• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[lipiec 1962] Król podwóra daje nura

[lipiec 1962] Król podwóra daje nura
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
14.07.2026, 17:35  ✶  
Helloise i Maddox spotykają się na podmokłej pułapce pewnego ślicznego lipcowego dnia 1962 roku

Pięknym miejscem jest latem Knieja. Tak pełna życia, rozświetlona lipcowym skwarem i ustrojona w soczyste zielenie, choć niepozbawiona niebezpieczeństw. Wśród słonecznych leśnych polan wygrzewają się leniwe węże czekające jaszczurek i gryzoni, pod koronami drzew czyhają ptaki drapieżne, za progiem gęstwiny zaś grasują magiczne bestie, od widoku których włos staje na głowie. Nie tylko jednak te istoty o ostrych kłach i wielkich pazurach zagrażają nierozsądnym spacerowiczom.
Niepozorna jest łąka przy mokradłach. Porasta gęstymi trawami, które ukrywają miejsce, gdzie zaczyna się w rzeczywistości bajoro, o czym mógł przekonać się wpadły w podmokłą pułapkę wilk. Może i grzązł coraz głębiej, może i stopy nie mógł wyszarpać z trzęsawiska, lecz jakże malowniczymi okolicznościami przyrody mógł sycić oczy. Rozciągały się przed nim bagienne wody, których tafle odbijały kształty złowrogich, ostro zakończonych konarów połamanych drzew, jakimi najeżone były odmęty tutejszego mokradła. Brzegi torfowiska zdobiły niczym płateczki śniegu drobne białe kwiatuszki wystające znad wygrzanych traw. Tu i tam wyrastała na bagnie samotna trawiasta wysepka — równie zdradliwa co łąka, która okazała się sidłami. Szumiał las, śpiewały ptaki, docierały z oddali echa pracy dzięciołów. Sielanka letniego dnia cieszyła tym wyjątkowym, odnajdowanym na łonie natury spokojem, który tchnął z trzewi dziewiczej głuszy.
Wtem powietrze nad głową uwięzionego Maddoxa poruszyło się, niby wiatr świsnął — i zawrócił. Zawisła przed nieborakiem kobieca sylwetka na miotle. Po chłopaku prześlizgnął się ciekawski wzrok czarownicy, a gdy ta rozpoznała wilkołaka, zaśmiała się słodko.
— Znam cię? — zapytała, zmieniając pozycję na miotle, na której do tej pory siedziała okrakiem. Spuściła obie nogi jedną stroną, aby się rozsiąść wygodnie jak na ławce i podziwiać widok.
Helloise. Nie zmieniła się wiele jej twarz i bez pudła ją można było rozpoznać, a jednak narzucała się jej inność. Dorosła przez te lata, to oczywiste; była teraz gdzieś w pół drogi pomiędzy dziewczyną a kobietą. Spojrzenie miała lżejsze, mniej intensywne, jakby zasnute mgiełką, zgaszone utajonym zmęczeniem. Prowokacja w jej oczach nie była już brutalnym wyzwaniem, a psotną zaczepką, niekoniecznie jeszcze dojrzałą.
— Wejdź głębiej, Maddoksie. Jeśli pójdziesz wystarczająco głęboko, poczujesz kosteczki trupów, które wpadły tu przed tobą — postraszyła, a mówiła wolniej niż kiedyś, głosem cichszym, monotonniejszym, stępionym jakby.
Wychylając się z miotły, rozbawiona dziewczyna zanurzyła nogę w bajorze i kopnięciem wzburzyła toń, aby chlusnąć wodą na chłopaka przed sobą. Zamoczyła przy tym fragment swojej spódnicy ze spranego zielonego lnu, lecz zdawało się, że to nie szkodzi sukience, w którą wklejone były już wcześniej pajęczyny, lotki dmuchawca i inne pamiątki przedzierania się przez leśną gęstwinę, gdzie to panienka Rowle spacerowała od rana.
— To co tutaj robisz? — zapytała, jakby wpadli na siebie przypadkiem na londyńskiej ulicy.
Swobodnym gestem sięgnęła do zawieszonego przy miotle koszyka i wyjęła z niego szkliwiony dzbanek z ułamanym uchem; wypełniały go zebrane przez czarownicę leśne jagody: jeżyna i dzikie maliny. Palce czerwone od ich słodkich soków zanurkowały w naczyniu i wyłowiły kilka niemytych jagódek, którymi Helloise z przyjemnością się uraczyła, obserwując Greybacka.
Piękny to był letni dzień nad Knieją, gdy słońce grzało wystawioną ku niemu dziewczęcą twarz i złociło słomiany warkocz, a przy uchu czarownicy szemrzały ciche, nie do końca uświadomione pieśni przodków — dusza tego lasu, w którym Helloise nigdy nie była sama.


dotknij trawy
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#2
16.07.2026, 11:39  ✶  

Dobrze było od czasu do czasu wygrzebać się spod Londynu. Wysunąć nosa zza kanałów, zostawić za plecami Nokturn i przypomnieć sobie, że świat nie jest zbudowany wyłącznie z rdzy, sadzy i kurzu. Że rośliny potrafią mieć zapach inny niż zatęchły mech obrastający cegły, a powietrze nie musi nieść odoru rynsztoku i stęchlizny. A tutaj, na prowincji, nawet oddychało się jakby lepiej. Bez obawy, że przy głębszym oddechu wpadnie ci szczur do płuc. Drugi dzień już włóczył się po okolicy bez większego planu, ale za to z jasnym celem. Pierwszego stawiał każdy kroki ostrożnie. Las wydawał się piękny, ale podejrzany. Na każdy trzask gałęzi odruchowo odwracał głowę. Każdy cień między drzewami wyglądał jakby knuł coś podstępnie. Noc przespał pod starym kocem rozłożonym na obalonym pniu, z płóciennym plecakiem wsuniętym pod głowę. Nie potrzebował zbyt wielu wygód. Zmiana otoczenia i przyjemne uczucie wolności wystarczyły, żeby poczuć się na tyle bezpiecznie by potrafił się zrelaksować i odpocząć. Drugiego dnia poczuł się już zdecydowanie pewny swego. Las przestał wyglądać już jak obce terytorium. Szedł więc pewniej, pozwalając sobie patrzeć wyżej niż pod własne buty. Mógłby nawet bosą, wilkołaczą łapką przejść się po ściółce i pojednać się z naturą. Właśnie wtedy Knieja postanowiła wystawić mu rachunek za tę pewność siebie. Rozpoznał przed sobą zwykłą, porośniętą trawą polankę. Nie rozpoznał za to grząskiego gruntu ukrytego pod zielenią. Wystarczył jeden nieostrożny krok, poślizg na wilgotnej darni i z całym impetem wylądował w rozlanym bajorze. Pierwszy odruch był prosty. Wyrwać się natychmiast. Odepchnął się z całej siły, szarpnąć nogami, ale zamiast wydostać się na brzeg, tylko zapadł głębiej. Błoto zassało go z ironicznym mlaśnięciem, jakby parsknęło śmiechem na jego starania. Oba buty zostawił za sobą i tkwiły tak na powierzchni ciemnozielonej brei kpiąc sobie z jego miejskiego amatorstwa.

Kiedy błoto sięgnęło mu pasa, dotarło do niego, że sytuacja przestała być śmieszna. Szarpał się jeszcze przez chwilę z wgranego uporu. Różdżka przepadła gdzieś podczas tej błotnej kąpieli. Musiała wysunąć się z kieszeni, kiedy z całym impetem próbował wyrwać się z pułapki. Nawet przemiana niewiele by tu zmieniła. Wilkołacze mięśnie może i były silniejsze, ale na błoto nie robiło to wielkiego wrażenia. Tkwił więc nieruchomo, zanurzony po pas, wystawiony na lipcowe słońce. Coś przecięło promienie padające na jego krótko ostrzyżoną łepetynę. Uniósł wzrok. Na tle nieba i drzew odcinała się sylwetka kobiety siedzącej na miotle. Przez krótką chwilę wydawała mu się dziwnie znajoma. Była inna. Wyższa i spokojniejsza. Ostre kanty gdzieś się wygładziły, a zamiast wiecznie gotowej do wybuchu nosiła w sobie coś lżejszego, niemal figlarnego. - Helloise. Wspomnienie wyrwało mu się z ust, bo dopiero na jej dźwięk te wróciły mu z pamięci. Obrażalska krzykaczka najwyraźniej wyrosła i dojrzała. Osiem lat temu sprawiała wrażenie dziewuchy, która każdego dnia budziła się obrażona na cały świat i tylko czekała, aż świat da jej pretekst, żeby się mu odwinąć. - Oni też słuchali Twoich rad? Mruknął iskrą ironii. Jemu akurat nie było, aż tak do śmiechu. Gdyby tylko mógł, gdyby tylko dosięgnął z chęcią w odpowiedzi rzuciłby w jej kierunku butem za to straszenie trupami. Ale to też nie tak, że jej nie lubił. Dobrze, że była. Szkoda, że chujem.

Dopiero gdy zanurzyła stopę w brunatnej wodzie i z rozmysłem chlusnęła nią w jego stronę przypomniał sobie jak to z nią było. Oczywiście. Na jedną krótką chwilę dał się nabrać, że lata wygładziły jej charakter. Że ta spokojniejsza twarz i cichszy głos oznaczają również spokojniejszą Helloise. Nic z tych rzeczy. Ta sama zadziora siedziała teraz na miotle, tylko swoje psoty przynosiła z większym wdziękiem. Kącik jego ust drgnął w płaskim, bezradnym uśmiechu. Westchnął tylko i przetarł twarz dłonią, ale zamiast pozbyć się kropli, rozmazał po policzku i pod powieką ciemny, błotnisty ślad. Wyglądał teraz jeszcze bardziej komicznie, co prawdopodobnie wcale nie umknęło jej uwadze. - Czekam, aż wyrosną mi skrzela. Odparł z sarkazmem, bo skoro nie mógł w nią niczym rzucić, ani podejść, żeby ją z miotły zrzucić, to został mu jedynie cięty język do obrony. Westchnął cicho. Nie bardzo mógł sobie pozwolić na obrażanie jedynej czarownicy, która akurat przelatywała nad tym nieszczęsnym bagnem. Niestety, ale bardzo potrzebował odrobinę jej dobrej woli. - Szukałem ostrokrzewu. Zreflektował się więc i wzruszył bezradnie ramionami, na ile pozwalało mu błoto. Krótko, bez szczegółów. Może ze swojej wścibskości wyciągnie go z tego błociska, żeby usłyszeć coś więcej.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#3
24.07.2026, 11:26  ✶  
Psotna leśna wróżka nie mogła przegapić okazji, jaką były porzucone nieopodal wilkołacze buty. Ledwie je dojrzała, a już jej miotła podryfowała w stronę obuwia, obniżając lot, po czym Helloise — nie bacząc na to, że jedną stopę miała ociekającą brudną wodą — wsadziła nogi w nie swoje buty. Były o wiele za duże i wcale się jej stóp nie trzymały, lecz nie o wygodę chodziło, a o rozrywkę z zagrania na nosie bezradnego wilkołaka.
— Helloise we własnej osobie — potwierdziła, skłaniając głowę. Z rozmarzonym westchnieniem spojrzała w głąb mokradła, po czym kontynuowała, nie tracąc dobrego humoru: — Oni nigdy nie słuchają.
Zaśmiała się cicho, gdy Maddox pomazał twarz błotem. Było to zaskakująco miłe jej spotkanie. Od początku wiedziała, że chłopaka z bagna wyciągnie, lecz nie mogła odmówić sobie odrobiny rozrywki. Choć tajemnice lasu zdawały się nigdy nie wyczerpywać i zawsze było tu coś do odkrycia, to schwytany w sidła wilkołak stanowił atrakcyjne odstępstwo od rutyny zielarki, która w przeciwnym razie by teraz rwała kwiaty lipy na lecznicze herbatki czy zbierała ziele diabelskiej stopki — trochę do sałatki, trochę na maseczkę, bo świetnie natleniało skórę.
Wciąż była to jeszcze młoda dziewczyna, a tymczasem za całe towarzystwo codzienności przypadła jej stara, przygłucha babcia i zastęp leśnych duchów. Hela opuszczała chatę pod lasem tylko wtedy, gdy szła się modlić w Kowenie lub posyłano ją do załatwiania drobnych sprawunków w Dolinie. Zaczepianie spacerowiczów odwiedzających Knieję było więc dla wiedźmy jedną z nielicznych okazji do kontaktów z ludźmi ze świata na zewnątrz.
Helloise znów wychyliła się z miotły. Tym razem zanurzyła palce w bajorze i rozsmarowała na własnym policzku błotnisty ślad podobny temu na twarzy Greybacka.
— Teraz jesteśmy z jednego plemienia, więc ci pomogę — oświadczyła, wycierając resztki błota w zielonkawą spódnicę i tak już pełną plam różnorakiego pochodzenia. — Tylko z czym powinnam pomóc najpierw? Pójść naciąć dla ciebie ostrokrzewu? — Odwróciła się przez ramię na las, jakby poważnie rozważała wzięcie tego za priorytet. — Czy odłowić mokre psisko?
Podumawszy udawanie przez chwilę, czarownica odleciała wreszcie na brzeg mokradła i zgrabnie zeskoczyła na twardą ziemię. Przeczłapała kilka kroków w za dużych butach Maddoxa i niczym spragniona słońca żmija rozwaliła się wygodnie na wygrzanym kamieniu wśród niskich zarośli. Ruchem różdżki odesłała pustą miotłę z powrotem na bagno, po czym wróciła do pałaszowania jagód z dzbanuszka. Wsparta na łokciu, półleżąc na skale, oczekiwała na swój spektakl.
— Dasz radę się wspiąć? — zakrzyknęła, gdy miotła zawisła przed nosem wilka.
Czarownica była z tej miotły szalenie dumna, ponieważ zrobiła ją zupełnie sama, tymi oto brudnymi rękoma. Końcówka kija była zdobiona w kwiatowe ornamenty wydrążone w drewnie. Część styliska wyprofilowano tak, aby na nim można było wygodnie stanąć, jako że dzika dusza domagała się koniecznie wolności do stawania w bezwietrzne dni pod niebem na własnych nogach. Na przedzie miotły przygotowano haczyk, gdzie w ciemne noce dziewczyna zawieszała latarenkę, z tyłu zaś czekały dwa uchwyty na koszyczki z ziołami czy prowiantem piknikowym. Miotła była stabilna i praktyczna, a do tego absolutnie urocza, ponieważ przy rózgach z tyłu na krótkich wstążeczkach dowiązano ozdoby z najśliczniejszych ptasich piórek.
Nie był to zwinny model sportowy, choć i taki miała Helloise w swojej kolekcji. Niestety kaskaderka z niej była licha, więc woziła się swoją dziewczyńską bryką. Może i nie brakowało czarownicy odwagi do próbowania sztuczek na miotle, lecz chęci było w niej coraz mniej. Nie znosiła już upadków tak dobrze jak jeszcze kilka lat wcześniej. Długo ją teraz po kraksach wszystko bolało, choć była pewna, że kiedyś zupełnie tak ich nie odczuwała i co drugi dzień mogła zaliczać czołówkę z gałęzią czy niekontrolowane spotkanie dupy z gruntem.


dotknij trawy
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#4
25.07.2026, 02:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.07.2026, 06:03 przez Maddox Greyback.)  

Znosił jej kolejne figle z cierpliwością, której zdecydowanie nie nauczył się od niej. Tego co zdążył się o niej nauczyć to walka z nią to jak próbować przekrzyczeć dzięcioła. Można próbować, ale po co?  Nie burczał, nie krzywił się demonstracyjnie, nie odbierał jej przyjemności z każdego kolejnego wygłupu. Odpłacał wyłącznie ukośnym wyszczerzem, spod którego błyskały zbyt długie, zbyt białe kły. Wciąż potrafiła przekonać, że potrafi być bardzo upierdliwa, lecz nie sposób było odmówić jej jednego. Z tą beztroską radością wyglądała zwyczajnie lepiej. Owszem, działała mu na nerwy i to z uporem godnym wyższej sprawy. Zwinęła jego buty, żeby w nich człapać jak dziecko bawiące się w dorosłych. A jednak trudno było się na nią naprawdę złościć. Coś w tym pogodnym rozbawieniu skutecznie rozbrajało każdą irytację. Bardziej przypominała sójkę, która znalazła błyszczący guzik i natychmiast postanowiła sprawdzić, co jeszcze da się z niego wycisnąć. Ku własnemu zaskoczeniu wolał właśnie tę Helloise. Dawniej była tak szorstka, że odruchowo uważał, żeby się o któryś z tych ostrych kantów nie rozciąć.

Błoto trzymało go sztywno za obie nogi, ale języka jeszcze mu nie odebrało. - Ja nie od plemion. - Przechylił lekko głowę, przyglądając się błotnemu śladowi na jej policzku. Pasował do niej zaskakująco dobrze. - Ślady za mną to wataha. Wypowiedział to z taką samą swobodą, z jaką ona przed chwilą ogłosiła ich pobratymcami. Nie poprawiał jej z przekory ani z przymusu odebrania jej zabawy. Raczej dorzucił własny patyk do tego pełnego iskier ogniska, nad którym tak ochoczo harcowała. Na pytanie czy da radę odpowiedział jej jedynie spojrzeniem. Przez krótką chwilę patrzył na nią z pobłażliwym rozbawieniem, po czym prychnął cicho, jakby samo pytanie wydało mu się odrobinę obraźliwe. Nie zmienił się aż tak bardzo. Nadal nosił krótko przystrzyżone włosy, nadal mówił oszczędnie. Ale zniknęła z niego chłopięcość. Dojrzał do własnego wzrostu i barków, które przestały sprawiać wrażenie pożyczonych od kogoś większego. Sylwetka nabrała swojej wagi, mięśnie gęsto ułożyły się pod skórą od życia, które regularnie wystawiało je na próbę. W drowym ciele, silniejszy wilkołak. Wyciągnął ręce ku zawieszonej nad nim miotle i pewnym ruchem podciągnął się. Przemoczony sweter napiął się, a potem z sykiem rozdarł na szwie, odsłaniając pasma starych blizn przecinających tors. Podłe szramiska układały się w historię nieco więcej walk, niż ta którą Helloise widziała ostatnio. I jak w ostanitej, w każdej kolejnej chodziło o to samo. O to, by kolejne hybrydy nie uznały, że mogą urządzać świat według własnych, bezlitosnych reguł. Zbyt wielu próbowało, paru więcej miało na to ochotę.

Kiedy wreszcie wydostał się z mokradła i obie stopy stanęły na czymś, co było chociaż nieco bardziej stabilne, odruchowo strzepnął z bioder ciężkie płaty błota. Niewiele to dało. Torf zdążył dobrać się do niego oblepiając bose stopy, całe spodnie do pasa i sweter, który z szarego stał się brunatny, nasiąknięty wodą i ziemią tak bardzo, że wyglądał, jakby utkano go z samego bagna. Swetrem nie zaprzątał sobie jednak głowy nawet przez ułamek sekundy. Już wcześniej był przetarty, a miejscami cerowany. - Szlag by to… Zaklął cicho pod nosem. O wiele bardziej doskwierało mu uczucie wilgoci wdzierającej się pod ubranie i chłód przyklejonej do skóry tkaniny niż myśl o tym, jak wyglądał. Dopiero kiedy otrzepał z siebie tyle błota, ile w ogóle dało się otrzepać, odwrócił się ku Helloise.Podszedł do niej niespiesznie. Nie odezwał się ani słowem. Zatrzymał się dopiero tuż obok rozgrzanego kamienia, przykucnął i, jak gdyby było to najzupełniej oczywiste, ujął jej kostkę jedną dłonią. - Dziękuję, że je przypilnowałaś. Padło z uprzejmą szczerością, niemal równocześnie z tym, jak zsunął z jej stopy pierwszy but. Potem drugi. Zasznurował je sobie obok niej, na tym samym kamieniu. Dopiero teraz,  pozwolił sobie przyjrzeć jej się naprawdę. Z bliska, jakby zestawić w pamięci dziewczynę, którą znał, z kobietą stojącą przed nim. Wyglądała tak, jakby już nie próbowała należeć do świata, z którego pochodziła, tylko do tego, który sama sobie wybrała. - A ty? Pchełko… - odezwał się w końcu z wyraźną ciekawością. - Co ty właściwie tutaj robisz? Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. Gest był krótki, naturalny, pozbawiony skrępowania. Obrócił ją lekko, przyglądając się wnętrzu z uwagą psa tropiącego. Skóra jej wciąż pozostawała zaskakująco gładka pod opuszkami palców. Nie była jednak dłonią kogoś, kto całe życie znał wyłącznie jedwabne rękawiczki. Te dłonie znały ruchy pracy, nosiły na sobie ślady pracy. Pod paznokciami uparcie zalegała ciemna ziemia, której najpewniej nie usuwa nawet dokładne mycie. - Gdzie zgubiłaś swoje drogie perły? zaintonował ironią, widząc brak drogiej biżuterii na nadgarstkach. W końcu spojrzenie powędrowało wyżej, niespiesznie, z tą samą uważnością, z jaką przed chwilą oglądał jej dłonie. Opalenizna nie kończyła się na nadgarstkach. Słońce nie omijało jej skóry, promieni nie zatrzymywały koronkowe długie rękawki ani rozłożone nad głową parasolki. Na jej ramionach dzień po dniu odkładał się złocisty odcień życia pod gołym niebem. - Gdzie te spinki diamentowe? - rzucił sarkastycznym mruknięciem jeszcze raz. Zmarszczył nos, po czym bez większych ceregieli pochylił się ku niej. Zatrzymał twarz tuż przy jej ramieniu i wciągnął powietrze krótkim, tchem jak nieufny pies, który bardziej wierzy własnemu nosowi niż oczom. Nie wyczuł niczego, czego podświadomie się spodziewał. Żadnej ciężkiej, słodkawej nuty drogich perfum. Potrafił je rozpoznać bez trudu. Na olejkach, na żywicy na alkoholach wyższych, bardzo drogie i bardzo chodliwe na Nokturnie. Na Helloise nie znalazł nic podobnego. Pachniała nagrzaną korą, wilgotną ziemią i zgniecionymi między palcami liśćmi. Gdzieś pod tym wszystkim kryła się cierpka woń ziół, odrobina dymu z ogniska i świeży zapach letniego powietrza, które wsiąkało w ubranie po całych dniach spędzanych poza domem. - Za daleko od pałaców…

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#5
25.07.2026, 20:50  ✶  
— Ach, wataha. — Przypomniała sobie bez zadowolenia pierwsze i ostatnie swoje zetknięcie z wilkołaczym gangiem dzieciaków. — Mimo wszystko liczę, że nie depczą ci po piętach. Zakładałam, że jesteś tu sam, skoro tkwisz po uszy w błocie. Ale kto wie? Twoi koledzy nie wydawali się szczególnie zatroskani twoim losem, gdy ich ostatnio spotkałam — zauważyła kąśliwie.
Z odległości nie mogła przyjrzeć się Maddoxowi w szczególe, lecz nie umknęło jej uwadze, jak sprawnie wydostał się z brei, ledwo zyskał stabilne podparcie. Im bliżej niej podchodził, tym więcej Helloise nabierała przekonania, że wyrósł na zaskakująco dobrze zbudowanego chłopaka. Musieli go na Nokturnie solidnie odkarmić przez tych kilka lat. Spodziewałaby się po kimś o takim pochodzeniu sylwetki zgiętej w paragraf, głowy spuszczonej nisko, fizjonomii wychudłego narkomana o podkrążonych oczach. Tymczasem jedynym, co przypominało w Maddoksie biedaka, był strój. Nie spodziewała się wiedźma również kłów, które odsłaniał greybackowy wyszczerz. Wymowne przypomnienie o tym, z kim miała do czynienia.
— Dziękuję — rzekła łaskawie, gdy zdjął z niej buty, niewzruszona tym, jak bezceremonialnie to uczynił. — Nie chciałabym chodzić w butach, bo wtedy już na pewno węże nie pokąsałyby mi stóp — ciągnęła tonem, w którym trudno było dopatrzeć się znamion żartu. — Czytałam niedawno o magach z Tybetu, którzy wstrzykują sobie w żyły jady magicznych istot. Budują tak w agonii tolerancję i zyskują odporność na cruciatusa. — Historia, rzecz jasna, opisana została w Żonglerze, którego czasem z nudów dziewczyna kartkowała. — Nigdy zresztą nie ugryzł mnie jeszcze wąż. Chciałabym to sprawdzić.
Oczywiście, że Greyback zapytał, co tutaj robiła. Przez lata usłyszała to pytanie tyle razy, że przestało robić na niej wrażenie, mimo że przez pierwsze miesiące od przybycia do Doliny ledwie owo pytanie padało, Helloise od razu gniewała się i oczy jej zachodziły łzami. Dziś była ze swojego położenia dumna. Tutaj była wolna.
Po Nokturnie Rowle wróciła do domu rodzinnego brudna. Stłamsiły ją wtedy nastoletnia rozpacz i wstyd; miała poczucie, że jej życie skończyło się nieodwołalnie z chwilą, gdy podjęła tę jedną błędną decyzję o ucieczce. Nie mogła znieść tego, jak patrzył na nią ojciec. Aby się po powrocie choć częściowo zrehabilitować w oczach rodziny, musiałaby nieustannie sypać głowę popiołem i nie dawać swoim zachowaniem najmniejszego powodu do krytyki. Skończyły się drugie szansy, nie było już miejsca na pobłażanie.
Tyle że sama Helloise nie zmieniła się wcale tak wiele. Nie do twarzy jej było z pokutą, a w smoczym domu od tamtej pory na tym właśnie miałoby polegać jej życie: na nieustannym udowadnianiu rodzinie, że wciąż jest jej godna.
Żyjąc zaś po cichu w Dolinie, nie musiała nikomu niczego udowadniać.
Przez lata wydoroślała. Zapewne mogłaby wrócić do domu i świata czystokrwistych książąt, lecz nie znajdowała w sobie ani sił, ani ochoty, gdy tak dobrze żyło jej się pod Knieją, gdzie rytm dni wyznaczały pory roku, nie terminy balów i bankietów. Powrót wymagałby siły, tyle siły, a salony nie oferowały w zamian niczego, czego Helloise by mogła potrzebować. Wystarczało jej to, co miała. Rodzinę widywała na święta. Czasem jeździła na kilka dni do Llanberis, do zamczyska Seisylla i wówczas przypominała sobie, jak to jest żyć w domu pełnym służby. Lekko, bez wysiłku. Rzeczy stawały się tam na mocy wydanego przez nią polecenia. Życie w skromnej leśnej chacie nie było w porównaniu do tego usłane różami i nie polegało wyłącznie na tym, że panienka romantycznie przechadzała się między kwietnymi rabatami jak wróżka z konewką. Trzeba było ciągle coś robić. Cięła gałęzie i wiązała na chrust do rozpalania w kominku. W niektóre dni żar lał się na głowę już od bladego świtu, a i tak trzeba było oplewić grządki warzywnika, zbierać fasolę, groch, potem siedzieć i łuskać to wszystko w nieskończoność. Kiedy indziej, obierając ususzone zioła z gałązek i przesypując je do słoiczków, długimi godzinami ślęczała pochylona nad stołem w domku, aż kark sztywniał. Czasem już jej się nie chciało, a jednak to życie wolała nad radzenie sobie z chorymi salonowymi grami i wiecznym wyścigiem o podwyższanie swojego statusu w arystokratycznym świecie.
— Nigdy nie uważałam, żeby mi pasowały perły, ale spinki… miałam śliczną kolekcję francuskich grzebieni — skorygowała w rozbawieniu greybackowe spostrzeżenia.
Zawsze stroniła od biżuterii, bo ta przeszkadzała we wszystkim, co Helloise w życiu lubiła robić. Poczynając od dziecięcych zabaw w udawanie dzikiego zwierza grasującego w lesie (mamo, błyskotki zwracają uwagę i przyciągają drapieżniki), po utrzymujące się niezmiennie ciągoty do dłubania w ziemi. Włosy jednak bez szemrania pozwalała sobie ozdabiać grzebykami, spinkami i opaskami, czasem nawet zgadzała się na kokardy czy diadem przy okazji wielkiego przyjęcia. Jeśli coś w tej nieokrzesanej dziewczynce było kiedykolwiek symbolem statusu, to były jej włosy trudne do zadbania — długie i gęste, pokręcone — które w czasach świetności opadały na plecy wodospadem lśniących złotych sprężynek.
Warkocz zawiązany jutowym sznurkiem, który Helloise zaplotła tego ranka, był już roztrzepany, a w grubym splocie kryły się suche i szorstkie, sianowate włosy.
— Nie zostałam żebraczką, jeśli zacząłeś coś sobie wyobrażać — zastrzegła dziewczyna. — Pomieszkuję z babcią. — Siostrą babci, lecz kim był Greyback, aby mu się ze szczegółów rodzinnych koligacji spowiadała. — Babcia jest stara i samotna, więc dobrze jej robi młoda towarzyszka, taka jak ja. A w zamian mogę się od niej uczyć, bo mądrzejszej zielarki w okolicy nie spotkasz. Jest mi tu dobrze — mówiła, na tej opowieści się skupiając, aby odwrócić swoją uwagę od tego, jak bezczelnie oglądał ją Greyback. Zignorować w pełni chłopaka jednak nie była w stanie i przez cały czas śledziła wzrokiem jego poczynania, a jej usta mówiły niezależnie od czujnych oczu. — Powinnam udawać, że jestem martwym zwierzęciem, żebyś mnie nie rozszarpał tymi kłami? — zapytała ze swobodną przewrotnością, lecz spięła się mimowolnie, gdy przystawił twarz tak blisko i ją powąchał. Nie przeszkadzało jej przekroczenie przestrzeni osobistej. Przeszkadzało jej, że kontrolował to ktoś inny niż ona. Nie śmiała już wojować przemocą, jakby po tylu latach wreszcie pogodziła się z fizycznymi ograniczeniami swojego ciała. Nie poruszyła się więc może, lecz wilkowi nie udało się bynajmniej jej zapeszyć; zuchwała pewność siebie wciąż trwała na swoim miejscu. Aby nie pozostać mu dłużną, czarownica wyciągnęła szyję i powąchała sweter. Nawet jeśli Maddox wyniósł jakieś zapachy z Nokturnu, to teraz dominowało jedno. — Ty za to bardzo blisko bagna — odparła jego docinki. Daleko było dziewczynie do wilczego węchu; wyczuła na swetrze wyłącznie to, że był przemoczony i nasiąknięty błotem. — Mamy tutaj krystaliczne jezioro, jeśli chciałbyś się dla odmiany wykąpać w czystej wodzie. Na twoje nieszczęście, do wieczora bawią się tam dzieci, a potem zastępują je imprezujące nastolatki, które powracały z Hogwartu na wakacje. Ale jeśli jesteś wystarczająco odważny… — Kąciki ust Helloise uniosły się powoli w złośliwie zabarwionym uśmiechu, który skruszył błoto zasychające na jej policzku w szarą skorupę.


dotknij trawy
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#6
30.07.2026, 10:05  ✶  

Na wspomnienie tamtego spotkania kącik jego ust uniósł się odruchowo, a w jego spojrzeniu zamigotał cichy sentyment. Z perspektywy lat łatwiej dostrzegało się drogę, jaką od tamtej chwili przeszli, niż sam ból, który w niej towarzyszył. - Parę lat minęło i trochę się zmieniło. - Odezwał się spokojnie. - Teraz to ja się o nich troszczę. Nie oczekiwał, że zrozumie, co naprawdę miał na myśli. Dla kogoś z zewnątrz Sfora nadal pewnie była po prostu bandą Nokturnowych opryszków. Mało kto zaglądał wystarczająco głęboko, żeby zauważyć różnicę. A jednak różnica istniała. Najtrudniej było wybić z głów to, czego sami nauczyli się jako dzieci. Przez lata wmawiano im, że najsłabszy jest po to, żeby oddał, a jeśli nie chciał oddać, należało zabrać siłą. Tego nie oduczało się prostą rozmową. Czasem trzeba było przestawić nos, a czasem nastawić szczękę. Upór miał swoją cenę, ale on był gotów ją płacić. Powoli jednak coś zaczęło się zmieniać. Wilczki przestały urządzać polowania na tych, którzy nie mieli jak odpowiedzieć. Dzisiaj, jeśli już któryś zapragnął wyrwać dla siebie coś cudzego, miał szukać przeciwnika, który potrafił oddać. Innej, a przynajmniej równej sobie, gnidy. Dla postronnych zapewne niewiele się zmieniło. Nadal kręcili się po Nokturnie, nadal łamali prawo częściej niż je rozumieli. Dla świata była to ledwie kosmetyczna różnica, ale dla Maddoxa? Przepaść.

Z rozbawionym zaciekawieniem wysłuchał jej wywodu. Im dłużej mówiła o tybetańskich czarodziejach i wstrzykiwaniu sobie jadów, tym wyraźniej unosił mu się kącik ust. Szczerze wątpił, by podobne eksperymenty kończyły się dla większości uczestników czymś więcej niż długą rekonwalescencją. Trudno było mu podzielać jej zachwyt nad perspektywą dobrowolnego wystawiania skóry pod kły. Z drugiej strony była to rzecz która pasowała do Helloise z pełną naturalnością. Nie zamierzał odbierać jej tej iskry. - Ciągnie swój do swego. Spojrzał na nią spod lekko uniesionej brwi, a zadziorny uśmiech powoli rozciągnął mu się na twarzy. Mimo wszystko jakaś cząstka tego o czym mówiła rezonowała w nim. Jednym z pierwszych łupów, jakie wyniósł z pchlego targu, była stara książka. Ukradł ją wyłącznie dlatego, że na okładce widniał naszkicowany ludzki szkielet. Intuicja podpowiadała mu, że właśnie tam musi kryć się coś cennego. Fenris zawsze powtarzał, że obok własnego doświadczenia nie ma lepszego nauczyciela od książek, więc dla Maddoxa taki łup wydawał się wystarczająco cenny. Koledzy śmiali się z niego do łez. Nie rozumieli, po co ryzykować dla pliku kartek. Ale to właśnie w tej książce przeczytał jednak historię człowieka, którego kość udowa zrosła się po złamaniu. Autor twierdził, że był to jeden z pierwszych dowodów narodzin cywilizacji człowieka. Każde inne stworzenie z takim urazem umarłoby z głodu albo gorączki. Ten człowiek przeżył wyłącznie dlatego, że jego grupa karmiła go i chroniła, dopóki nie stanął z powrotem na nogi. Kiedy to przeczytał, myśl ta została z nim na długo. Zrozumiał wtedy, że prawdziwa siła bierze się ze wspólnoty, i dzięki takiej rozwijali się za równo jako grupa, ale również jako jednostki. I chyba tego najbardziej oczekiwał od Sfory.

Nadal mówiła dużo. Tego czas ani las nie zdołały w niej zmienić. On nie szczególnie przepadał za gadulstwem. Jej jednak słuchał z zaskakującą przyjemnością. Nie opowiadała po to, żeby zrobić wrażenie. Mówiła dokładnie tak, jak myślała. Słuchał jej uważnie, a kolejne zdania zaskakująco gładko zazębiały się z tym, co zdążył już zauważyć. - Widać. Ewidentnie ci to służy. Odezwał się dopiero, kiedy sama stwierdziła że jej tu dobrze. To było zwykłe spostrzeżenie. Im dłużej na nią patrzył, tym coraz mniej widział rozwydrzoną arystokratkę, za którą kiedyś ją miał. Cichy, nosowy prych zdradził rozbawienie, a spojrzenie przesunęło się po niej z pobłażliwą - Nie wydaje mi się żebyś potrafiła… - Z przekręconą głową skrzyżował ręce na klatce. - Udawać kogoś kim nie jesteś. Od kilku minut przypominała mu jakby zagadkę z tajemniczej, zaginionej strony z jego ukradzionej książki antropologicznej. I właściwie nie było to tak dalekie od prawdy, bo tak samo i ona wyrywała się ze schematu. Dlatego, gdy pochylił się wcześniej, by zaczerpnąć jej zapachu, nie próbował jej speszyć ani wytrącić z równowagi. Ten odruch wyprzedził świadomą myśl. Zwierzęca część jego natury od domagała się własnych odpowiedzi, kiedy coś lub ktoś naprawdę przykuwał jego uwagę.

Sam brud nie robił na nim większego wrażenia, zapach bagna również. Szkoda było mu za to ubrań. Miał na sobie właściwie całą swoją garderobę. Jeśli pozwoli błotu zaschnąć we włóknach, tkanina stwardnieje, przetrze się szybciej i prędzej czy później zacznie puszczać na szwach. Uniósł wzrok na Helloise, a w jego oczach znów zamigotała zaczepna nuta. - Odważny na co? - prychnął. - Straszenie nastolatek nigdy mnie nie pociągało. Jeszcze raz spojrzał na zabłocony sweter, po czym strzepnął z rękawa bryłę torfu, która i tak natychmiast zostawiła po sobie ciemną smugę. Westchnął z cichą rezygnacją. - W sumie czemu nie. Kąpiel brzmi całkiem dobrze. Rozejrzał się jeszcze raz po lesie, jakby dopiero teraz pozwolił sobie naprawdę go dostrzec. Przez chwilę jeszcze stał w miejscu, po czym schylił się po płócienny plecak i zarzucił go sobie na ramię. Poprawił pas, upewniając się odruchowo, że wszystko, co nie utonęło w bagnie, nadal znajduje się w środku.- Ale potem… - odezwał się, zerkając na Helloise ukradkiem. - Potrzebuje znaleźć ten ostrokrzew. Spojrzał na nią wyczekująco i skinął głową w stronę lasu. - Właściwie to całkiem przyjemnie tu masz.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#7
02.08.2026, 12:46  ✶  
Nie wierzył jej. Widziała, że jej nie wierzył, gdy opowiadała o egzotycznej terapii uodpornień na cruciatusy. Nie dziwiła się. Ludzie rzadko mieli odwagę wyjść poza sztywne ramy przyjętych i zaaprobowanych przez rząd teorii naukowych. Brakowało im odwagi, aby dać szansę myśli nieoswojonej przez aparatczyków ministerialnych. Ten brak gotowości do podejmowania ryzyka i wyrabiania własnej opinii był jedną z form zniewolenia, do których czarodziejów tresowano od lat najmłodszych.
Helloise nie przejmowała się tym już. Dostrzegła płonność prowadzenia walki z wiatrakami, jaką było zachęcanie do samodzielnego myślenia. Uśmiechnęła się zatem tylko z rozbawionym powątpiewaniem, gdy Maddox skojarzył ją z wężami. Nędzna z niej była gadzina na tle braci, a i dom Slytherina jej nie przyjął, co w czasach szkolnych widziała jako wielkie upokorzenie.
— Nie mam powodów udawać — odparła, wzruszając ramionami. — Gdybym potrzebowała, to bym się wtedy martwiła.
Tej opinii z pewnością nie podzielała jej rodzina, która wiele by dała, aby Helloise udawać się nauczyła. Udawać jak oni wszyscy. Z rzadka słyszało się bowiem w domu Rowle, aby kogoś ekscytowała myśl o londyńskich bankietach, a niektórzy wprost na nie narzekali. Dziewczyna miała wtedy ochotę każdym po kolei potrząsnąć i zapytać, czemu u licha to sobie robią, skoro wszystkich to tak unieszczęśliwia.
— Nie to nie. Chłopaki miewają czasem takie obrzydliwe pomysły — zachichotała, gdy Greyback stwierdził, że nie interesuje go straszenie nastolatek. Zignorowała zupełnie fakt, że pomysł obnażania się w jeziorze był jej.
Skoro doszli do porozumienia w sprawie spaceru nad wodę, czarownica ześlizgnęła się ze swojego kamienia i ruszając ku lasowi, nadała kierunek ich wędrówce. Głusza powitała ich chłodem i cieniem rozłożystych koron drzew, gdzie śpiewały poukrywane między liśćmi ptasie chórki. Zanurzenie się w roślinność przyniosło wytchnienie głowom nagrzanym w lipcowym skwarze nad bagnem. Helloise kroczyła kniejowymi ścieżkami krokiem lekkim i sprężystym, jakby ekscytował ją sam fakt, że może komuś swoje miejsce pokazać. Obok niej płynnie sunęła miotła.
— Czyli wciąż jesteś gangsterem? — zapytała, splatając ręce za plecami. — Wiesz, nawet ci wierzę, że się o tych chłopaków troszczysz. Jesteś niepoprawnym straceńcem. — Pamiętała przecież, jak skoczył między nią a drugiego wilkołaka. A była nikim więcej jak dziewczyną, z którą parę razy przecięły mu się w szkole ścieżki. Mało tego: po wszystkim znalazł w sobie jeszcze na tyle naiwnej wyrozumiałości, aby stanąć w ich obronie, gdy zaczęła na watahę narzekać. To było dla niej w Maddoksie szczególnie smutne. — Dziwię się tylko, że wciąż żyjesz i nie zamęczyli twojego dobrego serca na śmierć, bo nie wierzę, że są ci wdzięczni.
Zerkała na niego podczas tego spaceru z mniejszą ukradkowością niż on na nią. Czasem wprost przypatrywała mu się w milczeniu przez dłuższą chwilę. Próbowała sobie wyobrazić ubłoconego, sympatycznego Maddoxa Greybacka szlajającego się po Nokturnie z ekipą wandali prześladującą ludzi. Tyle, ile go dotychczas widziała, nigdy nie zrobił niczego złego, lecz pozory potrafiły mylić. Zastanawiała się, czy chłopak nie jest w rzeczywistości brutalny i przemocowy. Czy on dobrze umiał udawać? Był z Nokturnu, był wilkołakiem — na podstawie tych dwóch faktów chciałoby się mu przypisać agresję. Zarówno w przeszłości jednak, jak i tego dnia, był dla niej taki miły, że nie potrafiła czuć się w jego obecności zagrożona.
Łaził obok niej lasem wilkołak — było to trochę straszne, gdy powiedziała sobie to zdanie w myślach, i gdy patrzyła na jego kły. Jako czarownicy nie paraliżował jej może właściwy mugolom paniczny strach przed wilkołakiem jako krwiożerczym demonem, lecz mimo to klątwa likantropii budziła niezbyt przyjazne skojarzenia. Jednym ugryzieniem ludzie jak Maddox Greyback mogli skazać człowieka na podzielenie ich losu. Helloise znów spojrzała w zadumanym milczeniu na kły, a po jej kręgosłupie przeszedł dreszcz. Mimo całej swojej fascynacji, obawiała się klątw i nieważne jak ekscytowała ją wizja zanurzenia ręki w wilkołacze futro, sama futrem obrastać wcale nie chciała.
— Tak, lepiej tu niż w mieście — przytaknęła, odtrącając myśli, od których włos jeżył się na głowie. Rozpogodziła się na powrót. Idąc przez gęstwinę, wyciągała dłonie ku każdemu napotkanemu krzewowi i wystającej na ścieżkę gałęzi, żeby ich tekstury poczuć pod palcami. — Przecież ci pomogę z tym ostrokrzewem. Co właściwie będziesz z nim robił? Potrzebujesz nowej różdżki? — zainteresowała się, bo robienie w drewnie było jedną z zajawek, które rozwinęły się w niej, odkąd mieszkała pod Knieją i nie miała zbyt wiele towarzystwa, a wolne wieczory trzeba było czymś wypełniać. — Mam w chacie świetny eliksir odplamiający — zaoferowała, szturchając palcem oblepiony błocichem sweter Maddoxa. — Ale naprawiania tego pękniętego szwu nie zaryzykuję. Może babcia będzie umiała poradzić.


dotknij trawy
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#8
06.08.2026, 19:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2026, 19:11 przez Maddox Greyback.)  

Trudno było mu uwierzyć, że ciało można zahartować na działanie uroku wyłącznie odpowiednio dużą dawką cierpienia. Magia nie była przecież mięśniem, który wzmacniał się od wysiłku. Nie była też skórą, która z czasem grubiała od ciężkiej pracy. Sam przechodził przez przemianę setki już razy. Każda bolała dokładnie tak samo. Organizm nigdy nie przyzwyczaił się do rozrywanych kości ani mięśni układających się na nich od nowa. Można było łagodzić jej skutki tuż po przeistoczeniu, ale sam proces nie uodparniał na ból, ani ten fizyczny ani pochodzący od magii.  Z drugiej strony cruciatus nie był likantropią. Nie zamierzał udawać, że rozumie wszystkie aspekty magii tylko dlatego, że sam był dotknięty najpaskudniejszą z nich.  Uśmiechnął się pod nosem i zerknął na Helloise z lekko zaczepnym spokojem. - Podobasz mi się taka. Kącik jego ust drgnął odrobinę wyżej. - Zostaw tak. Szkoda byłoby cię psuć. Na Nokturnie niemal każdy coś udawał. Jedni udawali groźniejszych, niż byli w rzeczywistości, drudzy bogatszych albo bardziej wpływowych. Bo chwila zbyt dużej szczerości potrafiła kosztować zbyt wiele. Dlatego ta jej bezczelna otwartość była czymś zaskakująco odświeżającym. Helloise mówiła dokładnie to, co myślała, śmiała się wtedy, kiedy było jej do śmiechu, złościła, kiedy coś ją złościło, i zachwycała się rzeczami, które innych wprawiały co najwyżej w konsternację. Bywała przy tym nieznośna. Nierzadko i męcząca. Ale przynajmniej nie trzeba było zgadywać, z kim właściwie rozmawia.

Zerknął na nią spod oka z wyraźnym powątpiewaniem, a jeden kącik ust drgnął mu ku górze. Zadziwiające, z jaką lekkością potrafiła jemu, a właściwie jego zbiorowi przypisać jakiś osobliwy plan terroryzowania okolicznej młodzieży, choć jeszcze przed chwilą to ona uknuła wizję kąpieli w jeziorze pełnym uczniów z niencymi zamiarami. Najwyraźniej we własnej wersji wydarzeń zdołała już wymazać siebie z całego przedsięwzięcia, zostawiając Maddoxa jako jedynego podejrzanego. To właśnie była ta nieznośna wersja szczebiotki. Prychnął cicho, z wyraźnym niezadowoleniem, jakby samo słowo gangster uwierało go bardziej niż zaschnięte na swetrze błoto. Zerknął na nią spod uniesionej brwi i pokręcił głową. - Gangsterem? Nie. Padło krótko, bez cienia zawahania. - Czymkolwiek się zajmuję, nie robię tego ani dla pieniędzy, ani dla wpływów. Na krótką chwilę zamyślił się, jakby sam próbował znaleźć właściwe określenie. Nigdy nie chiał być częścią tych, którzy budowali własną pozycję na strachu. Strach był tani. Wystarczał do pierwszego momentu, w którym ktoś przestawał się bać. To, co robił, wynikało raczej z konieczności niż z ambicji. Nawet jeśli wewnątrz Sfory wciąż ostatecznym argumentem była siła. Gdyby jutro nikt poza Sforą nie pamiętał, kim jest Maddox Greyback, prawdopodobnie uznałby to za całkiem wygodny obrót spraw. Żyłby gdzieś na odludziu poza ich sztucznymi schematami i hierarchią, może wybudowałby sobie własną chatkę po drugiej stronie kniei i żyłby swoim pięknym anarchistycznym snem.

Widać było, że nie przepada za mówieniem o tym. Przez chwilę szukał słów, jakby ważył, ile właściwie powinien jej zdradzić.- Fenris, to znaczy mój ojciec… to najlepszy alchemikiem w podziemiu. Zapewnia schronienie każdemu, kto musi znosić trudy życia z klątwą. Każdy ma zapewniony eliksir tojadowy i wszystko inne co najpotrzebniejsze. Starsi pilnują młodszych, uczą ich jak sobie radzić. Czasem ktoś, wynajmuje nas do ochrony przed kimś jeszcze innym. - Inne grupy, ale kim była Helloise Rowle by tłumaczyć jej zawiłości życia na marginesie społecznym. Urwał, nie rozwijając dalej tematu. Nie zamierzał opowiadać o wszystkich interesach Sfory ani tłumaczyć zawiłości Nokturnu komuś, kto nigdy nie musiał tam dorastać. Na kolejne słowa uśmiechnął się tylko pod nosem. Nie był to uśmiech rozbawienia, raczej cichego zdziwienia, że dla Helloise właśnie wdzięczność wydawała się naturalnością. Przez krótką chwilę szedł w milczeniu, wodząc wzrokiem za jej dłońmi, którymi dotykała całej roślinności przed nimi. - Nie oczekuję wdzięczności od nikogo komu pomagam. Gdyby pomagał wyłącznie tym, od których spodziewał się czegoś w zamian, nie różniłby się wiele od ludzi, przed którymi próbował ich chronić. - Na tym właśnie polega oddanie. Jeśli już szukać w nim znamion gangstera, wynikały one przede wszystkim z przynależności do dobrze zorganizowanej grupy.Jednak do Sfory nie trafiało się tylko dlatego, że ktoś lubił łamać prawo. Łączył ich znacznie prostsza rzecz; klątwa hybrydy. Wataha była dla nich wspólnym językiem, zanim stała się wspólnym interesem.

Doskonale widział, że mu się przygląda. Nie przeszkadzało mu to. Dobrze wiedział, jak wygląda. Wiedział, na czym zatrzymywał się wzrok ludzi i dlaczego. Jeśli Helloise potrzebowała nasycić swoją ciekawość, nie zamierzał jej tego odbierać. Niech patrzy. Od patrzenia jeszcze nikt nie zrobił się wilkołakiem. Bywał groźny, kiedy sytuacja tego wymagała. Potrafił posługiwać się językiem przemocy w sposób płynny. Tutaj jednak nie widział najmniejszego powodu, by zakładać na pysk chamski wyraz. Helloise miała w sobie zbyt wiele ujmującego uroku, by chciało mu się ucinać jej wścibskie spojrzenia. Ilekroć ich oczy się spotykały, odpowiadał jej tym samym pogodnym uśmiechem. Odsłaniał przy tym nieco zbyt długie, zwierzęce kły, które zdawały się przyciągać ją oczy. Skoro i tak na nie patrzyła, niech przynajmniej mają z tego oboje trochę zabawy. Dzień był zbyt ciepły, las zbyt ładny, a spacer zbyt przyjemny, żeby silić się na szorstkość.

Skinął głową z cichym przytaknięciem. Trudno było się z nią nie zgodzić. - Zdecydowanie. Maszerował za panią przewodnik kilka kroków odstępu, ale nie był taki otwarty w macaniu krzewów. Raczej oszczędzał wszystkiemu innemu swojej obecności, nie chcąc być nachalnym. - Odkąd wynaleziono tojadowy, niewiele jest okazji wychodzić poza dzielnicę. Eliksir wiele ułatwił, ale jednocześnie przywiązał ich do Nokturnu bardziej, niż on początkowo przypuszczał. Tam był alchemik, tam było zaplecze, tam znajdowali się ci, którzy ich potrzebowali. Świat poza dzielnicą nagle zrobił się miejscem, do którego wyjeżdżało się rzadko i wyłącznie, gdy naprawdę było po co. Maddox pokręcił lekko głową. - Właściwie nie o sam ostrokrzew chodzi. Tylko o pierzgę, taką od pszczół, zbieraną głównie właśnie z ostrokrzewów. Urwał na moment. Widać było, że zawahał się odruchowo. Fenris nie należał do ludzi, którzy chętnie dzielili się recepturami, a Maddox  nasiąkł tą samą ostrożnością. Ostatecznie uznał jednak, że zdradzenie koleżance jednego małego sekretu nie powinno niczego zmienić. - To bardzo dobry komponent eliksiru na jasność umysłu. Pomaga przepracować to, co człowiekowi nie daje spokoju w myślach. Na tym mógłby skończyć, ale sam wrócił myślami do niewygodnych tematów. Fenris zawsze powtarzał, że dobra receptura zaczyna się na długo przed kociołkiem. Pszczoły miesiącami wykonywały cierpliwą pracę, zamieniając wiele starania w cenną substancję. A ostrokrzew od wieków miał przypisane właściwości odpędzania ciemnych wpływów Razem tworzyły składnik o zaskakująco dużym potencjale. Taki, który potrafił pomóc uporządkować myśli, albo pozwolić komuś odkochać się w szczenięcej miłości, której nie potrafił ani pogodzić z własnym życiem, ani oderwać się w pełni. Tym jednak nie zamierzał się już dzielić z nikim innym. Uniósł lekko brwi, a w jego spojrzeniu pojawiło się szczere zainteresowanie. - Potrafisz robić różdżki? Mimowolnie zerknął w stronę bagna, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że gdzieś pod brunatną taflą spoczywał jego własny kawałek drewna który jeszcze rano wiernie służył właścicielowi. Nie wyglądało na to, by miał go kiedykolwiek odzyskać. Na kolejne propozycjr zatrzymał się na moment. Nie był przyzwyczajony do przyjmowania podobnych przysług, dlatego odpowiedź nie przyszła mu od razu. Przez krótką chwilę wyglądał, jakby próbował znaleźć jakiś rozsądny powód, żeby odmówić. Ostatecznie tylko lekko się uśmiechnął. - Jeśli byłabyś taka miła. Spojrzał na pęknięty szew swojego swetra i odruchowo wygładził go dłonią. - Nie lubię wyrzucać rzeczy. W końcu były to jeszcze czasy kiedy rzeczy się naprawiało, a nie wyrzucało.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#9
09.08.2026, 19:45  ✶  
Mogło być mu trudno uwierzyć, ponieważ była to wierutna bzdura!
Po usłyszeniu komplementu Helloise uśmiechnęła się, lecz jednocześnie w jej oczach pojawił się smutek zbyt głęboki, żeby potrafiła go odsunąć i cieszyć się miłym słowem. Nie miała nic do powiedzenia. Żadnej zaczepnej riposty. Szła przed siebie przygaszona i milcząca, dusząc w piersiach dziwaczne, niezrozumiałe przygnębienie, które wywołały w niej słowa Maddoxa.
Z przyjemnością odpłynęła myślami ku kolejnemu tematowi — tematowi gangsterów. Gotowała się już do poczęstowania chłopaka jakąś swobodną, żartobliwą zaczepką, lecz nie potrafiła wciąż jeszcze nic wydusić. Ponury nastrój wcale jej nie opuścił, a wyznanie, że Greyback nie robi niczego dla pieniędzy ani wpływów, popchnęło dziewczynę z powrotem w zamyślenie. W pierwszym odruchu naiwnie przyszło jej do głowy, że może są w tym do siebie podobni. Ona również dobrowolnie zrezygnowała z pieniędzy i wpływów, a przecież ze względu na urodzenie miała potencjał oba zdobywać. Nie tkwiła w Kniei dla pieniędzy, nie dla wpływów. Dla siebie…
A Maddox… on stwierdził, że robi swoje dla grupy. Udało mu się w ten sposób na moment zawstydzić samolubstwo Helloise, która czuła, że w trzymaniu ze swoimi — watahą, stadem, plemieniem, rodziną, jakkolwiek by tego nie określić — było coś intuicyjnie właściwego. Miało sens, żeby pomagać swoim, stać za sobą nawzajem bez względu na okoliczności.
— To bardzo ładnie z twojej strony — powiedziała, nie podnosząc wzroku, który wcześniej spuściła na ścieżkę.
A jednak cholernie nie podobało jej się to, co powiedział o oddaniu. Oddawać to można było cios za cios, a nie siebie na męczeństwo w intencji ludzi, którzy nawet cię nie szanowali. Uwierała czarownicę niemiłosiernie deklaracja Greybacka. Tak głęboka lojalność ślepa na personalne zwady wydawała się bezsprzeczną cnotą, a jednocześnie budziła w Helloise sprzeciw. Oddanie wydawało się nie do pogodzenia z własną dumą. Ona również swego czasu chciała być częścią swojej grupy, lecz nie zamierzała bynajmniej oferować swojego oddania komuś, kto ją źle traktował (little did she know about her future relationship with leviathan rowle).
— Nie chodzi mi o to, że muszą ci dziękować i padać do stóp — bąknęła wreszcie po dłuższej przerwie, wciąż nieprzekonana. — Oni się wszyscy z ciebie śmiali. Ten chłopak cię wtedy normalnie stłukł, nie na żarty. Jeśli to wciąż tak wygląda… dlaczego komuś takiemu pomagać? Lojalność powinna mieć jakieś granice.
Dziewczyna zerwała garść listków z najbliższego krzaczka i, idąc dalej w milczeniu, międliła je w palcach. Ściągnęła brwi, jej twarz spoważniała. Nie była w wygłaszaniu swoich opinii tak agresywna jak przed laty, lecz te opinie nie zmieniły się wcale wiele. Wciąż gryzła się z myślą, że miałaby być dobra dla ludzi robiących jej krzywdę, niezależnie od tego, kim byli. Mimo to ewidentnie toczyła się w niej jakaś wewnętrzna walka, a wszystko to przez wątpliwość i refleksję nad własnym losem. Rodzina zawiodła ją, ona zawiodła rodzinę, a jednak nie porzucili jej na pastwę losu, nawet gdy po powrocie do domu nie okazała skruchy i była tak samo niewdzięcznym, gniewnym dzieciakiem jak zawsze. Dostała szansę, żeby w Dolinie nad sobą popracować, choć wcale nie musieli jej dawać wszystkich tych możliwości i wolności.
Przez tę rozmowę zarówno Maddox, jak i Helloise zawędrowali w rejony myśli, w które woleli się nie zapuszczać.
Markotny nastrój nie pochłonął jednak czarownicy do szczętu, ponieważ na czarujące wilcze uśmiechy nie pozostała obojętna i już chwilę później sama się do Maddoxa cieszyła w odpowiedzi, aż jej wrócił poprzedni humor i lekkość kroków.
Wielka to była jej zdaniem szkoda, że ktoś z jego potencjałem do czynienia dobra nie urodził się w normalnym miejscu, gdzie by go odpowiednio cenili i traktowali. Maddox na swoje urodzenie nie zasługiwał. Jakkolwiek poświęcanie się za byle kogo Helloise uznawała za bezbrzeżnie głupie, to nie była ślepa na to, że wymagało niesamowitej siły charakteru i odwagi. Greyback marnował się, pomagając jakimś bezczelnym wilczkom i pracując jako ochroniarz Matka-tylko-wie-kogo (bo przecież Ministra Magii to on nie eskortował). Tyle osób nie zasługiwało na swoje brzemię, a jednak tak stworzony został świat. Czarownica wiedziała, że powinna to zaakceptować. Musiała pamiętać, że Bogowie stworzyli Maddoxa i umieścili go w takim, a nie innym miejscu, aby chłopak czynił świat choć trochę lepszym w granicach swojej społeczności — i to było dobre.
Nie potrafiła jednak nic poradzić na to, że zrobiło jej się przykro, gdy powiedział, że nie bardzo się z Nokturnu rusza.
— Powinieneś wychodzić. Świat jest pełen pięknych rzeczy, przy których Nokturn wygląda jak więzienie — westchnęła. — Las jest piękny o każdej porze roku. I o każdej porze dnia. Każdy może tu zawsze przyjść. Jesteś alchemikiem, jak twój ojciec? — zainteresowała się, gdy Maddox wymienił konkretny składnik i jego właściwość. — Ten eliksir pomaga jakoś szczególnie wilkołakom? — kontynuowała rozważania w tym kierunku, próbując sobie przypomnieć, czy silne emocje wpływają w jakiś sposób na transformacje likantropów.
Dziewczyna powiodła instynktownie wzrokiem za spojrzeniem Maddoxa. Spojrzał na bagno tuż po pytaniu o różdżki — domyślała się, co mu chodziło po głowie. Nie bez powodu nie wydostał się z błotnistej kąpieli sam.
— Różdżki. I nie tylko. Zrobiłam tę miotłę. — Położyła dłoń na trzonku. — I lata bardzo przyzwoicie — pochwaliła się.
Dziewczyna pchnęła miotłę, aby ta wzleciała wyżej i dalej, po czym wybiegła za nią do przodu i podskoczyła, łapiąc się jej obiema rękami. Zawisła w powietrzu, spuszczając się z trzonka niczym z gałęzi drzewa, a miotła zawirowała wokół własnej osi, obracając czarownicą jak figureczką baletnicy w zaklętej pozytywce.
— To jak mieć gałąź drzewa zawieszoną w każdym miejscu, z jakiego tylko sobie zamarzysz oglądać świat — sapnęła roześmiana Helloise, zeskakując z powrotem na ziemię. — I zrobiłam to sama. Dla ciebie też będę tak miła i zrobię, co potrzebujesz — zapewniła, poprawiając sukienkę zwichrowaną podniebnym tańcem. — I ja nieczęsto wyrzucam rzeczy — kontynuowała, podejmując przerwaną wędrówkę ku jezioru. — Szczególnie od kiedy usłyszałam o gangu zboczonych widmowidzów, którzy grzebią po kubłach na śmieci za używanymi kobiecymi ubraniami, żeby sobie robić z nimi seanse. Można takie podobno kupić na Nokturnie w pewnych miejscach.
Czy to była kolejna miejska legenda, którą łyknęła bez trudu, czy prawdziwy proceder… zapewne chłopiec z Nokturnu miał większe kompetencje ocenić. Tymczasem zaś do czarodziejów zaczęły docierać spomiędzy drzew pierwsze głosy ludzkie i chlupot wody, a podłoże robiło się coraz bardziej piaszczyste.


dotknij trawy
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#10
10.08.2026, 19:38  ✶  

Zauważył chwilę, w której jej uśmiech jeszcze nie zdążył całkiem zniknąć, a coś przeszło przez jej oczy. Takie krótkie, głębokie i zupełnie niepasujące do wcześniejszej lekkości.  Nie trzeba było znać czyjegoś życia, żeby rozpoznać moment, w którym człowieka przepełniał smutek. Nie chciał tego. Wypowiedział swoją opinię z prostoty, która przyszła mu naturalnie, nie przewidując, że dla niej może mieć to inny wydźwięk. Teraz, gdy zobaczył, jak nagle spoważniała, poczuł nieprzyjemne ukłucie troski. Zmartwiło go to. Nie chciał sprawić jej przykrości, tym bardziej teraz, kiedy coraz śmielej pozwalała światu zaglądać pod swoją warstwę zadziorności. Dobrotliwość, którą dostrzegał w niej coraz wyraźniej, nie wyglądała mu na coś nowego. Nie wierzył, że przez te lata stała się nagle lepszym człowiekiem. Raczej przypuszczał, że od początku miała w sobie tę samą miękkość, tylko przez długi czas przygniatało ją zbyt wiele rzeczy. Gniew, duma, niezrozumienie i wszystkie te ciężary noszone tak długo, że z czasem mogłaby uznać je za część własnego ciała. Dlatego tym razem nie próbował niczego dopowiadać. Niektórych rzeczy lepiej było nie dotykać. Przynajmniej dopóty, dopóki druga osoba sama nie zdecyduje się ich odsłonić.

Oddanie dla Sfory nie były z tych cnót, które dobrze brzmiały wypowiedziane na głos. Rzadko kiedy ktokolwiek potrafił zrozumieć jego naiwną mantrę. Często Fenris nie widział w tym żadnej dobrej strony. Twierdził, że robi z nich bandę żałosnych hipisów, a powinien kumulować ich gniew, by byli jeszcze silniejsi i bezwzględni dla wroga. Maddox chciał dla nich czegoś innego, czegoś w rodzaju odkupienia. Oddanie było do tego kluczem. Była ona zgodą na to, że czasem trzeba przyjąć na siebie coś, czego nie jest się sprawcą. Potrafił wziąć cudzy gniew na własne barki, pozwolić, by ten drugi wylał w niego całą żółć, którą przez lata hodował pod żebrami. Mógł znieść obelgi, ciosy, nawet tę najgorszą część cudzej złości, byle człowiek, na którym mu zależało, nie musiał już dłużej dźwigać tego ciężaru. - Bo to mój klan-brat. Na jej pytanie odpowiedział błyskawicznie. Westchnął ciężko. Nie wiedział już, czy Helloise rzeczywiście próbowała zrozumieć, czy od początku szukała tylko szczeliny, przez którą mogłaby wepchnąć własne racje. Jedno i drugie wymagało od niego tłumaczenia czegoś, co dla niego samego było niemal oczywiste. - Teraz to mój najlepszy przyjaciel. I jesteśmy dla siebie zdolni do poświęceń. Chociaż tak brzmiało, nie było w tym ani przesadnego patosu, ani próby wybielenia tamtych czasów. Po prostu fakt. Koleś, który kiedyś potrafił go skrzywdzić, przez lata stał się kimś, za kogo Maddox bez większego namysłu wszedłby pod nóż. I wiedział, że działałoby to również w drugą stronę. Przez moment milczał, po czym dodał ciszej, już bez zaczepnej nuty: - Relacje to najcenniejsza rzecz, jaką mam w życiu. Z tego nie zrezygnuję. Nie uważał się przez to za męczennika. Tym bardziej nie widział w sobie bohatera. Nie robił niczego, co w jego odczuciu zasługiwałoby na pomnik. Po prostu zbyt wcześnie nauczył się, jak wygląda życie, kiedy ludzie, którzy powinni zostać, wybierają drzwi. Matka odeszła, zanim zdążyli przekonać się, jak właściwie smakuje dzieciństwo przeżyte w miłości. Asena próbowała później posklejać to najlepiej jak potrafiła, ale kiedy tylko nadarzyła się okazja, również uciekła. Maddox zapamiętał z tego jedną rzecz: nie chciał być kolejnym człowiekiem, który znika. Nie zamierzał uciekać tylko dlatego, że bywało trudno. Kilka paskudnych chwil nie mogło przekreślić całej reszty ani tym bardziej odebrać mu wiary, że pewnego dnia może być inaczej.

Przyjemnie było mu patrzeć na tę jej swobodę, niemal dziecięcą, choć pozbawioną już dziecięcej nieświadomości. Helloise potrafiła przejść przez las tak, jakby sam fakt, że tego dnia słońce padało między liśćmi, był wystarczającym powodem do uśmiechania się. Jej podrygi miały w sobie lekkość, której nie potrafił nazwać trochę właśnie dziecinną, trochę figlarną, a jednak przedziwnie wdzięczną. Podskoczyła do góry i miotła obróciła się, a ona wraz z nią, zawieszona między ziemią i koronami drzew, jakby na kilka sekund świat przestał obowiązywać ją w jakikolwiek sposób. Było w tym coś niemal nierzeczywistego. Jakby cała ta leśna przestrzeń na moment znalazła sobie własny, żywy środek ciężkości i postanowiła krążyć właśnie wokół niej. Zaśmiał się cicho nie potrafiąc od niej oderwać wzroku. Helloise wyglądała wtedy na szczęśliwą w sposób, którego Maddox nie umiał już osiągnąć. Zbyt głęboko był osadzony w swoich błotnistych pozach, by pozwolić sobie na takie otwarte nie bycie groźnym. A ona? Była szczęśliwa, bo mogła wzlecieć kilka metrów i zakręcić się na własnoręcznie zrobionej miotle. Tyle wystarczało. Ta prostota niemal go rozbroiła. Poczuł w sobie coś ciepłego i spokojnego, niemal błogiego. Była tylko ona, jej beztroskie podrygi i ten osobliwy widok, którego nie chciał przerywać nawet jednym słowem. Patrzył na nią i przez chwilę miał pragnienie, żeby ten jej lekki sposób istnienia niczego nigdy nie musiał jej kosztować. Żeby świat, który tak chętnie odbierał ludziom rzeczy miękkie i jasne, nie dobrał się również do niej. Nie wiedział nawet, skąd wzięła się ta myśl. Może zbyt długo znał świat od jego brzydszej strony, żeby nie rozpoznawać, jak łatwo można stracić coś takiego. I może właśnie wtedy przemknęło mu przez głowę coś zbyt utopijnego, żeby było prawdziwe. Że skoro świat podarował jej takiej radości, powinien przynajmniej postarać się, żeby nie odebrał jej jej zbyt szybko. Niech tu będzie, niech tak trwa…

W końcu oderwał od niej wzrok i jakby dopiero wtedy przypomniał sobie, że właściwie zadała mu pytanie. Przez moment wyglądał na lekko zakłopotanego własnym zapatrzeniem, po czym uśmiechnął się pod nosem, próbując obrócić to w zwyczajną rozmowę. - Nie jestem alchemikiem. Właściwie… nie mam żadnych większych talentów. Powiedział to z rozbawieniem, choć przez chwilę uciekł spojrzeniem gdzieś między drzewa. Nie brzmiało to jak fałszywa skromność. Podrapał się nerwowo po zaschniętym błocie na twarzy. Po chwili spojrzał na nią znowu. - Za to ty jesteś naprawdę zdolna. Jego wzrok powędrował na jej miotłę, potem na dłonie, wciąż noszące ślady pracy. - Szanuję ludzi, którzy potrafią żyć z pracy własnych rąk. To bardzo szlachetne. Na wzmiankę o widmowidzach twarz wilkołaka wykrzywiła się w szczerym niesmaku. Przez moment wyglądał, jakby próbował ustalić, czy Helloise właśnie to wymyśliła chowając pod miejską legendę, czy coś, czego naprawdę wolałby nigdy nie usłyszeć. - Nie słyszałem o nich. - Skrzywił się jeszcze mocniej. - Ale… brzmi jak coś, co niektórzy na Nokturnie mogliby wymyślić. Pokręcił głową, a przez jego twarz przemknęło obrzydzenie pomieszane z niedowierzaniem. - Znasz Kościany Zamtuz? Spojrzał na nią z ukosa, jakby już sam fakt, że wypowiedział tę nazwę na głos, był wystarczającym powodem, żeby żałować rozpoczęcia tego tematu.

Kiedy wreszcie dotarli nad jezioro, odgłosy ludzi dobiegające spomiędzy drzew od razu odebrały mu nieco entuzjazmu. Śmiechy i chlupot wody, zdecydowanie za dużo przypadkowych uszu i oczu. Wiedział, że w okolicy żyli obok siebie czarodzieje i mugole, a sam nie wyglądał szczególnie niewinnie. Nie miał ochoty przekonywać całego jeziora, że nie zamierza nikogo pożreć. Obszedł więc brzeg szerokim łukiem, aż znalazł zaciszniejszy fragment zasłonięty szuwarami i wysokimi pałkami wodnymi. Tam zrzucił plecak na ziemię i zaczął przeglądać jego zawartość. Wyciągnął kawałek zwyczajnego mydła, po czym wyjął również brzytwę do golenia i bez większego ceremoniału odciął nią kilka cienkich kawałków. Dopiero wtedy rozebrał się do bielizny i wszedł do wody. Uklęknął przy brzegu, zanurzył ubrania i zaczął cierpliwie wywabiać z nich błoto, pocierając materiał przygotowanymi kawałkami mydła. Torf ustępował powoli, zostawiając brunatne smugi w przejrzystej wodzie. Maddox zerknął na nią znad mokrego swetra, który właśnie przepłukiwał w dłoniach. W jego spojrzeniu pojawiło się to znajome połączenie zainteresowania i bezczelnej ciekawości, jakby pytanie od dawna siedziało mu gdzieś z tyłu głowy i dopiero teraz nadarzyła się odpowiednia chwila, żeby je wyciągnąć. - Nie pytam, dlaczego zamieniłaś pałac na leśną ostoję. To akurat wydaje mi się całkiem oczywiste. Wyszczerzył się białymi kłami. Przeciągnął dłonią po materiale, wyciskając z niego brunatną wodę, po czym spojrzał na nią uważniej. - Bardzo ciekawi mnie co innego. Co ty właściwie robiłaś wtedy na tym Nokturnie?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (6814), Maddox Greyback (7366)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa