• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria

[12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#11
09.08.2026, 11:14  ✶  
Wypowiedź Astorii była jak ruch, na który nie przygotowałby go żaden z dotychczasowych wielkich mistrzów. W świecie Rodolphusa kobiety nie dawały przyzwolenia na słabość – wykorzystywały ją, by przejąć inicjatywę. A jednak w słowach Astorii nie było zimnej kalkulacji. Było za to coś znacznie bardziej niebezpiecznego: ciche zaproszenie do rezygnacji z pancerza. Eliksir prawdy, chociaż powoli tracił swoją siłę, wciąż odbierał mu możliwość ucieczki w wymijające odpowiedzi. Dłoń Astorii, oparta na jego klatce piersiowej, czuła rytm serca, które przez lata nawykło do bicia wyłącznie w tempie skalkulowanym na przetrwanie. Teraz, pod jej naciskiem, bijąc rwanie i ciężko, zmuszało go do konfrontacji z własną wypowiedzią.

Rodolphus nie cofnął głowy. Nie zmienił pozycji. Pozwolił, by ich czoła wciąż się stykały, a jego ciepły oddech – pachnący deszczem, z którym tu przyszedł, i gorzkawym posmakiem eliksiru – osiadał na jej skroniach.
— Wygrana nigdy nie była taka niebezpieczna, Astorio — szepnął, a jego głos, choć cichy, miał w sobie chropowatość człowieka, który po raz pierwszy od lat wypowiada słowa bez wcześniejszej korekty w myślach. — Rozsypane figury oznaczają tylko tyle, że nie ma już zasad. A my oboje wiemy, jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do reguł, które sami stworzyliśmy, by nie dać się skrzywdzić.
Dłoń, którą trzymał na jej talii, przesunęła się nieco głębiej, dociskając ją do powierzchni twardych drzwi – nie agresywnie, lecz z siłą kogoś, kto szuka oparcia w jedynym pewnym punkcie rzeczywistości. Jego druga dłoń, ta, która wcześniej spoczywała na jej podbródku, opuściła się powoli, by odnaleźć palce Astorii spoczywające na jego mostku. Splótł je ze swoimi, uniemożliwiając jej wycofanie się, ale też samemu przykuty do tej bliskości. W jego jasnych oczach, które otworzył, by spojrzeć wprost w jej spojrzenie, odbijało się zmęczenie i coś na kształt ponurej akceptacji.
— Wieczysta Przysięga odebrała mi miesiące decyzji. Merlin jeden wie, ile razy musiałem robić rzeczy, od których wzdrygała się moja własna magia tylko dlatego, że słowo przysięgi ciążyło na mym karku jak katowski topór. Kiedy to się skończyło, myślałem, że odzyskałem siebie. Byłem wolny.

Przerwał na ułamek sekundy, przesuwając kciukiem po wierzchu jej dłoni.
— A potem pojawiłaś się ty. Z tą swoją godnością, z tą przesadną ostrożnością, która tak bardzo przypomina moją własną. I nagle okazuje się, że ta moja pożal się boże wolność jest niczym, bo sam z własnej woli przychodzę do twoich drzwi i pozwalam ci patrzeć na moje porażki. - niewielki, gorzki uśmiech przemknął przez jego usta, zanim zniknął pod ciężarem powagi. Zbliżył się jeszcze o ułamek cala, tak że ich wargi niemal się stykały przy każdym wypowiadanym słowie. — Nie boisz się, bo myślisz, że to tylko gra. Ale jeśli zostanę… jeśli naprawdę chcesz, żebym nie wychodził, musisz wiedzieć jedno. Nie jestem bezpieczną przystanią, Astorio. Jestem ruiną po wojnie, którą sam w sobie toczyłem. Jeśli chcesz ze mną stać po tej samej stronie szachownicy… musisz przyjąć, że oboje możemy z niej spaść.
Zamknął na moment oczy, czując pod palcami uderzenia jej pulsu, i po prostu czekał. Bez masek, bez podstępów. Po raz pierwszy w życiu Rodolphus Lestrange po prostu stał i czekał na ruch przeciwnika, który przestał nim być.
- Ale jeżeli jesteś tego pewna… Dam ci wszystko - podjął po chwili głosem, który przypominał szept niż normalną wypowiedź. Wzmocnił uścisk na jej talii i przełknął ślinę. Każdy cal jego ciała bolał. Bolał od szczerości, która wylewała się z jego ust. - Rzucę cały świat do twoich stóp tylko po to, by zobaczyć cień uśmiechu na twoich wargach. Spalę każdą osobę, która ośmieli się na ciebie krzywo spojrzeć. Odwiedzę najlepsze winnice we Francji tylko po to, żeby przynieść ci delikatne, ulubione wino. Będę znikał tylko po to, by wrócić z każdą najmniejszą rzeczą, o której mi nie zdążyłaś powiedzieć że ją kochasz, tylko po to, by zobaczyć ten błysk w twoich oczach, świadczący o tym, że przebijam się przez ten mur.
Chciałby poczekać na jej odpowiedź, ale nie potrafił. Jego usta odnalazły jej wargi z nagłością sztormu, który po latach suszy wreszcie uderza w spękaną ziemię – był to pocałunek parzący, gęsty od obietnic i gorzki od wyznanej przed chwilą prawdy, smakujący jak zakazany eliksir, którego nie sposób odstawić. Dłoń czarodzieja wplotła się w jej włosy jak jedwabna pętla, zaciskając się z desperacką siłą tonącego, podczas gdy druga przycisnęła Astorię do drzwi, zacierając ostatnią granicę i zamieniając ich dotychczasowy dystans w pył. W tym zaborczym, a zarazem nieoczekiwanie miękkim splocie warg nie było już miejsca na strategię ani chłodne maski; ich oddechy zmieszały się niczym dwie fale w trakcie burzy, a każde pociągnięcie ust było jak zrzucanie z szachownicy kolejnej figury, dopóki nie zostało między nimi nic prócz pulsującego gorąca i bicia dwóch serc, które nareszcie przestały ze sobą walczyć.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#12
09.08.2026, 12:00  ✶  
rzucam kostką na bingo

!BINGO C4
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#13
09.08.2026, 12:00  ✶  
Walentynkowe Bingo
adres pola: C4
wariant: 1
typ: prompt

Panika.

Wpadłeś w panikę. Oddech przyspieszył, dłonie zaczęły drżeć, świat zwęził się, zmalał, dusił. Nie mogłeś wydusić z siebie słowa, ale... druga osoba od razu wyczuła, że coś jest nie tak i znalazła się obok. Zupełnie tak, jakbyście rozumieli się bez dialogu.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#14
09.08.2026, 14:33  ✶  
Rzeczywiście, oboje byli niewolnikami własnych zasad, choć każde z nich zbudowało sobie tę niewolę z innego tworzywa. Astoria przez długie lata nie widziała w tym niczego niewłaściwego. Przeciwnie - była dumna ze swojej ostrożności. Nauczyła się przecież, że człowiek, który nadto ufa, wcześniej czy później zostaje z pustymi rękami. A jednak teraz, stojąc tak blisko Rodolphusa, po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, że jej własne zasady zaczynają przypominać nie ochronę, lecz więzienie. Nie bała się wygranej. Nie przerażała jej myśl, że mogłaby zwyciężyć, nawet jeśli zwycięstwo miałoby okazać się niebezpieczne. Przez większość życia zwyciężała wyłącznie na polu zawodowym: zdobywała wiedzę, doskonaliła rzemiosło, ratowała cudze dzieła przed zniszczeniem, przywracała starym obrazom dawne barwy, a pękniętym ramom ich utraconą formę. Każdy dzień w jej pracowni miał swój porządek, każda rzecz swoje miejsce, każdy problem - rozwiązanie, które można było cierpliwie odnaleźć, jeśli tylko poświęciło się mu dość czasu. I może właśnie dlatego zaczynało jej brakować czegoś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. Jeżeli wygrana miała mieć swoją cenę, gotowa była ją poznać.
- To bardzo wiele obietnic jak na człowieka, który jeszcze przed chwilą chciał uciekać - szepnęła, w jej głosie nie było kpiny, choć gdzieś na samym dnie pobrzmiewała ta znajoma nuta przekory, której nie potrafiła pozbyć się nawet teraz. Bo skąd właściwie mogła wiedzieć, że to, co mówił, było prawdą? Eliksir wymuszał szczerość - tak przynajmniej twierdził. Lecz czym była owa szczerość? Czy odbierał człowiekowi jedynie możliwość kłamstwa, czy może wyrywał z głębin myśli rzeczy chwilowe, gwałtowne i nieprzemyślane, a potem podawał je światu jako prawdę równie nagą, co niekoniecznie trwałą? Może naprawdę był przekonany, że rzuciłby cały świat do jej stóp, że gotów byłby uczynić dla niej rzeczy, których jeszcze kilka dni temu sam uznałby za niedorzeczne. A może eliksir nie tyle zmuszał go do mówienia prawdy, ile odbierał mu zdolność odróżnienia pragnienia od decyzji, chwilowego porywu od uczucia, które przetrwałoby także następnego ranka.
Przyglądała mu się długo, badawczo, jak gdyby chciała zapamiętać tę twarz, zanim ponownie zasłoni ją maska. I wahała się. Bo przecież to ten sam człowiek, którego podejrzliwość doprowadzała ją do gniewu, którego pewność siebie miała ochotę raz po raz podważać, którego słowa ważyła w myślach długo po każdej rozmowie, szukając w nich drugiego dna. Człowiek, któremu nie ufała - albo przynajmniej uparcie twierdziła, że nie ufa - a który teraz trzymał ją tak, jakby przez cały ten czas nie chodziło mu o zwycięstwo nad nią, lecz o znalezienie choć jednego miejsca, w którym mógłby przestać walczyć.
Nie wiedziała, co będzie jutro. Nie wiedziała nawet, czym było to, co działo się teraz. Nie wiedziała tym bardziej, gdy poczuła jego usta na swoich.
Nagłość tego pocałunku powinna była wzbudzić w niej sprzeciw, tym bardziej że Rodolphus nie należał do ludzi, którzy proszą dwa razy, a jego obecność od początku miała w sobie coś z burzy stojącej jeszcze na horyzoncie. Przez jedno uderzenie serca Astoria pozostała nieruchoma, jakby nagłość tego gestu odebrała jej nie tylko mowę, ale i samą zdolność rozstrzygania, co właściwie powinna uczynić. Wszystko rozsnuło się w jej myślach bezładnie, niby mgła podnosząca się nad rzeką o świcie; rozsądek, ostrożność, wszystkie te małe zasady, którymi przez lata się  obwarowywała, nagle straciły wyrazistość, jakby ktoś jednym ruchem starł je z tablicy. Czuła jego bliskość aż nazbyt wyraźnie. Ciepło jego dłoni, ciężar oddechu, dotyk palców, a przede wszystkim tę niepokojącą pewność, że człowiek, którego jeszcze niedawno usiłowała rozłożyć na części niczym zagadkowy obraz, stał teraz przed nią bez żadnej ramy. Zamarła w osobliwym zdumieniu, a jej palce, jeszcze przed chwilą spoczywające nieruchomo na jego piersi, zacisnęły się lekko na materiale jego ubrania. Jakby tym drobnym ruchem chciała sprawdzić, czy rzeczywiście stoi przed nią człowiek, a nie kolejna z licznych iluzji, które jej własny rozsądek potrafił tworzyć ku przestrodze. Serce pod jej dłonią odpowiedziało gwałtownym uderzeniem. I wtedy oddała pocałunek. Nie ostrożnie, nie z tym półśrodkiem, który pozostawiałby jej drogę odwrotu, lecz z żarliwością, która sama ją zaskoczyła. Wszystkie słowa, których nie chciała wypowiedzieć, wszystkie pytania, które nadal kłębiły się gdzieś pod powierzchnią świadomości, cała ta nieufność, którą tak pieczołowicie pielęgnowała, znalazły nagle inne ujście. Zniknęła na moment potrzeba analizowania, oceniania i przewidywania konsekwencji; pozostało tylko to osobliwe poczucie, że dwoje ludzi, którzy przez cały czas stali naprzeciw siebie uzbrojeni w dumę, właśnie odłożyło broń.
Nie pytała, co będzie potem. Nie myślała, czy nazajutrz spojrzy na niego tak samo, czy też ten wieczór okaże się jedynie krótkim rozejmem między dwojgiem ludzi zbyt podobnych w swoich lękach, aby rzeczywiście potrafili się do siebie zbliżyć. Kiedy wreszcie odsunęła się odrobinę, tylko tyle, by zaczerpnąć powietrza, spojrzała na niego z mieszaniną zdumienia i niedowierzania, jakby sama nie mogła pojąć, że właśnie przestała uciekać przed czymś, czego tak długo się obawiała. Na jej ustach pojawił się nikły, niemal nieśmiały uśmiech.
- To jest bardzo… dezorientujące - mruknęła ledwie słyszalnie. Umysł podpowiadał jej, żeby ochłonąć i przeanalizować sytuację na spokojnie; nie miała w zwyczaju działać pochopnie. - Myślisz, że to samo minie? - pytanie mogło dotyczyć zarówno skutków figlarnych słodyczy, jak i wybuchu namiętności, różowiejącego jej piekące poliki.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#15
10.08.2026, 09:35  ✶  
Kiedy jej usta wreszcie odpowiedziały na jego pocałunek, dla Rodolphusa było to niczym runięcie ostatniego bastionu. W tym gwałtownym zderzeniu warg nie było już miejsca na szachy, kalkulacje ani chłodną oklumencję. To uderzenie czystego, nagiego dotyku przypominało moment, w którym wyschnięta ziemia przyjmuje pierwszy, gwałtowny opad deszczu po latach suszy – pęknięcia na jej powierzchni nie znikały, lecz pancerz strupieszałej obojętności pękał, pozwalając wilgoci wniknąć w najgłębsze warstwy. Jej odpowiedź była jak nagłe, jasne światło rozcinające mrok krypty; parzące, oślepiające, a jednocześnie przerażająco ożywcze. Przez ten krótki ułamek wieczności poczuł, jakby zbroja, którą nosił od tak długiego czasu, nie tyle chroniła go przed światem, ile powoli go dusiła – a jej gorący, nieostrożny oddech był pierwszym prawdziwym łykiem powietrza.

Gdy Astoria odsunęła się na odległość krótkiego oddechu, Rodolphus nie wypuścił jej z objęć. Jego dłoń, wciąż wsparta na jej karku, kciukiem delikatnie gładziła rozedrgany punkt pod jej szczęką, gdzie tętno wciąż bębniło w szalonym, nieopanowanym rytmie. Spojrzał na nią z bliska, a w jego stalowych oczach – zwykle tak nieprzeniknionych i zimnych – tlił się głęboki, cichy żar, z którym eliksir prawdy przestał już musieć walczyć. Przesunął spojrzeniem po jej zaróżowionych policzkach, po jej miękkich, lekko obrzmiałych od pocałunku wargach, przyswajając ten widok z nabożną niemal powagą. Gdy zadała swoje pytanie, na jego wargach zatańczył cień dawnego, powściągliwego uśmiechu, choć w jego głosie nie było już ani krzty ironii.
– Co konkretnie masz na myśli? – zapytał cicho, a jego niski, chrapliwy chłód brzmiał niemal jak szept. – Pytasz, czy minie działanie tego przeklętego eliksiru… czy to, co właśnie gotuje się w naszych żyłach i nie chce ustąpić?
Nie podjął kolejnej próby pocałunku, chociaż fakt, że oddała ten pierwszy sprawiał, że powoli tracił kontrolę. Dezorientujące… to było mało powiedziane. Lestrange lekko zwolnił uścisk. Był człowiekiem, który przymuszał ludzi do robienia strasznych rzeczy - lecz nigdy nie przymusiłby drugiej osoby do bliskości. To była granica, której nie chciał przekroczyć.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#16
10.08.2026, 22:54  ✶  
Jego pytanie zawisło między nimi, ciężkie od znaczeń, których oboje jeszcze nie odważyli się nazwać. Działanie eliksiru mogło słabnąć, magia mogła powoli ustępować, a jednak jej własne serce - uparte, zdradliwe i zupełnie nieposłuszne rozsądkowi - nadal biło z tym samym niepokojącym pośpiechem. Właśnie to było najgorsze. Gdyby wszystko, co wydarzyło się przed chwilą, było jedynie sprawką przeklętej czekoladki, mogłaby przyjąć to z ulgą. Odpowiedzialność za chwilę szaleństwa można przecież złożyć na karb uroku, tak jak winę za źle odrestaurowany obraz można czasem przypisać niewłaściwemu odczynnikowi. Można znaleźć przyczynę, opisać ją, zamknąć w księdze i odłożyć na półkę.
Podniosła wzrok, zbyt oszołomiona, by się odezwać. W pracowni panowała niemal zupełna cisza. Deszcz za oknami stracił swoją gwałtowność; krople spływały po szybach leniwymi ścieżkami, rozmazując światła miasta w długie, drżące smugi. Wszystko na zewnątrz wydawało się odległe, jakby pracownia została na krótką chwilę wyrwana z Londynu i zawieszona gdzieś pomiędzy nocą a świtem.
- Obie z tych rzeczy - odpowiedziała w końcu, tak cicho, jakby samo przyznanie tego faktu wymagało od niej większej odwagi, niż powinna była posiadać. Granica, która jeszcze przed godziną wydawała się tak wyraźna, teraz rozpływała się przed nią jak atrament puszczony w wodę. Wyciągnęła rękę i ostrożnie dotknęła jego policzka, jakby chciała się upewnić, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ciepło jego skóry zdziwiło ją bardziej, niż powinno. Przez całe lata patrzyła na niego jak na człowieka wykutego z chłodnego kamienia. Tymczasem pod opuszkami czuła po prostu ciepło. Gest był nieśmiały niemal wbrew niej samej. Astoria nie była przyzwyczajona do podobnej delikatności, szczególnie wobec kogoś, komu jeszcze niedawno tak uparcie odmawiała prawa do przekroczenia własnych murów. Patrzyła na niego długo. I im dłużej patrzyła, tym wyraźniej docierało do niej, jak bardzo wszystko wymknęło się spod kontroli. Była poruszona. Rozpalona. Zagubiona. Emocje mieszały się w nieskładną całość, kumulując się w szpetnym niezdecydowaniu. Kciukiem bezwiednie głaskała jego policzek. Czy człowiek stojący przed nią był jeszcze więźniem eliksiru, czy już tylko sobą? Czy ten niezwykły żar w jego oczach należał do magii, czy do niego? Nie wiedziała. Czuła się skołowana własną reakcją. To wszystko przyszło zbyt szybko. Przez chwilę jeszcze trwała w jego objęciach, jakby ciało, zdradliwe i nieposłuszne rozsądkowi, nie chciało przyjąć do wiadomości, że ta chwila powinna już dobiec końca. Ciepło jego dłoni, ciężar ramienia przy jej talii, nierówny oddech mieszający się z jej własnym - wszystko to zdawało się mieć własny rytm, niezależny od woli i rozsądku. A przecież właśnie rozsądek musiała teraz odzyskać. Zebrała więc myśli, rozsypane w niej niczym paciorki zerwanego naszyjnika, i dopiero po chwili ostrożnie wysunęła się z jego objęcia. Nie uczyniła tego gwałtownie ani z przestrachem, a raczej z subtelną stanowczością człowieka, który wie, że jeśli nie postawi teraz granicy, za moment sam może zapomnieć, gdzie ona przebiega.
- N-nieważne. Powinniśmy… - wydukała, odwracając się ku regałowi. - …znaleźć to antidotum.
Podeszła do biblioteczki. Opuszki jej palców przesuwały się po kolejnych grzbietach woluminów, zostawiając na ciemnych oprawach ledwie widoczne ślady. Znała tę kolekcję niemal na pamięć. A jednak teraz, kiedy naprawdę potrzebowała odpowiedzi, znajome grzbiety zdawały się drwić z jej pewności siebie. Wyciągnęła pierwsze tomisko. Kartki zaszeleściły pod jej palcami jak suche liście. Przejrzała rozdział. Nic. Druga. Nic użytecznego. Trzecia, o eliksirach oddziałujących na pamięć i wolę. Znów nic. Zmarszczyła brwi. Przechyliła głowę, jeszcze raz przesuwając spojrzeniem po półkach. Wydawało jej się przez chwilę, że wiedza, którą tak długo gromadziła, nagle skurczyła się do rozmiaru kilku zaledwie egzemplarzy, podczas gdy problem stojący przed nią urósł do kolosalnych rozmiarów. I wtedy przypomniała sobie o Avery Hall. O rodzinnej bibliotece, której półki od pokoleń uginały się pod ciężarem starych ksiąg. Tam znajdowały się woluminy, których nigdy nie sprowadzała do galerii, bo były zbyt cenne, zbyt stare albo zwyczajnie zbyt osobliwe, by trzymać je w miejscu, gdzie codziennie pracowała z obcymi ludźmi. Wezwała więc skrzata domowego i poprosiła o księgi traktujące o eliksirach prawdy, urokach wymuszających szczerość, magicznych więzach oddziałujących na wolę oraz  (przede wszystkim) o antidotach. Deek skłonił się posłusznie i zniknął. A ona została pośród regałów, nasłuchując przez moment ciszy. Dopiero teraz pozwoliła sobie na głębszy oddech. Jednak zamiast uspokojenia poczuła w piersi kolejną falę niepokoju. Wciąż czuła na skórze ciepło jego dłoni, smak jego ust. Zbeształa się w myślach za brak skupienia, za ten stan uniesienia, który mógłby ją drogo kosztować, jeśli sytuacja byłaby bardziej poważna, jeśli eliksir zagrażałby jego życiu, jeśli on zagrażałby jej. Pokręciła głową, jakby chciała wyrzucić z niej nieproszone myśli. Potrzebowała faktów.
Po chwili Deek powrócił. Księgi zaczęły pojawiać się na biurku jedna po drugiej - ciężkie, opasłe tomiszcza w skórzanych oprawach, niektóre popękane ze starości, inne zamknięte metalowymi klamrami. Spadały na blat z głuchym, majestatycznym stukiem, jak kamienie dokładane do fundamentu budowli, którą Astoria zamierzała wznieść między chaosem a rozsądkiem. Ułożyła je przed sobą. Jedną obok drugiej. Potem trzecią. Czwartą. Wreszcie cofnęła się o krok i spojrzała na cały stos, zanim zabrali się do pracy.
Przez resztę wieczoru czarownica nie zadała już ani jednego pytania. Jakby wraz z decyzją, że nie będzie wyciągać z Rodolphusa więcej słów, które klątwa wyrywała z niego z okrutną łatwością, w jej wnętrzu zapadł osobliwy rozejm. Nie oznaczało to jednak, że przestała być ciekawa; sama miała już dosyć odpowiedzi, jak na jeden wieczór. Zamiast pytać, wymieniała z nim spostrzeżenia, rzucała uwagi nad kolejnymi ustępami ksiąg, wskazywała nieścisłości w opisach działania zaklęcia, a niekiedy tylko podsuwała mu wolumin, przesuwając palcem po odpowiednim wersie. W końcu odnaleźli wzmiankę o antidotum, choć według innych podań działanie klątwy miało ustępować samo po upływie dwunastu godzin. Ustalili więc, że poczekają. Jeśli po dwunastu godzinach urok nie ustąpi, Rodolphus miał zwrócić się do klątwołamacza. A gdy nadszedł czas rozstania, a ciężkie drzwi zamknęły się za nim, została przez chwilę nieruchomo, i dopiero wtedy pozwoliła sobie na głębszy wdech. Czuła ulgę, podobnej do tej, jaką czuje człowiek, który nareszcie odsuwa dłoń od płomienia - nie dlatego, że ogień go odstręcza lecz dlatego, że zbyt dobrze wie, jak łatwo można się nim sparzyć.

Koniec sesji


learn the rules
then
break some

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (5080), Pan Losu (48), Rodolphus Lestrange (3795)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa