• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9
11 marca 1972 / Elliott i Loretta / Ulica

11 marca 1972 / Elliott i Loretta / Ulica
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#1
23.10.2022, 17:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2022, 16:55 przez Loretta Lestrange.)  

Huragan jej obecności prędko roznosił Nokturn na swoich połach; przemierzała szemrane ulice z prędkością afrykańskiego tam-tamu, swoją duszną osobowość zwiastując jedynie pospiesznym stukotem wysokich obcasów, które zwykła przybierać zawsze, z uwagi na swój mikry wzrost. Czarne, drobne loki tańczyły wokół twarzy niespokojnie, a na samym obliczu malowało się niebanalne w swej krasie zaciekawienie zmieszane ze szczyptą utęsknienia. Zmierzała w końcu do Sekretu Salazara, gdzie miała jej się objawić osoba bliźniaka – ostatnimi czasy, pogoda bywała niezwykle kapryśna i rozciągała się na osi gęstych, czyniących ze skóry galaktykę deszczy, aż po słotę zapowiadaną przez języki słońca, które niezwykle chętnie mościły swoją niszę na poszewce ziemskiej. Prawdopodobnie dlatego była gotowa na wszelkie kaprysy matki natury – w dłoni umiejscowił się spory, elegancki parasol, a pstrokatość odzienia przykrywało jedynie wełniane ponczo.

Zaczynała czuć się dusznie i niespokojnie – odgarnęła niesforny kosmyk, który położył się czarną tonią akwareli na bladej cerze, jej usta jednak, rozciągnął urokliwy w swej krasie uśmiech. Kąciki warg drgały niepewnie, a sama Lestrange jedynie przyspieszyła energicznego kroku, mając przed sobą raptem ostatni zakręt.

I gdy tak zamaszyście wparowała za zwieńczenie ostatniego budynku, zderzyła się nieomal czołowo z personą, której nawet twarzy nie zdążyła ujrzeć, zbyt zaaferowana plikiem kartek, które wypadając z dłoni jegomościa, rozrzuciły się śniegiem po całym bruku.

– O Merlinie, przepraszam! Naprawdę przepraszam! – rzekła prędko, kucając na chodniku, aby pozbierać zagubione, jeszcze wirujące w powietrzu pliki papieru.

Przez całokształt ambarasu, nie zwróciła nawet uwagi na twarz jegomościa, spojrzenie lokując jedynie na eleganckim odzieniu, jednak gdy wręczała mu zagubione dokumenty, uniosła brodę i zatopiła oczy w jego wejrzeniu.

Zmarszczyła brwi. Miała nieodparte wrażenie, iż mężczyznę kojarzy, w dodatku jeszcze – całkiem dobrze. Przez prozę myśli zatańczyły informacje o wcześniejszym Ministrze Magii; nie musiała zagłębiać się w politykę, która zresztą nie należała do dziedzin, w których by przodowała, aby na scenie umysłu zamigotało jego nazwisko. Bo obracała się pośród wonnych orchidei, sweterków z monogramami i nienachalnego snobizmu; jej akcent, tak bardzo przywodzący na myśl oschłe arystokracje, był wyraźnie wyczuwalny w nutach pieniącego się jak tonik głosu. Spojrzała na niego raz jeszcze – nie puszczając pliku kartek, który zawitał w jej dłoniach.

– Elliott Malfoy – stwierdziła oczywistość, a jej wargi wygiął urokliwy w swym banale grymas.

King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#2
24.10.2022, 20:23  ✶  
Zajmowanie się pracą, pracą i jeszcze raz pracą odrywało jego umysł od wszystkich innych, nękających myśli. Głownie dlatego wszędzie chadzał ze swoją teczką i zajmował się tylko i wyłącznie sprawami dotyczącymi wykonywanej profesji. Oczywiście, przy tym jadał dobre kolacje i pił wyśmienite trunki, ale tematy rzadko schodziły na jego życie prywatne. Przynajmniej w większym gronie i w miejscu publicznym. Właśnie dlatego teraz, późnym wieczorem, wychodził z przybytku młodego Lestrange'a, który pomagał prowadzić od strony podatkowej i finansowej, z aktówką pod pachą i paroma dokumentami luźno złapanymi w dłoni. Niezbyt długo tam pozostały, bo zaraz też ktoś na niego wpadł. Albo on wszedł w słupek, nie był pewny czy to bardzo niska osoba, czy jego własna nieuważność, ale trwało to dosłownie pół sekundy, bo aż tak zmęczony nie był, aby nie odróżnić niskiej kobiety od londyńskiego, pomalowanego na czerwono słupka. Może i architektura w stolicy Imperium zapierała dech w piersi, ale trudno było to porównywać do estetyczności, z jaką mógł wyglądać człowiek. Zwłaszcza stojąca przed nim osóbka o kędzierzawych, czarnych kosmykach okalających blade lico.
Elliott zamrugał. Nie był pewien czy w zdezorientowaniu czy po prostu w konsternacji, więc mógł wyglądać w tym momencie naprawdę przezabawnie, z oczami szeroko otwartymi jak u hukającej sowy. Nieczęsto się to zdarzało, że widziało się Pana Ważnego Kanclerza Syna Byłego Ministra Magii z takim wyrazem twarzy. Już na pewno nie na środku ulicy Pokątnej.
Odchrząkną.
- Oh nie, to moja wina, powinienem być bardziej uważny. - odparł szybko, bo o manierach nie należało zapominać - Wszystko w porządku? - zapytał nie używając na razie żadnej formy grzecznościowej, bo dawał sobie jeszcze chwilę na rozpoznanie rozmówczyni. Sam zebrał ze dwa papiery karcąc się w głowie, że po prostu nie wyciągnął różdżki i nie użył magii. To naprawdę nie był jego dzień.
Ich oczy spotkały się w krępującej ciszy, a Malfoy nie sięgnął nawet po podawane mu papiery. Przeszukał wspomnienia bankietów i bardziej oficjalnych spotkań, tylko po to, aby jego umysł zwrócił się do postaci młodego wspólnika, pod którego lokalem właśnie stali. Podobieństwo może nie było zatrważające, ale Elliott nie znał Loretty tylko i wyłącznie przez Narcyza. Wywodzili się z tej samej klasy społecznej, splamionej snobizmem i bardzo wyuczonymi formułkami grzecznościowym, więc nie mogło jej obecności zabraknąć na ważniejszych bankietach i imprezach.
- Dziękuję. - odparł po chwili przechwytując dokumenty - Właśnie pożegnałem twojego brata, nie jestem pewien czy się chwalił, że współpracujemy przy prowadzeniu lokalu? - zagadnął, bo nie był pewien, czy Lestrange się gdzieś nie spieszyła. Dał jej tym samym chwilę do przyznania się, gdzie tak pędzi i nie naciskał na zostanie w jego towarzystwie. Zresztą, nie był pewien, czy on po całym dniu jest gotowy na kolejną dozę rozmowy.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#3
02.11.2022, 11:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2023, 16:51 przez Loretta Lestrange.)  

Choć na ogół uśmiech na jej twarzy rozlewał się miękko, bardziej jak lepki, późnoletni sok, aniżeli nieprzejednane, gwałtowne drganie kącików ust – tym razem jednak napiętnowało się całunem odmienności w swej materii. Myśli lotne, miriady w zasadzie, kłębiły się w niespójność w kruchym umyśle, zahaczając o tematy różnorakie i mnogie; na pracy (tej, która zostawiła zaschnięte pociągnięcia akrylu na smukłych palcach) oraz na kwestiach rodzinnych i rozbieżnych. Istotnie, z prędkością nieomal sięgającą światła, stukotem obcasów zwiastowała swoją obecność na ulicy Pokątnej.

Pięta-palce, pięta-palce, pięta-…

Zamroczyło ją wręcz niesamowicie, gdy z gwałtownością niemałej wichury, burzy targającej rzęsistym deszczem sady, dusznością odnajdywalną w chłodzie bytowania – wpadła na osobistość początkowo nieplasującą się pośród znajomych oblicz, uśmiech jednak rozkwitł, pąsem znacząc oblicze, gdy tylko skojarzyła koncepcję wszechświata bzdurnie umieszczoną w tym spotkaniu.

Uniosła dłoń, lekko drżącą, przykładając ją do drobnego, znaczonego pajęczyną piegów nosa – tego, który spotkał się w bezlitosnej kolizji z ramieniem młodego (czy już aż tak?) Malfoy’a. I gdy tak zbierała te papiery niepoukładane, pochylając się nad jedną ze stronic, prędko zreflektowała się, iż z jej nosa kapie parę zaledwie kropel szkarłatnej posoki. Ułożyły się tuż na podpisie Elliotta – sama Loretta rozszerzyła szeroko oczy i naprędce wytarła nos o rękaw koszuli.

– Nie będziemy się teraz przerzucać winą – rzekła, wyciągając ręce przed siebie; te, w których piętrzyły się uprzednio porozrzucane świstki papieru.

– Ach, istotnie, wspominał coś. Nie uważasz, Elliocie, że te całe konwenanse to bardzo głupie są? No bo przecież mogłabym teraz być śmielsza i zaproponować zawadiacko kawę, jednak no właśnie – nie potrafię. Tę metaforę kieruję więc do ciebie, jeśli jej nie odbierzesz w sposób właściwy, nie wyłamiemy się z tych okropnie brzydko usztywniających ram! – rzekła na jednym wdechu. – W końcu estetyka to moje drugie imię.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Elliott Malfoy (444), Loretta Lestrange (659)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa