Pięknym miejscem jest latem Knieja. Tak pełna życia, rozświetlona lipcowym skwarem i ustrojona w soczyste zielenie, choć niepozbawiona niebezpieczeństw. Wśród słonecznych leśnych polan wygrzewają się leniwe węże czekające jaszczurek i gryzoni, pod koronami drzew czyhają ptaki drapieżne, za progiem gęstwiny zaś grasują magiczne bestie, od widoku których włos staje na głowie. Nie tylko jednak te istoty o ostrych kłach i wielkich pazurach zagrażają nierozsądnym spacerowiczom.
Niepozorna jest łąka przy mokradłach. Porasta gęstymi trawami, które ukrywają miejsce, gdzie zaczyna się w rzeczywistości bajoro, o czym mógł przekonać się wpadły w podmokłą pułapkę wilk. Może i grzązł coraz głębiej, może i stopy nie mógł wyszarpać z trzęsawiska, lecz jakże malowniczymi okolicznościami przyrody mógł sycić oczy. Rozciągały się przed nim bagienne wody, których tafle odbijały kształty złowrogich, ostro zakończonych konarów połamanych drzew, jakimi najeżone były odmęty tutejszego mokradła. Brzegi torfowiska zdobiły niczym płateczki śniegu drobne białe kwiatuszki wystające znad wygrzanych traw. Tu i tam wyrastała na bagnie samotna trawiasta wysepka — równie zdradliwa co łąka, która okazała się sidłami. Szumiał las, śpiewały ptaki, docierały z oddali echa pracy dzięciołów. Sielanka letniego dnia cieszyła tym wyjątkowym, odnajdowanym na łonie natury spokojem, który tchnął z trzewi dziewiczej głuszy.
Wtem powietrze nad głową uwięzionego Maddoxa poruszyło się, niby wiatr świsnął — i zawrócił. Zawisła przed nieborakiem kobieca sylwetka na miotle. Po chłopaku prześlizgnął się ciekawski wzrok czarownicy, a gdy ta rozpoznała wilkołaka, zaśmiała się słodko.
— Znam cię? — zapytała, zmieniając pozycję na miotle, na której do tej pory siedziała okrakiem. Spuściła obie nogi jedną stroną, aby się rozsiąść wygodnie jak na ławce i podziwiać widok.
Helloise. Nie zmieniła się wiele jej twarz i bez pudła ją można było rozpoznać, a jednak narzucała się jej inność. Dorosła przez te lata, to oczywiste; była teraz gdzieś w pół drogi pomiędzy dziewczyną a kobietą. Spojrzenie miała lżejsze, mniej intensywne, jakby zasnute mgiełką, zgaszone utajonym zmęczeniem. Prowokacja w jej oczach nie była już brutalnym wyzwaniem, a psotną zaczepką, niekoniecznie jeszcze dojrzałą.
— Wejdź głębiej, Maddoksie. Jeśli pójdziesz wystarczająco głęboko, poczujesz kosteczki trupów, które wpadły tu przed tobą — postraszyła, a mówiła wolniej niż kiedyś, głosem cichszym, monotonniejszym, stępionym jakby.
Wychylając się z miotły, rozbawiona dziewczyna zanurzyła nogę w bajorze i kopnięciem wzburzyła toń, aby chlusnąć wodą na chłopaka przed sobą. Zamoczyła przy tym fragment swojej spódnicy ze spranego zielonego lnu, lecz zdawało się, że to nie szkodzi sukience, w którą wklejone były już wcześniej pajęczyny, lotki dmuchawca i inne pamiątki przedzierania się przez leśną gęstwinę, gdzie to panienka Rowle spacerowała od rana.
— To co tutaj robisz? — zapytała, jakby wpadli na siebie przypadkiem na londyńskiej ulicy.
Swobodnym gestem sięgnęła do zawieszonego przy miotle koszyka i wyjęła z niego szkliwiony dzbanek z ułamanym uchem; wypełniały go zebrane przez czarownicę leśne jagody: jeżyna i dzikie maliny. Palce czerwone od ich słodkich soków zanurkowały w naczyniu i wyłowiły kilka niemytych jagódek, którymi Helloise z przyjemnością się uraczyła, obserwując Greybacka.
Piękny to był letni dzień nad Knieją, gdy słońce grzało wystawioną ku niemu dziewczęcą twarz i złociło słomiany warkocz, a przy uchu czarownicy szemrzały ciche, nie do końca uświadomione pieśni przodków — dusza tego lasu, w którym Helloise nigdy nie była sama.