06.07.2026, 14:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.07.2026, 14:47 przez Émile Mulciber.)
5 sierpnia 1972
Grimmauld Place 12
Grimmauld Place 12
To było wietrzne, londyńskie popołudnie. Słońce przedzierało się zza szarawych chmur, ostrzegając, że lato jeszcze się nie skończyło. W Anglii lubiło ono jednak bawić się konwencją, bowiem przez większość czasu lał deszcz. Czasem tylko ten przeklęty przez bogów kraj nawiedzała fala upałów dotkliwych i niemożliwych do zniesienia. Ileż to przypadków odwodnień i zasłabnięć spotykało się w szpitalnych progach? Ileż infekcji gardła związanych ze zmianami temperatur?
Sam Émile przechorował swoje pierwsze dwa dni na Wyspach Brytyjskich. Jedna wizyta w Londynie zapewniła mu duszący kaszel i mało elegancki katar. W takim stanie skompletować musiał składniki do eliksiru wiggenowego na ulicy Pokątnej. Znał to miejsce – tak obskurne i chaotyczne, skrajnie nierozplanowane. A sklepik, który odwiedził, był jeszcze gorszy. Kompletny brak porządku, właściciel albo pijany, albo pochodzący ze Szkocji, z akcentem tak chrobotliwym, że uszy przyzwyczajone do śpiewnej francuszczyzny cierpiały katusze, a ich właściciel ledwo rozumiał potok zapewne niezbyt odkrywczych przemyśleń gadatliwego zielarza. Szczególnie przez chorobową mgłę.
Teraz był przygotowany na wszelkie zmiany pogody. Szyję zdobiła mu apaszka w formie klasycznego fularu w kolorze pastelowego błękitu. Jasne włosy tego dnia były krótkie, zaczesane do tyłu z wyjątkiem kilku pasm grzywki, które opadały luźno na czoło. Poza tym lekka biała koszula, jasnoszara kamizelka zdobiona we wzór fleur de lis, spodnie do kompletu i wypastowane, lśniące buty. I wisienka na torcie: okulary przeciwsłoneczne o małych, okrągłych szkłach – ostatni krzyk mody na paryskich salonach. Londyńscy mugole spoglądali na niego nieco zdziwieni, szepcząc coś do siebie, jakby na oczy nie widzieli kogoś, kto miał choć odrobinę stylu. Émile sam uważał, że te ich rozszerzane w nogawkach spodnie i kiepsko skrojone koszule wyglądały dość pathétique.
Zapukał do drzwi zgodnie z instrukcją przedstawioną w liście przez panią Ophelię Black. Domy rozsunęły się, ukazując lokum tej szlachetnej rodziny, zdecydowanie zbyt małe i skromne jak na ważny czystokrwisty ród. Drzwi otworzył skrzat domowy o krytycznym, wrednym spojrzeniu. Skłonił się jednak grzecznie i zaprowadził Émile'a ciemnawym, wąskim korytarzem do salonu. Mulciber zdjął okulary i zaczepił je o kieszeń na piersi. Pomyślał, że powinien włożyć tam jakiś kwiat. Róża byłaby zbyt bezczelna, ale może goździki? Albo dzwoneczki lub niezapominajki? Musiał o tym pomyśleć następnym razem.
Przeszedł za skrzatem, z rękami splecionymi za plecami. Tak też stanął przed siedzącą na kanapie kobietą, która, zważywszy na wiek i obrączkę na palcu, musiała być Ophelią Black. Za szezlongiem, na ścianie, wisiał gobelin przedstawiający drzewo genealogiczne rodu Blacków.
– Panie Mulciber, witam – odezwała się kobieta, skłaniając głowę.
Émile ukłonił się jej uprzejmie.
– Madame Black. Serdecznie dziękuję za tak miłe zaproszenie – powiedział trochę mechanicznie, choć jego tonowi teoretycznie nie można było nic zarzucić. Oczywiście poza dźwięcznym francuskim akcentem.
– Moja córka zaraz przyjdzie, proszę się nie martwić i usiąść. Napije się pan herbaty?
Mulciber usiadł na fotelu znajdującym się obok kanapy.
– Oui, merci. – Poczuł, że wbrew woli odrobinę stresował się spotkaniem z kobietą, z którą być może miał spędzić resztę życia.
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Spoiler