• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[10.1972] Those things freak me out. They have eight legs, and that is not natural.

[10.1972] Those things freak me out. They have eight legs, and that is not natural.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
14.07.2026, 19:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 19:50 przez Prudence Fenwick.)  

Przez praktycznie cały salon rozpościerała się wielka pajęczyna. Musiała być bardzo żmudnie dziergana przez stado pająków albo jednego wielkiego. Prudence wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. Najwyraźniej ich wojna zaczęła się na dobre. Nieco ją to przerażało, bo czy w jedną noc coś tak wielkiego powinno w ogóle udać się stworzyć? Nie do końca chyba docenili siły swoich przeciwników, być może naprawdę odbyli oni jakąś większą dyskusję, która zakończyła się drastycznym wojennym działaniem skierowanym w ich domostwo.

- Benjy!!! - Musiała pokazać to swojemu mężowi. - Benjy! - Krzyknęła po raz kolejny, żeby dotarło do niego, iż sprawa jest pilna. Jeszcze wczoraj nie było tutaj tej konstrukcji zwisającej pod sufitem… właściwie to ciągnęła się ona niemalże przez cały salon, misterna robota - naprawdę chapeau bas dla tego pająka, który zajął się tą niesamowitą instalacją artystyczną.

Póki co stała w progu, obawiała się go przekroczyć, nie miała bowiem pewności, że pająki nie czaiły się właśnie w jakimś kącie gotowe ją zaatakować, być może schowały się na szczycie tej perfekcyjnie utkanej przez siebie pajęczej sieci - wyglądała na taką, w której to człowiek mógłby się bez problemu zaplątać i co najgorsze raczej w pojedynkę nie udałoby mu się z niej wydostać. Nie miała pojęcia co planowały te małe paskudy, ale zamierzała im to popsuć.

- One wypowiedziały nam wojnę! - Krzyknęła jeszcze w eter. Jej mąż jednak musiał sam to zobaczyć, jej krzyki niezbyt wiele mówiły o skali ich problemu. Prudence reagowała dość gwałtowanie jak na siebie, no ale co innego jej pozostawało kiedy zobaczyła tę konstrukcję w ich salonie? Powinni to spalić, będą mieli pewność, że żaden z tych małych, parszywych gnojków nie przeżyje - szkoda jej jednak było odrobinę domu, przecież dopiero co się tutaj wprowadzili. Przyglądała się z uwagą dziełu, które stworzyły w jedną noc, nie dostrzegła przez to, że jedno z tych małych stworzeń opuszczało się właśnie na nici przędnej tuż nad jej głową.

Dostrzegła tego okropnego, grubiutkiego, włochatego arachnida gdy zatrzymał się przed jej twarzą. Patrzył się na nią tymi swoimi ośmioma oczami, miała wrażenie, że się przy tym śmiał - jak nic śmiał się jej w twarz. Pisnęła głośno i odskoczyła do tyłu. Pająk podciągnął się na nici do góry i zniknął. Naprawdę wypowiedziały im wojnę i pokazywały jej, że się ich nie boją. Kto wie, jakie jeszcze niespodzianki dla nich przygotowali? Miała nadzieję, że jej mąż miał jakiś plan na to wszystko, bo gdyby to ona miała decydować o tym co się zaraz wydarzy to najprawdopodobniej z ich domu pozostałoby pogorzelisko.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
15.07.2026, 14:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.07.2026, 14:38 przez Benjy Fenwick.)  
Z początku nawet nie zarejestrowałem pierwszego krzyku, będąc gdzieś na tyłach domu i zajmując się czymś kompletnie przyziemnym, a mianowicie gorączkowym poszukiwaniem mojego ulubionego sztylecika, który jakimś cudem znowu odłożyłem w miejsce tak oczywiste, że natychmiast przestało być oczywiste, co stanowiło chyba najbardziej prawdziwy paradoks naszego magicznego udomowienia, na jaki tylko mógłbym wpaść. Dopiero drugie krzyknięcie, znacznie głośniejsze i przepełnione czystym ponagleniem, wydarło mnie z letargu tak skutecznie, że niemal potknąłem się o własne nogi, wybiegając z zagraconej komórki, w której akurat grzebałem. Nie zastanawiałem się ani chwili, tylko od razu ruszyłem szybkim krokiem w kierunku, z którego dochodził do mnie głos Prue, doskonale wiedząc, że jeśli moja żona podnosiła głos do tego stopnia, zazwyczaj oznaczało to jedno z dwojga - albo ktoś właśnie próbował nas zamordować, albo świat postanowił po raz kolejny udowodnić nam, że spokojne, sielankowe życie zwyczajnie nie było nam pisane.
Odkąd zamieszkaliśmy razem pod jednym dachem, zdążyłem się już nauczyć, że Prudence była uosobieniem spokoju i niezwykle rzadko podnosiła głos, a histeria była ostatnią rzeczą, jakiej można by się po niej spodziewać, skoro więc teraz wrzeszczała w tak niepokojący sposób, sytuacja musiała być naprawdę krytyczna, w naszej specyficznej rzeczywistości żaden rozsądny człowiek nie ignorowałby podobnego tonu. Podczas gdy pędziłem korytarzem, moje serce waliło jak oszalałe, jednak nie z powodu wysiłku, lecz przez to, iż wyobraźnia, mocno nadwyrężona przez wydarzenia ostatnich miesięcy, zaczęła błyskawicznie podsuwać mi najczarniejsze scenariusze - od pożaru, ulatniającego się gazu i zapadniętej podłogi, przez eksplodujący kocioł, aż po nagły atak bandy zamaskowanych czarodziejów, krwiożerczych inferiusów czy nawet tamtego wyjątkowo złośliwego poltergeista, który zaatakował ją wcześniej na ulicy przed Ministerstwem.
Wpadłem do salonu z różdżką automatycznie uniesioną w dłoni, gotów rzucić pierwsze lepsze zaklęcie obronne i własnym ciałem zasłonić Prudence przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, po czym… Zatrzymałem się tak gwałtownie, jakbym z pełnym impetem przywalił czołem w niewidzialną, litą ścianę - dosłownie zamarłem w pół kroku - moja jedna noga zawisła w powietrzu, dłoń kurczowo zacisnęła się na framudze drzwi, a mózg chyba natychmiast wyszedł na zaległego papierosa, ponieważ przez dobre kilkanaście sekund nie byłem w stanie przetworzyć tego, co właściwie widziały moje oczy. Zamiast groźnych napastników, całe pomieszczenie spowijała gigantyczna, misternie utkana pajęczyna, która ciągnęła się od jednej ściany do drugiej, oplatając dębowe belki pod sufitem i zwisając ciężkimi, lśniącymi pasmami niczym upiorne dekoracje przygotowane na bal z okazji Samhain organizowany u obłąkanego, wiktoriańskiego arystokraty.
Poczuwszy bardzo nieprzyjemny dreszcz przebiegający mi po karku, przez kilka dobrych sekund gapiłem się na to geometryczne cudo. Jako były klątwołamacz widziałem w swoim życiu naprawdę wiele - włóczyłem się po starożytnych ruinach, zaglądałem do zapomnianych grobowców, widziałem pajęczyny akromantul wielkości wozów głęboko w Zakazanym Lesie, w które bez trudu mógłby złapać się dorosły jeleń - jednak to, co zastałem we własnym domu, wyglądało wprost… Masywnie.
Zacząłem gorączkowo przeszukiwać pamięć w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o magicznych pajęczakach, lecz doszedłem do skrajnie niewesołego wniosku, że żaden znany mi gatunek nie powinien być zdolny do takiego wyczynu. Mrugnąłem kilkakrotnie, mając nadzieję, że to tylko omam wzrokowy wywołany brakiem kawy, ale niesamowita konstrukcja uparcie nie chciała zniknąć, odruchowo uniosłem więc wzrok wyżej, jakbym spodziewał się zobaczyć pajęczaka wielkości smoka, który właśnie kończył ostatnie poprawki. Na szczęście - lub też nie - go tam nie było. I choć jakaś lekkomyślna część mnie miała ochotę podejść bliżej, każdy instynkt przetrwania, który pozwolił mi dożyć dorosłości, szczególnie w moim fachu, darł się wniebogłosy, żebym absolutnie nie stawiał ani kroku naprzód - jeśli jakiekolwiek stworzenie było w stanie utkać tak monumentalną konstrukcję w zaledwie jedną noc, to podświadomie wolałem nawet nie myśleć o gabarytach jego autora.
- Pluey… Co… - To było dosłownie wszystko, co udało mi się z siebie wydusić, nie dało się ukryć, że moja elokwencja w tej konkretnej chwili była z pewnością godna człowieka, który właśnie stanął oko w oko z zupełnie nowym, niewytłumaczalnym gatunkiem magicznego horroru.
Nagle, kątem oka, zarejestrowałem gwałtowny ruch na jednej z grubych nici - coś maleńkiego i ledwie dostrzegalnego przemknęło po niej z prędkością, która wydawała się wręcz fizycznie niemożliwa - zamarłem po raz kolejny, chociaż nie ze strachu przed tym konkretnym, mikroskopijnym stworzonkiem, lecz z przerażenia na myśl o potencjalnych rozmiarach reszty jego domniemanej rodziny.
- Dobla. - Przełknąłem ciężko gęstą, rozgrzaną ślinę, starając się opanować drżenie rąk. To małe coś z pewnością nie mogło być konstruktorem tak monstrualnych połączeń sieciowych, co oznaczało, że z dużym prawdopodobieństwem było zwiadowcą, wysłanym do zrobienia rozeznania, dlatego tylko przeleciało po tej gigantycznej autostradzie, ale gdzie, do jasnej cholery, ukrywała się cała reszta tej ośmionogiej armii? - Plan jest następujący. Nie panikujemy, nie wykonujemy szadnych gwałtownych luchów i pszede wszystkim nie pokazujemy im stlachu. Nie dajmy tym małym potwolom satysfa… - Dokładnie w tym samym ułamku sekundy poczułem, jak coś niezwykle delikatnego, zimnego i nitkowatego subtelnie muska mnie z tyłu po karku. Wydałem z siebie piskliwy dźwięk, którego żaden dorosły i szanujący się mężczyzna nigdy nie powinien z siebie wydobyć, po czym poderwałem się z miejsca na dobre pół metra w górę, zacząwszy okładać własną szyję obiema dłońmi z taką samą desperacją, z jaką walczyłbym z duszącym mnie inferiusem.
- JEST NA MNIE?!


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
15.07.2026, 20:38  ✶  

Prudence nie miała w zwyczaju dramatyzować. Raczej podchodziła do wszystkiego chłodno, logicznie, starała się zrozumieć problem. Tym razem jednak nie dała rady podejść do tego racjonalnie. W ich salonie znajdowała się ogromna, bardzo skrupulatnie utkana pajęczyna. Miała wrażenie, że pająki wzięły sobie do serca jej słowa o ich eksterminacji, postanowiły wyciągnąć silniejsze działa, przecież ona tylko żartowała! Nie dało się tak po prostu zniszczyć ich całego gatunku… chociaż może - teraz zdecydowanie zamierzała znaleźć sposób, aby to zrobić. Po tym, co zastała przed sobą nie widziała innej możliwości. Nie było już odwrotu, chciały wojny - będą ją miały, a Prudence potrafiła być kurewsko zawzięta, gdy jej na czymś zależało.

Jako, że spanikowała, zareagowała odruchowo - krzyknęła imię swojego męża, potrzebowała tutaj posiłków, kogoś kto potrafił walczyć z najgorszymi przeciwnikami. Nie przyszedł od razu, właśnie dlatego ponownie krzyknęła jego imię. Nie miała pojęcia, gdzie się podziewał, czy był na górze, czy na zewnątrz, opcji było wiele, w tej chwili naprawdę jednak żałowała tego, że nie było go u jej boku. Przy nim zdecydowanie czułaby się bezpieczniej. Teraz sama stała na placu boju i nie do końca wiedziała, gdzie dokładnie czaił się wróg.

W końcu usłyszała jego kroki, biegł korytarzem, mogła wypuścić powietrze z płuc, już za chwilę będzie tutaj z nią, będzie bezpieczna. Ulżyło jej, naprawdę jej ulżyło. Benjy zatrzymał się jednak przed wejściem, oparł o futrynę - musiał zobaczyć to arcydzieło ich wrogów, które obejmowało niemalże cały salon - nie dało się go nie zauważyć. Prue wpatrywała się w niego przez chwilę, najwyraźniej nie tylko na niej zrobiło to takie wrażenie. Nie miała pojęcia ile pajęczaków brało w tym udział, pewnie ich cała londyńska społeczność skoro zdołały to stworzyć w jedną noc. Ciekawe ilu zostało na miejscu, aby się nimi zająć, może nie powinna jeszcze o tym myśleć.

- Przejęły salon… - Powiedziała cicho. Zdecydowanie to, chciał przekazać jej ten jeden osobnik, który zsunął się przed jej twarz, a później zniknął. Najpierw salon… później kuchnia zaraz przejmą cały dom. Nie podobało jej się to zupełnie. Nie mogli im na to pozwolić.

Wiedziała, że jej mąż będzie miał jakiś plan. Być może zazwyczaj wyglądało to inaczej, to ona analizowała, rozkładała wszystko na części pierwsze, jednak w sytuacji prawdziwego, namacalnego zagrożenia to on przejmował pałeczkę. Na pewno walczył w swoim życiu z czymś, co było gorsze od stada pająków, które postanowiły przejąć ich salon. Właśnie dlatego bardzo, ale to bardzo uważnie słuchała tego, co miał do powiedzenia. Kiwała przy tym głową ze zrozumieniem. - Nie jest za późno? - Niepotrzebnie zareagowała tak emocjonalnie, spanikowała - na pewno któryś z tych małych skurczybyków już to zobaczył. Nie miała co do tego wątpliwości, pokazała im strach, co zdaniem Benjy'ego nie powinno się zdarzyć. Dała dupy, na całej linii i nie była z tego powodu zadowolona. Już miała powiedzieć coś więcej, ale wtedy jej mąż wydał z siebie wyjątkowo wysoki, piskliwy dźwięk, zaskoczyło ją to na tyle, że sama podskoczyła - on nie reagował w ten sposób. To było do niego niepodobne.

Zaczął się wierzgać, sięgał rękoma do szyi, trudno jej się było na nim skoncentrować, bo nie do końca wiedziała, gdzie powinna patrzeć. Zrobiła jednak krok do przodu, nie mogła go tak zostawić z problemem. - Nie widzę, bo się ruszasz, stań w miejscu, wtedy dokładnie Cię obejrzę. - Najlepiej by było, jakby jeszcze się nachylił, bo musiała mocno zadzierać głowę, aby obejrzeć jego kark. Co za potworny dzień!



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
15.07.2026, 23:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.07.2026, 23:28 przez Benjy Fenwick.)  
Patrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, po czym przeniosłem wzrok na konstrukcję, powstrzymując wzdrygnięcie się i znowu patrząc w kierunku mojej żony, a… A potem znowu pajęczyny, bo… No, kurwa, naprawdę próbowałem wmówić sobie, że to wszystko było jakąś zbiorową halucynacją. Człowiek nie spodziewał się przecież wbiec do własnego salonu i odkryć, że został on oficjalnie zaanektowany przez arachnidzkie siły okupacyjne. W normalnych okolicznościach pewnie parsknąłbym śmiechem, ale teraz… Teraz brzmiało to boleśnie wiarygodnie, kiedy więc Prue cicho stwierdziła, że przejęły salon, zacisnąłem szczękę i bardzo poważnie pokiwałem głową. Salon już miały, kuchnia była następna - jak zdobędą kuchnię, przejmą zapasy - jak przejmą zapasy, to jesteśmy skończeni - będziemy żyli na ich zasadach.
Brzmiało to absurdalnie, problem polegał na tym, że po zobaczeniu tej pajęczyny przestało mi się wydawać aż tak absurdalne.
- Chuj wie. To był pokaz siły. - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od misternie utkanych nici. - Nie buduje się czegoś takiego bez powodu. To komunikat. „Patszcie, co potlafimy zlobiś w jedną noc”. - Odruchowo się wyprostowałem, jakby stanie się większym miało cokolwiek zmienić… Chuja tam. Stanąłem sztywno, starając się pospiesznie przeanalizować sytuację, lecz w rzeczywistości chyba po prostu próbowałem wyglądać jak człowiek, który za chwilę opracuje genialną strategię militarną przeciwko pajęczemu imperium. Słyszałem cichy głos Prudence, widziałem kątem oka, jak kiwnęła głową, najwyraźniej uznając moje brednie za całkiem sensowne - w normalnych okolicznościach byłbym z siebie nawet dumny - problem polegał na tym, że normalne okoliczności właśnie skończyły istnieć.
Otworzyłem usta, żeby powiedzieć jeszcze coś pokrzepiającego, coś w stylu, że przecież sobie poradzimy, że to tylko kilka pająków, kiedy kątem oka dostrzegłem ruch. Bardzo mały ruch… Tak mały, że normalnie pewnie bym go zignorował…
Początkowo nawet nie dotarło do mnie, co właściwie się działo. Poczułem jedynie coś delikatnego na karku, lekkie muśnięcie, przez ułamek sekundy próbowałem wmówić sobie, że to pewnie kosmyk moich własnych włosów albo nitka z koszuli, ale potem to coś… Poruszyło się. Nie mocniej, nie gwałtowniej, po prostu się, kurwa, poruszyło. Wystarczyło ledwie zauważalne łaskotanie pełznące ku szyi, żebym w jednej chwili zapomniał o całej swojej godności. Poczułem swędzenie na karku, na plecach, na ramieniu, właściwie wszędzie… Byłem przekonany, że przynajmniej siedemset pająków właśnie spacerowało po moim ciele.
„Kuuuuurwa!”
Wydałem z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej nie podejrzewałbym u własnej osoby - przysięgam, nie miałem go wcześniej w repertuarze, moje pokiereszowane struny głosowe przeszły same siebie - był wysoki, żałośnie piskliwy i tak kompromitujący, że gdyby usłyszał go którykolwiek z moich kumpli, żyłbym z tym do końca życia. Ba! Co tam kolega - skoro już robiliśmy te wszystkie animalistyczne odniesienia - był tak absurdalnie wysoki, że gdyby usłyszał go jakiś nietoperz, pewnie uznałby mnie za członka rodziny…
- JEST! JEST NA MNIE! - Wydarłem się głosem, którego żaden mężczyzna nie chciałby usłyszeć we własnym wykonaniu. Byłem gotowy potraktować własne plecy Incendio, gdyby nie to, że gdzieś po drodze wypadła mi różdżka. - PLUE, ZDEJMIJ GO! ZDEJMIJ GO ZE MNIE! - Zacząłem wymachiwać rękami jak opętany, próbując jednocześnie dosięgnąć karku i nie dotknąć tego, co, jak byłem przekonany, właśnie próbowało dostać się pod mój kołnierz.
Ona natomiast, zamiast natychmiast ratować mojego ducha i ciało, zachowała ten swój przeklęty, medyczny profesjonalizm - kiedy usłyszałem, że mam się nie ruszać, spojrzałem na nią z autentycznym oburzeniem.
- Nie mogę się nie luszaś! Jeśli się nie luszam, to on wyglywa! Nie chcę zostaś nosicielem jego jajec! - Mimo to spróbowałem, naprawdę spróbowałem, zacisnąłem zęby tak mocno, że aż rozbolała mnie szczęka, rozłożyłem ręce na boki i zastygłem, chociaż każda komórka mojego organizmu krzyczała, żeby biec przed siebie przez najbliższe trzy kilometry. Nachyliłem się do niej ostrożnie.
- Jest? - Zapytałem szeptem. - Powiedz, sze go nie ma. Skłam. Nie oblaszę się. Po plostu powiec, sze go nie ma. - I właśnie wtedy pozułem, jak coś znowu musnęło mnie po karku, całe ciało spięło mi się natychmiast. - O nie, luszył się! Luszył się, przysięgam ci! - Nie wytrzymałem nawet dwóch sekund - znowu zacząłem wykonywać jakieś idiotyczne podskoki połączone z próbą jednoczesnego drapania własnych pleców i karku, co przy moim wzroście wyglądało debilnie, ale… „No, kurwa, jego, pierdolona, mać! Ja pierdolę! Po chuja to miało tyle nóg?!”


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
17.07.2026, 19:51  ✶  

Najwyraźniej nie byli wystarczająco dyskretni w swoich dyskusjach na temat obecności pajęczaków w ich domu. Te dość szybko przejęły inicjatywę i postanowiły pokazać im kto tu rządzi. Nie spodziewała się tego, nie zakładała, że zdecydują się na taki ogromny pokaz swoich umiejętności. Zdecydowanie chciały im pokazać na co je stać, nie do końca wiedziała, czy był to dopiero początek, czy maksimum ich możliwości, jeśli miałaby być szczera to raczej wolałaby jednak tego nie sprawdzać, lepiej gdyby żyli w błogiej nieświadomości.

Musieli zdusić to w zarodku, chociaż na to było już trochę zbyt późno, bo przecież udało im się przejąć salon. Mieli swoje centrum dowodzenia, obawiała się, że sprawy potoczą się szybko, tyle, że póki co nie było widać żadnych przeciwników, no poza tym jednym który śmiał się jej w twarz, a później zniknął.

- Zastanówcie się nad tym, co możemy zrobić w tydzień? - Uniosła pytająco brew. Kto wiedział, co właściwie te okropne stworzenia miały na myśli, zdecydowanie coś demonstrowały. Przeniosła wzrok ponownie na salon, który nie przypominał już ich salonu, był miejscem opanowanym przez obcą cywilizację.

Zauważyła, że Benjy się wyprostował. Dobrze, niech mają świadomość z kim przyszło im walczyć, kto jak kto, ale akurat jej mąż potrafił zrobić wrażenie samą swoją postawą. Liczyła na to, że pająki właśnie zaczęły się trząść w tych swoich kątach, w których teraz się chowały. Ich sytuacja wcale nie była skazana na porażkę, jeszcze nie, a przynajmniej tak wydawało się Prue w tym momencie… dość szybko musiała zweryfikować swoją opinię, zbyt szybko. Spokój trwał ledwie kilka sekund, bo najwyraźniej któryś z ich wrogów postanowił przypomnieć o tym, że postanowiły przejąć ich dom.

Benjy krzyknął, w sumie to pisnął - nie sądziła, że jest w stanie wydobyć z siebie takie wysokie dźwięki, a później zaczął się wierzgać, wiedziała co to oznaczało - postanowiły doprowadzić do bezpośredniego starcia, były zbyt odważne, na za wiele sobie pozwalały i zupełnie jej się to nie podobało.

Oczywiście, że nie mogła zostawić go samego na placu boju, zbliżyła się więc do niego, tyle, że ciężko było wykonać jakikolwiek ruch, kiedy ten nie był w stanie ustać w jednym miejscu - nie obwiniała go za to, rozumiała sytuację. - Zdejmę go, jak przestaniesz się ruszać. - Naprawdę wierzyła w to, że uda jej się to zrobić.

- Jak się ruszasz i on się rusza, to wszystko się rusza, a tak się nie da. - Próbowała mu wytłumaczyć, jak ona to widziała. Ruszał się pająk, ruszał się Benjy - tylko ona zastygła w miejscu, żeby spróbować go dostrzec. Póki co jednak nie była w stanie wypatrzyć żołnierza wroga.

Jej mąż w końcu zapanował nad swoim ciałem, po wyrazie jego twarzy była w stanie stwierdzić, jak wiele go to kosztuje, na szczęście w tej chwili faktycznie był oazą spokoju, nawet się pochylił, aby ułatwić jej dostęp do swojego ciała. Współpracował, doskonale - tylko dzięki współpracy mogli wyjść stąd jako wygrani.

Spoglądała bardzo uważnie na jego kark, wydawało jej się, że dostrzegła małą, pulchną kulkę, która się poruszyła - niestety Benjy też to poczuł. - Dlaczego mam mówić, że go nie ma skoro wszyscy wiedzą, że tam jest? - Nie zamierzała go oszukiwać, cóż - Benjy dość szybko pokazał, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo znowu zaczął skakać. - Szlag! - Wyciągała już dłoń, aby zrzucić tego małego pająka z jego karku, a teraz nie była w stanie go zlokalizować.

- Nie musisz przysięgać, widziałam go, ale teraz zszedł niżej… wydaje mi się, że wlazł ci pod ubranie. - Może nie powinna tego mówić, ale jednak wolała postawić na szczerość, za chwilę pewnie i tak by to do niego dotarło. - Tylko spokój nas uratuje, pamiętaj. - Wolała o tym wspomnieć, chociaż wiedziała, że to raczej nie przejdzie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
17.07.2026, 21:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2026, 21:05 przez Benjy Fenwick.)  
Przez jedną krótką, błogosławioną chwilę naprawdę uwierzyłem, że odzyskiwałem kontrolę nad sytuacją, wziąłem kilka głębokich oddechów, wyprostowałem plecy i zacisnąłem szczęki tak mocno, że aż zabolały mnie skronie. Próbowałem jeszcze zachować resztki godności, nie wiedząc, co mnie czekało, wypiąłem więc pierś i przez sekundę naprawdę uwierzyłem, że samym wzrokiem byłem w stanie pokazać tym małym bydlakom, kto tu był drapieżnikiem. Nie mogłem przecież dać się zastraszyć kilku pająkom, nieważne, jak pokaźnym lub szybkim. Byłem, do cholery, dorosłym facetem, przeżyłem rzeczy, po których większość ludzi przez lata budziłaby się z krzykiem, nie mogłem przegrać wojny psychologicznej z bandą ośmionogich skurwysynów. Problem polegał na tym, że one najwyraźniej doskonale o tym wiedziały i właśnie dlatego wybrały dokładnie taką a nie inną taktykę…
- Nie kończ tej myśli. - Pokręciłem głową stanowczo, chociaż to ja zacząłem. - Nie dawaj im pomysłów. One nas słyszą. - Spojrzałem podejrzliwie na sufit, potem na jeden z rogów salonu, potem na drugi, i chociaż niczego tam nie dostrzegłem, wcale nie poczułem się bardziej rozluźniony - jeśli naprawdę potraktować tę pajęczynę jako demonstrację siły, to tydzień później mogliśmy obudzić się owinięci ciasno w już nie naszej własnej sypialni, a nawet jeśli popierałem pewne… Naukowe eksperymenty, jak to zwykliśmy mówić, coś takiego zdecydowanie mnie nie rajcowało. Prawdę mówiąc - cała ta sytuacja była przerażająco absurdalna, bo przecież nigdy nie chcieliśmy wywoływać pająków z rogów szafy, nasze historie były wyłącznie głupimi żartami, które najwyraźniej odbiły nam się czkawką…
Sam pomysł tego, co chciały nam przekazać pająki, był tak przerażający, że aż wiarygodny, mój mózg natychmiast podsunął mi obrazy zawiłych fortyfikacji na piętrze, kokonów wiszących nad schodami i oddziałów zwiadowczych patrolujących kuchnię. Wystarczyło spojrzeć na salon, żeby dojść do wniosku, że te małe skurwiele prowadziły planowanie strategiczne na poziomie, którego nie powstydziłoby się Ministerstwo podczas wojny. Znowu spojrzałem na pajęczynę, im dłużej się jej przyglądałem, tym więcej zaczynałem dostrzegać, niektóre nici były grubsze, inne cieńsze. Wszystko wyglądało… Zaplanowanie.
A potem cała moja determinacja, odwaga i doświadczenie człowieka, który nie raz patrzył śmierci w oczy, przegrały z jednym małym, włochatym agresorem, który najwyraźniej postanowił odbyć wycieczkę krajoznawczą po moim ciele.
- NIE, NIE, NIE, ABSOLUTNIE KULWA NIE!
Cała ta pięknie budowana legenda, którą tak się chełpiłem, rozpadła się szybciej niż domek z kart. W tej jednej chwili byłem już absolutnie przekonany, że nie walczyliśmy z bezmyślnymi stworzeniami - walczyliśmy z doskonale wytrenowanym oddziałem, który doskonale wiedział, jak złamać morale przeciwnika.
Usłyszałem jej spokojne polecenie, żebym się nie ruszał, i naprawdę, z całego serca, z całej swojej pieprzonej silnej woli, próbowałem je wykonać. Zamknąłem oczy. Zacisnąłem szczękę. Powtarzałem sobie w myślach, że przeżyłem rzeczy znacznie gorsze od jednego pająka. Walczyłem z ludźmi, którzy naprawdę chcieli mnie zabić. Właziłem do przeklętych ruin, w których byle gówno próbowało urwać człowiekowi rękę. Spotykałem stworzenia, przy których rozsądny czarodziej odwracał się i uciekał. Nie mogłem przecież dać się pokonać owadowi. Robakowi. Arachnidowi. Cholernemu, włochatemu punkcikowi. Byłem niemal pewien, że jeśli którykolwiek z nich potrafił się śmiać, to właśnie robiły to wszystkie jednocześnie.
- O Molgano… On ma stopy… - Wychrypiałem przez zaciśnięte zęby. W normalnych okolicznościach uznałbym to za żałosny widok, w obecnych jednak uważałem, że zachowywałem wyjątkową odwagę. - Czuję wszystkie jego pieldolone stopy… On ma ich osiem! Osiem punktów kontaktu! - Jeszcze chwilę wcześniej byłem przekonany, że sytuacja osiągnęła już absolutne dno, poziom gleby, desek na już nie całkowicie naszej salonowej podłodze - myliłem się - okazało się, że dno miało piwnicę, pod piwnicą był loch, a pod lochem znajdowało się miejsce, do którego właśnie zmierzało moje życie. Próbowałem otrzepać plecy, kark, ramiona, jednocześnie obracając się w kółko jak kompletny idiota. Byłem gotów znieść klątwy, smoki, wilkołaki, nawet kolejnego psychopatę z różdżką, ale świadomość, że gdzieś pod moją koszulą mogło spacerować osiem włochatych odnóży, skutecznie odbierała mi resztki godności.
- Plue… - Odezwałem się, oddychając bardzo, ale to bardzo płytko. - Jak to „dlaczego mam mówić, że go nie ma”?! - Wydusiłem z siebie z oburzeniem. - Bo to jest właśnie małszeństwo! Kłamiesz dla mojego dobla! - No, cóż, nie to, bym był jakoś specjalnie długo żonaty, trudno mnie było nazwać autorytetem w tej dziedzinie, lecz z pewnością miałem rację. - Są momenty w szyciu, kiedy człowiek nie oczekuje plawdy. To był właśnie jeden s nich. - Jeszcze miałem cień nadziei, że za chwilę powie, iż już go zrzuciła, zamiast tego usłyszałem coś znacznie gorszego - „wydaje mi się, że wlazł ci pod ubranie” - świat zatrzymał się na sekundę… Potem eksplodował.
- CO ZNACZY „POD UBLANIE”?! - Odruchowo złapałem za koszulę obiema rękami i odciągnąłem materiał od ciała, patrząc w dół tak intensywnie, jakbym spodziewał się zobaczyć tam co najmniej, kurwa, tarantulę. - NIE. NIE. ABSOLUTNIE NIE. TAK SIĘ NIE BAWIMY. ZDEJM TO! ZDEJM TO ZE MIĘ! - Zapomniałem o godności, zapomniałem, że byłem we własnym domu, zapomniałem nawet, że stała obok mnie moja własna żona, gotowa mi pomóc - nawet jeśli sugerowała mi „spokój” - jednym szarpnięciem zacząłem rozpinać koszulę, puszczając serię przekleństw, których nie powstydziłby się portowy pijak. Nie interesowało mnie już, że dopiero co się ubrałem. Nie interesowało mnie, że byliśmy we własnym salonie. Nie interesowało mnie absolutnie nic poza jedną, jedyną myślą.
- WYŁAŚ, TY MAŁY SKULWYSYNU! - Ściągnąłem koszulę ze z takim impetem, jakbym próbował wyrwać ją ze spodni razem z własnym kręgosłupem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
17.07.2026, 21:30  ✶  

Benjy przez ten krótki moment wyglądał naprawdę potężnie, profesjonalnie - tak, że nie wierzyła w to, że ktokolwiek mógłby spróbować mu podskoczyć. Uśmiechnęła się nawet sama do siebie, kiedy obserwowała go takiego. Przyjemnie się patrzyło na mężczyznę tak bardzo pewnego siebie i swoich atutów. Gdyby tylko wiedziała jak szybko to się zmieni… no tego niestety nie umiała przewidzieć, bo nie była jasnowidzem, a jedynie widmowidzem.

- Masz rację i w przeciwieństwie do nas one rozumieją nasz język, mają kolejną przewagę. - Nie wątpiła w to nawet przez sekundę. Pająki spędziły lata w ludzkich domach, mieszkaniach, obserwowały ich życia, podsłuchiwały rozmowy, na pewno doskonale zaznajomiły się z ich językiem, oni? Nie mieli takiej szansy, nie potrafili nic wyłapać z ich rozmów, zresztą z tego, co wiedziała tamte kontaktowały się głównie poprzez wibracje sieci i sygnały chemiczne, których nie mieli czasu przestudiować. Pająki miały nad nimi kolejną przewagę. Miała wrażenie, że ich sytuacja z każdą minutą się pogarszała, ale nie powiedziała tego w głos, miała nie być czarnowidzem.

Zaskoczył go, mały, włochaty grubas zaskoczył jej męża. Bez żadnego oporu wlazł mu na kark i sobie po nim spacerował, najgorsze, że był taki drobny i ciężko było dokładnie określić jego lokalizację. Starała się to zrobić, ale Benjy całkiem skutecznie jej to utrudniał, skakał, ruszał się - a to nie pomagało, mały skurczybyk był tej wyjątkowo szybki, co razem również nie sprzyjało jego zlikwidowaniu.

- Czujesz wszystkie jego palce? - Skoro czuł osiem stóp… to pewnie czuł jego palce. Chcąc nie chcąc zmrużyła na moment oczy, zawiesiła wzrok na ścianie, dopadło ją to znowu. Odpłynęła, szukała w swojej głowie informacji o pająkach… Nie, one nie miały palców, miały coś co przypominało pazury, po dwa na odnóże, to oznaczałoby, że jej mąż czuł właśnie szesnaście pajęczych pazurów na swoim ciele. To naprawdę musiało być przytłaczające. Mrugnęła. - Nie, one nie mają palców, mają po dwa pazury. - Miała nadzieję, że nieco go to pocieszy, bo gdyby miały palce, po pięć na kończynę, to byłoby tego czterdzieści, a czterdzieści to dużo więcej od szesnastu. Być może był to jakiś pozytyw?

- Ja chciałabym wiedzieć, gdyby jeden z nich postanowił usiąść mi na plecach. Nie ma kłamstwa w małżeństwie… - Powiedziała jeszcze bardzo spokojnie. Wyjaśniali sobie przecież, że będą ze sobą szczerzy, nie mogła tak po prostu go teraz oszukiwać, nie w takiej sprawie! Jeszcze zaniósłby go do ich sypialni, a wtedy mogliby się nie obudzić zaklejeni pajęczą siecią. Poruszyła głową, jakby chciała zrzucić z siebie tę myśl. Niestety już zaczęła sobie wyobrażać ich ciała w kokonach - co jeśli właśnie tak to się miało zakończyć. Jej twarz nieco zbledła, zostawiła to jednak dla siebie, naprawdę nie chciałaby, żeby ten trop okazał się prawdziwy.

- To znaczy, że tam wlazł, pod szyję, o tam! - Pokazała jeszcze palcem o które dokładne miejsce jej chodziło, tyle, że ruszający się bardzo chaotycznie Benjy pewnie nie miał szansy tego wyłapać. W sumie zareagował odpowiednio, nie sądziła, aby miał inne wyjście.

Przesunęła się w jego stronę, w sumie to podeszła do niego bardzo szybkim krokiem, aby pomóc pozbyć mu się jego koszuli, nie mogła stać w miejscu, kiedy ten walczył o swój honor i życie. Sam radził sobie całkiem nieźle, bardzo szybko pozbywał się ubrania, zrobiła więc krok w tył, aby mu nie przeszkadzać, sama zaś skupiła się na jego ciele, taksowała go wzrokiem od głowy w dół próbując zlokalizować intruzja, zdjęła też klapka z jednej ze stóp i złapała go bardzo mocno w dłoni - była gotowa do ataku.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
17.07.2026, 23:43  ✶  
Spojrzałem na na Prudence wyłącznie kątem oka, niemal niezauważalnie przełykając ślinę, kiedy z całkowitą powagą oznajmiła, że przecież faktycznie pająki rozumiały nasz język. Jeszcze kilka minut wcześniej uznałbym to za absurdalną teorię, chociaż przecież zalążki tego wniosku opuściły moje własne usta, jeszcze zanim podchwyciła je moja żona, ale teraz, stojąc naprzeciw tej monstrualnej pajęczyny, nie potrafiłem już niczego wykluczyć - im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej zaczynało mieć to przerażający sens - arachnidy siedziały po kątach naszych domów od setek lat, słuchały ludzi, obserwowały ich, uczyły się… My natomiast nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, o czym rozmawiały między sobą. To oznaczało tylko jedno…
- Kulwa… - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od sufitu, do którego rogów były przytwierdzone najgrubsze nici. Mogły podsłuchiwać nasze rozmowy od tygodni, siedząc spokojnie pod sufitem, a my nawet nie wiedzieliśmy, że każda uwaga o kapciu i miotle trafiała prosto do ich dowództwa. Nie miałem jednak czasu rozwijać tej teorii, bo cała moja uwaga skupiała się na jednym, małym, włochatym terroryście, a kiedy Prue zapytała, czy czułem wszystkie jego palce, spojrzałem na nią z oczami pełnymi autentycznej rozpaczy. Nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, bo sama przypomniała sobie, że pająki nie miały palców, tylko pazury. Informacja, która w jej głowie najwyraźniej miała mnie uspokoić, w mojej wywołała efekt dokładnie odwrotny… W tej chwili nie obchodziło mnie, jak wyglądała anatomia pająka - byłem absolutnie przekonany, że czułem wszystko, czym tylko dysponował. Coś mnie łaskotało pod łopatką, coś swędziało na karku, coś pełzło przy obojczyku. Rozum podpowiadał mi, że to niemożliwe, lecz instynkt wrzeszczał, że pod moją koszulą odbywał się właśnie zjazd całej pajęczej rodziny, a że zazwyczaj szybciej ulegałem temu drugiemu… Moja własna wyobraźnia postanowiła dołożyć mi kolejną porcję cierpienia - zacząłem sobie wyobrażać całą anatomię tego potwora, która właśnie mogła dotykać moich pleców. Cały mój organizm przeszedł w tryb absolutnej paniki, a mózg ograniczył swoje funkcje do jednego komunikatu. „Zdejmij to z siebie. Natychmiast.”
- Nie, nie, nie… Telas jest goszej! - Jęknąłem z autentycznym cierpieniem. - Telas czuję wszystkie szesnaście. Czuję pasuly. Czuję odnósza. Czuję… Nie wiem… Jego kolana, chociasz chyba ich nie ma! Chuj mnie to obchodzi. Pszysięgam, czuję nawet cięszal tego napompowanego dupska! - A potem było jeszcze gorzej - usłyszałem, że nie było kłamstwa w małżeństwie i że dobrze zrobiła, mówiąc mi prawdę. W normalnych okolicznościach zgodziłbym się bez wahania, w tej jednej sytuacji byłem jednak gotów zrobić jedyny wyjątek od naszej małżeńskiej zasady.
- Wiesz co? Cofam wszystko. W tej jednej splawie mogłaś skłamaś. Mogłaś powiedzieś: „Benjy, nic tam nie ma”. Szyłbym szczęśliwy, chośby jeszcze przez pięś sekund… - No, ale teraz już się tak nie dało, więc… Aż parsknąłem nerwowym dźwiękiem, który bardziej przypominał odgłos człowieka stojącego na granicy załamania, niż kogoś wdzięcznego za jej szczerość.
Potem wskazała miejsce przy szyi, a ja odruchowo ponownie spróbowałem tam spojrzeć, co oczywiście było fizycznie niemożliwe. Oczywiście, nijak mnie to nie powstrzymało, wykonałem absurdalny skręt tułowia, przypominając bardziej psa próbującego złapać własny ogon niż dorosłego czarodzieja. W pewnym momencie niemal straciłem równowagę i tylko cudem nie przewróciłem się na plecy, co w obecności tej gigantycznej pajęczyny wydawało mi się najgorszym możliwym scenariuszem. Sapnąłem, rozpaczliwie próbując zajrzeć sobie za kołnierzyk, starając się nie zwracać uwagi na to, iż jeszcze chwilę wcześniej stałem wyprostowany jak pieprzony bohater, gotowy patrzeć śmierci w oczy, lecz teraz honor opuszczał mnie w zastraszającym tempie. Gdyby ktoś powiedział mi kilka lat wcześniej, że największy kryzys mojego życia wywoła pająk wielkości paproszka z pępka, wyśmiałbym go, teraz sam miałem ochotę się roześmiać, tyle że nerwy skutecznie mi to uniemożliwiały.
Kątem oka zobaczyłem, że Prudence zdjęła klapka i ścisnęła go w dłoni, niczym broń gotową do zadania decydującego ciosu, gdyby sytuacja nie była tak tragiczna, pewnie wybuchnąłbym śmiechem, gdyż moja żona wyglądała jak doświadczony łowca przygotowujący się do pojedynku z legendarną bestią, ja natomiast stałem przed nią półnagi, z rozczochranymi włosami, dysząc ciężko i walcząc z własną wyobraźnią.
-Dobla… - Powiedziałem, unosząc obie ręce wysoko, żeby ułatwić jej zadanie. - Masz tylko jedną szansę. Jak go zobaczysz, wal. Nie zastanawiaj się. Wal, kulwa. - Zacisnąłem powieki, czekając na wyrok, jednocześnie modląc się w duchu, żeby jedynym stworzeniem, które za chwilę spadnie na podłogę, był ten jeden bezczelny intruz, a nie cała jego wyimaginowana rodzina, którą moja spanikowana wyobraźnia zdążyła już umieścić pod koszulą. Jeszcze godzinę wcześniej uważałem, że największym zagrożeniem w naszym życiu byli czarnoksiężnicy, lecz w tym momencie, tego ranka, byłem gotów oficjalnie zrewidować swoje poglądy. Pająki prowadziły wojnę psychologiczną na poziomie, którego nie powstydziłby się żaden mistrz manipulacji, a ja, ku własnemu upokorzeniu, przegrywałem ją z kretesem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
20.07.2026, 13:04  ✶  

Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała, nie wydawało jej się to jakoś szczególnie istotnie, nigdy też jednak nie sądziła, że przyjdzie im toczyć wojnę z pajęczakami. To sporo zmieniało. Wnioski nasuwały się same - musiały rozumieć to o czym oni rozmawiali, przecież mieszkały od lat między ludźmi, obserwowały ich z tych wszystkich kątów, sufitów, musiały poznać ich mowę. Byli w tym przypadku zdecydowanie na gorszej pozycji, nie potrafili bowiem rozgryźć o czym tamci rozmawiali między sobą, zresztą korzystały z innych sposobów komunikacji. W tym przypadku wróg miał ogromną przewagę, którą na pewno zamierzał wykorzystać.

- Tak. - Nie miała nic więcej do dodania, ta kurwa wyrażała więcej niż tysiąc słów. Mieli przewalone, przejebane, przesrane - jak zwał tak zwał. Czuła, że pająki doskonale wiedziały co robią, nie mogli mieć pewności ile czekały na wdrożenie swojego planu, obserwowały ich długo, aż w końcu przeszły do działania, na pewno nie wybrały tego momentu bez powodu. Być może w końcu ich rozgryzły, wyczuły, jaki oni mieli plan, być może dotarły do nich słuchy o tym, co Prue najchętniej by im zrobiła. Postanowiły zareagować, pokazać, że nie są bezbronne. Przejęły ich salon w jedną noc, potrafiły się zgrać, kto wiedział co planowały dalej - nie do końca była pewna, czy jest gotowa, aby się tego dowiedzieć.

Powinna przemyśleć swoje słowa - chciała go uspokoić, jednak to co powiedziała przyniosło raczej inny efekt. Zacisnęła szczękę, gdy dotarło do niej, że popełniła błąd. Miała wrażenie, że z każdą minutą robi się coraz gorzej.

- Lepiej szesnaście niż czterdzieści! - Próbowała ratować sytuację, jednak nie wychodziło jej to najlepiej. Chaos nie pomagał, zdecydowanie nie pomagał, a nie była w stanie swoimi słowami go uspokoić. Było na to zbyt późno. - Na pewno ich nie ma, więc nie możesz ich czuć, jesteś od nich silniejszy, nie pozwalaj na to, żeby Tobą manipulowały. - Zdecydowanie nie miały kolan, nie mógł więc czuć ich ciężaru na swoim ciele, wiedziała jednak, że czasem trudno było walczyć z tym, co podsuwała podświadomość.

- Serio, miałam Cię okłamać dla pięciu sekund spokoju? Przypomnę Ci o tym kiedyś indziej. - Nie był to najlepszy moment na podobną dyskusję, zwłaszcza, że pająk nie odpuszczał nadal sobie po nim spacerował, sprawiał mu dyskomfort, to tym powinni się zająć, a nie rozmowami na temat białego kłamstwa.

Jako, że wybrała szczerość to pokazała mu miejsce, gdzie jej zdaniem zniknął ten mały, paskudny, włochaty stwór. Spowodowało to kolejne komplikacje, Benjy postanowił go zlokalizować, co nie było łatwe nawet dla kogoś kto panował nad swoim ciałem tak doskonale jak on. Nie mógł się na tyle wygiąć - musiał zdjąć ubranie, które skutecznie utrudniało śledztwo.

Obserwowała uważnie poczynania małżonka, próbowała zlokalizować tego robaka który na niego wlazł nie było to jednak takie proste kiedy ten wierzgał całym swoim ciałem. Złapała w dłoń narzędzie, którym miała zamiar dokonać zbrodni. Benjy doskonale zrozumiał, co zamierza zrobić. Podniósł ręce do góry, aby ułatwić jej ten manewr. Zrobiła więc kolejny krok w przód. Wydawało jej się, że wyłapała ruch na jego plecach. - Przepraszam. - Powiedziała jeszcze nim się zamachnęła i rzuciła w jego plecy klapkiem podskakując przy tym nieco - był zbyt wysoki, żeby dosięgnęła do tego pająka bez skoku. Zamknęła oczy kiedy celowała - wolała na to nie patrzeć, zresztą nie mogła mieć pewności, że stwór nie postanowi się bronić. Zamknięte oczy dodawały jej odwagi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
20.07.2026, 19:17  ✶  
Skinąłem tylko głową, gdy potwierdziła moje przypuszczenia, to jedno krótkie słowo wystarczyło, nie musieliśmy dodawać nic więcej, by być zgodni, co do tego, że naprawdę byliśmy w dupie. Nie byliśmy już właścicielami domu - byliśmy okupantami na terytorium, które najwyraźniej od dawna należało do ośmionożnej cywilizacji. Jeszcze chwilę wcześniej wydawało mi się, że mieliśmy choć odrobinę przewagi - ona miała naprawdę potężny zasób informacji na temat tak naprawdę wszystkiego, o czym kiedykolwiek czytała lub słuchała, ja natomiast byłem większy, potencjalnie silniejszy od przeciwnika, o co właściwie nie było trudno, uzbrojony w nie tylko w różdżkę, lecz także w całkiem bogate doświadczenie w radzeniu sobie z rzeczami, które próbowały mnie zabić. Im dłużej jednak patrzyłem na tę przeklętą pajęczynę rozpiętą przez cały salon, tym bardziej dochodziło do mnie, że prowadziliśmy wojnę z oponentem, który znał nas znacznie lepiej niż my jego - aktualnie byłem gotów uwierzyć dosłownie we wszystko, tylko nie w naszą dominację - ktoś, kto potrafił zbudować coś takiego w jedną noc, z całą pewnością był zdolny również do nauczenia się kilku tysięcy słów i wykorzystywania tak pozyskanych informacji wraz z całym arsenałem innych przewag, o których my nie mieliśmy bladego pojęcia. Jedno przekleństwo rzeczywiście mówiło wszystko, czego nie chciałem wypowiadać na głos, rzeczywiście wystarczało za całe podsumowanie naszej sytuacji. Jeśli ta gigantyczna pajęczyna była wiadomością, to została napisana wyjątkowo czytelnie.
Przez moment naprawdę próbowałem odzyskać nad sobą panowanie, słuchałem Prudence, kiwałem nawet lekko głową, chociaż połowę jej słów zagłuszała mi moja własna logika, ten paniczny głosik w głowie. Próbowałem uspokoić jednocześnie przyspieszony i zduszony oddech, ale kiedy usłyszałem, że lepiej było mieć do czynienia z szesnastoma pazurkami niż z czterdziestoma palcami, spojrzałem na nią z miną człowieka, którego mózg właśnie odmówił współpracy. W normalnych okolicznościach taka matematyka może i miała sens, ale w mojej głowie oba warianty były obecnie równie przerażające.
- Mhmmmm. Jaaasne. - Spróbowałem nawet prychnąć pod nosem, lecz wyszedł z tego tylko nerwowy wydech. Problem polegał na tym, że dla mojego mózgu różnica pomiędzy szesnastoma pazurkami a czterdziestoma stopami już dawno przestała mieć jakiekolwiek znaczenie - jeśli dopuściłem do siebie myśl o jednym pająku spacerującym po moich plecach, to równie dobrze moja wyobraźnia mogła sobie dopowiedzieć wszystko inne… Mimo wszystko wziąłem głęboki oddech i spróbowałem zrobić to, o co prosiła - wyprostowałem się, opuściłem ramiona, zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż zabolały mnie mięśnie - skoro moja żona mówiła, że nie mogłem pozwolić, aby manipulował mną jakiś pająk, postanowiłem chociaż przez chwilę udawać, że faktycznie nad sobą panowałem.
Na wzmiankę o pięciu sekundach spokoju spojrzałem na nią kątem oka i westchnąłem z udawanym cierpieniem.
- Tak. Dokładnie pięciu. Czasem człowiek potszebuje pięciu sekund szczęśliwej nieświadomości, zanim świat znowu go kopnie. Wiesz? - Mimo wszystko uśmiechnąłem się krzywo, nie miałem do niej pretensji, w końcu znałem ją i siebie aż za dobrze, i gdyby role się odwróciły, pewnie też powiedziałbym jej prawdę, choćby była najgorsza z możliwych. Byliśmy ze sobą szczerzy, właśnie za to ją kochałem, nawet jeśli akurat ta szczerość oznaczała informację o pająku spacerującym pod moją koszulą. Stanąłem nieruchomo, choć kosztowało mnie to więcej wysiłku niż niejeden pojedynek, każdy mięsień w moim ciele - a było ich przecież całkiem sporo - domagał się bowiem, żebym znowu zaczął podskakiwać.
Wiedziałem jednak, że jeśli miała trafić intruza, musiałem przestać zachowywać się jak opętany, widziałem też kątem oka klapek w jej dłoni i uznałem go za całkowicie profesjonalny sprzęt do eksterminacji. Postanowiłem przynajmniej spróbować zaufać temu planowi.
- Dobra. Wal. Nie pszejmuj się mną. - Nawet nie drgnąłem, kiedy usłyszałem ciche przeprosiny, i…
Klapek uderzył mnie prosto między łopatki, lądując na moim ciele z głuchym pacnięciem, poczułem sam kontakt bardziej jako klepnięcie niż cios - mięśnie na plecach zamortyzowały uderzenie bez najmniejszego problemu, więc nawet nie syknąłem z bólu, za to niemal natychmiast zobaczyłem efekt… Mały, włochaty pająk wystrzelił jak pocisk, odbił się od mojego barku i… Rozłożył odnóża szeroko, zawisł przez ułamek sekundy w powietrzu, a potem poszybował prosto na podłogę. Spadł z moich pleców, odbijając się od desek z zadziwiającą sprężystością i finalnie upadając na stare, powycierane drewno. Przez sekundę leżał całkowicie nieruchomo, toteż już miałem odetchnąć z ulgą, kiedy nagle poderwał się na wszystkie odnóża, niczym bokser liczony przez sędziego, otrzepał odwłok i… Uniósł do góry dwie przednie nogi - przysiągłbym, że pogroził nam nimi z wyraźnym, zdecydowanie nie pokojowym przekazem, zapewne pokazując po jednym pazurku na łapce - patrząc prosto na nas, potem z tylnej części jego odwłoka wystrzeliła cienka nić, która przykleiła się do porzuconej przeze mnie koszuli. Stworzenie wspięło się na nią z zadziwiającą pewnością siebie, jakby właśnie zdobyło wojenne trofeum, i zanim którekolwiek z nas zdążyło zareagować, zniknęło z koszulą wśród gęstwiny gigantycznej pajęczyny, pociągając za sobą ciężki materiał, jak gdyby był tylko leciutką szmatką.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4853), Prudence Fenwick (3374)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa