• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja Horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[10.10.1972] Not quite blind date (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)

[10.10.1972] Not quite blind date (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#1
02.07.2026, 00:40  ✶  
10.10.1972
walentynkowe bingo
[Obrazek: b89b8a8354b04e362122bd5f56ad462957633183.jpg]

Czarna, elegancka szata miękko układała się na jej sylwetce, kiedy opuszczała mieszkanie. Starannie upięte włosy odsłaniały smukłą szyję, a jedyną ozdobę stanowiły drobne kolczyki i cienki naszyjnik, który dyskretnie połyskiwał przy każdym kroku. Zanim zamknęła drzwi, jej spojrzenie na krótką chwilę zatrzymało się na liście spoczywającym na komodzie. Zaproszenie, które otrzymała poprzedniego wieczoru od pani Alderley. Na samą myśl o starszej kobiecie kąciki jej ust uniosły się odrobinę. Odpowiedziała niemal od razu, nie widząc powodu, by odmawiać komuś, kto z taką serdecznością chciał okazać wdzięczność za cały dzień pracy.
Po przekroczeniu progu restauracji przyjemne ciepło natychmiast ją otuliło, a dyskretna muzyka fortepianowa mieszała się z cichymi rozmowa pozostałych gości. Kelner zaprowadził ją do stolika znajdującego się przy oknie. Pani Alderley już czekała. Na widok Astorii starsza kobieta od razu się rozpromieniła, unosząc się lekko z miejsca. Dopiero wtedy dziewczyna dostrzegła siedzącego naprzeciwko mężczyznę. Na krótką chwilę zatrzymała się w pół kroku. Rodolphus? Przez jej twarz przemknęło lekkie zaskoczenie, ledwie zauważalne uniesienie brwi. Właściwie nie powinno jej to dziwić. Wczorajszego dnia nie tylko ona poświęciła swój czas. Lestrange bez słowa zakasał rękawy i pomagał równie długo jak ona, a seniorka była osobą, która nie zapominała o podobnych gestach. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej jego obecność wydawała się czymś zupełnie naturalnym. Na jej twarzy pojawił się łagodny uśmiech, gdy się z nimi witała.
- Miło was widzieć - przeniosła spojrzenie na mężczyznę, próbując wybadać jego nastawienie z mimiki twarzy. - Pani Alderley, naprawdę nie musiała pani robić sobie kłopotu - zaczęła, ale starsza kobieta już zaczęła trajkotać, jak bardzo jej pomogli. Ledwie wszyscy zajęli miejsca, starsza kobieta zaczęła mówić z charakterystyczną dla siebie energią, która zdawała się zupełnie nie współgrać z jej wiekiem. Dziękowała im raz po raz, jakby za każdym razem dochodziła do wniosku, że poprzednie podziękowanie nie wybrzmiało dostatecznie mocno. Kolacja, jak sama uparcie powtarzała, była przecież najmniejszą rzeczą, jaką mogła dla nich zrobić. Nie posiadała majątku, którym mogłaby się odwdzięczyć, ani wpływów, które mogłyby cokolwiek ułatwić. Od czasu do czasu usta Torii układały się w ciepły, niemal nieśmiały uśmiech. Nie była przyzwyczajona do przyjmowania tak otwarcie okazywanej wdzięczności. Pomagała dlatego, że uważała to za właściwe, nie oczekując niczego w zamian. Widząc błyszczące oczy starszej kobiety i słysząc autentyczne wzruszenie w jej głosie, czuła się niemal niezręcznie. Mimowolnie spojrzała przelotnie na Rodolphusa, jak on odbierał tę lawinę wdzięczności.
Nadal dziwnie było go tu widzieć. Choć jeszcze kilka miesięcy temu podobna perspektywa wywołałaby w niej przede wszystkim irytację, teraz obecność Lestrange'a, mimo całej swojej nieoczywistości, zdążyła już wpisać się w rytm jej ostatnich dni.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#2
03.07.2026, 09:46  ✶  
Wrzesień 1972 przyniósł brytyjskiemu światu czarodziejów aurę narastającego niepokoju, ale w prywatnych komnatach Rodolphusa Lestrange czas zdawał się nie mieć wpływu na żelazne zasady elegancji. Mężczyzna stał przed wysokim, kryształowym zwierciadłem, z absolutnym spokojem dopracowując każdy szczegół swojego wizerunku. Jego strój był manifestacją statusu, czystej krwi i chłodnej dyscypliny. Biała, nieskazitelnie wyprasowana koszula z egipskiej bawełny idealnie przylegała do ciała, a jej kołnierzyk opinał szyję z surową precyzją. Na nią narzucił doskonale skrojoną, czarną marynarkę – głęboka, matowa czerń materiału optycznie, acz odrobinę poszerzała jego ramiona. Do tego dobrał dopasowane, czarne spodnie wizytowe w kant, które opadały miękko na lśniące, eleganckie buty ze skóry najwyższej jakości. Całość spinał skórzany, dyskretny pasek ze srebrną, prostą klamrą, a na jego nadgarstku spoczywał ciężki, rodowy zegarek o tarczy z ciemnego onyksu. Rodolphus wyglądał tak zawsze. Niezależnie od okazji, pory dnia czy nastroju, jego ubiór pozostawał niezmienną, niemal architektoniczną konstrukcją – perfekcyjną, surową i pozbawioną jakichkolwiek ekstrawaganckich ustępstw na rzecz mugolskiej mody lat siedemdziesiątych. Był to pancerz człowieka, który nie musiał niczego udowadniać, bo samo jego nazwisko budziło respekt. Gdy poprawił mankiety i odwrócił się od lustra, poruszeniu powietrza towarzyszyła smugowa aura jego zapachu. Rodolphus pachniał drogą, tradycyjną wodą kolońską, która była robiona na zamówienie przez mistrzów perfumiarstwa z Ulicy Pokątnej. Była to kompozycja uderzająco świeża i rześka, w której nuty lodowatej mięty i cierpkich cytrusów mieszały się z czymś znacznie głębszym, niemal magnetycznym. W tle pobrzmiewały tajemnicze, surowe akordy wilgotnego mchu, cedru i dymnego tytoniu, które sprawiały, że ten na pozór czysty zapach zyskiwał mroczny, intrygujący podtekst. Był to aromat władzy i dystansu – idealnie pasujący do młodego czarodzieja, w którego oczach już wtedy czaił się chłód.

Gdy Astoria zatrzymała spojrzenie na jego twarzy, Rodolphus nie drgnął nawet o milimetr. Siedział wyprostowany, idealnie wpisując się swoją nienaganną, czarną marynarką w elegancki, stłumiony blichtr restauracji. W odpowiedzi na jej przelotne, badawcze spojrzenie uniósł jedynie nieznacznie kącik ust – gest tak dyskretny, że niemal niezauważalny dla trajkoczącej obok pani Alderley. W jego ciemnych oczach nie było jednak irytacji. Zamiast tego malował się w nich pewny, podszyty lekkim rozbawieniem spokój człowieka, który doskonale kontrolował sytuację. Znał zasady tej gry. Lawina wdzięczności, którą seniorka na nich wylewała, dla kogoś o statusie Lestrange'a mogła wydawać się wręcz egzotyczna, ale Rodolphus przyjmował ją z absolutną, rodową godnością. Kiedy Astoria usiadła, a wokół nich rozszedł się świeży, rześki zapach jego wody kolońskiej, mężczyzna niespiesznie ujął w palce kryształowy kieliszek z winem.
– Droga pani Alderley – odezwał się w końcu, a jego niski, głęboki głos bez trudu przeciął pełne emocji słowa starszej kobiety, wprowadzając do rozmowy nutę spokoju, która była niczym ten ocean przed burzą. – Zapewniam panią, że ani dla panny Avery, ani dla mnie, wczorajsza pomoc nie stanowiła najmniejszego kłopotu.
Przeniósł wzrok bezpośrednio na Astorię. Spojrzał na nią uważnie, jakby bez słów chciał ocenić, jak dziewczyna radzi sobie z tak jawnym pokazem emocji, który przecież w czystokrwistych domach rzadko bywał mile widziany. Dostrzegł jej ciepły, nieco nieśmiały uśmiech i tę drobną, urokliwą niezręczność, która tak bardzo odróżniała ją od wyrachowanych debiutantek z salonów.
– Poza tym… – dodał, a w jego głosie znów zatliła się ta tajemnicza, niemal magnetyczna nuta, gdy lekko skinął głową w stronę Astorii. – Trudno o lepsze zwieńczenie tak pracowitego tygodnia niż kolacja w tak wybornym towarzystwie. Prawda, Astorio?
Upił mały łyk trunku, nie spuszczając z niej oczu. W zasadzie to umoczył ledwo usta, nie chcąc urazić kobiety, mimo że każdy wiedział, że od alkoholu stronił. Choć ich wspólna obecność przy jednym stole wciąż mogła wydawać się nowością, to sposób, w jaki Rodolphus naturalnie skrócił dystans, używając jej imienia, jasno pokazywał, że rytm ostatnich dni zaczął działać w obie strony. Lestrange nie zamierzał uciekać przed tą nową rzeczywistością – wręcz przeciwnie, wydawał się nią nadzwyczajnie zaintrygowany. I jakby… Zadowolony?
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#3
04.07.2026, 02:25  ✶  
Astoria pozwoliła, by jej spojrzenie na moment spoczęło na twarzy pani Alderley. W miękkich zmarszczkach układających się wokół oczu i ust nadal potrafiła odnaleźć znajome rysy sprzed lat, choć czas odcisnął na nich swoje nieodwracalne piętno. Pamięć miała jednak osobliwy zwyczaj wygładzania tego, co nieistotne. Pamiętała ciężkie, drewniane drzwi, które zawsze otwierały się, zanim babcia zdążyła dobrze zapukać. Zapach świeżo zaparzonej herbaty unoszący się po całym mieszkaniu. Miseczkę pełną cukierków, z której mogła wybierać tylko jeden, choć pani Alderley zawsze mrugała do niej porozumiewawczo i udawała, że nie zauważa, kiedy znikały dwa. Pamiętała ciepły śmiech dwóch starszych kobiet, prowadzących niekończące się rozmowy o ludziach, których wtedy jeszcze nie znała, i o świecie, którego dopiero miała się nauczyć. Pamiętała ciepło kobiety, która teraz była sama jak palec.
- To prawda. Naprawdę cieszę się, że mogłam pomóc - zapewniła z ciepłym uśmiechem i spojrzała na Rodolphusa. Coraz częściej odnosiła wrażenie, że poznawała go od nowa. Albo raczej, że po raz pierwszy poznawała go naprawdę. Jeszcze niedawno nie uwierzyłaby, że potrafił z taką swobodą odnaleźć się w podobnej sytuacji. Nie próbował ucinać wdzięczności pani Alderley chłodem ani wycofaniem. Nie wyglądał na skrępowanego. Nie sprawiał również wrażenia, jakby chciał jak najszybciej opuścić restaurację. Słuchał starszej kobiety z cierpliwością, odpowiadał z właściwą sobie elegancją, a jednocześnie nie było w tym tej sztywnej, salonowej uprzejmości, którą znała z rodzinnych przyjęć. Brzmiał zaskakująco szczerze.
A szczerość nie pasowała do obrazu Rodolphusa Lestrange'a, który przez lata zdążyła sobie zbudować. Dopiero gdy zwrócił się bezpośrednio do niej, uniosła lekko brwi.
- Oczywiście, ciężko się nie zgodzić, Rodolphusie - odpowiedziała z subtelną ironią, przeciągając jego imię odrobinę dłużej, niż było to konieczne. Przywykli do tego, że niemal każda rozmowa między nimi przypominała partię szachów, w której nawet zgoda musiała zostać poprzedzona drobnym przekomarzaniem. Była to osobliwa forma równowagi, którą ostatnio nieświadomie wypracowali.
Starsza kobieta nadal była w centrum jej zainteresowania, więc słuchała, jak ta z właściwą sobie swobodą przeskakiwała z jednego tematu na drugi, jakby wszystkie były częścią tej samej opowieści. Najpierw jeszcze raz wróciła do ich pomocy przy porządkowaniu mieszkania, potem zachwyciła się tym, jak zgodnie pracowali, by wreszcie, z błyskiem charakterystycznej ciekawości w oczach. Dopiero kolejne pytania, coraz śmielsze i coraz bardziej nacechowane tym szczególnym entuzjazmem starszych pań, które z dwóch osób siedzących przy jednym stole potrafiły w kilka minut stworzyć historię o wielkim uczuciu, sprawiły, że wyprostowała się nieznacznie na krześle. Poczuła, jak ciepło wspina się po karku.
Merlinie.
Rzuciła Rodolphusowi krótkie, niemal oskarżycielskie spojrzenie, jakby to on był winowajcą całego zamieszania, choć doskonale wiedziała, że nie zrobił nic poza siedzeniem naprzeciwko niej. Westchnęła cicho.
- My w zasadzie ledwo się znamy - powiedziała szybko i dopiero teraz zrozumiała, jak dziwnie zabrzmiały te słowa. Technicznie była to prawda, ale jednak nie do końca. - Jesteśmy tylko znajomymi - zapewniła jeszcze, żeby zakończyć ten niefortunny temat. Po kilku minutach rozmowy i zamówieniu przystawek, pani Alderley podniosła się ciężko z krzesła.
- Ano dobrze już, dobrze… Nie będę was, dzieci moje, dalej przepytywać. Starej babie czasem się za dużo roi w głowie. Wybierzcie sobie z karty, co tylko zechcecie. Mam tu otwarty rachunek, także mi sie tu nie krępować! - pogroziła im palcem, żeby przypadkiem nie przyszło im do głowy płacić za siebie. Astoria doskonale rozumiała, że to kwestia honorowa i nie przyszłoby jej do głowy sprawiać przykrość starszej kobiecie. - Będziecie musieli mi teraz wybaczyć. Moje stare koście już od dawna dają znać, że pora je do domu zabierać. Jeszcze trochę tu posiedzę, to jutro z łóżka nie wstanę, a kto by mi potem herbatkę nastawił? - zaśmiała się cicho z własnego żartu, poprawiając szal na ramionach. - Człowiek młody nawet nie wie, jakie to szczęście, kiedy go nic nie łupie przy zmianie pogody. Korzystajcie, póki możecie.
Astoria ujęła delikatnie jej dłoń, ciepłą, pomarszczoną i lekką jak pergamin, odwzajemniając serdeczny uśmiech, którym starsza kobieta pożegnała ich oboje. Odprowadziła staruszkę wzrokiem i dopiero po kilku chwilach dotarło do niej, że została sama z Rodolphusem. Znowu.
- To doprawdy złośliwość losu, że ciągle stawia cię na mojej drodze - zmrużyła powieki, jakby to jego obwiniała o ten stan, a może i podejrzewała, że jednak ją śledził w wolnych chwilach.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#4
13.07.2026, 16:22  ✶  
Rodolphus odprowadził panią Alderley wzrokiem, ale oczywiście wstał i ukłonił się, gdy ta wstawała. A gdy starsza kobieta zniknęła za ciężkimi drzwiami restauracji, pozwolił, by z jego twarzy opadła ta niezwykła, zaskakująco autentyczna łagodność. Nie wrócił jednak do swojej typowej, lodowatej maski czystokrwistego arystokraty. Zamiast tego na jego ustach wykwitł leniwy, autentycznie rozbawiony uśmiech, a w ciemnych oczach błysnęła ta sama przekorna iskra, która rzadko pojawiała się na salonach, rezerwowana dla nielicznych. Przez chwilę milczał, bębniąc palcami o blat stołu w rytm powolnego, londyńskiego deszczu uderzającego o szyby. Słysząc jej oskarżycielski ton i teorię o złośliwości losu, oparł się wygodnie o oparcie krzesła i zmierzył Astorię rozbawionym spojrzeniem.
– Ledwo się znamy? Tylko znajomymi? – powtórzył jej słowa, celowo zniżając głos i parodiując jej niedawne, spanikowane zapewnienia. – Och, Astorio. Gdyby pani Alderley miała jeszcze trochę czasu, zapewne wyciągnęłaby z ciebie datę naszego rzekomego ślubu. Miałaś wypieki godne trzeciorocznej hogwarckiej uczennicy, którą przyłapano na czytaniu romansów pod kołdrą.
Pochylił się lekko w jej stronę, opierając przedramiona o stół. W jego postawie nie było już sztywności – Londyn, z całym swoim brudem i niepokojem, zostawał za oknami, a tutaj, w ciepłym świetle lamp, grali w swoją własną grę.
– I doprawdy, ranisz moją dumę. Gdybym cię śledził, wybrałbym znacznie bardziej spektakularne okoliczności niż pomaganie staruszce w przesuwaniu i naprawie dębowych kredensów. Choć muszę przyznać… obrona przed jej swataniem była o wiele trudniejszym zadaniem niż jakikolwiek pojedynek na zaklęcia, w którym brałem udział.

Sięgnął po kartę dań, którą zostawiła im pani Alderley, i przejrzał ją pobieżnie, po czym uniósł wzrok z powrotem na dziewczynę. Jego uśmiech złagodniał, stając się cieplejszy, choć wciąż podszyty był tą nową, kruchą szczerością, która tak bardzo nie pasowała do nazwiska Lestrange.
– Skoro jednak los – lub moja rzekoma złośliwość – znowu nas tu uwięził, a rachunek jest otwarty… proponuję zawieszenie broni na czas kolacji. No, chyba że wolisz dalej uciekać wzrokiem i udawać, że to ja rzuciłem na nas klątwę przyciągania. Co zamierzasz zamówić, moja „ledwo znana znajoma”?

Sielankową atmosferę i cichy brzęk sztućców brutalnie jednak przerwał nagły, piskliwy podniesiony głos dochodzący z sąsiedniego stolika, zaledwie metr od nich. Siedziała tam para – młoda kobieta w jaskrawym, wzorzystym płaszczu, który krzyczał estetyką wczesnych lat siedemdziesiątych, oraz mężczyzna z wyraźnie zmęczoną twarzą, nerwowo miętoszący w dłoniach serwetkę.
– Przestań mi wmawiać, że to był przypadek, Arthur! – fuknęła kobieta na tyle głośno, że kilku gości w restauracji odwróciło głowy. Uderzyła dłonią w stół, aż podskoczyły filiżanki. – Ja wiem, co widziałam. Ty zawsze coś kręcisz, zawsze masz jakiś ukryty plan! Całe twoje życie to jeden wielki spisek, a ja mam dość bycia tą naiwną, która we wszystko wierzy!
– Na miłość boską, Margaret, błagam cię, zniż głos – odpowiedział mężczyzna, a w jego głosie brzmiała absolutna, niemal błagalna bezsilność. Spojrzał na nią z tak uderzającą, czystą szczerością, że trudno było mu nie uwierzyć. – Mówię ci prawdę. Przysięgam na wszystko, co mam. Nie ma tu żadnego drugiego dna, żadnego kłamstwa. Dlaczego ty zawsze musisz węszyć podstęp tam, gdzie go nie ma?
– Bo jesteś zbyt idealny, żeby to było prawdziwe! – rzuciła jadowicie, zakładając ręce na piersi i ostentacyjnie odwracając głowę w stronę okna, dokładnie w kierunku Astorii i Rodolphusa.

Awantura przy stoliku obok była tak groteskowym, a zarazem idealnym zwierciadłem dla ich własnego odbicia relacji. Lestrange odchrząknął, odwracając wzrok od kobiety. Arthur patrzył na nich błagalnie, ale w tej walce był sam. Mężczyźni nie mieli czegoś takiego jak solidarność jajników. I chyba Astoria także czuła się… dziwnie w tej sytuacji. Nawet on wyglądał na zbitego z tropu, bowiem to, co powiedziała Margaret, było… Coż. Spojrzał na pannę Avery z zastanowieniem. Czy ona także tak o nim myślała? Czy za tą podejrzliwością jej kryło się coś więcej, niż złe wspomnienia?
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#5
13.07.2026, 23:03  ✶  
Cisza, która zapadła po wyjściu pani Alderley, nie zdążyła jeszcze na dobre osiąść między nimi, kiedy Rodolphus z niezwykłą wręcz bezczelnością postanowił do niej wrócić. Astoria uniosła powoli spojrzenie znad karty dań, a w jej oczach zamigotało coś pomiędzy oburzeniem a rozbawieniem. Naturalnie. Oczywiście, że nie zamierzał jej tego odpuścić. Kącik jej ust drgnął niemal niezauważalnie, lecz szybko wygładziła tę zdradliwą oznakę rozbawienia. Nie zamierzała dostarczać mu satysfakcji. Jeszcze nie. Oparła łokieć o blat stołu i wsparła brodę na złączonych dłoniach, przyglądając mu się z tym charakterystycznym, analitycznym spokojem, który zwykle pojawiał się na jej twarzy podczas oględzin wyjątkowo zniszczonego obrazu. Im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej dochodziła do wniosku, że z Rodolphusem było dokładnie tak samo. Im bliżej podchodziła, tym mniej rozumiała.
- Och, proszę - westchnęła teatralnie i sama też przechyliła lekko głowę. - Nie schlebiaj sobie aż tak. Zarumieniłam się wyłącznie dlatego, że pani Alderley zdążyła zaplanować nam wspólną przyszłość szybciej, niż zdążyłam cokolwiek zamówić.
Kącik jej ust drgnął niebezpiecznie, więc szybko sięgnęła po kieliszek, ukrywając uśmiech za cienkim szkłem.
- Zresztą mam wrażenie, że akurat ty czerpałeś największą przyjemność z tej rozmowy. Jeszcze chwila, a sam zacząłbyś opowiadać pani Alderley, ile dzieci planujemy i jak nazwiemy kota.
Uniosła lekko brwi, kiedy zaproponował zawieszenie broni.
- Nie przypominam sobie, żebyśmy prowadzili jakąkolwiek wojnę - odpowiedziała niewinnie, z miękką przekorą. - Co najwyżej odnoszę wrażenie, że od kilku tygodni z wyjątkową konsekwencją próbujesz wystawiać moją cierpliwość na kolejne próby.
Kilka chwil poświęciła na studiowanie menu, zanim podjęła ostateczną decyzję. - Vol-au-vents z grzybami i fondue - nie zdążyła nawet zapytać, co on zamówi, bo właśnie obok nich zmaterializował się kelner. Pozwoliła, żeby to mężczyzna jako dżentelmen złożył całość zamówienia.
W tym momencie awantura przy sąsiednim stoliku rozlała się po restauracji niczym rozbite czerwone wino po białym obrusie. Astoria zamilkła. Miała ochotę wywrócić oczami na tę scenę. Dźwięki sztućców ucichły. Kilku gości odwróciło głowy. Kelner, który właśnie niósł tacę, zawahał się na ułamek sekundy. Słowa obcej kobiety odbijały się od ścian restauracji ciężko, niemal boleśnie. Zawsze jest drugie dno. Kłótnia tej pary brzmiała dziwnie znajomo. Powoli uniosła wzrok na mężczyznę. Przez sekundę patrzyła na niego w milczeniu.
- To smutne, ale rozumiem ją - odezwała się cicho, odrobinę melancholijnie. - Kiedy długo żyje się w przekonaniu, że wszyscy mają ukryte intencje, w końcu przestaje się wierzyć w zwykłą życzliwość. Każdy dobry gest wydaje się podejrzany, a szczerość zaczyna sprawiać wrażenie najlepiej przygotowanego kłamstwa.
Z każdą kolejną podniesioną sylabą restauracja zdawała się kurczyć. Jeszcze przed chwilą była przyjemnie ciepła, wypełniona dyskretnym brzękiem sztućców, przyciszonymi rozmowami i światłem świec, które miękko odbijało się od kryształowych kieliszków. Teraz cała ta delikatna harmonia pękała jak cienka tafla lodu pod ciężarem cudzej kłótni.
"Zawsze coś ukrywasz". Przez krótką chwilę miała absurdalne wrażenie, że nie słucha już tamtej pary. Że słucha samej siebie. Bo przecież dokładnie tak patrzyła na Rodolphusa od pierwszego dnia. Każdy jego gest rozbierała na części. Każde zdanie oglądała z każdej strony niczym obraz podejrzany o doskonale ukryte przemalowania. Szukała. Nie prawdy. Ukrytej warstwy. Drugiego dna. "Nie jesteś takim niewiniątkiem, na jakie się kreujesz".
- Chyba straciłam apetyt.

!BINGO C3


learn the rules
then
break some

Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#6
13.07.2026, 23:03  ✶  
Walentynkowe Bingo
adres pola: C3
wariant: 1
typ: KLĄTWA

CO ZA PECH!!

Jedno z was padło ofiarą klątwy poltergeista lub zjadło nieodpowiednią czekoladkę... Efektem jest to, że przez najbliższe godziny nie jest w stanie skłamać w sprawach sercowych. Każde pytanie o uczucia kończy się brutalnie szczerą odpowiedzią, nawet jeśli robi się niezręcznie. Efekt minie samoistnie po dwunastu godzinach lub pomocy klątwołamacza, ale nie możesz usunąć klątwy samemu sobie!
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#7
15.07.2026, 09:08  ✶  
Rodolphus nie odpowiedział od razu na jej przekorę o dzieciach i kocie. Pozwolił, by kelner przyjął zamówienie – dodając do jej grzybowych tartolek porcję pieczonych pieczarek dla siebie oraz butelkę ciężkiego, wytrawnego Bordeaux – po czym odprawił go krótkim skinieniem głowy. Gdy obok nich rozgorzała awantura, Lestrange nawet nie drgnął. Nie odwrócił głowy. Jego spojrzenie pozostawało utkwione w Astorii, czujne i zimne, choć pod tą powłoką kryło się coś, co rzadko pozwalał komukolwiek dostrzec. Słuchał jej cichych, melancholijnych słów, a każde z nich zdawało się uderzać w strunę, którą oboje starannie próbowali ignorować od tygodni.

„Szczerość zaczyna sprawiać wrażenie najlepiej przygotowanego kłamstwa.”

W jego ciemnych oczach błysnęło coś surowego, pozbawionego dotychczasowej ironii. Doskonale wiedział, że te słowa nie były o parze przy sąsiednim stoliku. Były o nim. O nich. O świecie, w którym oboje zostali wychowani – świecie, gdzie zaufanie było walutą najgłupszych, a każdy uśmiech miał swoją cenę i drugie dno. Gdy Astoria wyznała, że straciła apetyt, Rodolphus powoli wypuścił powietrze. Nie próbował jej namawiać na siłę, nie rzucił żadnego ze swoich złośliwych, lekkich komentarzy. Zamiast tego powoli sięgnął po skórzany portfel, wyjął z niego monety i położył je na stole z nawiązką, niemal bezgłośnie. Niby mieli otwarty rachunek ale nie chciał pozwolić, by to starsza kobieta płaciła za ich posiłek.
– Masz rację. Hałas potrafi zepsuć nawet najlepsze wino – powiedział cicho, a jego głos brzmiał teraz niezwykle spokojnie, niemal kojąco. Odsunął krzesło i wstał, wygładzając idealnie skrojony, ciemny płaszcz. Przez chwilę stał nad nią, wysoki i postawny, odcinając ją swoją sylwetką od reszty rozwrzeszczanej sali, jakby tworzył dla niej niewidzialną barierę bezpieczeństwa.– Chodźmy stąd. Londyński deszcz bywa o wiele bardziej znośny niż cudze dramaty
Odezwał się, podając jej dłoń, by pomóc jej wstać. Gdy Astoria ujęła jego ramię, poczuła pod palcami miękki materiał jego płaszcza.

Ruszyli w stronę wyjścia, zostawiając za sobą krzyki zniecierpliwionej kobiety i brzęk uderzających o siebie talerzy. Gdy tylko ciężkie, dębowe drzwi restauracji zamknęły się za nimi, uderzyło w nich chłodne, wilgotne powietrze listopadowego wieczoru. Deszcz nieco zelżał, zamieniając się w gęstą, wiszącą nad chodnikami mżawkę, w której żółte światła latarni odbijały się jak rozlane złoto. Rodolphus wyczarował nad nimi duży, czarny parasol. Spojrzał na nią z góry, a jego twarz, oświetlona jedynie słabym blaskiem ulicznej lampy, wydawała się spokojniejsza, pozbawiona tej całej salonowej gry.
– Odprowadzę cię do domu, Astorio – zaproponował cicho, dostosowując swój krok do jej tempa. – Bez ukrytych intencji. Bez drugiego dna. Po prostu… nie mam zamiaru pozwolić, byś błąkała się sama po tych mokrych ulicach, myśląc o rzeczach, na które i tak nie mamy dziś wpływu.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (1637), Pan Losu (65), Rodolphus Lestrange (1677)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa