Malfoyowie odeszli, lecz Helloise nie potrafiła oddalić się zupełnie od ołtarza. Zmówiła już wszelkie modlitwy, jakie zamierzała zmówić, lecz interesowali ją ludzie. Obserwowała pochód ludzi znoszących bogini swoje dary. Zastanawiała się, którzy z nich byli obłudnikami. Większość — brzmiała odpowiedź, którą wyczytywała z obojętnego, mechanicznego sposobu, w jaki czarodzieje składali dary. Ślepe dłonie, rozkojarzone spojrzenia, półgębkiem dokańczane nad ołtarzem rozmowy z rodziną. Widziała to i po samych darach — wiele z nich było sobie identycznych. Ludzie zamówili je u rzemieślników, którzy z okazji sabatu wykonywali ich setki i sprzedawali za kilka galeonów. Wszystkie według jednego wzoru, wyzbyte osobistego elementu, wyzbyte duszy — produkt.
Potrafiła rozpoznać, kiedy ludzie tworzyli swoje dary sami. Przedmiot w rękach bladego, smutnego chłopaka zwrócił jej uwagę jeszcze zanim znalazł się na ofiarnym stole. Wydawał się osobisty, a dłonie, które go trzymały, były dłońmi rzemieślnika. Savaš trzymał drewniany amulet jak coś, co dobrze znał — w kontraście do tylu zebranych tu osób, które swoje dary pierwszy raz trzymały w dłoniach i dało się u nich dostrzec subtelną niepewność chwytu. Smutek. Helloise nie mogła wyrzucić z głowy myśli o tym, jak smutny wydawał się ów nieznajomy chłopiec. Drżące dłonie i łzy, gdy wypowiadał modlitwę, której słów nie mogła usłyszeć, ściągnęły uwagę wmieszanej między ludzi czarownicy. Poruszyła ją jego szczerość.
Gdy oddalił się od ołtarza, Helloise przesunęła się przez tłum, aby znaleźć się u boku Savaša i z nim zrównać krok tak naturalnie, jakby przyszli tu razem i do tej pory jedynie na niego czekała. Znalazłszy się tak blisko, poczuła otaczający chłopaka swąd śmierci. Nieprzyjemnie ścisnął się od niego jej pusty żołądek. Niczego tego dnia nie zdążyła zjeść. Roztargnionym ruchem kobieta poprawiła jesienny wieniec w swoich włosach; bezwiednie sprawdzała, czy aby nie wykruszyły się wszystkie kolorowe liście i czy nie powypadały zioła. Skórę na palcach miała odbarwioną w czerwone zacieki, czerwień czaiła się również w zmęczonych niewyspaniem, przekrwionych oczach.
— Sam zrobiłeś swój dar — stwierdziła bardziej, niż zapytała. Słowa te wypowiadała jak pochwałę. — To bardzo piękny amulet. Niech go dobrze przyjmie boski ogień wraz z twoją intencją.
Nie patrzyła na młodego Gregorovitcha. Szli przez chwilę w ciszy, kierując się na ubocze kowenowego dziedzińca, gdzie nie było aż tylu ludzi.
— Jesteś tu sam. — Choć i w tym zdaniu trudno było się dopatrzeć zapytania, brzmiało mniej pewnie niż poprzednie. Pozostawiało miejsce na wątpliwość.