• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [01.10.72] Where the wild roses grow

[01.10.72] Where the wild roses grow
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#1
09.08.2026, 20:47  ✶  
Ponoć ogrody Maida Vale opętały mroczne moce. Usłyszał o tym w Caernarfon, przy trzeciej szklance, od człowieka handlującego skórami z Kentu, który słyszał od kogoś, kto w istocie tam niedawno przebywał. I ledwo przeżył, bo go dopadły mięsożerne „czarne róże”.
Gary, gdy tylko zawitał w Londynie, powiedział sobie, że pójdzie z pseudo zawodowej ciekawości, ale cholera, nawet on nie kupował tej wersji ani trochę. Na szczęście tłumaczyć jeszcze się przed nikim nie musiał i jeśli tylko wieści rozeszły się tak daleko jak tego podejrzewał, to nie spodziewał się spotkać u bram ogrodu wielu znajomych.
Po mugolskiej stronie straszyły między innymi blaszany parawan, tablica z nazwą firmy budowlanej, której nie ma w żadnym rejestrze, i błoto udające wykop. Klasyka. Za tym mur, bluszcz gruby jak przedramię i brama od wschodu.
Potem żwir i posągi muz wzdłuż ścieżek, wszystkie z tą samą twarzą, co zawsze wydawały mu się mniej natchnione, a bardziej niepokojące.
No i same róże.
Nie kwitły, tylko obłaziły. Rozarium miało dominantę, której nikt tam nie sadził — czerń nie fioletowa, nie bordowa, ale smolista, tłusta, taka, jaką ma spalone drewno. Pędy wiły się po murach oranżerii i wchodziły w art nouveau tak, jakby ktoś je zaprojektował razem z żeliwem; harmonia była, owszem, i właśnie to było najgorsze. Ładne rzeczy rzadko rosły same z siebie. Wiedział to nawet on, a on na pięknie znał się tyle, co na dobrych winach — z drugiej strony witryny.

Uklęknął przy krzewie w połowie ścieżki i zrobił to, co robił od zawsze przy każdym nowym gatunku: zajrzał pod liść. Nic.
Żadnej mszycy. Żadnego przędziorka, żadnej dziury po gąsienicy, ani jednej babki-złotej-oczy. Na początku października. Na róży. Podniósł wzrok wyżej i policzył uważnie; ani jednej pszczoły przy pąkach, ani jednego bzyka nad stawem, gdzie lilie stały w czarnej obwódce jak zęby w dziąśle. Trawnik cichy. Kos, który powinien tu darł się o zmierzchu jak najęty, nie darł się nigdzie.
Zapach szedł niski i ciężki — wilgotna ziemia po deszczu, tak mówili wszyscy i wszyscy się mylili, bo tak pachnie ziemia świeżo z dołu, a to wcale nie to samo.
Za bramą oparł się plecami o mur i zapalił.
Nie wracał do baru ani do domu. Nie ruszał się w żadną stronę. Stał, patrzył na blaszany parawan z bzdurną nazwą firmy budowlanej i czekał — nie wiedział na co, ale wiedział, że jeśli człowiek, zwłaszcza taki człowiek jak on, stoi wystarczająco długo w wystarczająco niewłaściwym miejscu, to zwykle coś się w końcu wydarza.
Papierosowa trucizna dochodziła do muru i rozkładała się wzdłuż niego płasko, jak mleko rozlane po lustrze. Dalej już nie szła.
No i gdzie te potwory się skrywały?

!Maida Vale
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
09.08.2026, 20:47  ✶  

Maida Vale


Stojąc przy sztucznym stawie, zauważasz dziwną grę świateł na dotychczas pozornie spokojnej tafli wody. Gdy nachylasz się, by spojrzeć, pojawia się na niej obraz przypominający odbicie twarzy, ale nie twojej – to twarz młodej kobiety o długich, czarnych włosach, która unosi rękę w niemym geście ostrzeżenia. W chwili, gdy próbujesz się cofnąć, czujesz, wilgoć osiadającą na twojej dłoni, a z wody wyłania się pojedynczy, czarny płatek. Zanim cokolwiek zrobisz, płatek rozpływa się, a staw wygląda, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

Do kości można odnieść się w dowolnym fragmencie sesji - w przypadku nieznajdowania się w miejscu docelowym, należy się w nie przemieścić i odegrać scenę z kostki. Postaci Świra wydaje się, że doświadczył widzenia Pani Księżyca. Postaci będącej częścią rodu Lestrange lub posiadającej sensowne, fabularne uzasadnienie (na przykład bycie historykiem specjalizującym się w historiach czystokrwistych rodów) udaje się rozpoznać w kobiecie matkę Isabelli Lestrange, czyli babcię czwórki sióstr Lestrange. Postacie biorące udział w tej sesji nie mogą już użyć kości Maida Vale w ten sam dzień fabularny. Daty sesji nie można przesunąć.
edytka rokłudowa
I'll hide behind a smile
and

understanding eyes
wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
Niebiesko-zielone oczy Edith, przydymione trochę niedbałym, ciemno-szarym makijażem są przeważnie neutralne — czasem tylko na ułamek sekundy skrzą niejednoznacznie, zupełnie jakby ich właścicielka planowała coś niedobrego. Włosy, nie potrafiąc zdecydować pomiędzy prostą taflą, a burzą loków, okalają bladą twarz niesfornie, zakrywając czoło i lekko odstające uszy. Przeważnie spływają swobodnie w dół pleców, nieskrepowane skomplikowanymi upięciami czy tysiącem wsuwek, bo kto miałby do tego cierpliwość. 170 cm wzrostu, normalnej budowy. Chód Rookwood jest zupełnie zwyczajny, chociaż z ust niemiłych ciotek i plotkujących matron, nie raz słyszała, że brakuje jej gracji oraz powabu typowego dla panien z czystokriwstych rodzin — nadrabia to jednak drogimi, dobrze skrojonymi i modnymi szatami w kolorach głębokiej zieleni, czerwieni oraz czerni. Jest blada, ktoś mógłby powiedzieć, że chorobliwie blada, ale nawet długie godziny w słońcu nie są w stanie zmienić kolorytu jej cery. Z drugiej strony może to i dobrze, bo dzięki temu jej twarz nieoświadcza rumieńcy, piegów czy najdrobniejszych pieprzyków. Długie palce i dłonie zdobią misterne pierścienie oraz srebrne bransolety, które brzęczą z każdym jej ruchem. Pachnie świeżo i dość przyjemnie; świeżym praniem oraz soczystymi owocami, chociaż gdzieś w tle można poczuć również zapach dymu papierosowego.

Edith Rookwood
#3
10.08.2026, 17:46  ✶  

Przechadzała się ścieżkami ogrodu powoli, z twarzą zakrytą kołnierzem czarnej, jesiennej szaty, spojrzeniem raczej zimnym i zmarszczonymi w głębokim zamyśleniu brwiami. Jej znudzone spojrzenie krążyło w kółko od czarnych pąków róż, po unoszące się na powierzchni zamarzniętego stawu nenufary czy rozrastający w najgłębszych zakamarkach Maida Vale, bluszcze.

Nigdy nie potrafiła zrozumieć, skąd brał się ten cały zachwyt nad tą całą zielenią, i różnokolorowymi kwiatami, i tym wszystkim co zupełnie jej nie radowało. Wielokrotnie była świadkiem rozmów czystokrwistych panienek, co to rozpływały się nad pięknem przyrody i nad tym ogrodem właśnie, bo był on podobną Oazą pośród szarych murów wielkiego miasta i zgiełku brudnych ulic. W tamtych chwilach, Edith słyszała tylko i wyłącznie przyprawiający o ból głowy świergot wszechobecnych ptaszysk, i widziała kałuże i błoto oblepiające jej buty. Czuła smród wody w sadzawce w upalny dzień, do której ktoś może przypadkowo wpaść, ale również można kogoś w tej brudnej wodzie utopić oraz ławkę, która nigdy nie będzie równie wygodna, co obite miękkim materiałem krzesło, w jakimkolwiek cywilizowanym przybytku.

I czasem może nawet zazdrościła im tego uczucia, bo czasem również ona chciała się zachwycić nad tymi kompletnymi durnotami, nad śpiewem wróbla czy wonią świeżo zerwanych, źdźbeł trawy i nad głupim robakiem, co spogląda na człowieka, równie mocno zaciekawiony, co on spogląda na niego.

I może nawet trochę ją to zasmuciło, i może gdyby była trochę bardziej, jak Ofelia to rzuciłaby się w tu, wprost w tą zimną, brudną wodę? I może wreszcie poczułaby coś więcej niż to przeklęte znużenie. Poirytowało ją bardzo, ta cała melancholia, jaką czuła w tym ogrodzie, pośród smolistych płatków i ciężkiej, gorzkiej atmosfery.

Wyszła zza bramkę, potrzebowała świeżego powietrza.

Tam, do jej nozdrzy dotarł zapach dymu papierosowego. Spojrzenie, mimowolnie podążyło w stronę kłębków, które ulatniały się nieopodal sylwetki czarodzieja. Pierwsze co zauważyła to rudość włosów, pokrywająca jego głowę i piegatą skórę, której dla zachowania obecnego kolorytu niepotrzebne były ciepłe promienie słońca.

Kojarzyła tą twarz, ale niezbyt dobrze. Widziała go kilka razy, ale wyłącznie przelotnie. To chyba był jeden z Rowle, chociaż te piegi, i ta cała jego słoneczna rudość sugerowały również Weasleyów. Pechowiec. Ciekawe, jak wiele razy ktoś wziął go za członka tego właśnie klanu? Jak często rodzice mężczyzny zastanawiali się, czy aby na pewno, kiedy byt jeszcze płaczącym zawiniątkiem, ktoś nie podmienił ich dziecka na kogoś obcego?

I zaciekawiło to ją, zaciekawiło nawet bardzo, podeszła więc bliżej i jeszcze bliżej, aż w końcu stanęła, gdzieś w zasięgu jego wzroku. Uśmiechnęła się ładnie, może nawet szczerze i oparła o ten sam mur, znalazła się jednocześnie, praktycznie na wyciągnięcie jego ręki. Spojrzenie wlepiła w to samo miejsce, w kawałek metalu, który wyszedł spod rąk mugoli i wyciągnęła papierosa, by dołączyć do swego chwilowego towarzysza.

— Mam nadzieje, że nie przeszkadzam, — mruknęła cicho i omotała swym spojrzeniem jego sylwetkę, ale dość przelotnie. Nie wiedzieć czemu, nie potrafiła oderwać wzroku od pstrokatego żelastwa, które tą całą krzykliwością kontrastowało z całym otoczeniem. — Zabawne, w jednej strony ogrody, po których przechadzają się czarodzieje, dobijający swoich małżeńskich targów, a z drugiej to coś…— dowód naszego upadku. Chciała jeszcze dodać, ale zależało jej na tych wszystkich pozorach. Nie ufała nikomu, bo nawet najczystsi z nich, bez wyrzutów sumienia, bez cienia moralności, plamili swój honor w mugolskim brudzie.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Edith Rookwood (534), Gareth Rowle (436), Pan Losu (175)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa