11.05.2026, 20:59 ✶
Marsz Charłaków
Rodzeństwo Rowle
Mugolski Londyn nienawidził kruków, nawet jeśli na pokaz czcił tych kilka okazów strzegących korony angielskiej na Tower of London. Londyńczycy wystrzelali w ubiegłym wieku to ptactwo nieczyste, padlinożernych towarzyszy czarnoksiężników.
Helloise była pewna, że ten kruk uciekł od mugoli…
Zobaczyła go chwilę wcześniej, gdy snuła się za Seisyllem przez Pokątną. Ptak zwrócił jej uwagę — kruki czarodziejów były szanowane i zadbane. Ten podskakiwał po ulicy jak kaleka, a gdy rozłożył skrzydła, serce jej pękło. Lotki i ogon podcięto; wiedziała, że ktoś próbował go uwięzić. Rowle'owie szli dalej, mimo że ona co chwilę odwracała głowę. Gdy Seisyll otwierał drzwi sklepu czy zakładu, w którym miał tego dnia do załatwienia sprawunki, Helloise kolejny raz odwróciła się tęsknie na ptaka. Odeszła, zostawiając brata bez słowa — nie potrzebował słów, żeby wiedzieć, dokąd ją znosi i że wróci.
Tak czarownica znalazła się w jednej z bocznych uliczek odchodzących od Pokątnej, przycupnięta na kolanach, a przed nią niewielki kopczyk ziarna; tylko to miała przy sobie po kieszeniach zwiewnej letniej szaty. Płyty chodnikowe były rozżarzone letnim słońcem, ogrzewały złożone na nich nogi przez cienki materiał spódnicy. Powietrze pachniało gorącym ulicznym kurzem. Wiedźma próbowała zwabić do siebie podskakującego opodal kruka po dobroci, choć ptak pozostawał nieufny. Potężny dziób rozgrzebywał resztki jakiegoś niedokończonego, zwiniętego w szary papier posiłku porzuconego obok opróżnionej butelki wódki. Helloise patrzyła smutno i na to, i na czarny płaszczyk nierównych skrzydeł — bestialsko ścięty. Odrosną nowe, ach, zajmie to trochę, ale odrosną, wymieni je na nowe. Jeszcze rozłoży te skrzydła i poleci kiedyś na żer, zawiśnie na łysej gałęzi, zaśpiewa nad padliną.
Wtem nadeszło coś wielkiego — o ulicę uderzył zastęp ruchliwych stóp ludzkich, falą nadpłynęła wrzawa. Przodem spieszyło kilku ciekawskich, za nimi: zwarty tłum. Maszerowali ludzie, a nad nimi ciągnął ogłuszający bezładny hałas.
Kruk rozłożył okaleczone czarne skrzydła i uderzył kilka razy kikutami o powietrze, próbując uciekać. Nie mógł się wzbić. Czarownica wstała, porzuciła cierpliwość, w kilku sprawnych krokach doskoczyła do ptaka. Porwawszy małego towarzysza czarnoksiężników w ręce, stała chwilę niezdecydowana u wylotu uliczki, patrzyła z wahaniem na przetaczającą się głównym traktem masę. Nie miała wyjścia — wyszła między tych ludzi. Próbowała trzymać się ciasno murów, nie zawsze mogła.
Prześlizgnęła się między nimi do lokalu, pod którym rozstali się z Seisyllem. Gdy drzwi się za nią zamknęły, odczuła ulgę — hałas zelżał nieco, choć wciąż napierał na szklaną witrynę, za którą przetaczał się tłum. Ziemia wciąż drżała setkami stóp, jakby stado bydła pędzili Pokątną.
Helloise odnalazła w środku brata. Przynosząc za sobą suchy ziołowy zapach nagrzanej łąki, stanęła blisko, jakby nigdy nie opuściła jego boku. Do piersi przytulała czarną ptasią kalekę schwytaną w klatkę silnych palców rzemieślniczki. Na Rowle'a patrzyło, wyczekując słowa jakiegoś wyjaśnienia, troje oczu — dwoje złych błękitnych spod zmarszczonych brwi i czarny paciorek zwróconego do niego profilem kruka.
dotknij trawy