• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[1969, marsz charłaków] Pochód o bruk dudniący — a po co?

[1969, marsz charłaków] Pochód o bruk dudniący — a po co?
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
11.05.2026, 20:59  ✶  

Marsz Charłaków
Rodzeństwo Rowle


Mugolski Londyn nienawidził kruków, nawet jeśli na pokaz czcił tych kilka okazów strzegących korony angielskiej na Tower of London. Londyńczycy wystrzelali w ubiegłym wieku to ptactwo nieczyste, padlinożernych towarzyszy czarnoksiężników.
Helloise była pewna, że ten kruk uciekł od mugoli…
Zobaczyła go chwilę wcześniej, gdy snuła się za Seisyllem przez Pokątną. Ptak zwrócił jej uwagę — kruki czarodziejów były szanowane i zadbane. Ten podskakiwał po ulicy jak kaleka, a gdy rozłożył skrzydła, serce jej pękło. Lotki i ogon podcięto; wiedziała, że ktoś próbował go uwięzić. Rowle'owie szli dalej, mimo że ona co chwilę odwracała głowę. Gdy Seisyll otwierał drzwi sklepu czy zakładu, w którym miał tego dnia do załatwienia sprawunki, Helloise kolejny raz odwróciła się tęsknie na ptaka. Odeszła, zostawiając brata bez słowa — nie potrzebował słów, żeby wiedzieć, dokąd ją znosi i że wróci.
Tak czarownica znalazła się w jednej z bocznych uliczek odchodzących od Pokątnej, przycupnięta na kolanach, a przed nią niewielki kopczyk ziarna; tylko to miała przy sobie po kieszeniach zwiewnej letniej szaty. Płyty chodnikowe były rozżarzone letnim słońcem, ogrzewały złożone na nich nogi przez cienki materiał spódnicy. Powietrze pachniało gorącym ulicznym kurzem. Wiedźma próbowała zwabić do siebie podskakującego opodal kruka po dobroci, choć ptak pozostawał nieufny. Potężny dziób rozgrzebywał resztki jakiegoś niedokończonego, zwiniętego w szary papier posiłku porzuconego obok opróżnionej butelki wódki. Helloise patrzyła smutno i na to, i na czarny płaszczyk nierównych skrzydeł — bestialsko ścięty. Odrosną nowe, ach, zajmie to trochę, ale odrosną, wymieni je na nowe. Jeszcze rozłoży te skrzydła i poleci kiedyś na żer, zawiśnie na łysej gałęzi, zaśpiewa nad padliną.
Wtem nadeszło coś wielkiego — o ulicę uderzył zastęp ruchliwych stóp ludzkich, falą nadpłynęła wrzawa. Przodem spieszyło kilku ciekawskich, za nimi: zwarty tłum. Maszerowali ludzie, a nad nimi ciągnął ogłuszający bezładny hałas.
Kruk rozłożył okaleczone czarne skrzydła i uderzył kilka razy kikutami o powietrze, próbując uciekać. Nie mógł się wzbić. Czarownica wstała, porzuciła cierpliwość, w kilku sprawnych krokach doskoczyła do ptaka. Porwawszy małego towarzysza czarnoksiężników w ręce, stała chwilę niezdecydowana u wylotu uliczki, patrzyła z wahaniem na przetaczającą się głównym traktem masę. Nie miała wyjścia — wyszła między tych ludzi. Próbowała trzymać się ciasno murów, nie zawsze mogła.
Prześlizgnęła się między nimi do lokalu, pod którym rozstali się z Seisyllem. Gdy drzwi się za nią zamknęły, odczuła ulgę — hałas zelżał nieco, choć wciąż napierał na szklaną witrynę, za którą przetaczał się tłum. Ziemia wciąż drżała setkami stóp, jakby stado bydła pędzili Pokątną.
Helloise odnalazła w środku brata. Przynosząc za sobą suchy ziołowy zapach nagrzanej łąki, stanęła blisko, jakby nigdy nie opuściła jego boku. Do piersi przytulała czarną ptasią kalekę schwytaną w klatkę silnych palców rzemieślniczki. Na Rowle'a patrzyło, wyczekując słowa jakiegoś wyjaśnienia, troje oczu — dwoje złych błękitnych spod zmarszczonych brwi i czarny paciorek zwróconego do niego profilem kruka.

@Seisyll Rowle


dotknij trawy
hiraeth
You think I’ll be the dark sky so you can be the star?
I’ll swallow you whole.
wiek
37
sława
V
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
rzemieślnik
182cm, oczy wpadają w błękit lub w zieleń w zależności od światła, wąskie źrenice, splamienie gadzią chorobą, dobrze zbudowany jak na kalekę, nosi widoczną biżuterię, w tym kolczyki w obu uszach

Seisyll Rowle
#2
10.06.2026, 15:38  ✶  
Rzadko zdarzało mu się sprawdzać, czy podczas jego przyjazdu do Londynu miało dziać się coś godnego uwagi. Na takie wydarzenia zapraszano go zwykle z góry, a inne zwykle i tak nie ujmowały go bardziej niż widok słońca zachodzącego za górami zdobiącymi widok z okna jego posiadłości. Po cóż miał się więc czymś szczególnie kłopotać? To nie była – jeszcze – wojna. Pochód wzburzonych ludzi wykrzykujących przeróżne hasła i dzielących się opiniami, które zahaczały w jego głowie o kompletne bzdury, wywołały więc w Seisyllu uczucie głębokiej konsternacji.

Czy Londyn zawsze tak wyglądał?

Zadałby to iście absurdalne pytanie, gdyby Helloise nie zniknęła mu z pola widzenia, a jedynym towarzyszem rozmowy nie ostał się Vergil. Smoczognik wypoczywał zawinięty w tkaninę kaptura, z łbem wyłożonym na jego ramieniu. Obserwował zbiorowisko mające wkrótce przeobrazić się w zamieszki i bardzo niechętnie podchodził do myśli, że miałby się pomiędzy tymi ludźmi znaleźć. Seisyll jego opinię podzielał – rozglądał się przez szklaną witrynę, próbując znaleźć ścieżkę, która pozwoliłaby mu ten cały „marsz” obejść i dostać się do przejścia na Nokturn. Z żalem zdał sobie sprawę z tego, że nie był aż takim znawcą topografii miasta, aby podejmować tego typu decyzje bez cienia ryzyka, jakim było zgubienie się w ciasnych, duszących  alejkach. Pomyślał więc: najrozsądniej będzie poczekać na Helloise, chociaż tłum napierał mocniej, a jej powrót musiał wiązać się nie z przejściem, lecz przedarciem przez zbitą masę skandujących losowe hasła czarodziejów.

– Noo, teraz to niech pan Rowle nie wychodzi…

Ekspedientka z niewiele mówiącą miną odwróciła tabliczkę z napisem „otwarte” na drugą stronę dokładnie w tym momencie, kiedy rosły mężczyzna uderzył plecami o szybę omal jej nie wybijając.

– Choćbym chciał, to nie wróżę sobie szczególnego sukcesu w próbie poruszania się w tym tempie – przyznał, unosząc w górę zdobioną laskę, bez której nie wychodził z domu odkąd stał się kaleką. – Ale moja siostra zniknęła na chwilę, więc się tak wpatruję w ten rój i próbuję ją dostrzec, chociaż pewnie nie powinienem stać tak blisko okna?

Nawiązywał, rzecz jasna, do protestującego, na widok którego Danielle odskoczyła przerażona, jeszcze zanim w pełni zetknął się ze szkłem. Nieszczęśnik omal oprócz guza nie nabił sobie sporego rachunku za remont tegoż miejsca.

Widząc Helloise, otworzył jej drzwi sam.

W środku narastający harmider tracił na tym, jaki był przerażający – cichy, bo wygłuszony przez zaklęte ściany, atakował umysł głównie tym, jak wyglądał. Duszno.

– Idą za blisko siebie – stwierdził prosto, po czym zrobił krok do tyłu. – Coś się musiało stać, więc lepiej będzie poczekać chwilę, żebyśmy się nie rozszczepili. Wszystko w porządku?

Lokal usługowy, w którym robił zakupy był maleńkim sklepikiem oferującym bardzo wąską ofertę materiałów i półproduktów niezbędnych do produkcji obuwia. Niewiele tu było miejsca dla ich trójki, na szczęście starsza kobiecina zdążyła zniknąć na zapleczu, najwyraźniej niezbyt tym wszystkim przejęta.


walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#3
15.06.2026, 21:03  ✶  
— W porządku — zbyła obojętnie pytanie, bo nic poza ściskiem i hałasem jej po drodze nie doskwierało. — Nie spodziewałeś się tego?
Ona tym bardziej nie potrafiła przewidzieć takiego obrotu wypadków. Mało do niej docierało wieści z Londynu, a nawet gdy już jakaś plotka czy informacja zawędrowała w jej pobliże, czarownica nieraz ostentacyjnie je ignorowała. Szczególnie o tak pięknej porze roku szkoda było sobie zaprzątać głowę rzeczami tak przyziemnymi jak niedotyczące jej w najmniejszym stopniu marsze w oddalonym o całe mile Londynie.
Helloise oderwała od Seisylla wyczekujący wzrok. Nie szukała już w nim więcej odpowiedzi, skoro oboje mieli podobne pojęcie o tym, co się działo. Czarownica zwróciła się z powrotem ku witrynie, za którą przetaczał się nieskoordynowany, coraz mocniej podburzony tłum.
— Czy oni zamierzają coś obalić albo mścić się jakoś, czy wyszli tak bez celu, byle chodzić? — zadała pytanie, które mogło sugerować jej ignorancję, lecz w rzeczywistości była to zawoalowana złośliwość. Widziała w takim bydlęcym maszerowaniu coś pospolitego i, z jej perspektywy, bezproduktywnego. — Jak sobie wyobrażają spełnienie tych żądań?
Zapewne, jak każde takie zgromadzenie, chcieli być zauważeni. Chcieli poczuć się zjednoczeni we wspólnym celu, zmotywowani wzajemną obecnością. Jak na kogoś, kto wiele uwagi poświęcał temu, aby czuć się jednością z całym stworzeniem, i wychwalał piękno modlitwnych wspólnot, Helloise zaskakująco łatwo odtrącała każdą inną formę organizowania się między ludźmi. Każdą tę, która wydawała się jej niska i nieszlachetna, nieuduchowiona. A te niezbornie skandowane hasła trudno było porównać do harmonijnych pieśni religijnych.
Charłaków można było żałować, lecz trudno było nie dopatrywać się w ich kondycji pewnej celowości natury. Skoro bogowie zdecydowali się w nich magię wygasić, musiały być ku temu powody. Smutny to był incydent dla rodzin i trudno sobie wyobrazić, jakie koszmary przeżywały matki, które wydawały na świat te nieszczęsne istoty, lecz jedynym prawem, jakie się charłakom należało, było prawo do spokojnego życia. Te dzieci powinny wziąć swój los takim, jakim był. Szukać piękna w życiu, jakie im zapisano. Wykorzystać inne ofiarowane im talenta lub odsunąć się w cień, wieść miły żywot w jakimś cichym miejscu. Helloise przecież sama czasem wychodziła do lasu bez różdżki, aby zakosztować życia bez magii, nauczyć się wobec niej pokory — i były to doprawdy urokliwe dni.
Gdy kolejna osoba znalazła się niebezpiecznie blisko witryny, kobieta również wycofała się w głąb sklepiku. Obróciła się powoli dookoła, oglądając bez zainteresowania asortyment, żeby zająć czymś chwilę zasugerowanego przez brata oczekiwania.
— Udało mi się zabrać to smutne stworzenie z ulicy. Będzie mu lepiej ze mną — oświadczyła, skinąwszy głową na kruka. Trzymała ptaka wciąż blisko siebie, lecz nieco poluźniła chwyt, skoro znalazła się w bezpiecznym miejscu i odzyskała zwyczajową swobodę. — Londyn ze wszystkim obchodzi się tak paskudnie.


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (898), Seisyll Rowle (461)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa