wolności przed powrotem do budy - jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że było cholernie gorące, sierpniowe popołudnie, a letnie słońce grzało tak mocno, że od razu poluzowałem ten cholerny, sztywny kołnierzyk szaty, którą kazano mi rano założyć. Przepchałem się bezczelnie przez tłum na Pokątnej, ostentacyjnie nie przepraszając nikogo, na kogo wpadłem - bo i z jakiej racji? Wszyscy tutaj dokądś zmierzali, każdy wyprzedzał zbyt wolnych przechodniów albo znajdował sobie między nimi lukę, by nie spędzić całego dnia na dreptaniu za czyjąś niedołężną prababcią.
W końcu moje kroki, sterowane chyba jakimś szóstym zmysłem, zaprowadziły mnie tam, gdzie zawsze kończyłem podczas wypadów do Londynu - zatrzymałem się przed wystawą „Markowego Sprzętu do Quidditcha”, gapiąc się na najnowszy model miotły i ostentacyjnie żując mugolską gumę balonową, którą podwędziłem z kieszeni jakiegoś zagubionego mugolaka. Skąd to wiedziałem? Wyglądał na zupełnie zdezorientowanego, kręcąc się wokół własnej osi i prawie szczając po nogach z nieudolnie tłumionej ekscytacji, podczas gdy jego rodzice wytrzeszczali oczy, najpewniej nerwowo próbując się zorientować w lokalnej topografii. Może mógłbym im coś podpowiedzieć, pomóc, być najlepszą wersją siebie dla kogoś w potrzebie, ale… Nieważne - nigdy nie byłem przesadnie altruistyczny, zwłaszcza w tych nielicznych momentach, gdy udawało mi się nareszcie zerwać ze smyczy, by móc robić dokładnie to, co mi się żywnie podobało - najważniejsze, że popołudnie było idealne, widok zajebisty a guma w moich ustach smakowała chemiczną miętą z dodatkiem cynamonu, czyli absolutnie genialnie, zwłaszcza kiedy miało się świadomość, że matka dostałaby apopleksji, gdyby tylko zobaczyła mnie z tym w gębie. Uniosłem lekko podbródek, gapiąc się na idealnie wyprofilowany ogon najnowszego modelu aerodynamicznego cacuszka i gładko wypolerowane drewno, oczami wyobraźni widząc już, jak w przyszłym semestrze rozniosę na tym Ślizgonów w pył… Najlepsze. Plany. Ever.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)